| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
Zakładki:
Ola Jakubczak - strona mojej zawodniczki
Strona Marcina Lewandowskiego 800m
poniedziałek, 04 września 2006
Czyżby lekkie podsumowanie?

Wróciłem po kilku wojażach, jeszcze nie do Słupska, ale do Zamościa - zostanę tu jeszcze tydzień. Startowałem w ten weekend 2 razy, najpierw 800m w kolejnym żenującym czasie, 1.52,09, potem 1500m już ciut lepiej, w 3.49,51, gdzie sporą część dystansu prułem na czele grupy, pod mocny wiatr, byłem więc umiarkowanie zadowolony z wyniku.

Ale jakby na to nie patrzyć, ten sezon to jedna wielka porażka. Jestem teraz na etapie analizy treningu i rozpoznawania błędów. Nie wiem, jeszcze, czy będę trenował wyczynowo do kolejnego sezonu (planuję wyjazd do pracy), ale jeśli tak, to spróbuję swoich sił na dystansach 1500-5000m. Jestem jednak bardziej tlenowcem niż szybkościowcem i trzeba to wykorzystać.

Jeśli ktoś lubi uczyć się na błędach innych, może się pouczyć na moich ; ) Czego zabrakło w tym roku? W zasadzie wszystkiego. Pogubiłem się w treningu dość mocno. Najpierw był wyjazd do Hiszpanii i trening zbyt szybki po okresie roztrenowania, planowałem bowiem starty na ulicy zimą. W rezultacie nie zrobiłem odpowiedniej bazy tlenowej, do tego przyczepiła się kontuzja kulszowego - cholerstwo trzyma mnie do dziś, mam nadzieję, że najpóźniej jesienią to zaleczę. Wypadło mi przez to 1,5 miesiąca w listopadzie i grudniu, jeździłem wtedy na rowerze, ale to jednak nie to samo. Potem powrót do Polski w lutym, od razu grypa, bo zmiana klimatu... Oczywiście w Hiszpanii, gdzie musiałem pracować, zaniedbałem też sprawność, siłę i tym podobne niezmiernie istotne drobiazgi. To potem też się odbiło na ogólnej dyspozycji. W Polsce zamiast nadrobić zaległości tlenowe, musiałem wejść od razu na pracę tempową, co bez wsparcia w tlenie nie dało żadnych rezultatów.

No i najgorszy błąd, niech go nikt nie powtarza! Tuż przed sezonem postanowiłem schudnąć kilka kilogramów, zrzuciłem za dużo i forma uległa dramatycznemu załamaniu. O ile w pierwszym starcie pobiegłem jeszcze 1.50,81, co dawało nadzieję na bieganie chociaż 1.48 później, po załamaniu związanym ze stratą wagi spadłem na poziom 1.52-1.53, czyli cofnąłem się o 3 lata! I mimo kilku tygodni ładującego treningu nie dało się zwalczyć tego kryzysu.

Za tydzień startuję na 3km, ale to już bardziej dla przyjemności niż wyniku. Myślę już o przygotowaniu do zimy, zaczynam lekki trening siłowy, przechodzę na dłuższe bieganie. Nie planuję specjalnego roztrenowania, w tym roku miałem tyle przerw, że wystarczy... Trzymajcie kciuki za te 3km, bo może być ciężko, na pewno nie jestem przygotowany na ten dystans. Ale cóż, trzeba powalczyć.

A jeśli już miną te zawirowania startowe, popiszę może więcej o treningu.

wtorek, 29 sierpnia 2006
Co nowego?

Co wydarzyło się ostatnio? Było kilka startów, pobiegłem nawet 3.48 na 1500m, więc nie jest aż tak tragicznie. Poza tym zdobyłem mistrzostwo LZS-u, również na 1500m. Obciach, co? Na nic innego mnie nie stać w tym sezonie. Na LZS-ach pobiegłem też 800m, ale to była porażka, 1.52 i szóste miejsce. Tragedia!

Wczoraj zaś śmigałem na biegu ciągłym. Przyznam, że nawet nie biegło się źle. Pogoda skopana nieco, nadciągała burza, wiatr i te sprawy, ja biegałem sobie spokojnie po 3.40-3.30, a końcówkę przyciąłem w 3.09. Było to 2 x 4km, ale zrobiłem eksperymentalną przerwę: kilometr w tempie 4.48. Nigdy wcześniej nie mierzyłem tych przerw tak dokładnie.

W Rieti był miting, wyniki takie, że aż strach czytać. Tam chyba bieżnia jest krótsza. Nie mam czego szukać na te 800m, biegają to tak szybcy zawodnicy, że daleko mi do nich, daleko. W związku z tym trzeba będzie chyba zmienić adres bloga, bo jeśli będę nadal trenował wyczynowo, to przerzucę się na biegi dłuższe.

Siedzę aktualnie w Zamościu, trenuję sobie spokojnie, ostatnio byłem, po półrocznej przerwie, na siłowni. Niewiele zrobiłem, a zakwasy mam koszmarne. Przede mną jeszcze jeden weekend startów 800 + 400m i 1500m. Potem myślę, żeby pobiec jeszcze coś dla przyjemności, np. 3000m.

Dowiedziałem się, że Bartek Nowicki złapał kontuzję, dlatego nie biegał na Młodzieżowych Mistrzostwach Polski. Ma coś chłopak pecha, to już druga poważna kontuzja w tym roku treningowym. A wyniki MMP? Nędzne. Do tego u facetów o wiele gorsze, przynajmniej w biegach średnich i długich, niż u kobiet. Dawno tak nie było. 800 i 1500m wygrał Irek Sekretarski, ale pobiegł na 800m 1.51, a pamiętam, jak parę lat temu na Mistrzostwach Polski Juniorów potrafił pobiec sam, od startu do mety, 1.49. Pamiętam też jeden z pierwszych moich sezonów, kiedy z wynikiem 1.52 miałem dopiero 12ste miejsce na młodzieżówce.

Zimno się robi i niedługo trzeba będzie przywitać się z ciepłymi ciuchami. Fatalnie! Mam zamiar wyjechać za granicę, ale co z tego wyjdzie, na razie nie wiadomo.

 

poniedziałek, 07 sierpnia 2006
Kawałek dalej

Co się wydarzyło? Otóż najpierw startowałem w Gdańsku na memoriale Żylewicza. 800m nie było mocno obsadzone, ja czułem się słabiutki, więc pierwsze 500m dreptałem na końcu, za juniorami, za całym depczącym się i przepychającym peletonem. Ale potem myślę, że trzeba chociaż spróbować powalczyć, więc przyspieszyłem i ku mojemu zdumieniu minął wszystkich po kolei, z wyjątkiem Yareda i Łukasza Jóźwiaka. No i tak doleciałem, na trzecim miejscu, bez specjalnego wysiłku i w przeciętnym czasie 1.53 z jakimś małym hakiem. I jeszcze zarobiłem 150zł. (Niezłe nagrody, jak na prestiżowe zawody lekkoatletyczne, co?) Ale pomyśleć, że rok temu byłem tam czwarty z czasem 1.48,31...

Dzień później pojechałem do Sopotu, trochę się najeździłem, bo po Żylewiczu wracałem pociągiem do domu, a rano ponownie do Trójmiasta. Pobiegłem 800m, a czas 1.52,6 mógł mnie tylko przyprawić o atak śmiechu, choć biegłem sam od startu o mety. Wnerwiony postanowiłem zaryzykować i pobiec trzeci start w ciągu dwóch dni, czyli 50 minut później wystartowałem na 1500m, przetruchtałem 1000m za wszystkimi w 2.43, a potem przyspieszyłem i znowu wygrałem, w 3.56,98. To był dobry trening i myślałem, że na mistrzostwach Polski będzie lepiej.

Tymczasem MP okazały się klęską. W moim biegu eliminacyjnym miał być "zając", bieg miał być szybki, bo Czapi miał robić minimum do Goeteborga. Ale nic z tego: zając pobiegł 400m w ponad 54s, a nikt nie pobiegł za nim... Ja człapałem na końcu, wierząc w swój finisz. No i rzeczywiście, po 500m zacząłem przyspieszać i na 600m wysunąłem się na 3cie miejsce, które dawało awans do finału. Przede mną był Przemek Lidman i Łukasz Jóźwiak. Następne 100m przebiegłem mocno, wsiadłem chłopakom na plecy, ale na ostatniej prostej zaczęli się oddalać, co nie było dobrym znakiem. Mimo tego byłem już tak pewien awansu do finału, że zacząłem zwalniać. Nie wiedziałem też, co się dzieje z Czapim, więc jak głupi obejrzałem się do tyłu, zwolniłem jeszcze bardziej... i na ostatnich metrach wyprzedziło mnie trzech, których w ogóle nie słyszałem (byłem pewien, że nikogo nie ma tuż za mną). Dobiegłem 6ty, bez szans na finał nawet z miejscem. Pierwsza dziesiątka z dwóch serii zamknęła się w bodajże 0,5s, ale, niestety, to ja byłem tym dziesiątym... Finał był żenującym widowiskiem, wolny, nikt nie miał ochoty do walki, byłem wściekły, że mnie tam nie ma.

Ostatniego dnia mistrzostw pobiegłem na 1500m, ale to nie był mój dzień. Doleciałem 15ty, ostatni z tych, co ukończyli, z czasem 3.53,50. Na rozgrzewce upał, w kolcach odparzyłem stopy, ostatnie 600m przebiegłem już tylko siłą ambicji, bo nie chciałem schodzić z biegu. Stopy skrwawione, ledwo teraz chodzę.

Nadal trenuję, owszem, ale powoli myślę już o następnym sezonie - o ile będzie taki. Wyniki w tym roku mam fatalne, z biegania nie ma w Polsce pieniędzy, szykuję się więc do wyjazdu za granicę do pracy - kolejny raz. Ale czy tym razem znajdę w sobie ochotę do treningu? I czy będę miał na niego czas? Zobaczymy...

 

poniedziałek, 03 lipca 2006
Trochę o sezonie 2006

Niedawno biegałem ciężki trening na stadionie, było to 3 x 1000m i jakiś zszokowany gość podchodzi do mnie i pyta, czy coś trenuję. "Bo tu niezły czas pobiegłeś". A ja za chwilę jeszcze szybciej. I jeszcze szybciej... Ale to jest piłownanie takie, że coraz mniej mi się chce to robić. A najlepsze, że tak zwany zwykły człowiek nie zdaje sobie sprawy, jaki to wielki wysiłek, taki trening i przygotowanie się do biegania np. 1.50 na 800m.

No bo świetnie wysportowany, aktywny fizycznie, młody i silny człowiek, jeśli ma jakiś talent, jest w stanie takie 1000m pobiec może w 3.05, to max z jakim się spotkałem, a 90% społeczeństwa nie złamie 4 minut. A ja na treningu muszę biegać np. 3 razy po 2.40, z przerwą 4 minuty tylko na odpoczynek. No i gdzie tu sprawiedliwość?

 

Wystartowałem ostatnio w Białogardzie, pobiegłem 2.26,64 na 1000m, sam od startu do mety. Jest to jakaś dolna granica przyzwoitości jak dla mnie. Ale do czego w końcu doszedłem: muszę zmienić kolce! Miałem 3 lata takie śliczne Adidasy, w tym roku już popękały, ale jeszcze się trzymały, no i jak głupi zostawiłem je na stadionie... I po kolcach. Przed ligą kupiłem asicsy, stary model, ale są zbyt masywne, stopa w nich źle się ustawia, biega się mocno siłowo, a tymczasem mój styl polega na czymś zupełnie innym, na bieganiu luźnym, bo ten, kto mnie widział, wie, że nie mam takiej masy mięśniowej, żeby biegać to 800m siłowo.

 

A w ogóle, zanim napiszę coś o swoim tegorocznym, na razie żenującym, sezonie, napiszę o osiągnięciach Polaków. Otóż już 3 osoby mają minima na 800m na Mistrzostwa Europy. Najpierw zrobił je Grzegorz Krzosek, to było do przewidzenia, potem Mirek Formela, który mnie dość zaskoczył tym wynikiem (1.46,26, samego siebie chyba też zaskoczył), ale najlepsze i najbardziej szokujące jest to, że Marcin Lewandowski, junior, śmignął na 800m w Szczecinie 1.46,69, bijąc o prawie sekundę rekord Polski juniorów! To najlepszy od kilku lat wynik w Europie w tej kategorii wiekowej! Gość jest niesamowity, w tym roku wygrał też mistrzostwa Polski w przełajach oraz pobiegł 3.43 na 1500m. Zawistni oczywiście marudzą, że za ciężko trenuje itd, ale Marcina trenuje jego brat, więc chyba wie, co dobre, tym bardziej, ze sam biegał chyba z 1.50 na 800m. Zresztą bez mocnego treningu nic się nie zdziała w wyczynowym sporcie, bez treningu na granicy przetrenowania i kontuzji.

 

A ja? Nędza. Pobiegłem 1.50,81 na lidze, byłem wściekły, że tak słabo, ale kilka dni później dopiero dałem koncert, bo zasunąłem 1.52, 5 w Bydgoszczy! Był to mocny mityng, właściwie moja pierwsza w życiu szansa na szybki bieg. Tymczasem tak źle nie biegałem od 3 lat. Trochę tłumaczy mnie kontuzja, praca w Hiszpanii, ale to i tak tragedia. Myślę też, że niepotrzebnie tuz przed sezonem próbowałem zmienić dietę, zacząłem się bawić w jakieś oczyszczanie organizmu, straciłem kompletnie siły.



czwartek, 11 maja 2006
Rock&roll

Wróciłem ze Szklarskiej Poręby, biegam w Słupsku. Pogoda wreszcie się poprawiła, ale niestety, męczy mnie alergia. W nosie kręci, oczy łzawią, żyć się odechciewa. W Szklarskiej wszedłem na podwyższone obroty treningowe, ale teraz jestem nieźle wymęczony. Dzisiaj na nowym słupskim stadionie biegałem 200tki i naprawdę musiałem cisnąć, żeby wycisnąć 26 sekund. Na tej nawierzchni to nie jest szybko.

Mam jednak nadzieję, że kilka dni odsapnę i będzie dobrze, w niedzielę śmigam sprawdzian 2 x 600m. Trenuję raz dziennie, kilometraż niski, więcej odpoczywam.

Moja dziewczyna wróciła z USA, słońce świeci, ciepło, przeszedłem na dietę startową (właśnie wciągnąłem 3 Prince Pola), teraz tylko jakiś przyzwoity wynik pobiec i będzie dobrze. Pierwszy poważny start na lidze, tydzień wcześniej pobiegnę 400m. Z tej okazji ćwiczę starty z bloku - i bądźmy szczerzy, wygląda to żałośnie. Ale może coś się uda poprawić do startu.

No i zaczniemy rock and roll. Co tydzień start, szczęk kolców, ból.



niedziela, 30 kwietnia 2006
Szklarska Poręba

No i siedzę na obozie w Szklarskiej, już chyba szósty rok z rzędu w tym czasie, dokładnie w tym miejscu. Wreszcie spotkałem się z trenerem - nie widziałem go od września!

Bieganie idzie ok, wchodzę teraz na pełne obroty w treningu tempowym. Tylko w Szklarskiej zrobiło się cholernie zimno, dzisiaj padał śnieg, a gdy poszliśmy w góry, okazało się, że panują himalajskie warunki. Kupa śniegu, zimno, wciąż pada, ludzie śmigają na nartach...

Wczoraj rzeźbiłem trening w kolcach, biegałem 600tki na zmianę z 300tkami, prędkości przeciętne: 1.39-1.36-1.34-1.32, 300tki po 44 sek. Czułem się dość nędznie, zakwaszenie wyszło niskie, bo zaledwie 13,3 mmol, ale to jeszcze nie są te obroty, na które liczę. Zresztą powiedzmy szczerze: żeby biegać 800m w 1:46, trzeba być mocniejszym na tego typu treningach. No ale siedzę w górach, zimno, to może mieć wpływ na czasy, poza tym w tygodniu zrobiłem 3 treningi tempowe, więc mogło to być zmęczenie.

Jeszcze w poprzednim tygodniu miałem tak koszmarne zakwasy po kolcach, że szkoda gadać. Teraz na szczęście organizm się przyzwyczaił, śmigam już bez większego bólu. Jeśli jeszcze uda mi się wejść na wyższe obroty, będę naprawdę zadowolony. Jestem dobrej myśli. Jeszcze w zeszłym tygodniu, gdy biegałem 200tki, z trudem łamałem 28s, teraz doszedłem już do 25 i nie czułem się z tym źle. Plan jest jednak taki, żeby w sezonie śmigać np. 5 x 200m po 25-23 sek.

No i już za miesiąc pierwszy poważniejszy start. Aż się boję. Czy pisałem, że zmieniłem klub? No więc zmieniłem klub... : ) Współpraca z Agrosem Zamość na razie układa się bardzo dobrze.



piątek, 07 kwietnia 2006
Polityka sportowa

Wróciłem z drugiego obozu kadrowego w Międzyzdrojach. Nie pisałem ostatnio, bo nie miałem siły ani chęci. Na obozie kupa ludzi, a moje metody treningowe budzą opór, tyle o tym ostatnio rozmawiałem, że już nie chciało mi się pisać. Ale przetrwałem to, skończyłem, żyję i biegam coraz mocniej. W zeszłym tygodniu wszedłem na bardzo duży kilometraż, było tego 135 kilometrów, powoli zaczynam rozpędzać się na odcinkach, popołudniowe biegania też są coraz szybsze - mówiąc krótko: jest coraz lepiej.

Jutro po raz pierwszy biegam w kolcach, będę po tym dogorywał mięśniowo pewnie z tydzień, a w poniedziałek kolejny obóz, tym razem klubowy, pod wschodnią granicą, w Krasnobrodzie. Bo tak, mogę to już w końcu napisać, zmieniłem klub na Agros Zamość, miejscowość, skąd pochodzi moja dziewczyna, Ola. Miałem dość polityki Słupska wobec sportowców. Nasi dzielni rządcy owszem, zbudowali stadion, ale poza tym nie za bardzo mają pomysł, co dalej. Od sierpnia zeszłego roku czekałem na decyzję o przyznaniu stypendium, no i w końcu radni sprężyli się, bo już w lutym (!) zapadła decyzja. 1200 złotych ROCZNIE i do tego netto, czyli minus podatek. To kwota, która powaliła mnie na kolana. To się nazywa wspieranie wyczynowego sportu, prawda? Taki jeden czy drugi urzędas, który w urzędzie nic nie robi, pobiera rocznie kilkadziesiąt razy tyle i wyobraża sobie, że za 80 zł miesięcznie może wyhodować wyczynowego sportowca.

Kiedy byłem w Hiszpanii i opowiadałem znajomym biegaczom, że w Polsce zawodnik z pierwszej piątki w kraju może liczyć na stypendium (o ile w ogóle, bo to też niezbyt często) rzędu 100-150 euro, nie wierzyli. No bo tak, taka kasjerka w markecie wyciąga tam np. 900E, zamyka kasę i idzie do domu, nie musi zasuwać 2 treningów dziennie, chodzić wcześnie spać, dbać o dietę i tak dalej, et cetera. Szkoda gadać. Ale cóż, póki rządzą nami zza biurek spasione wieprzki, których jedynym sportem jest otwieranie szuflady w biurku, tak to będzie wyglądać.

Dlatego do widzenia, słupski klubie. Choć oczywiście do klubu jako klubu nie mam pretensji, zachowali się naprawdę porządnie, nie robili mi problemów z odejściem, nie robią problemów z korzystaniem ze stadionu... Nie ich wina, że przepisy są, jakie są, a władze też właśnie takie. Zawsze byłoby milej biegać w barwach rodzinnego miasta, no ale skoro nikt mnie tu nie chce...

Śmigam więc, dostałem dziś nowy plan od trenera, prędkości są konkretne, sporo biegania w kolcach. Odpocznę teraz ze 3 dni, po jutrzejszych kolcach oczywiście, i znowu zanurzymy się w orkę. Trzeba próbować.

No i wreszcie pogoda jest lepsza. Stopniał przeklęty śnieg, jest cieplej, można biegać. W lesie i na stadionach spotyka się już coraz więcej amatorów biegania. Biegajcie, panowie i panie, wyjdzie wam tylko na zdrowie! Do zobaczenia w terenie.



środa, 08 lutego 2006
Stadion w Playa de las Americanos

No, dziś to się wkurzyłem na. I nawet nie chodzi o to, że pogoda jest tak podpsia, że szkoda gadać. Wiatr, cały dzień leje, to mają być Kanary? Temperatura spadła do 20 stopni, ciężko wytrzymać w tym chłodzie!

Ale to nie to mnie szczególnie rozdrażniło. Otóż pierwszego dnia po przyjeździe tutaj, bujnęliśmy się z kolegą wygadanym po hiszpańsku na stadion do Playa de las Americanos. Tam - eleganckie mondo, płotki, pełne wyposażenie, wszystko wyglądało tak, jak powinno. Gospodynią jest tam miła pani, pewnie grubo po 40tce (ale świetnie się trzyma). No i miła pani zaskoczyła nas tekstem, że za trening płaci się 3 euro. A ponieważ akurat na Teneryfie dopadł nas solidny dołek finansowy, dałem sobie spokój ze stadionem i biegałem u siebie, w wersji dla biednych, po górach i kamieniach. Tym bardziej, że dojazd do Playa kosztowałby mnie dodatkowe 2,5 euro w 2 strony.

No ale dzisiaj postanowiłem w końcu zmierzyć sobie jakiś odcinek, od 1,5 miesiąca biegam tylko na tętno, więc czas było sprawdzić, co z tego wychodzi. Wpadam na stadion, wiatr potężny, deszcz leje, miła pani pyta mnie po angielsku, jaki mam problem, ja jej na to, że ten, że jakiś trening trzeba by zrobić, a ona, że oczywiście, stadion czeka. Więc pytam grzecznie, gdzie jest okienko kasowe, a ona... że nic nie trzeba płacić!! Nie wiem, co się zmieniło, czy okoliczności, polityka lub przepisy. Wiem jednak, że miałem pod ręką świetny stadion, a przez miesiąc śmigałem wszystkie treningi w górach po kamieniach, klnąc, raniąc stopy i zmagając się każdego dnia z huraganem! Czy to jest fair, no ja się pytam?

Przebrałem się i w szatni poznałem Jesusa, ale nie tego z Nazaretu (niestety), tylko lokalnego biegacza-amatora, pobiegaliśmy razem. Biegałem 5 x 1km na krótkiej przerwie, niecałe 2 minuty, wiatr w oczy, deszcz w oczy, ale po jakieś 3.15-3.10 to wychodziło. Tylko że ci hiszpańscy amatorzy naprawdę mnie dołują. Spotkałem już takich w Benidormie, tu znowu. Gość wyskoczył z pracy na trening, w przerwie na lunch, amator, a biegał ze mną każdy odcinek do 600m, a potem robił 400m sprintu i wkładał mi 10-15 sekund! Amator! Ja odpuściłem 6ty planowany odcinek, bo zrobiło się oberwanie chmury prawdziwe, on pobiegł. I jeszcze stwierdził, że tydzień temu biegał na trochę dłuższych przerwach, ale 8 razy, po 2.55! No zlitujcie się ludzie, na treningu zostałem sprowadzony do parteru przez hiszpańskiego amatora...

Co poza tym? Nazbierałem muszelek, w pewnym tajnym celu, wpadłem do biblioteki i napisałem wpis do bloga po raz pierwszy, ale niestety, wysiadł prąd, zanim zapisałem go na dysku, piszę więc od nowa. Kupiłem też wreszcie aparat jednorazówkę, skoro oszczędziłem na stadionie, tylko dziś nic się nie da zrobić, bo ciemno. A nie wiem, czy wybiorę się jeszcze w kierunku Los Christianos przed wyjazdem. Pieszo - to kawał drogi, a na biletach oszczędzamy.

Aktualnie jestem nieźle padnięty, zahaczyłem o kafejkę, ale zaraz idę do domu zrobić jakąś żałosną papkę na obiad.

wtorek, 07 lutego 2006
Wycieczka na skały

Powoli żegnam się z Teneryfą, bo niedługo wracam do kraju. Czeka na mnie śnieg, mróz i szczekające psy. Bo tutaj, wyobraźcie sobie, ludzie nie wyprowadzają psów bez smyczy, a nawet gdy gdzieś się to zdarzy, to te tutejsze zwierzaki są jakieś takie spokojniejsze niż nasze i nie zdarzyło się jeszcze, żeby jakiś przeszkodził mi w treningu. A w Polsce znowu będę musiał toczyć słowne potyczki z właścicielami pokrak wszelkiej maści, które będą czepiały się moich nogawek.

Wczoraj zdobyłem jeden z najwyższych okolicznych szczytów. Trudno powiedzieć cokolwiek o jego wysokości, pewnie ma zaledwie kilkaset metrów, ale ponieważ wznosi się praktycznie od poziomu morza, stromizna jest momentami niezła. Wygląda to efektownie, bo zaczyna się zielonym, zarośniętym kaktusami, łagodnym wzgórzem, pnącym się coraz wyżej i wyżej. Na szczycie wznoszą się jeszcze wysoko w niebo skalne zęby. I właśnie te skały najbardziej mnie przyciągały.

Wyprawa trwała łącznie 3 godziny. Zaczęło się od tego, czego tygrysy najbardziej nie lubią: przeprawy przez miasto, przebiegania przez autostradę i brnięcia w kurzu spalin. A propos przebiegania: moje miasteczko jest przedzielone na pół ruchliwą droga, ciągnie się to ze 2 kilometry, a nie ma ani jednego przejścia dla pieszych! Nikt nie wpadł na tak prosty pomysł, żeby namalować kilka pasków na jezdni! Wiec za każdym razem, gdy idę do sklepu, ryzykuję życie, to tylko 3 pasy, ale cholernie ruchliwe.

Przedarłem się wiec przez miasto i okolice, przelazłem pod autostradą jakimś tunelem, minąłem wysypisko śmieci i zacząłem piąć się na wzgórze. Początki były łatwe, choć nie tak łatwe, jakby można było się spodziewać. Niestety, te wulkaniczne górki składają się w dużej części z rumowiska kamieni, bo wyschnięta lawa szybko wietrzeje i kruszy się. Dlatego czasem nawet z łagodnego wzniesienia można zjechać na twarz, zupełnie niespodziewanie, razem z lawiną kamieni i błota. Do tego wszędzie pełno kolczastych kaktusów, można się nadziać, nie obeszło się wiec bez kilku zadrapań. Najlepszy numer miałem jednak już na skałach: wdrapując się stanąłem tuż naprzeciw monstrualnej pajęczyny. Na początku nie zauważyłem jej, patrząc w dół, gdzie by tu postawić pewnie nogę. A potem podniosłem wzrok i dosłownie centymetr przed swoim okiem zobaczyłem gigantycznego pająka! Myślałem, ze odpadnę od ściany z wrażenia. Ale przetrwałem.

Wzgórze było coraz bardziej strome, kamienie obsuwały mi się spod nóg, kaktusy darły ubranie, ale w końcu dotarłem do stromych zębów skalnych. Były czerwone i strome, ale jakoś dało się na nie wejść, choć przyznam, ze nie patrzyłem za często w dół. Same skały miały już tylko ze 100m wysokości, momentami piąłem się dość ryzykancko, z adrenaliną na wierzchu, no ale przeżyłem, więc nie ma o czym mówić. Zdobyłem szczyt! A stamtąd wspaniały widok na okolice, inne, mniejsze wulkany, ocean, Los Christianos, Guazę i Aronę. Niesamowita sprawa!

Poopalałem się na szczycie i wróciłem inną drogą, zdobywając po drodze kilka mniejszych wzgórz, zsuwając się momentami razem z lawiną, skończyło się na kilku zadrapaniach. Znalazłem kilka wulkanicznych jaskiń i nawisów, a w końcu dotarłem do domu i od razu zasnąłem, wyczerpany wysiłkiem i słońcem.

Wieczorem poszedłem tylko na biegowy rozruch i trochę ćwiczeń.

poniedziałek, 30 stycznia 2006
Teneryfa - biegowy opis okolicy

Pora dać wyobrażenie o tym, jak wygląda życie tutaj, czyli jak się biega na Wyspach Kanaryjskich ; ) Jak wygląda miejscowość i tak dalej.

Siedzę więc na wyspie Teneryfie, w samym środku archipelagu Wysp Kanaryjskich. Moja miejscowość to Guaza - zadupie w amerykańskim stylu. Niemal cała miejscowość jest położona wzdłuż drogi, chorobliwie ruchliwej przez całą dobę. My na szczęście mieszkamy akurat w jedynej części miejscowości odsuniętej od szosy, więc jest cisza i spokój. Temperatura wciąż w granicach 22-24 stopni (jest styczeń!), ale od dwóch dni pochmurnie. No i dopiero wczoraj przestało (na razie) potwornie wiać. Bo ma zacząć ponownie. Koszmarny, nieprzerwany wiatr, bardzo mocny. No bo to jednak wyspa położona na środku oceanu.

Krajobraz tutaj jest jak z "Terminatora" lub "Mad Maxa". Wszędzie sterczą mniejsze lub większe wulkany i wulkaniki, najwyższy ma 3700m wysokości - to Pico del Teide. Nie ma tu czegoś takiego jak las albo miękka ziemia. Ta wyspa to jedna wielka skała, nad morzem w kilku miejscach jest piaszczysta plaża, ale ponoć nawieziona sztucznie. Biega się więc w krajobrazie księżycowym, bo skała pod nogami ma kolor czerwony, jest pełno kamieni, jakiś pył... Mnóstwo wzgórz i górek, ja biegam drogą, która idzie równolegle do oceanu, ocean jest 6km dalej i znacznie niżej, widok jest, trzeba przyznać, niesamowity. Wczoraj np. biegałem w czasie zachodu słońca, które powoli znikało za wulkanem, rzucając snop światła na Atlantyk - ogromną, błękitną masę wody. Zaś na kamienistej drodze każdy kamyczek rzucał dziwne cienie, nie było w ogóle widać, gdzie stawia się stopę (jest to wkurzające, bo co jakiś czas trafia się na wystający ze żwiru ostry kawałek skały, który uszkadza buty i rani stopy).

Wyobraźcie sobie czerwoną skałę, wszędzie sterczące ostre skały, jakieś hałdy wulkaniczne, jak na budowie. Ja do tego biegam w takiej okolicy, gdzie jest budowane nowe osiedle i sterczą setki ogromnych szklarni owocowych. Pomiędzy tymi skałami rosną gdzieniegdzie jakieś kaktusy, jakieś żałosne krzaczki, a poza tym... masa śmieci! Hiszpanie to potworne flejtuchy, każdy rzuca śmieć, gdzie popadnie i tylko sprawnym służbom oczyszczania zawdzięczają, że kraj jeszcze nie zamienił się w wysypisko. Biegnąc mijam najpierw rozkopane place... aha! - wszędzie jest pełno rur, jak w jakiejś grze komputerowej typu Super Mario Bros, bo tu wszędzie trzeba dociągnać wodę, a ponieważ nie da się kopać w skale, to oni puszczają to po powierzchni. Więc ciągną się te grube, paskudne rury na tysiące kilometrów, w każdym kierunku, na zboczach wulkanów, wszędzie. Stoją też okrągłe, wielkie zbiorniki na wodę, głównie do nawadniania szklarni.

Biegnę dalej, przebiegam po tym pustkowiu, no i co ciekawego widzę? Czasem śmignie z krzaków dziki królik lub dziki pies, wszędzie leżą porozrzucane opony, jakieś folie, spalony wrak autobusu, furgonetka z wybitymi wszystkimi szybami, no i te rury, szklarnie... Niektóre szklarnie są zdemolowane i widać w środku wyschnięte, poskręcane bananowce, to zresztą niedokładnie szklarnie, bo zbudowane są nie ze szkła, a jakby z wielkich firanek, takiego przewiewnego materiału.

Gdzieniegdzie na tych wzgórzach porozrzucane są domki, mniejsze i większe miejscowości. No i gdy tak biegnę, biegnę, z jednej strony pracuje jakaś koparka, z drugiej widać ocean, co jakiś czas trafiają się pustostany, czyli zrujnowane, opuszczone domy - jest tego masa. Pamiętajcie wciąż o tym, że skała jest czerwona i wszędzie sterczą poszarpane, wielkie kamienie! Wygląda to jak księżyc. A co jakiś czas drogą śmiga wielki, terenowy samochód albo skuter czy quad. Benzyna jest tu śmiesznie tania, w przeliczeniu - najlepsza kosztuje 2,70zł za litr, wszyscy jeżdżą więc wielkimi brykami, nie martwiąc się, ile palą.

A ja tu, kurcze, biegam.

 

 
1 , 2