| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      
Zakładki:
Ola Jakubczak - strona mojej zawodniczki
Strona Marcina Lewandowskiego 800m
poniedziałek, 01 grudnia 2008
Zmierzch bogów
Kiedy patrzę na współczesną polską lekkoatletykę, zastanawia mnie zupełna bezmyślność, z jaką dawni herosi stadionów dyskontują swoje sportowe legendy. Szczególne jaskrawe są dwa przypadki spadku z piedestału: Ireny Szewińskiej oraz Bogusława Mamińskiego.

Ta pierwsza to najbardziej utytułowana polska lekkoatletka, wielokrotna medalistka olimpijska, rekordzistka Polski i świata. Była kiedyś gwiazdą, jakiej obecnie nie mamy w całym polskim sporcie. Mamiński to wicemistrz świata w biegu na 3000m z przeszkodami, jako sportowiec znany również z buntowniczej postawy wobec wszechwładnego Polskiego Związku Lekkiej Atletyki. Oboje po zakończeniu karier sportowych zajęli się "działaniem".

Kiedy zaczynałem sportową karierę, na takie postaci patrzyłem z podziwem. Nie czułem się godzien wytarcia butów takiemu wicemistrzowi świata, a kiedy po raz pierwszy, przed kilkoma laty, zjawiłem się w jego ośrodku sportowym w Międzyzdrojach, z nabożną czcią oglądałem rozwieszone na ścianach zdjęcia Mamińskiego biegającego na największych stadionach świata. Przez ostatnich kilka lat zdarzyło się jednak wiele. Ja - poznałem mechanizmy działania związków sportowych na przykładzie PZLA, a bohaterowie sprzed lat - coraz bardziej wikłali się w moralnie wątpliwe działania.

Irena Szewińska dla wielu kibiców nie jest już gwiazdą sportu, a symbolem związkowego betonu i niekompetencji. Pojawiają się nawet nieudowodnione (i nie do udowodnienia) oskarżenia o doping. Przez wiele lat zarządzała PZLA, najpierw tylko jako członek Zarządu, potem przez wiele lat jako prezes Związku. Lata jej prezesury zapamiętane zostaną jako koszmarny upadek polskiej lekkiej atletyki, czasy, kiedy nasi sportowcy ze stadionowych lwów przeistoczyli się w kanapowe pieski, odpadające hurtowo w eliminacjach wielkich imprez światowych (o ile byli w stanie zrobić na nie minimum). Ostatni rok prezesury Szewińskiej to już nie tylko cichutkie powtarzanie o nieprawidłowościach, braku jakichkolwiek działań czy cesarskim zarządzaniu Związkiem. To już skandale huczące na całą Polskę - długi Polskiego Związku Lekkiej Atletyki, kontrole ministerstwa, dymisje, wzajemne oskarżanie się współpracowników i wreszcie - historia z pijanym wiceprezesem leżącym na olimpijskim trawniku.

Podobną drogę przeszedł Mamiński - od wybitnego zawodnika, zbuntowanego przeciwko Związkowi, do jednego z ważniejszych członków PZLA: szefa szkolenia bloku konkurencji wytrzymałościowych. Pamiętam, że jego awans na tę funkcję witałem z nadzieją na pozytywne zmiany. Skończyło się tak źle, jak nie spodziewał się nikt - totalną zapaścią polskich biegów oraz podejrzanymi interesami, o czym można przeczytać w Newsweeku.

W styczniu odbędą się nowe wybory do władz PZLA, które - wiele na to wskazuje - odsuną od władzy skompromitowaną ekipę (w tym gronie jest jeszcze Tomasz Lipiec, kiedyś niezły chodziarz, potem skazany za doping, obecnie w więzieniu czeka na proces, oskarżony o korupcję). Zastanawiam się, co myślą sobie ci działacze. Czy zastanawiają się, że cena, jaką zapłacili za niejasne interesy i powiązania to upadek ich sportowej legendy? Czy są zdolni do takiej refleksji?

O tym, że kariera sportowa nie daje kompetencji do zarządzania, przekonał się nawet Robert Korzeniowski, który jako szef sportu w publicznej telewizji zasłużył na nienawiść i szyderstwa kibiców w związku z kilkoma prestiżowymi porażkami redakcji, którą kierował. Jego sytuacja jest jednak inna - nie przestał być pewnym moralnym autorytetem. Jako szef sportu w TVP stanął do walki i pod wieloma względami przegrał. Była to jednak porażka w uczciwej walce. Porażki Szewińskiej i Mamińskiego można porównać do upadku boksera, który zostaje znokautowany, mimo że próbował nieczystych ciosów. Nie jest to upadek w blasku chwały, raczej powolne więdnięcie i gnicie.
piątek, 07 grudnia 2007
Kto pojedzie na Igrzyska Olimpijskie?

Tak długo nie pisałem o ukochanym Polskim Związku Lekkiej Atletyki, że niektórzy mogli pomyśleć, że może PZLA znormalniało. Bo skoro się nie pisze, to znaczy, że działa dobrze. Na szczęście nasi kompetentni, oblatani we wszystkich sprawach, władający masą języków obcych działacze nie zawiedli. Choć to nie prima aprilis, wydalili kolejne zarządzenie z gatunku tych, które mogą być załączane do "Paragrafu 22" Hellera jako żywy przykład, że życie w Polsce przewyższa najbardziej fikcyjną fikcję literacką.

Oto dumnie na stronie internetowej PZLA wiszą "Zasady kwalifikacji zawodników na Igrzyska Olimpijskie". Żeby nikt nie posądził naszych uczciwych działaczy, że może kolesiostwo, ściema i układy. Pomijam już coroczną bezmyślność PZLA w postaci ustalania terminu zdobywania minimów do początku lipca, gdy Igrzyska są we wrześniu - bo to i tak będzie zmienione dla "jedynych słusznych" wybrańców. Ale co czytamy dalej... Otóż PZLA zdecydowało się wysłać do Pekinu maratończyków! To duża nowość, zważywszy na to, że oburzenie najmądrzejszych działaczy na świecie wzbudza fakt, że maratończycy mają czelność zarabiania pieniędzy w biegach ulicznych. To drażni, oj drażni. Bo wszyscy wiedzą, że dobre pieniądze mają prawo zarabiać tylko działacze, z prezes PZLA na czele. Dlatego za karę maratończycy zwykle mogli oglądać Igrzyska tylko w telewizji.

Co więc taki biedny maratończyk ma zrobić, żeby pojechać do Pekinu? No proste - po pierwsze, do 11 listopada 2007 roku ma zgłosić w Wydziale Szkolenia chęć wyjazdu. Bardzo logiczne, bo bez chęci to szkoda jechać, nawet jak się uzyska fenomenalny wynik. Żeby jednak nieco utrudnić życie, informacje o tym zamieszczono na stronie PZLA... 5 grudnia 2011!

To jest genialna polityka. W ten sposób PZLA z dumą powie wiosną, że nikt z biegaczy nie spełnił warunku nr 1, bo... nikt nie zgłosił chęci w odpowiednim terminie. Pobiegniesz 2:08 w maratonie, zawodniku? Przykro nam, chęci nie było w terminie, a chęć późniejsza PZLA nie obchodzi. Czy po takim popisie kompetencji ma ktoś jeszcze wątpliwości, że ten Związek trzeba zaorać, a działaczy zesłać do szatkowania kapusty w celach reedukacyjnych?

Ale uwaga - nawet gdy ktoś zgłosi chęć i zrobi super wynik, to myślicie, że pojedzie na Igrzyska? O, nie, nie, pojechać to może prezes PZLA (i to koniecznie biznes klasą). Zawodnik musi jeszcze zrealizować "zaakceptowany przez PZLA plan przygotowań, startów" - czyli na rok stać się niewolnikiem bezmyślnych urzędasów. Teoretycznie można się z tym zgodzić, niech przygotowania będą kontrolowane. Ale co PZLA ma do zaoferowania dla takiego niewolnika? Co proponuje temu, kto zgłosił chęć, zrobił wynik i aż do Pekinu będzie wykonywał zaakceptowany plan? Stypendium pozwalające przeżyć do września? Profesjonalną opiekę medyczną? Odnowę biologiczną? Przygotowania przedstartowe?

Nikt nie zgadnie. Otóż PZLA proponuje NIC. Wielkie NIC, ewentualnie dla uciszenia krytyki rzuci jakieś dwa skromne obozy w Międzyzdrojach. Bo w PZLA pokutuje przekonanie, że zawodnik to zbędne ogniwo ewolucji, niepotrzebny dodatek do rozrośniętego departamentu działaczy. Ma robić, co mu każą i nie oczekiwać niczego w zamian. Jeśli oczekuje - biada mu!

A oto ta, która zafundowała nam ten los, Prezes PZLA, wybitny działacz, Irena Szewińska:




środa, 21 listopada 2007
Vademecum snajpera

Spójrzcie, co niesamowitego znalazłem na stronie PZLA! Powinno to się ukazać jako załącznik do "Vademecum snajpera".

Praca działacz sportowego ciężka i odpowiedzialna jest. Kropka. To zdjęcia z wyjazdu na Puchar Europy. Nasi porażająco dobrzy specjaliści od sportu umieścili zdjęcia, żebyśmy nie mieli wątpliwości, że pieniądze z podatków idą na dobry cel. Czy widzicie to znużenie i poświęcenie na inteligentnych, pracowitych twarzach? Tak, praca działacza sportowego ciężka i odpowiedzialna jest. A jak obciążająca dla wątroby!

P.S. Zna ktoś prywatnego e-maila do Osamy ben Ladena?








środa, 18 lipca 2007
Minima PZLA

Przeglądając skład reprezentacji na mistrzostwa Europy juniorów, zastanawiam się, po co PZLA w ogóle ustala jakiekolwiek minima. Może prościej ogłosić zasady kwalifikacji, o których wszyscy wiedzą, że obowiązują: jadą na imprezy ci, którzy są rodzinnie związani z PZLA, ewentualnie trenują pod kierunkiem trenerów, którzy są trenerami kadry (cokolwiek to znaczy) lub ich znajomymi.

O skandalu związanym z 3000m przeszkody mężczyzn podczas mistrzostw Europy młodzieżowców już pisałem. Nie pojechał zawodnik szybszy, który ma niewłaściwego trenera. Z juniorami jest podobnie: minima ustalono tak, aby ci, którzy nie są z bandy, ich nie zrobili; a ci którzy są z bandy, pojadą, czy mają minimum, czy nie.

Nie będę analizował sprintów ani konkurencji technicznych. Możemy założyć z dużym prawdopodobieństwem, że przekręty też tam są. Popatrzmy jednak na biegi średnie. Ponieważ minimum PZLA na 800m wynosiło 1.49,50, z tym większym zdumieniem zauważyłem w składzie zawodnika legitymującego się czasem ponad 1.51. Pewnie zupełnym zbiegiem okoliczności jest fakt, że jego ojciec jest trenerem kadry... Ale podobnych zbiegów okoliczności jest więcej: na 1500m minimum wyznaczono na poziomie 4.21,00. Jako ciekawostkę podam fakt, że kilka lat temu moja (wtedy nie moja) dziewczyna nie pojechała na MEJ, bo ponoć zrobiła minimum kilka dni za późno. Na szczęście takich problemów nie ma jedna z naszych tegorocznych zawodniczek. Ona wcale nie ma minimum Pobiegła w tym roku ponad 4.24, ale, ale jest tu kolejny ciekawy zbieg okoliczności. Zgadnijcie, czy jej trener jest trenerem kadry? Bingo! A jakże! Ale ja się wcale nie czepiam.

Wyjątkiem od tej reguły jest chyba zawodniczka startująca na 3000m. Co prawda do minimum zabrakło jej ponad osiem sekund (było 9.30,00), ale jej trenera nie widziałem nigdy jako trenera kadry. Jest to więc zastanawiające.

Co jeszcze z ciekawostek? Jeśli już mówimy o zawodniku na 800m, to kolejnym dziwnym zbiegiem okoliczności, w uzasadnieniu składu, w rubryce "wynik" wpisano mu czas z zeszłego roku... Na 3000m z przeszkodami biegnie zawodnik od tego samego trenera, co zawodniczka na 3000m. Łączy ich to, że oboje nie mają minimum, a to już może rodzić pewne podejrzenia [edit: trener wkrótce został trenerem kadry]. Ale na koniec prawdziwa bomba: zgadnijcie, ile osób z obsługi trenerskiej (czytaj: kierunek bankiet) jedzie na tę imprezę? Pięć? Dziesięć? Nie, moi mili, dwadzieścia dwie osoby! Jesteście w stanie w to uwierzyć? Dwadzieścia dwie osoby! W tym cztery osoby obsługi medycznej. I oczywiście ojciec zawodnika bez minimum, biegającego 800m...

Więc teraz kilka krótkich pytań do geniuszy z PZLA: po co ustalacie kretyńskie minima, skoro sami ich nie honorujecie? Dlaczego jedni zawodnicy mają się zarzynać, robić szczyt formy, żeby wykonać to idiotyczne minimum, a inni mogą to olać i jadą bez? Dlaczego na 800m nie jedzie zawodnik, który pobiegł w tym roku 1.50,92 i następny, który wykręcił 1.51,15, a jedzie gość z czasem 1.51,26, którego ojciec jest trenerem PZLA? Po co udajecie, że istnieją jakiekolwiek zasady kwalifikacji, skoro wszyscy wiedzą, że jadą tylko znajomi znajomych? Co wy w ogóle robicie w tym związku, jakie macie kwalifikacje, żeby pełnić tak odpowiedzialne funkcje? Poza wykształceniem wuefisty...? I wreszcie: jak takie rzeczy mogą się dziać w ponoć cywilizowanym kraju?

Brak mi słów. Naprawdę. Zawsze wiedziałem, że polskie związki sportowe to szczyt bezczelności, ale w tym roku PZLA jest już tak bezczelny, że nawet mnie to zdziwiło.

wtorek, 10 lipca 2007
Porażająca bezczelność

Tym razem piszę niedyplomatycznie, ale przyznam, że aż mnie zatrzęsło. PZLA po raz kolejny wykazuje się tak daleko posuniętą arogancją, że normalnego człowieka szlag trafia. Mam nadzieję, że tym razem przegięli i w końcu ktoś z tego towarzystwa poleci za przekręty, tym bardziej, że nie będzie już kryjącego ich ministra, bo poszedł siedzieć.

Sprawa jest taka, że jak zwykle na imprezę mistrzowską nie pojedzie człowiek, który ma dobry czas, zamiast niego inni, którzy związani są z dominującym w związku układem. Na 3000m z przeszkodami drugi czas wśród młodzieżowców w Polsce ma Hubert Pokrop. Jest to równocześnie trzeci czas w Europie w tej kategorii wiekowej! Dodatkowo tydzień temu Hubert był 4ty na mistrzostwach Polski seniorów, bijąc życiówkę i pokazując, że jest w formie. Oczywiście z dużym zapasem zrobił też minimum na młodzieżowe mistrzostwa Europy. I co? I nic. Oczywiście na imprezę nie jedzie, bo trenuje z niewłaściwym środowiskiem. Ze środowiskiem, które wykazuje zbyt małe zużycie wazeliny. Dlatego pojedzie dwóch innych zawodników, ze słabszymi czasami.

I ja się teraz, publicznie pytam: co takiego musiałby zrobić taki Hubert Pokrop albo inny zawodnik niezwiązany z towarzyskim układem trenersko-związkowym, żeby pojechać na te mistrzostwa? Myślicie, że jakby zrobił rekord świata, to by pojechał? No nie sądzę!

Bezczelność polskich działaczy sportowych dosłownie mnie poraża. Wcześniej maskowali swoje gierki na różne pokrętne sposoby: wymyślali jakieś dodatkowe eliminacje, minima B, kombinowali z terminami uzyskiwania minimów... Ale teraz po prostu nie ma żadnego uzasadnienia! Na mistrzostwa jedzie dwóch zawodników ze słabszymi czasami, Hubert nie jedzie. Nie mam oczywiście nic przeciwko tym dwóm, ale mam wiele przeciwko tym, którzy zadecydowali o takim układzie reprezentacji. Lekka atletyka to prosty i wymierny sport. Ten, kto ma lepszy czas, znaczy, że pobiegł szybciej. I taki Hubert pobiegł lepszy czas bez zagranicznych mitingów, bez sponsorów, na mistrzostwach Polski, w równej, uczciwej walce. A na mistrzostwa jedzie zawodnik, który słabszy czas uzyskał na międzynarodowym mitingu, w gwiazdorskiej obsadzie, miał więc o wiele większe możliwości pobiegnięcia szybciej. I nie pobiegł.

Najgorsza jest bezradność. Bo gdzie można złożyć jakieś zażalenie, skargę? Gdzie jest jakiś bezstronny trybunał, który oceni, że postąpiono nagannie? Czy ktoś zostanie za to ukarany?

Niestety, w Polsce machnie się ręką na taką sprawę. A póki towarzysko-biznesowe układy będą kwitły nawet na tak niskim szczeblu, nawet w tak pozornie szlachetnej dyscyplinie jak lekkoatletyka, póty źle będzie w całym kraju. Bo oto mamy jasny przekaz: nie opłaca się trenować, nie opłaca się startować, nie opłaca się męczyć. Bo jakiś niedouczony wuefista skreśli cię jednym ruchem ręki. A równocześnie można być słabszym, ale dzięki lizaniu odpowiedniego tyłka dostanie się to, czego się chce. Były przekręty przy ustalaniu składu reprezentacji na Puchar Europy, teraz jest to samo z mistrzostwami Europy.

Dajmy sobie spokój z oglądaniem skrzywionych mord pewnych decydentów. Te stare, komunistyczne, zapijaczone mordy trenerów i działaczy potrafią popsuć przyjemność z każdego biegu. Każdego młodego biegacza, który ma taką możliwość, namawiam do wyjazdu za granicę, najlepiej na stypendium sportowe w USA. Tam można cieszyć się bieganiem, studiować, poznać nowy kraj, odetchnąć czystym powietrzem, nieskażonym nieświeżymi oddechami polskich działaczy.

Nadal kibicuję naszym przeszkodowcom na tej imprezie, ale niesmak pozostaje.

poniedziałek, 02 lipca 2007
MPS Poznań

Mistrzostwa, mistrzostwa i po mistrzostwach. Zredukowano je do dwudniowych zawodów, nie różniły się więc zbytnio od zwykłych mitingów. Przyjechałem w sobotę, start w niedzielę i powrót do domu.


Przyznam, że jestem umiarkowanie zadowolony ze swojego występu. Wynikowo jestem wciąż dość słaby, ale cieszę się, że pobiegłem najszybszy wynik w sezonie i byłem na dość wysokim miejscu (jak na taki wynik). Poza tym wreszcie biegło mi się luźniej (do czasu), walczyłem, przez jakiś czas ciągnąłem drugą grupę. Wykręciłem 3.49,01 i byłem siódmy.

Oczywiście liczę, że będzie nadal lepiej i jeszcze się poprawię w tym sezonie.

Jak wyglądał bieg na 1500m? Jako zając wystartował Mirek Formela (choć kilka minut przed startem twierdził, że nie startuje w ogóle). Poprowadził mocno 1000m, za nim utrzymał się tylko Bartek Nowicki, Łukasz Parszczyński i Adrian Danilewicz. Przez jakiś czas próbował ich chyba trzymać Rafał Snochowski, ale skończyło się to dla niego źle, strasznie osłabł i wyprzedziłem go po raz pierwszy od niepamiętnych czasów.

W drugiej grupce biegłem ja, Leszek Zblewski, Damian Pieterczyk i Dawid Żywek. Być może ktoś jeszcze, ale nie wiem, bo nie oglądałem się. W pewnym momencie rutynowany Leszek ruszył wściekle do przodu, goniąc prowadzących, a ponieważ nikt nie kwapił się, żeby go przytrzymać, ja ruszyłem za nim. Nie doszedłem, ale przynajmniej sprawiłem, że tempo było niezłe, jakieś 2.31 na 1km. Potem ja zacząłem słabnąć, minęło mnie dwóch sępów siedzących mi na plecach, w postaci Dawida i Tomka, a ja jakoś dociągnąłem do mety, choć następni gracze tuptali mi niebezpiecznie blisko za plecami.

Swój bieg zawaliła, niestety, Ola. Najsłabszy taktycznie (i pod każdym innym względem) bieg w sezonie zaliczyła akurat na MP. Do tego jest przeziębiona i pewnie mnie zarazi ; )

Co dalej? Bardzo ciekawe pod względem obsady 800m mężczyzn, startowali w zasadzie wszyscy, którzy liczą się w kraju. Przez to po raz pierwszy od dobrych kilku lat medalu nie ma Grzesiek Krzosek, który dobiegł czwarty. Bardzo mocna była też pierwsza trójka kobiet na 3000m z przeszkodami. Przed zawodami byłem pewien, że do medalu wystarczy wynik 10.20, trzeba było pobiec jednak 9 sekund szybciej. Podejrzewam, że dziewczyny nastawiły się na to, że poziom będzie niski i łatwo przyjdzie zdobyć medal, tymczasem rozczarowały się.

5000 mężczyzn ciekawe, niesamowity Heniek Szost udowodnił, że w jednym sezonie można wygrywać na dystansach od 1500m do maratonu. Drugi niezwykle ambitny Artur Kozłowski, trzeci równie ambitny Kamil Murzyn, walczyli do ostatniego centymetra. Trochę rozczarował Marcin Chabowski, którego uważałem za faworyta tego biegu. Podobnie słabo Artur Kern, który nie pokazał, jak się to robi w Stanach. Słyszałem jednak, że Artek miał wcześniej kontuzję, być może nie był więc odpowiednio przygotowany.

Na 5000m kobiet padł rekord Polski juniorek Izy Trzaskalskiej, 16.26, która dzięki temu pojedzie na MŚJ. Udany powrót na bieżnię zaliczyła też moja koleżanka klubowa z Agrosu, Dorota Gruca, która następnego dnia wygrała 15km w Jarosławcu. Ale oczywiście klasą dla siebie była Wioleta Frankiewicz-Janowska, która biegła najluźniej i na końcu bez wysiłku oderwała się od rywalek.

800m kobiet mogło co niektórych zaskoczyć: dopiero trzecia była Lidia Chojecka, najbardziej utytułowana polska biegaczka ostatnich lat. Wtajemniczeni wiedzą jednak, że ciężko pogodzić starty na 10000m i 800m, poza tym Lidia z pewnością szykuje formę na Mistrzostwa Świata w Osace.

A skoro o Osace mowa, to powiedzieć trzeba słowo na temat polityki, którą prowadzi najbardziej chory związek lekkoatletyczny na świecie. Mówiono i pisano już na ten temat wiele, ale i ja dorzucę swoje dwa słowa do ojca prowadzącego. Może urządzę sondę: uważacie, że bardziej pasuje słowo "debilizm", czy wystarczy tylko "głupota"? Jak można ustalić końcowy termin zdobywania minimów na początek lipca, gdy mistrzostwa są we wrześniu? A jeszcze czytam wywiad z szefem szkolenia, który zauważa podstępnie, że zrobienie minimum w terminie nie wystarczy, żeby pojechać od Osaki. Bo jest to zdecydowanie za wcześnie i potem trzeba jeszcze potwierdzić formę. To po jaką cholerę ustala termin zdobywania minimów tak wcześnie? Ja wiem, że żeby być działaczem w PZLA, wystarczy inteligencja niewiele wyższa niż ta, którą prezentuje średnio rozwinięty orangutan. Ale nawet orangutan jest chyba bardziej konsekwentny w swoim postępowaniu niż PZLA. Oczywiście termin został przełożony, ale już ponoć nie dla wszystkich, tylko "dla uznanych marek". Czytaj, dla swoich, którzy i tak pojadą, czy zrobią, czy nie zrobią.

Jestem ciekaw, czy któryś z członków tego szlachetnego zarządu imiennie przyzna, że to on był za takim terminem? Ale jak znam życie, okaże się, że jest to pomysł, który nie ma ojca. Ani matki.

Swoją drogą, widać już rezultaty genialnej polityki PZLA. Poziom spada na łeb i szyję, jest kilka starych gwiazd, które jakoś się trzymają, kilka młodych gwiazdeczek, a poza tym... nic. Sorry, ale jeśli ja z wynikiem 3.49, po półrocznej pracy w roli kelnera jestem siódmy w kraju, to coś tu nie gra. Podobnie na innych dystansach, u kobiet na 800m nie starczyło nawet dziewczyn na eliminacje. Niektórzy zachwycali się poziomem 5000m mężczyzn, ale jeśli przeszli 50m w kierunku budynków Olimpii, natknąć się mogli na wystawę poświęconą polskim olimpijczykom. Łatwo było tam znaleźć informację, że niejaki Zdzisław Krzyszkowiak w 1958 (!) na żużlu (!), w deszczu (!), bez obozów wysokogórskich, bez zająców, pobiegł na 5000m 13.53. Czyli na luzie wygrałby MP 55 lat później.

Podobnie sprawa wygląda w każdej innej konkurencji. Nie widzę szans na poprawę. Bo jeśli młody zawodnik ma do wyboru uprawianie LA, gdzie na każdym kroku będzie sprowadzany do parteru przez niedouczonych weufistów, nazywających się dumnie działaczami PZLA, gdzie będzie popychany, kopany, oszukiwany, nie wpuszczany do biegów, bo jest za słaby, gdzie da mu się do zrozumienia, że jest tylko marnym dodatkiem do wspaniałych działaczy, gdzie na dodatek nie dostanie za swoją pracę ani grosza lub marne grosze; jeśli taki zawodnik porówna to do takiej choćby pracy w byle McDonaldzie w Anglii, to zgadnijcie, co wybierze? Wspaniała polityka orangutanów doprowadzi do tego, że za kilka lat będzie można zorganizować mistrzostwa Polski dwugodzinne. Tylu będzie zawodników.

Ale coś wam powiem: oficjele bawili się na MP świetnie. Bankiet był udany i to jest najważniejsze.