| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
Zakładki:
Ola Jakubczak - strona mojej zawodniczki
Strona Marcina Lewandowskiego 800m
środa, 02 marca 2011
Jak teraz trenuję - marzec 2011

Po opisach perypetii wszelkiego rodzaju czas wrócić do istoty bloga, do jego rdzenia - treningu biegowego. Co jakiś czas próbuję w treningu czegoś nowego, niektórzy mogą być w tym zagubieni. Aby więc czytelnicy mogli być na bieżąco, a może i skorzystać z tego, co ja wymyślam, przedstawię dzisiaj zarys tego, jak wygląda moje bieganie w tej chwili. Do tego rodzaju treningu doprowadziły mnie lata doświadczeń, prób i błędów. Muszę jednak zauważyć, że jest to program skrojony konkretnie pode mnie, zindywidualizowany w maksymalnym stopniu. Nie każdy skorzysta na kopiowaniu mojego podejścia.

Gdy zajmuję sie trenowaniem kogoś, tworzę dla niego oddzielny, indywidualny system. Gdy trenuję 10 osób, trzeba mówić o 10  różnych systemach treningowych. One mają wiele punktów wspólnych, niektóre rodzaje treningów i pewne zasady się powtarzają, cyklicznie wracają - ale każdy system jest zupełnie inny. To jest coś, co nazywam  prawdziwym COACHINGIEM, sztuką wygrzebania z każdego jego maksymalnego potencjału biegowego.

Najpierw rys historyczny - w latach 2001-2005 trenowałem pod okiem trenera z W-wy, Grzegorza Wrony. W polskich warunkach jest to bardzo dobry trener, jeden z lepszych, jakich spotkałem. Wiele się w tym czasie nauczyłem, ale i popełniłem sporo błędów, np. biegając zbyt szybko w niektórych okresach, zbyt mało w innych, zbyt wiele w kolejnych itd. Moja współpraca z trenerem od początku była dość luźna, oparta na dyskusji, zaufaniu, sporej swobodzie. Bardzo wiele rozmawiałem z trenerem o bieganiu w ogóle, zasadach treningu. Z czasem coraz bardziej chciałem się wyrwać z rygorów polskiej szkoły treningowej, zerwać z pewnymi schematami; założyć, można rzec, własną szkołę. Lata 2005-2006 to był okres treningu już samotnie, bez osobistej kontroli trenera, ale jeszcze z konsultacjami, coraz luźniejszymi i rzadszymi. Od 2007 trener nie miał wpływu w ogóle na to, co robiłem. W tym czasie przeszedłem też od biegania tylko 800m do eksperymentów na długich dystansach, aż do maratonu włącznie.

Lata 2006-2007 to próby łączenia pewnych elementów polskiej szkoły z innymi podejściami do treningu, generalnie nieudane. Od 2008 nastąpił kompletny reset, opcja zerowa - zerwałem z wszelkimi przyzwyczajeniami, schematami, wyuczonymi zasadami - i zacząłem budować własny system zupełnie od zera. 2008 i 2009 to dla mnie lata bardzo dobre pod względem biegowym. Od lipca 2009 do października 2010 spróbowałem kolejnej zmiany w podejściu do treningu. I tu właśnie dochodzimy do sytuacji bieżącej. Ten ponad rok ostatniego eksperymentu to był trening oparty o  surowe wytrzymałościowe podejście, który zupełnie nie sprawdził się w stosunku do mnie. Jako zawodnik jestem typem w dużej mierze szybkościowym, wychodzącym z biegania 800m. Trening typowo wytrzymałościowy zabił moje najmocniejsze cechy i doprowadził mnie do największej zapaści wynikowej od początku treningu.

Na czym polega podejście wytrzymałościowe? Po pierwsze, polecam lekturę moich planów treningowych, które udostępniam na portalu maratonypolskie.pl (link). Sporo tam piszę o podejściu szybkościowym, wytrzymałościowym i różnych typach biegaczy. Jest to owoc moich dziesięcioletnich studiów nad treningiem biegowym, wsparty doświadczeniami na sobie i kilkuletnim doświadczeniem w trenowaniu innych. Całość opiera się na założeniu, że istnieją dwa fizjologiczne bieguny: szybkościowy i wytrzymałościowy. Każdy zawodnik jest typem bliższym jednemu lub drugiemu, w różnym stopniu. Za absolutny biegun szybkościowy można uznać np. Usaina Bolta, za biegun wytrzymałościowy - pewnie jakiegoś biegacza dystansów ultra. Te "bieguny" wynikają z fizjologicznych różnic w budowie mięśni u różnych biegaczy, za czym idą różnice w całej wewnętrznej maszynerii, biegowym silniku.

Trening nieodpowiednio dobrany, nawet jeśli będzie prawidłowy pod względem technicznym, nie przyniesie zawodnikowi korzyści. To spotkało mnie rok temu, gdy zaatakowałem swój organizm treningiem czysto wytrzymałościowym. Kiedy oglądam swój dzienniczek treningowy z poprzedniego roku, technicznie nie mogę sobie nic zarzucić, poza jakimiś mało istotnymi drobiazgami. Trening wygląda sensownie, zgrabnie i logicznie. Problem jest jeden - to nie działało, co odczuwałem nie tylko w wynikach biegów, ale i ogólnym samopoczuciu (na to wszystko nałożyły się drobiazgi zdrowotne, w rodzaju niedostatku sodu w diecie).

Sprowadzając to do prostej wykładni, podejście wytrzymałościowe polega na treningu o dużej objętości i przewadze treningów relizowanych metodą ciągłą. Trening szybkościowy to mniejsza objętość, większa intensywność, duży udział metody przerywanej, czyli różnego rodzaju odcinków, zabaw biegowych, interwałów. Oczywiście istnieje nieskończenie wiele wariantów treningu rozpiętego pomiędzy dwoma biegunami. Cała sztuka polega na tym, aby go odpowiednio dobrać i złożyć w cykle zgodne z prawidłami sztuki.

Od listopada 2010 trenuję już bez eksperymentów godzących w rdzeń mojego biegowego istnienia, czyli nie próbuję igonorować tego, jakim typem biegacza jestem. Trening bardzo mocno uwzględnia aspekt szybkościowy. Przy tym staram się jednak zachować zasady, jakie sformułowałem wcześniej. Ponieważ trenuję do dystansów wytrzymałościowych, do których paliwo organizm syntezuje na drodze przemian głównie tlenowych, trening również musi być  przeważająco tlenowy. Mówiąc prosto, mój obecny trening to próba pogodzenia odpowiedniego pobudzenia wytrzymałościowego z odpowiednim pobudzeniem mięśniowym. Czyli trening tlenowy przy użyciu sporej dawki wyższych prędkości.

Oznacza to przede wszystkim mniejszą łączną objętość treningu. Unikam wejścia w bardzo wysokie objętości i bardzo długich biegów. Jak zauważyłem w poprzednich latach, okazyjne, krótkie wejścia w bardzo wysoki kilometraż nie szkodzą nawet typom szybkościowym, a niektórym mogą wydatnie pomóc. To spotkało mnie, gdy w 2008 roku po dwóch tygodniach na objętości 192 i 166km, zrobiłem życiówkę w biegu na 1000m i wypadłem nieźle w biegu na 800m. W tej chwili jednak nie stosuję takich uderzeń, m.in. dlatego, że uznałem, iż moje ogólne przygotowanie tlenowe, ta baza tlenowa, podstawa, jest już na odpowiednio dobrym poziomie. Mam za sobą 10 lat treningu i pewnie 40 tysięcy wybieganych kilometrów. Sama objętość łagodnego treningu niewiele mi pomoże, a może zaszkodzić, ponieważ ma wpływ na ogólne zmęczenie organizmu.

4 lata temu zacząłem pojedyncze eksperymenty z dużą objętością i wiele z nich uznaję za bardzo korzystne, ale na obecnym etapie treningu próbuję osiągnąć progres innymi metodami. Tym bardziej, że zmieniłem nieco swoje cele - bardzo długie biegi, typu półmaraton czy maraton znikają ze sfery mojego zainteresowania. Jeśli czasami w nich wystartuję, to tylko dla przyjemności.

Więc konkrety: mój obecny trening to objętość zwykle 90-100km tygodniowo, mniej w tygodniach startowych. Biegam zasadniczo raz dziennie, dwa razy w tygodniu staram się dodatkowo chodzić na zajęcia na sali, co nie zawsze się udaje (w poprzednich 2 tygodniach nie byłem ani razu). Wieczorami jako drugą jednostkę treningową dorzucam ćwiczenia ogólnej siły i sprawności, rozciąganie - wtedy, gdy mam czas i ochotę. Czasami jest to 4 x w tygodniu, czasami ani razu. Objętość jednej biegowej jednostki treningowej to zwykle 60-80 minut. Krócej niż 60 minut nie ćwiczę, poza tygodniami startowymi. 90% moich treningów to 60-70 minut biegania, zakładam jednak, że gdy się ociepli i puści śnieg, będę okazyjnie wychodził na dłuższe treningi, do 90 minut. Wtedy moja tygodniowa objętość może osiagać czasami nawet 120-130km.

Zimą stosowałem nawet 6 zabaw biegowych w jednym tygodniu. Były to indywidualnie skrojone pode mnie kombinacje interwałów, przyspieszeń, zrywów. Większość bardzo łagodna, właściwie zimą nie robiłem żadnego rodzaju treningu, który powodowałby głęboką zadyszkę, dużą wentylację. Przykłady takich treningów? Np. 50x40 sekund, przerwa 20 sekund spacer. Abo 30x1' przerwa 30 sekund trucht. Albo 70 x 20 sekund, przerwa 20 sekund trucht. Kombinacji jest wiele i wiele stosowałem, najczęściej nie licząc tych odcinków, tylko ustawiając timer i odpowiedni czas trwania wysiłku. Frakcja interwałowa trwa zwykle 40-50 minut, rozgrzewka i schłodzenie to łącznie 15-30 minut. Trudno tutaj opisać zasady, jakimi się kieruję przy planowaniu konkretnego bodźca, jest ich zbyt wiele, różnych dla każdego biegacza. Ola stosuje np. zupełnie inny plan treningowy, zupełnie innę liczbę bodźców (nie więcej niż 3 zabawy w tygodniu), zupełnie inne odcinki i przerwy.

Tu jednak czas na nieco inne spojrzenie na mój trening. Otóż o ile w poprzednich latach skupiałem się na wydolnościowym zagadnieniu treningu, tak teraz bardziej zwracam uwagę na aspekt mięśniowy. Jedno ma zresztą wpływ na drugie - im ciało mięśniowo sprawniejsze, tym wydolność wyższa, bo lepsza jest gospodarka dostępnymi zasobami, lepsze odzyskiwanie energii w biegu. Mam zupełnie inne niż konwencjonalne podejście do treningu siły. Siłę buduję poprzez szybkość. Nie stosuję żadnego konwencjonalnego treningu siły - ani siłowni, ani skipów czy wieloskoków, zrezygnowałem nawet (u siebie) ze stosowanych wcześniej podbiegów i skoczności. Jest to jak najbardziej zgodne z fizjologią człowieka oraz mechniką ruchu, nie ma tu jednak miejsca na dyskusję nad tym zagadnieniem. Jedyne treningi siłowe, jakie robię, to core stability i ćwiczenia rytmu - pozwalające wzmacniać mięśnie nie angażowane bezpośrednio w bieg, poprawiające sylwetkę, koordynację, równoważace napięcie mięśni. Sa one dość trudne dla większości ludzi, np. w grupie, która trenuje ze mną na sali, nikt nie potrafi wykonać ich dobrze.

Ale, jest tu duże ALE. Otóż cały mój trening wykonuję w tej chwili na asfalcie lub tartanie - w cienkich, kompletnie nieamortyzowanych butach. 95% treningów robię w butach typu startowego, bez kompletnie żadnej amortyzacji, to muszę bardzo wyraźnie zaznaczyć. Jest to jak najbardziej świadome i obejmuje np. bardzo agresywne, krótkie sprinty, wykonywane w takich butach na maksymalnie twardej nawierzchni. Nie mam żadnych kontuzji, żadnych bóli, przeciążeń, ale tylko dlatego, że tego typu trening aplikuję świadomie i stopniowo. To jest moja siła, obciążenie mięśniowe jest tu bardzo duże. Pracuję nad tym, aby usprawnić cały aparat ruchu,  poprawić technikę biegu, sprężystość, kompletnie unikam butów ciężkich, amortyzowanych, w jakikolwiek sposób wspierających mięśnie. To jest trening mięśniowo dużo cięższy niż np. banalna siła na siłowni. To jest tylko 90 kilometrów tygodniowo, ale w dużej mierze dość szybkich, realizowanych bez żadnej amortyzacji, na bardzo twardej nawierzchni. W ten sposób nie da się biegać 200km tygodniowo, przynajmniej nie od razu.

Tylko czasami zakładam buty cięższe, na jakieś regeneracyjne truchtanie, może raz na dwa tygodnie, kiedy mięśnie są mocno zmęczone. Drepczę wtedy w tempie 5:00/km i wolniej. Swoją drogą, dziwi mnie, że wiele osób nie widzi sprzeczności w tym, że np. wykonują wieloskoki - czyli trening, który ma bardzo mocno skasować mięśnie, wstrzasnąć nimi do ostatniego włókna - a równoczesnie w takim treningu używają mocno amortyzowanych butów. Albo dajemy sobie w kość, albo rezgnujemy z tego rodzaju treningów. Próba równoczesnego pobudzania i amortyzowania wydaje mi się naprawdę dziwna.

Na razie to podejście sprawdza się bardzo dobrze. Moje samopoczucie jest znakomite. Prędkości treningowe - bardzo wysokie w sensie subiektywnym. Dzisiaj np. biegałem na stadionie interwał 5x1200m. Zaczynam to najczęściej od progresywnej rozgrzewki. I tak dzisiaj rozgrzewka to były 3km w tempie 4:22-3:58-3:39/km. W tempie 4:00/km biegnę na kompletnym rozluźnieniu, niemal stojąc. Zakładam, że te prędkości jeszcze będą rosły, w miarę uzyskiwania coraz wyższej formy, poprawy pogody i zrzucania kolejnych ciuchów. Same odcinki nie były powalające dla ewentualnego obserwatora z zewnątrz, tempo 3:20-3:10/km. Dla większości wyczynowców to jest śmiech na sali, ale to jest trening dobrany dla mnie w tym konkretnym dniu. Biegałem to na, jak to nazywam, kontrolowanej zadyszce, na dużym luzie, dbając o prawidłową technikę, z doskonałym samopoczuciem. Dwa ostatnie odcinki w kolcach. Na koniec biegałem jeszcze 6x100m w kolcach, bardzo dynamicznie, bardzo technicznie, bardzo szybko.

Spodziewam się, że ten typ treningu nie tylko przygotuje mnie na bardzo dobre bieganie dystansów 800-5000m. Zakładam, że również na dystansach dłuższych będę w stanie biegać szybciej niż miało to miejsce np. rok temu, przy użyciu treningu typowo wytrzymałościowego.  Ten rodzaj treningu jest bowiem dostosowany do mojej fizjologii. Czy się sprawdzi? Zobaczymy. Na razie wszystko gra, a czuję się jak młody bóg, co stanowi ogromną zmianę w stosunku do treningu z zeszłego roku. Dwa tygodnie temu zgarnąłem pierwszy indywidualny medal mistrzostw Polski, nie stosując przed tym startem żadnego treningu specyficznego.

Na koniec jeszcze uwaga techniczna, na temat butów, w których dzisiaj biegałem. Otóż były to Kalenji Eliofeet, dostępne w Decathlonie. Chcę zwrócić waszą uwagę na ten model. To jest próba wejścia Decathlonu w rynek "biegania naturalnego". Są to proste, lekkie, amortyzowane w minimalnym stopniu, niesamowicie dynamiczne buty, mogące spokojnie służyć za startówki. Co w nich wyjątkowego? Cena. Te buty w wersji podstawowej kosztują ok. 150zł, ale w większości Decathlonów można je dostać w przecenie za 70-80zł (sam je kupiłem chyba za 69,99zł)! Sytuacja na rynku biegowym wygląda tak, że żadna firma, ani żadne utrzymujace się z reklam medium nie przyzna, że w butach za 70zł można skutecznie trenować i startować. Tymczasem tak jest, ja biegam w tego typu butach cały czas. Mam też modele innych marek, Nike czy Puma, tego samego typu, minimalistyczne, ale kupionie w USA za grosze. Bieganie w modelach za 500zł i więcej to dla mnie szaleństwo. To jest tylko nabijanie kieszeni wielkim koncernom. Rok temu na rynku pojawiły się buty za ponad 700zł - toż to dojenie w najczystej postaci! Bardzo szybko przeceniono je o 300-400zł, ale z pewnością pewne grono naiwnych dało się na taki but złapać. Tymczasem but tego typu można mieć w Decathlonie za 70zł...

Stosowanie tego typu butów wymaga oczywiście rozsądku, odpowiedniego treningu, mniejszej objętości, stopniowego przygotowania mięśni, pewnego planu działania. Generalnie jednak trening biegowy w szerszym kontekście również wymaga używania głowy.

Można mi zarzucić, że sam realizuję tu politykę wielkich firm, bo Ola jest ambasadorem marki Kalenji. Mogę więc tylko powiedzieć - ja kupiłem Eliofeet własnoręcznie w Decathlonie Piaseczno za 69,99 albo 79,99, nie pamiętam dokładnie, i w nich biegam, bardzo  to sobie chwaląc. Ola przebiegła w nich trzy półmaratony. Jeśli ktokolwiek znajdzie jakieś buty w porównywalnej cenie, które mi się spodobają - chętnie o nich napiszę. Aha, Eliofeet mają jedną wadę - są zapinane na rzep. Jak na razie nigdy mnie to nie zawiodło, ale podchodzę do rzepów z pewną nieufnością.

Tak jak Michał Smalec biegał w butach za 30zł z Lidla, ja śmigam w dwa razy droższych Eliofeetach z Decathlonu. Potraktujcie to jako manifestację światopoglądową ; ) Wydawanie 500zł na buty jest dla mnie chore. Oczywiście mogę zrozumieć, że dla kogoś to są grosze, ale tak czy inaczej wolałbym wydać te pieniądze w pożyteczniejszy sposób. Tym bardziej, że uważam, że w moich butach za 70zł jestem w stanie trenować skuteczniej niż w jakichkolwiek za 500.

wtorek, 08 lutego 2011
Karolina Jarzyńska

Dzisiejszy wpis jest sprowokowany wydarzeniem z ostatnich dni: Karolina Jarzyńska pobiła rekord Polski w półmaratonie, biegnąc w Japonii 1:10:36 i zajmując drugie miejsce. Well done! Gratulacje!

Teraz szybka analiza. Po pierwsze, wynik jest obiektywnie bardzo dobry. Karolina poprawiła swój własny rekord o ponad minutę. 1:10:36 jest wynikiem bardzo wysokiej klasy w Europie. W zeszłym roku dokładnie taki czas Węgierki Aniko Kalovics dał jej 10 miejsce na listach europejskich. Nie jest to jeszcze absolutny światowy top, do tego brakuje Karolinie jakichś dwóch minut. W zeszłym roku 1:10:36 lub szybciej pobiegło 76 zawodniczek, oczywiście głównie z Afryki. Ale spójrzmy na to w odpowiedniej perspektywnie: po raz pierwszy od nie wiadomo kiedy zastanawiamy się, czy Polka w długich biegach już jest na szczycie, czy jeszcze nieco jej brakuje. Rozmawiamy o niej w kontekście naprawdę szybkiego biegania. To samo w sobie jest znamienne. Niespodziewanie wyrosła nam w Polsce zawodniczka bardzo wysokiej klasy. Poza nią w tej chwili nie ma w Polsce żadnej innej klasowej biegaczki ulicznej, oczywiście biorąc pod uwagę skalę światową.

Tak się składa, że znam Karolinę dość dobrze. Jest ona znakomitym przykładem tego, jak upór i cierpliwa praca zostają sowicie nagrodzone. Otóż dziewczyna była obecna w biegowym światku od bardzo, bardzo dawna. Przez długie lata była zawodniczką przeciętną. Czasami zdobyła jakiś medal mistrzostw Polski, czasami nie - ale zawsze gdzieś tam się przewijała. Nikt nie zwracał na niej większej uwagi, bo zawsze było sporo mocniejszych, podobno bardziej utalentowanych dziewczyn. Karolina była stałym graczem na planszy, ale nigdy pierwszolanowym. Kiedy zerkniemy w tabele, zobaczymy, że jej pierwszy wynik na 5000m, odnotowany w bazie PZLA, pochodzi z 1999 roku. To oznacza już 12 lat biegania długich dystansów!

Pierwszy wynik na 10 000m - z 2001 roku. W 2002 roku ustanowiła życiówkę, której nie mogła poprawić przez kolejne 4 lata. Podobnie na piątkę - miała 5 lat bez życiówki. 5 lat biegania na poziomie zauważalnym, ale przeciętnym. Wiekszość rywalek zdążyła się wykruszyć, poddać. W międzyczasie Karolina skończyła studia na AWF we Wrocławiu, przez chwilę pracowała w szkole - ale ani razu nie porzuciła marzeń o szybkim bieganiu. Cały czas pracowała, inwestowała w siebie każdą złotówkę. Obóz w USA, obóz w Etiopii, obóz w Polsce. Powoli, powoli zaczynała się przebijać. Od początku kariery kilkakrotnie zmieniała trenerów. Ostatnie sukcesy przyszły przy współpracy ze Zbigniewem Nadolskim.

W 2007 roku udanie zadebiutowała w półmaratonie, ale już pierwszy maraton w Warszawie był katastrofą. Karolina celowała w okolice 2:30, a po strasznym kryzysie z trudem złamała 2:50. Ale nadal się nie poddała. Dwa lata później bariera 2:30 w końcu pękła, podczas maratonu we Frankfurcie.

Ktoś mógłby być zaskoczony, skąd się wzięła ta zawodniczka. Ona tymczasem nie wyskoczyła znienacka. Na sukces pracowała latami ciężkiej pracy, wieloma porażkami, wyrzeczeniami. Rok temu podczas mistrzostw Europy w Barcelonie nie ukończył maratonu, była załamana. W przeciwieństwie do innych zawodników nie drażniła jednak kibiców kolejnymi biegami zaraz po tym. Wszyscy znamy inne historie: oto jakiś zawodnik przygotował się do mistrzostw na koszt kraju, biegu taktycznie nie ukończył, tłumacząc sie kontuzją, a wkrótce startował w komercyjnych maratonach za dobre pieniądze, w doskonałym zdrowiu. Karolina zrobiła inaczej: przełknęła porażkę, odpoczęła, wystartowała w pojedynczych, małych biegach, ale przede wszystkim - trenowała do kolejnej próby. No i jest kolejna próba, bardzo udana.

 

Karolina Jarzyńska, Agnieszka Ciołek, Ola Jakubczak

Bieg Św. Dominika w Gdańsku w 2009 roku: prowadzi w żółtej koszulce Karolina Jarzyńska. Obok niej Agnieszka Ciołek. Za Karoliną widoczna w zielonej koszulce Ola.

 

To, co mi się podobało u niej od pewnego czasu, to fakt, że nie stała się typową, zaczłapaną zawodniczką uliczną. Tu znowu typowa historia rodem z Polski - po odniesieniu sukcesu zawodniczka czy zawodnik zaczynają jak szaleni startować w jednym biegu za drugim, składając na dom, samochód. Rozsądek odchodzi na drugi plan. Po pewym czasie osuwają się w przeciętność. Tymczasem Karolina zadbała o to, żeby nie stracić szybkości, techniki. Startowała w krosie, na bieżni. Dopiero 2 lata temu ustanowiła rekord życiowy na 1500m na bieżni - już w czasie, gdy biegała maraton. Która inna maratonka tak robi? Na pewno tego typu zawodniczką była Dorota Gruca - i temu zawdzięczała sukcesy. Podobnie biega wiele dziewczyn na świecie. Ale kto oprócz nielicznych myśli u nas o startach na 1500m, kiedy wchodzi w maraton?

Karolina ma dobre warunki fizyczne do biegów długich na ulicy: jest dość niska, o mocnej budowie. Dzięki temu nie ma problemów z kontuzjami. Jest to typ somatyczny o raczej krótkich kończynach, silnych mięsniach - coś w stylu Kenenisy Bekele. Na ulicę, do biegów długich - idealny.

W cieniu Karoliny stoi jej trener, Zbyszek Nadolski. Z dala od kłótni, z dala od polskiego podwórka, kadr narodowych, profitów, punktów i ministerialnych pieniędzy. Sam biegał maraton w 2:11, a teraz robi to, co mu wychodzi: trenuje innych. Opócz Karoliny miał pod swoją opieką m.in. Grażynę Syrek, maratonkę z wynikiem 2:26, czy Justynę Lesman, bardzo dobrze biegającą na 1500 i 3000m. Można powiedzieć, że ma więcej sukcesów niż połowa trenerów polskiej kadry, nie pcha się jednak na afisz. Co więcej - trener Nadolski jest szalenie sympatycznym człowiekiem. To się bardzo rzuca w oczy w naszym kraju. To jest szczupły, przystojny facet, który jest ciągle uśmiechnięty, zadowolony, przyjazny. Bardzo różni się od wielu naszych trenerów, czyli niesympatycznych, wiecznie wykrzywionych typów o nalanych twarzach, podejrzliwie łypiących wkoło przepitymi, przekrwionymi oczkami. Tu mamy człowieka, który przypomina mi poznanych trenerów z USA czy różnych krajów europejskich: otwarty, sympatyczny.

Jestem więc pierwszy, który szczerze cieszy się z tego rekordu Polski. Tym bardziej, że wytrwałość Karoliny i to, jak toczy się jej kariera, przypomina mi to, czego sam jako trener chcę dokonać z Olą: ciepliwie robić swoje, nie przejmując się krytyką czy porażkami. Stopniowo wspinać się coraz wyżej, licząc na to, że w końcu przyjdą efekty pracy, rzucające na kolana.

Gratulacje!

piątek, 11 grudnia 2009
Historia mojego bloga

Przeglądałem dziś archiwum mojego bloga, masę tych archiwalnych wpisów. Czas na pewną notkę wyjaśniającą i podsumowującą kilka lat pisania, o której myślałem już dawno.

Mój blog niedługo skończy 4 lata. W internecie to jest starość. Zdecydowana większość blogów ma krótki żywot. Ludziom nudzi się pisanie, może wstydzą się tego, co mieli do przekazania światu miesiące czy lata temu. Mój blog jest więc ewenementem, tak ze względu na swój wiek, jak i tematykę. Kiedy zaczynałem pisać, byłem jedynym zawodnikiem biegaczem ze świata jakiegoś tam sportu wyczynowego, piszącym otwarcie o swoich treningach, eksperymentach, strategii przygotowania. Cały czas pojawiają się inni, ale zwykle szybko rezygnują. Przez te lata przeżyłem już powstanie i upadek niejednego bloga biegowego.

To otwarte pisanie miało zawsze kilka wad. Po pierwsze, narobiłem sobie trochę wrogów. Oczywiście, również kibiców, znajomych, przyjaciół - ale wrogowie są zwykle bardziej widoczni, taki już ich urok. Jako ten, który się "lansuje" na blogu, w pewnych zawodniczych kręgach nie cieszę się wielką sympatią. Szczególnie w gronie tych, którzy ze mną choć raz przegrali (niektórych to boli, nie wiem dlaczego, sam przegrywałem tak często, że się przyzwyczaiłem), ale nie tylko.

Chcę jednak napisać o czymś ważnym. Otóż zaczynałem ten blog jako młody, biegający wilczek. Teraz stary już ze mnie basior, biegowy wyga... W moich blogowych początkach byłem w sporcie tylko jedną nogą - większość moich znajomych pochodziła spoza świata sportu, moje studia nie miały ze sportem nic wspólnego, przez większość życia również nie byłem fizycznie zbyt rozwinięty, nie uprawiałem sportu, o bieganiu nie miałem zielonego pojęcia. Zacząłem biegać dopiero jako 20-latek. Pisałem blog, nie wiążąc ze sportem żadnych planów.

To się jednak zmieniło - najpierw zacząłem pisać o bieganiu i treningach, w końcu sam zająłem się trenowaniem biegaczy, mimowolnie, bo zawsze wydawało mi się to najgłupszym możliwym zajęciem. Kojarzyło mi się to z paradowaniem po szkolnym boisku z gwizdkiem i w przepoconym dresie. Przez całą karierę zbierałem informację o tym, jak się trenuje i dlaczego, ale robiłem to tylko dla swojego użytku. To w końcu doprowadziło mnie jednak do konkluzji, że w tym zakresie w Polsce (oczywiście nie tylko) dzieje się wiele złego, że nie robi się tego w sposób, jaki gwarantuje osiąganie najlepszych wyników. Doszedłem do wniosku, że sam zrobię to lepiej - i tak było np. w przypadku Oli.

Zanim do tego doszło, próbowałem w treningu wielu eksperymentów, często bez dokładnej wiedzy, czemu ma to służyć. Po prostu lubiłem próbować różnych rzeczy. Najpierw próbowałem, potem poznawałem podstawy teoretyczne tych moich prób. O efektach tych eksperymentów pisałem na blogu. No i w związku z tym - czytając mojego bloga należy pamiętać, że ja wciąż ewoluuję. Wciąż zbieram wiedzę, wciąż poznaję nowe prawdy i fakty. Dlatego widzę błędy, jakie robiłem w przeszłości jako zawodnik. Pod wieloma swoimi wpisami mógłbym dziś napisać - tak nie należy robić, to ślepa uliczka. Historyczne wpisy na moim blogu pozostają dla potomności, ale słuchając rad treningowych, lepiej zdać się na wpisy najnowsze. Co jakiś czas zbieram i od nowa opisuję podstawowe informacje, pojęcia, założenia treningu biegowego. To, co było moim błędem, pokazuję. To, co było poprawne, powtarzam i podkreślam. Wśród starych wpisów mogą być takie, które nie są, w świetle mojej obecnej wiedzy, do końca sensowne. O tym radzę pamiętać. Tylko w kontekście świadomości tego, że cały czas się rozwijałem i rozwijam, można z mojego bloga czerpać prawdziwie wartościowe informacje.

Moja "szkoła treningowa" została scementowana jakieś dwa lata temu. Od tego czasu te przemiany, wpływy, zmiany strategii nie są już zbyt duże. Przeszedłem pewien punkt krytyczny, ilość informacji, jakie przyswoiłem, pozwoliła na stworzenie spójnej koncepcji, podlegającej tylko nieznacznym wahaniom. Teraz nie zdecydowałbym się na rewolucję, na jakieś gwałtowne zmiany w przygotowaniu, co zdarzało się wcześniej - dlatego, że wiem, że to, co robię, jest dobre, przemyślane, zgodnie z tym, do czego doszła najnowsza wiedza trenerska na świecie - i kompletne. Wcześniej w mojej wiedzy oraz w moich przygotowaniach zdarzały się luki, dziury - teraz, jeśli są (a na pewno są, np. w dziedzinie szczegółowej wiedzy z fizjologii czy mechaniki ruchu), to na tyle nieznaczne, że nie mające praktycznego wpływu na moją pracę. Oczywiście popełniam błędy, bo każdy to robi, ale nie są to już błędy kardynalne - najwyżej drobne błędziki, małe, niewinne, grzeczne, sympatyczne.

Oczywiście pozostaję na blogu nadal. Mimo złośliwości, czasami kłód rzucanych pod nogi, różnych zakrętów życiowych; inne blogi powstają i znikają, imperia się walą, góry wypietrzają i podlegają erozji, kolejne pokolenia dorastają, świat się zmienia, pierwiastki radioaktywne podlegają rozpadowi, prorocy powstają i płoną na stosach, Wszechświat rozszerza - a ja nadal tu tkwię. Kiedy wstukacie adres www.nagor.pl, możecie być zawsze pewni, że co jakiś czas uraczę Was kolejną garścią myśli nieuczesanych, czasami tylko nieregularnie. Ta notka miała tylko wyjaśnić, uświadomić to, że mój blog jest już na tyle wiekowy, że jest na nim masa informacji, masa poglądów i szkół, czasami ze sobą sprzecznych. Wersją obowiązującą są te najświeższe, szczególnie z ostatnich dwóch lat, czyli odkąd zająłem się na poważnie trenowaniem innych.

Pozdrawiam wszystkich czytelników! Czasami podchodzicie do mnie na biegach - przepraszam, jeśli nie mam wtedy czasu na dłuższą rozmowę. Kiedy jest start, sam biegam, biega Ola, czasami moi podopieczni, jestem tak rozkojarzony, że mogę przypadkiem kogoś zaniedbać, nie usłyszeć, nie poznać. Przy tej mnogości twarzy, jakie przewijają się na biegach, mogę czasami przeoczyć kogoś, z kim się już witałem, poznałem. To nie wynika z żadnych złych intencji - to po prostu moje roztrzepanie, zamyślenie, roztargnienie. Jest mi jednak zawsze szalenie miło, kiedy okazuje się, że ktoś czyta mojego bloga i znajduje na nim ciekawą informację, jakąś chwilę rozrywki (może politowania?). Dziękuję za te wspólne 4 lata, chociaż miną dopiero za równy miesiąc i jeden dzień.

P.S. Staram się porządkować bloga, przypisywać notki do odpowiednich kategorii, mnożyć ich (kategorii) liczbę, żeby ułatwiać nawigację... Jednak 4 lata temu nie spodziewałem się, że będę pisał tak długo, że tak wiele się w tym czasie zdarzy. Dlatego panuje tu pewien rozgardiasz.

sobota, 03 października 2009
Ukraińsko-kenijska wataha krąży po Polsce
Nie raz pisałem na forum o tym, że problemem biegów w Polsce jest wielka liczba biegających u nas Kenijczyków oraz przede wszystkim - Ukraińców. Dlaczego? Po pierwsze, uważam, że dopóki nie zaczniemy szanować siebie, nic z polskich biegów nie będzie. Biegi w Polsce oprócz innych celów powinny być promocją polskich zawodników. To oznacza utworzenie takiego systemu nagród, który będzie promował naszych. Tak robią Amerykanie, którzy m.in. dzięki temu dochowali się fantastycznych biegaczy. Dla szerokiej rzeszy ich reprezentantów starty na ulicy są okazją do podreperowania zawodniczych budżetów. Wiadomo, że biegi nie są sportem typu piłka nożna, gdzie inwestuje się wielkie pieniądze. Nie, biegi długie to wieloletni trening połączony z wbijaniem zębów w ścianę i jedzeniem suchego chleba, o sukcesach można myśleć dopiero po wielu latach rozwoju. Starty uliczne są dla zawodników często jedyną szansą na kontynuację wyczynowego biegania.

Tymczasem biegi w Starogardzie i Grudziądzu to typowe przykłady zupełnie beznadziejnego podejścia: tam Polaków się nie promuje, tam promuje się Ukraińców. Ukraińcy (i Kenijczycy) nie tylko biorą udział w normalnym podziale nagród - ich się na te biegi zaprasza, funduje przejazdy, noclegi, zwalnia z opłat startowych, słowem - robi wszystko, żeby przyjechało ich jak najwięcej. Nie dla Polaków takie luksusy, Polacy mogą przyjechać i nocować za swoje, a najlepiej jak nie ma ich w ogóle. Dzięki temu dyrektor biegu może w lokalnej gazecie powiedzieć z dumą: zrobiłem bieg międzynarodowy, ba kolorowy, bo biegli zawodnicy o różnym kolorze skóry.

Jaki jest tego wynik? Z polskich biegaczy do Grudziądza przyjechał tylko Karol Rzeszewicz z Sopotu (był piąty). W pierwszej 15-tce mieliśmy poza nim chyba tylko samych Ukraińców i Kenijczyków - rzeczywiście, fantastyczne upamiętnienie pamięci Bronisława Malinowskiego. W Starogardzie tylko trochę lepiej - w pierwszej dziesiątce 4 Polaków.

Pamiętajmy tu o kontekście - jestem jak najbardziej za równą rywalizacją, jednak tajemnicą poliszynela jest to, że kultura sportowa w krajach byłego Związku Radzieckiego polega głównie na niedozwolonym wspomaganiu. Proszę zerknąć na tabele przyłapanych ostatnio zawodników - zaludniają je głównie reprezentacji Wschodu. Oni sami niespecjalnie kryją się z tym, w jaki sposób biegają, są pewni bezkarności. Polskie biegi są specyficzne - dysponują niezłymi nagrodami i nie mają kompletnie żadnych zasad dopuszczania do startu oraz kompletnie żadnych kontroli antydopingowych. A tam, gdzie są, np. w Maratonie Poznańskim, zjawisko nadreprezentacji Ukraińców nie występuje, ba - wcale ich tam nie ma. Po innych biegach jeździ objazdowa trupa Ukraińców oraz kenijskich wyrobników, sprowadzanych hurtowo i po niskich cenach przez polskiego trenera, biegających nawet 4 razy w tygodniu i kasujących pieniądze - (często nieopodatkowane i zawsze bez pozwolenia na pracę w Polsce) wypracowane przez polskiego podatnika, przez polską gospodarkę - na własną chwałę i własne potrzeby, w sposób mocno wątpliwy.

Szanujmy siebie i wzorujmy się na lepszych, taki jest mój postulat. W USA nagrody w porządnych biegach ulicznych są dużo wyższe dla Amerykanów - Amerykanin przybiegający na 10 miejscu zarabia często więcej niż zwycięzca-obcokrajowiec. To jest zachęta do uprawiania tego sportu, tworzy się pozytywny klimat dla rodzimych zawodników, z których wyłaniają się perełki takie jak dziewczyna, która zrobiła niespodziewany progres i w trakcie maratonu podczas Mistrzostw Świata w Berlinie przybiegła na 10 miejscu, oprawiając życiówkę o 4 czy 5 minut. Chyba że zależy nam na rozwoju biegów ukraińskich, ale wtedy od razu zorganizujmy nie memoriał Malinowskiego, a jakiegoś ukraińskiego herosa. Ba, możemy od razu przeprowadzić u siebie mistrzostwa Ukrainy, po co nam mistrzostwa Polski? Kto chce oglądać tych słabych, cherlawych polskich zawodników?

Ukraińscy biegacze wyglądają na mocnych, problem w tym, że startują tylko w takich miejscach, gdzie kontroli antydopingowej się nie przeprowadza. Startują raz za razem, przez cały rok, przecząc zasadom fizjologii i zdrowego rozsądku. Objeżdżają i kasują, kasują i objeżdżają. Z ich obecności nie wynika nic pozytywnego - nie są to jakieś głośne nazwiska, które przyciągnęłyby kibiców, wręcz przeciwnie, anonimowi wyrobnicy. Ich obecność nie stymuluje polskich biegów, wręcz przeciwnie - wykańcza je. I jaka satysfakcja dla polskiego kibica, kiedy w tłumie obcych gąb giną rodzimi zawodnicy?

Chyba że nie czuję klimatów społecznych i polski kibic woli oglądać nadmiernie umięśnionych jak na standardy długodystansowe herosów z Ukrainy, zamiast polskich biedaków. Wtedy OK, niech biegają nasi ukraińscy bracia do woli, nie tylko 30-40 jak do tej pory, niech przyjedzie i 100.

Tylko dlaczego zapowiedź kontroli antydopingowej w regulaminie biegu tak ich odstrasza?

UPDATE:

Sprawdziłem, że zdarza się, że biegacze z Ukrainy są zmuszeni wystartować w zawodach, gdzie jest obowiązkowa kontrola antydopingowa. Co się wtedy dzieje? Otóż... niespodziewanie i dramatycznie słabną! Taki przykład to tegoroczne Mistrzostwa Ukrainy w biegu na 10000m. Z niedowierzaniem widzę, że padły tam strasznie żałosne wyniki. Najbardziej szokuje mnie czas faceta, który zajął tam 9 miejsce z czasem 31:54. W Polsce to jest gość, Sergiej, który na dobrze odmierzonych trasach rąbie co 3 dni poniżej 30 minut - biegałem z nim niejeden raz, do tego znany jest z samobójczego stylu biegania - od startu do mety pędzi na oślep w morderczym tempie, jakby go ktoś w tyłek ugryzł. Najwyraźniej na zawodach z kontrolą antydopingową... zjadła go trema ; )

Jest tam więcej przykładów zawodników, biegających fantastycznie w Polsce za łatwe pieniądze, a na ważnych zawodach z kontrolą - fatalnie, a najlepiej wcale. To bardzo przykre i podejrzane, kiedy się porównuje te wyniki.
piątek, 31 lipca 2009
Sposób na biegowy biznes
Dziś będzie bardzo praktyczny tekst: sposób na to, jak zarobić na bieganiu. Temat ciekawy dla każdego, podany w ujęciu praktycznym. Co najlepsze, żeby dzięki bieganiu dojść do dobrych pieniędzy, nie trzeba posiadać absolutnie żadnego talentu sportowego, absolutnie żadnej specjalistycznej wiedzy na temat biegania, nawet żadnych znajomości w biegowym światku. Oczywiście nie jest to zajęcie dla każdego. Pożądane kwalifikacje to odpowiednia doza cwaniactwa, bezczelności oraz umiejętność wynajdywania i przekręcania jak największej liczby frajerów, czyli tzw. jeleni. Zainteresowani?

Zakładam więc, czytelniku, że jesteś człowiekiem, który widzi rozwój biegowego rynku (coraz więcej ludzi biega dla przyjemności) i chce na nim zarobić. Nie masz pojęcia ani o trenerce, ani o sporcie wyczynowym, prawdę mówiąc poza ogólną wiedzą o tym, że istnieje taka dyscyplina sportu, nie masz wielkiego pojęcia o niczym, co jest związane z bieganiem. Wydaje się, że wycisnąć z tego jakiekolwiek pieniądze będzie ciężko? Nic podobnego: załóż portal poświęcony bieganiu.

Nie znasz się na programowaniu? Nie wiesz, jak przyciągnąć czytelników? Nie masz pojęcia ani o internecie, ani o bieganiu, o dziennikarstwie nie wspominając? Nic prostszego, tu naprawdę nie są potrzebne żadne kwalifikacje: zaczynamy łowy na jelenie. Po pierwsze, znajdź portal, który istnieje od lat, jest zaniedbany, ale ma znakomity adres internetowy. Portal oczywiście do niczego nie jest ci potrzebny. Znajdź po prostu jelenia, który przekaże Ci jego adres internetowy, a potem drugiego jelenia, który od strony informatycznej oprogramuje wszystko od zera. Nie musisz im nic płacić (płacą tylko frajerzy, to jedna z pierwszych zasad sprytnego biznesmena). Niestety, trzeba będzie tych jeleni wziąć do spółki, obiecując udział w zyskach. Na szczęście ty zajmiesz się sprawami portalu (trzeba to umieścić w umowie) - jak dobrze pokombinować, to oficjalnie żadnego zysku nie będzie, więc i nie trzeba będzie jeleniom płacić.

Po jakimś czasie masz więc goły portal i dobry adres, samemu niewiele robiąc, to już jakiś początek, prawda? Teraz etap drugi: znalezienie kolejnych jeleni. Ktoś przecież musi wypełnić ten portal treścią. Częściowo zrobisz to sam - wykonasz parę wywiadów, część z nich ściągniesz z zagranicznych portali, przetłumaczysz i bez zgody autorów umieścisz na swoim portalu - i tak nikt tego nie sprawdzi. Zdjęcia znajdziesz w bezpłatnych serwisach. Ale przetłumaczone teksty innych to wciąż mało, dlatego kolejne jelenie są bardzo pożądane. Znajdź ich jak najwięcej - takich, które interesują się bieganiem, umieją pisać, najlepiej jeśli posiadają wiedzę, której sam nie masz. Umiejętnie urabiaj jelenie: roztocz przed nimi wizję uczestnictwa w budowie największego biegowego portalu w Polsce, obiecaj góry złota, wspaniałą pracę, ogromne zyski (w przyszłości). Tylko najważniejsze: nie podpisuj żadnych, ale to żadnych umów! Cała sztuka tego biznesu polega na tym, żeby wykorzystać pracę jeleni do zbudowania wszystkiego od zera przy minimalnych nakładach własnych. Umowy mogą wszystko zepsuć. Nic na papierze - to żelazna zasada polskiego biznesmena. Roztocz przed jeleniami wrażenie, że żądając umowy obrażają cię - jak to, nie wierzą w twoją kryształową uczciwość? Co za jelenie!

Jelenie trzeba dobrze zanęcić: zorganizuj im "spotkanie redakcyjne", zaproś do domu, poznaj z żoną i psem. Niech poczują się zobowiązane. Dzwoń do nich codziennie i spraw, żeby czuły się ważne - pytaj, co masz robić, jaką politykę prowadzić, o kim pisać i z kim rozmawiać. Ale oczywiście - rób wszystko po swojemu. Wpędzaj ich w ciągłe poczucie winy - opowiadaj bez przerwy, jak to urabiasz ręce po pachy, załatwiając sprawy portalu i dbając o ich przyszłe, niewyobrażalne zarobki. Jeśli dobrze naściemniasz, nie będą w ogóle pytać o efekty tych "starań". Jeśli jelenie zostaną dobrze urobione, zanęcone, same na wyścigi zaczną pisać Ci teksty, wstawiać je na portal, wypełniając grafiką i poprawiając - złoty biznes, prawda? Nie kiwasz palcem, nie znasz się na niczym, a masz dobry portal biegowy z dobrym adresem, z dobrymi tekstami napisanymi za darmo przez jelenie.

Kiedy jelenie pilnie dziobią, możesz zacząć myśleć o konkretnych zyskach. Po pierwsze, musisz mieć spokojną głowę: weź któregoś w miarę bystrego jelenia i mianuj go wicenaczelnym portalu. Niech on się zajmuje tekstami, korektą i użeraniem się z innymi jeleniami - czyli sprawami, na które szkoda twojego cennego czasu. Oczywiście nadal obowiązuje zasada: wiele obietnic, ale nic na papierze. Ty w tym czasie możesz np. pojechać na wycieczkę - np. do Holandii czy Londynu, nie ma ograniczeń. Na wyjeździe uspokoisz stargane nerwy, naruszone użeraniem się z tym plebsem i parzystokopytnymi dołami społecznymi. Jeleniom wmówisz oczywiście, że to dla dobra portalu i że zrobisz stamtąd relację z jakiegoś biegowego wydarzenia. Ba, możesz nawet coś napisać, co Ci szkodzi, przy okazji nadal urabiając jelenie, jak to z trudem, pełen poświęcenia, znajdujesz w swym napiętym grafiku kilka dni, żeby jechać na tę wycieczkę... Zaraz, zaraz, jaką wycieczkę!? Na ten ciężki, nieprzyjemny wyjazd biznesowy!

Pojawia się oczywiście pytanie - dzięki dziobaniu jeleni masz portal, jesteś naczelnym - ale jak to zamienić w konkretną gotówkę? OK, satysfakcję już masz, ale pora na konkretne cyfry na koncie, prawda?

Otóż to jest sedno biznesu - jeśli zebrałeś odpowiednią grupkę jeleni, odpowiedni adres, to twojemu portalowi zacznie przybywać czytelników. Będziesz zarabiał na reklamach! Stawki są duże, np. 10-15 tysięcy złotych za baner na stronie głównej twojego portalu, wiszący przez miesiąc. Idealna sytuacja jest taka, kiedy któryś z jeleni sam będzie w twoim imieniu negocjował z reklamodawcami. To jest złoty interes - wszystko robi za Ciebie stado jeleni, ty tylko symulujesz pracę i zbierasz zyski. Prawda, że genialny pomysł? Ale to nie wszystko - jelenie cię uwiarygadniają. Nikt ci nie powie, że się nie znasz, nikt nie spyta o twoje kwalifikacje, które, co tu dużo gadać, są żadne. Jesteś teraz naczelnym dużego portalu, prawda? Bezkarnie możesz pisać największe androny na temat biegania, osądzać trenerów, zawodników, mówić, kto jest dobry, a kto zły, kto trenuje dobrze, a kto źle i jak powinni biegać, żeby mało biegać, a się nie zabiegać. Jak się dobrze zakręcisz, to dla jeleni i czytelników staniesz się największym biegowym autorytetem, a twoje słowo będzie święte. Amen!

Jednak z pieniędzmi trzeba ostrożnie, dlatego najważniejsze negocjacje biznesowe przeprowadzaj sam. Lepiej niech jelenie nie wiedzą, ile zarabiasz na reklamach, bo jeszcze zaczną pytać, jak to możliwe, że nadal im nie płacisz. Oczywiście moment buntu przyjdzie prędzej czy później, to nieuniknione, ale sztuka polega na tym, żeby odsunąć ten moment i wciąż znajdować nowe jelenie. Oraz żeby wyciskać z nich jak najwięcej jak najmniejszym kosztem. Dlatego wciąż opowiadaj bajki - im lepszym jesteś bajkopisarzem, tym lepiej. Ściągaj teksty z wszelkich możliwych źródeł, obiecując kolejnym jeleniom przyszłe (ha, ha) zyski. Opowiadaj im też wciąż, jak to mało dostajesz za te reklamy, że nawet nie pokrywa to kosztów twojej działalności, że wciąż dokładasz do biznesu, że kryzys, że konieczne inwestycje - im więcej bajeczek, tym lepiej. Sam - jeździsz na wycieczki (oczywiście nie nocujesz w bursach, to dobre dla plebsu, ty wynajmuj najlepsze hotele), w pewnym momencie rzuć nawet pracę, jak już będziesz pewien, że biznes zaczął się dobrze kręcić. Jeśli dobrze pokombinujesz, to nawet to dobrze sprzedasz jeleniom: opowiedz, że portal jest w tak dramatycznej sytuacji, że stawiasz wszystko na jedną kartę, inwestujesz własne pieniądze, zostawiasz pracę, żeby skuteczniej doglądać swój biedny, niedochodowy portal... Oczywiście pilnuj, żeby żaden jeleń nie miał wiedzy o operacjach finansowych, nie przedstawiaj niczego na papierze, żadnych rozliczeń, żadnych umów - wszystko musi być na gębę, najlepiej bez świadków. Tak się robi biznes w Polsce.

Jak długo można tak ciągnąć? Zdziwisz się: całymi latami. Naiwność jeleni jest porażająca, wystarczy, że raz zaprosisz ich do siebie do domu, odpowiednio zbajerujesz, a przez całe lata nie zaczną pytać ani o pisemne umowy, ani o zyski. Jeśli bardzo będą podskakiwać, a jeszcze będziesz ich potrzebował, możesz zapłacić im od czasu do czasu jakieś grosze. Wtedy zawsze powiesz: no jak to, patrzcie, nic nie zarabiam, a wam płacę, wy zaś narzekacie. A ja ręce po pachy urabiam, żadnych zysków nie czerpię, z własnych pieniędzy dokładam... etc. Rzuć im trochę bezpłatnego sprzętu biegowego. Skąd go weźmiesz? Ba, przecież nie z własnej kieszeni, wykorzystaj sprzęt, który firmy wysyłają mediom do testów. Układ jest prosty - oni Ci dadzą sprzęt, o którym Ty będziesz pisał pochwalne artykuły. Ten sprzęt możesz częściowo wysyłać jeleniom, dzięki temu zyskasz i kolejne artykuły, i wdzięczność jeleni, samemu znowu nie wykładając ani grosza. I siebie ubierzesz, i żonę, i jeleniom coś rzucisz - a jak zapiszczą, to powiesz: no jak to, drogie jelenie, buty dostałyście? Czapkę dostałyście? Koszulka na grzbiecie leży? To czego jeszcze chcecie?

W międzyczasie, będąc naczelnym, kręć własne lody: przede wszystkim wspieraj kolegów. Jeśli twój kolega pracuje w firmie obuwia sportowego, reklamuj tę firmę do obrzydliwości. Niech jej buty będą najlepsze, a reklamy zawsze wiszą na stronie. Zarzucą ci stronniczość? Bajdurz, że to dla dobra czytelników, wymyśl jakąś historyjkę, np. że chcesz ich zapoznać z tą bajeczną ofertą, która jest znakomita, a z niewiadomych powodów za mało nagłaśniana i ty dla dobra rynku wypełniasz tę lukę. Może to być zresztą jakakolwiek inna bzdura, większość frajerów i tak łyknie ją bez zastrzeżeń. Oczywiście jesteś obiektywny, tak, tak, wszystkie firmy są równe, ale jak trafi się okazja, to na biegowej imprezie postaw stragan z butami firmy twojego kolegi i sprzedawaj je dla własnego zysku, wcześniej oczywiście reklamując na portalu. Etyka? Zapomnij o etyce, etyka albo zysk, drogi czytelniku, wybór należy do ciebie. A jeśli kolega odejdzie z firmy obuwniczej? To koniec, żadnej reklamy więcej, buty tej firmy już nie są najlepsze.

Co, jeśli twój kolega poszedł pracować w zarządzie związku sportowego, który wcześniej ostro krytykowałeś? No cóż, koniec krytyki, nie będziesz kolegi krytykował, co nie? Związek był zły, teraz jest dobry, bo jak jest tam twój kolega, to nie może być zły. Wcześniej na związku trzeba wieszać psy, opluwać ile się da - choćby po to, żeby następne wybory na prezesa związku wygrał ten kandydat, który zupełnym zbiegiem okoliczności wspiera twojego kolegę. Kolega w związku sportowym to zawsze duży plus i pewne możliwości na przyszłość.

Możesz też wykorzystać całą tę sprawę do pozbycia się szczególnie natrętnego jelenia - bardzo dobry pomysł! Jak już kolega znajdzie się w zarządzie związku sportowego, pozbądź się tego jelenia, którego mianowałeś wicenaczelnym. Jeszcze się za bardzo rozpanoszy, poza tym na pewno zaczyna się już buntować, że pracuje za darmo. Ogłoś oficjalnie i z wielką powagą, że wicenaczelny jeleń sprzeniewierzył się zasadom dziennikarstwa, że tak naprawdę to on krytykował związek sportowy, a nie ty. O koledze w związku ani słowa, ani słowa też o tym, że to jeleń ma dyplom dziennikarski, a nie ty. Frajerzy i tak tego nie skojarzą. Ogłoś, że ciągła krytyka rujnuje, a zgoda buduje - wymyśl zresztą jaką chcesz bzdurę, i tak większość frajerów łyknie to bez zastrzeżeń. Dzięki temu nie tylko wykonasz bezbłędnie trudną woltę - od krytyka do przyjaciela związku sportowego (ale już z kolegą w zarządzie). Równocześnie pozbędziesz się jelenia i jeszcze wyjdziesz na sędziego-rozjemcę, dla którego nie bezmyślna krytyka, ale zgoda, współpraca i pozytywne działanie jest ważne.

Dam ci jeszcze lepszy pomysł - jelenia-frajera pozbądź się... smsem! To jest dopiero zabawny myk! Im ważniejszy poczuł się jeleń, tym boleśniej go wykończ. Wcześniej dzwoniłeś, pytałeś, radziłeś się i z powagę kiwałeś głową? To teraz jako odpłatę za to poświęcenie wyślij mu tylko smsa - do widzenia, drogi jeleniu, koniec naszej owocnej współpracy! Tym zabawniejsze będzie jego zaskoczenie, tym śmieszniejsze jego żałosne pretensje. Umowę jakąś jeleń drogi ma? Na białym czarno napisane, że cokolwiek robił i że cokolwiek mu się należy? Nie ma, więc proszę drogiego jelenia, proszę nie męczyć mnie swymi niesłusznymi pretensjami, swymi bajaniami i żalami. Ha, ha, ha.


W międzyczasie jest wiele możliwości robienia drobnych biznesików, nie będę zanudzał drogiego czytelnika ich opisami. Dodam tylko, że jak będziesz miał okazję na swym anonimowym forum przyłapać piszącego gościa z konkurencji, udup go, udup jak tylko możesz - ujawnij jego prawdziwą tożsamość, pokaż publicznie jego wpisy, nazwij łajdakiem i w redakcyjnym komentarzu napisz, że takich bezczelnych cwaniaków trzeba się ze świata lekkiej atletyki pozbyć. Oczywiście nie wspomnij przy tym, że jest on twoją konkurencją i że sam krytykujesz na forum innych, używając kilku fikcyjnych kont - bo takie wspominanie jest poniżej twej godności, podobnie jak zarzuty, że robisz to dla własnego interesu. Co ten plebs będzie ci tam buczał.

I tak drogi czytelniku, zrobisz prawdziwą karierę: od pucybuta do milionera, do biegowego guru z biegowego zera. Zaczynałeś z kilkoma dolarami w kieszeni, a teraz jesteś gość. Wykorzystane przez ciebie jelenie mogą popiskiwać nieśmiało - nieważne, teraz już ci nic nie zaszkodzi, bo ty jesteś ktoś, to ty władzę i media masz, a one tylko jeleniami są. Biznes się kręci, konto pęcznieje, a ty możesz w blasku i chwale dożywać jasnego końca swych dni. Cenzuruj tylko forum na potęgę - jeśli ktoś krytykuje coś nie po twojej myśli, usuwaj, banuj, wyrzucaj. Jest oczywiście ryzyko, że niektórzy połapią się, o co w tym wszystkim chodzi i że odejdą z twojego biegowego forum i biegowej strony. Jeśli to tylko czytelniczy plebs, to trudno, jeśli przy okazji stracisz paru fachowców - też trudno. Teraz ty tu jesteś naczelnym fachowcem, ty i twoi koledzy. Żyjecie długo i szczęśliwie.

P.S. Oczywiście przedstawiona tu bajka o złym wilku i pożeranych jeleniach to tylko wytwór mojej chorej wyobraźni. Pod postaciami zwierząt nie kryją się ludzie, a jakakolwiek zbieżność z realnymi faktami jest absolutnie przypadkowa. Niektórzy z was pytają mnie, jak to możliwe, że nie jestem już dziennikarzem pewnego biegowego portalu, którym byłem do niedawna. Odpowiedź jest prosta - znudziło mi się. Dwa lata w takim portalu, stanowisko wicenaczelnego - prawdziwe nudy, naprawdę mnie to nie bawiło, ślęczeć nad tym nawet po kilkanaście godzin dziennie. O wiele przyjemniej jest pisać sobie na blogu i wymyślać tego rodzaju niestworzone historie.
wtorek, 30 czerwca 2009
Mistrzostwa USA, niesamowity poziom
Ten weekend za oceanem to lekkoatletyczne mistrzostwa USA - wielka impreza, szalenie emocjonująca dla każdego kibica biegów. Amerykanie to w tej chwili potęga w biegach długich, oczywiście ustępują Etiopczykom i Kenijczykom, ale w świecie białych nie mają sobie równych. Obserwując najlepszych z nich, można nabrać trochę nadziei, że również blade twarze mogą biegać mocno.

Te mistrzostwa były trenerskim popisem Alberto Salazara, kiedyś kilkukrotnego zwycięzcy maratonu w Nowym Jorku, obecnie trenera Oregon Project, grupy najlepszych amerykańskich długodystansowców, trenowanych pod finansową opieką firmy Nike. Zawodnicy Salazara zwyciężyli na 10 000m mężczyzn i kobiet oraz na 5000m kobiet. Jego grupa jest mała, ale zdecydowanie rozdawała karty w tych mistrzostwach (które równocześnie były amerykańskimi kwalifikacjami do mistrzostw świata)

Bieg na 10 000m to popis Galena Ruppa, cudownego amerykańskiego dziecka biegów długich, który popisał się znakomitym finiszem na ostatnich 500m, ostatnie 3km miał w okolicach 8:00 i zdecydowanie wygrał, przed Dathanem Ritzenheinem (kiedyś medalistą przełajowych MŚ juniorów, Amerykanie jakoś potrafią rozwijać swoje talenty), który od miesiąca również jest zawodnikiem Salazara. Rupp pobiegł 27:52 - jak na bieg rozgrywany taktycznie, bez zająców - fantastyczny wynik! Ale jeszcze lepiej był na 5000m, tam mężczyźni, biegnąc 13:2.xx, ostatnie okrążenie kończyli w tempie 53 sekund! Czyli taki czysto taktyczny bieg kończą 30 sekund szybciej niż biegają najmocniejsi Polacy w biegu nietaktycznym i z zającem ; ) To zarzut również pod moim adresem, bo sam jak na razie biegam 5km bardzo słabo.

Wiemy więc, od kogo trzeba czerpać naukę. Wygrał Matt Tegenkamp, który w ostatnich Mistrzostwach Świata na tym dystansie był 4ty.

Ponieważ lubimy polskie akcenty, to polski akcent był na drugim miejscu w biegu mężczyzn na 5000m - srebro zdobył bowiem facet o swojsko brzmiącym nazwisku Solinsky. Czwarta na 10000m kobiet była Magdalena Lewy, stuprocentowa Polka, reprezentująca obecnie USA. Jej wynik pokazuje, że nawet Polka, przy dobrym treningu, jest w stanie biegać szybko.

Mattew Tegenkamp - stuprocentowy "białas", który walczy jak równy z Kenijczykami

Z kobiecych biegów - 5000m wygrała Kara Goucher, na której częściowo wzoruję trening Oli. Wiosną biegła ona maraton w Bostonie, gdzie była trzecia, przegrywając bieg na ostatnim kilometrze. Od tej pory pracuje nad szybkością, startowała na 800, 1500m, teraz wygrała 5000m z czasem 15:20, a na mistrzostwach świata biegnie znowu maraton.

Biegi średnie nie były porywające pod względem czasów, było to taktyczne, ostre ściganie na końcówce. Mimo wszystko: 1.45 na 800m mężczyzn, 2:00 u kobiet. Na 1500m dużo wolniej: 3:41, ale nie u kobiet - tam mimo wolnego pierwszego okrążenia zwyciężczyni, Shannon Rowbury, trenowana przez niejakiego coacha Cook,a wycisnęła 4:05.

Co podkreślaja prawie wszyscy zawodnicy biegów długich, ich trening jest ukierunkowany na mistrzostwa świata w Berlinie, teraz startowali "z biegu". W zeszłym roku w Pekinie Amerykanka Flanagan zgarnęła brąz na 10 000m, w Berlinie możemy się chyba spodziewać kolejnych dobrych występów Amerykanów. Przemyśleli oni stan swoich biegów, na ich poprawę poszły potężne fundusze, mocno zmieniono cały system (np. w biegach ulicznych funduje się potężne, dodatkowe nagrody dla najlepszych Amerykanów, którzy dzięki temu nawet zajmując dalsze miejsca, zarabiają lepiej niż kenijscy czy etiopscy zwycięzcy). Owoce tego Amerykanie zaczynają zbierać, właściwie zbierają już od kilku lat. Kiedy doczekamy się takiego systemu u nas? Czuję, że nieprędko.

Na razie jedynym rodzynkiem, który otwarcie przyznaje, że całymi garściami czerpie z amerykańskiego treningu, amerykańskich doświadczeń - jestem ja. Pierwsze efekty widać już u Oli, a mam nadzieję, że z roku na rok będzie lepiej.


Shalane Flanagan - młoda, ładna, do tego medalistka olimpijska
czwartek, 19 lutego 2009
Kamila, sport i zdrowie

Po śmierci Kamili Skolimowskiej wielu kibiców zadaje sobie pytanie - czy jej śmierć jest konsekwencją uprawiania wyczynowo sportu? Czy sport wyczynowy jest tak niezdrowy, jak się go maluje? Niedawno w lekkiej atletyce doszło do podobnej tragedii - w wieku 26 lat zmarł znakomity niemiecki 800-metrowiec Rene Herms.

Uważam, że niekoniecznie. Zastanówmy się, czy wieloletnie nadużywanie alkoholu, wieloletnie niedosypianie, życie w stresie, niezdrowe odżywianie się, przepracowywanie, czyli to, co dotyka znaczną część społeczeństwa - czy nie są równie obciążającymi czynnikami co wyczynowy sport? Uważam, że tak, dlatego nie sądzę, aby samo uprawianie sportu na wysokim poziomie było jakoś szczególnie niebezpieczne. W tym wypadku sportowcy są wręcz uprzywilejowani - wysypiają się, dużo odpoczywają, starają się zdrowo odżywiać. Wszystko po to, aby szybciej regenerować organizm. Dlatego zanim wydamy wyrok na wyczynowy sport, sprawdźmy, jak wyglądają statystyki śmiertelności w tej części społeczeństwa w podobnym wieku, która nie uprawia sportu.

Równocześnie trudno nie zgodzić się ze stwierdzeniem, że wyczyn jest obciążeniem dla organizmu. Trening polega na wpędzeniu organizmu w kryzys, w stan alarmowy, zniszczeniu go, aby odbudował się mocniejszy. Można w tym procesie przesadzić, przemęczyć się, to pierwsze ryzyko. Można ulec kontuzji, to ryzyko drugie. Ale najgorsze jest co innego.

Sportowcy od zawsze próbują podnieść swoje zdolności wysiłkowe poprzez dziwne eksperymenty. Skrajnością jest doping, ale i w ramach dozwolonego wspomagania organizm przeciętnego polskiego sportowca jest przeciążany ponad miarę. Niepotrzebne, bo nieskuteczne pożeranie kilogramów witamin, odżywek, manipulacje wagą, trenowanie w czasie choroby - to najczęstsze błędy. Do tego sportowiec, pewny swej siły i niezniszczalności, kiedy już się bawi - bawi się bez umiaru, czuje się wszechmocny. Wreszcie - przyzwyczajony do ciągłego życia z bólem atleta lekceważy objawy choroby. Przecież Kamila także przed swoją śmiercią czuła się źle. Nie poszła jednak do lekarza, nie wiadomo zresztą, czy miała do niego dostęp na obozie. Znając polskie realia, myślę, że nie miała, poza tym kadrowi lekarze znają się na wielu sprawach, ale na pewno nie na leczeniu chorób.

Sam sport jest więc zajęciem ciężkim, czasami niebezpiecznym - ale jednak w rozsądnych granicach. Prawdziwie niebezpieczne jest niewłaściwe podejście do sportu, niewłaściwe życie pozasportowe.

I tu dygresja - polscy sportowcy nie mogą liczyć na szkolenie związane ze zdrowym odżywianiem. Nie mogą liczyć na opiekę lekarską, często są nieubezpieczeni (ja byłem nieubezpieczony przez kilka lat). Badania sportowe dla osoby powyżej 21 roku życia są płatne - to jest paranoja! Nikt sportowcom nie mówi, jak mają żyć, jak odpoczywać. Goni się ich do ciężkiego treningu, a resztę załatwiają na własną rękę, dowiadując się, jak się odżywiają i regenerują inni. Sportowcy są chętni do wszelkiego rodzaju hazardu - dziwnych diet, dziwnych wspomagaczy, chińskich korzeni itp. Wiara w cuda jest powszechna, nawet wśród sportowców-amatorów.

I to, w połączeniu z ciężkim treningiem, jest prawdziwym ryzykiem w naszym sporcie. Nie rozumiem, dlaczego od wielu lat, mimo dostępności internetu, dzięki któremu można np. przeprowadzać sportowcom szkolenia zdrowotne, nic się w tej materii nie zmienia.

wtorek, 20 listopada 2007
Cudowne ozdrowienie

Czas na update bloga. Tym bardziej, że wiele się zmieniło. Nastąpił cud niewiele mniej spektakularny niż zmartwychwstanie: niespodziewanie ozdrowiałem. Przeczytaj, a może i ty pomożesz sobie.

Od dwóch lat truję na tym blogu, o tym, co mnie boli podczas biegania. Zaczęło się jeszcze kiedyś, kiedyś od dziwnego bólu mięśnia dwugłowego. 2 lata temu na samym początku najlepszego sezonu złapała mnie koszmarna kontuzja pachwiny - z trudem mogłem chodzić. Kilka miesięcy później, w Hiszpanii kontuzja kulszowego. Właściwie nikt nie wiedział dokładnie, co to dokładnie, bo bolały mnie plecy, biodro i dwugłowiec, ale ledwo chodziłem, miesiąc nie biegałem, więc zakwalifikowano to jako kulszowy. I wreszcie w tym roku w USA - na wiosnę paskudna kontuzja przyczepu achillesa, znowu ponad miesiąc przerwy, trening w plecy.

Co najgorsze, to wcześniejsze kontuzje nie mijały, a przechodziły w stan przewlekły. Raz bolały mniej, raz więcej, ale cały czas coś czułem. Jeszcze tydzień temu byłem totalnie zdołowany: mało biegałem, wolno, po miękkim, a bolały mnie mocno plecy, dwugłowiec, achilles i stopa.

No i nagle wyzdrowiałem.

Co się stało? Otóż natknąłem się na publikację opisującą ćwiczenia relaksacji poizometrycznej. Brzmi to dziwnie, same ćwiczenia są też nieco skomplikowane, ale pomaga. Elementy tych ćwiczeń od dawna pokazywali mi różni cudotwórcy i fizjoterapeuci. Ale dopiero teraz do brnąłem do wiedzy kompletnej i dokładnej. Teoria stojąca za tym brzmi następująco: bieganie może powodować napięcie pewnych grup mięśniowych, szczególnie dwugłowców, czworogłowców i wszystkich mięśni okołobiodrowych. To napięcie staje się ciągłe, co doprowadza do przewlekłych bóli. W sytuacjach skrajnych można sobie w ten sposób uszkodzić kręgosłup lub przestawić miednicę. W sytuacjach mniej skrajnych zaczyna boleć po kolei to, co mnie bolało.

Co gorsza, sytuacji nie rozwiązuje normalne rozciąganie. Jego wykonywanie mocne może wręcz dodatkowo napinać mięśnie. To prawdopodobnie działo się u mnie, bo zawsze się mocno rozciągałem. I tutaj wchodzi relaksacja: rozciąganie jest tam połączone z napinaniem i rozluźnianiem mięśni, co w rezultacie rozluźnia całe grupy mięśniowe. Brzmi to może mętnie, ale zadziałało jak cholera. Już po pierwszej serii ćwiczeń następnego dnia nie czułem pachwiny, po kilku dniach minęły mi praktycznie wszystkie bóle! Od kilku dni biegam wściekle dużo i nic mnie nie boli, po raz pierwszy od lat. No, może czuję troszeczkę momentami stopę, ale liczę, że to też przejdzie. A wyjąłem z butów nawet specjalne wkładki, które nosiłem od wiosny i zastąpiłem je zwykłą wkładką, lekko stabilizującą stopę.

Jeśli ta poprawa utrzyma się dłużej, to kto wie, może jeszcze pobiegam na przyzwoitym poziomie.

poniedziałek, 27 sierpnia 2007
(prawie) komentator Marek Jóźwik

Przyznam wam, że transmisje jakichkolwiek zawodów LA w publicznej TV oglądam tylko wtedy, gdy jestem do tego zmuszony. No i niestety byłem zmuszony dzisiaj i przedwczoraj. A ponieważ publiczna TV jest poniekąd naszą wspólną własnością, muszę po raz kolejny zająć się niejakim Markiem Jóźwikiem.

Pytanie pierwsze: po co ten gość pojechał na mistrzostwa świata do Osaki? Ja wiem, że w publicznej TV zatrudnia się specyficzne osoby, ale jest pewien poziom kompetencji, a raczej ich braku, który powinien skłaniać do wymiany kadry. Marek Jóźwik jest tak żałosnym komentatorem LA, że nóż się w kieszeni otwiera, gdy się go słyszy. Jeśli chodzi o konkurencje techniczne, to jest po prostu słaby. Jeśli chodzi o biegi, to prezentuje poziom zerowy. Albo gorzej.

Facet ma pewną manię, jeśli chodzi o konkurencje biegowe: zawsze twierdzi, że bieg jest wolny. Ja to się staram zrozumieć: wiadomo, jedzie się do Osaki, a tam te wszystkie przyjęcia, bankiety, darmowe drinki i skośnookie panienki. Rano wszystko dzieje się w zwolnionym tempie. Ale po to są te małe cyferki u dołu ekranu, żeby sobie przeliczyć co trzeba.

Naprawdę wielu fachowców ze środowiska dziwi się, gdy kobiety biegną 800m, pierwsze 400m jest w 58s, a Jóźwik twierdzi, że to wolno. A gdy biegną mężczyźni na 10km i zaczynają w 2.44 pierwszy kilometr, jest to nawet "bardzo wolno". Aż się chce złapać takiego (prawie) komentatora za twarz i trzepnąć o ścianę. A wystarczy przecież sobie pomnożyć te 58 sekund razy dwa, zapisać wynik, zajrzeć w tabele światowe i zastanowić się, ile było na świecie biegów w tym tempie? Albo stanąć na bieżni i spróbować przebiec chociaż 100 metrów z taką prędkością.

Jóźwik jest też w stanie powiedzieć, że ostatni bieg eliminacyjny jest zdecydowanie najwolniejszy i nie wyrazić ani cienia zaskoczenia, gdy się okazuje, że jednak jest zdecydowanie najszybszy. I te jego kretyńskie żarciki! Dzisiaj wyskoczył nieźle. Powiedział, że w Etiopii nikt nie chodzi, a wszyscy biegają jak Forrest Gump. Takie żarciki są głupawe nawet w przypadku osiedlowego pijaczka - i tacy ludzie na ogół prezentują ten poziom żartów. W przypadku komentatora publicznej TV jest to żałosne do kwadratu.

Najgorsze jest zaś to, że jesteśmy skazani na takiego typa. Jeśli nie ma się Eurosportu to zawsze przy okazji transmisji mitingu powstrzymujemy wymioty słuchając Marka Jóźwika. Naprawdę o niebo lepszy jest Szaranowicz - ten przynajmniej zdaje sobie sprawę, że nie ma zielonego pojęcia o tym, co mówi i jest ostrożny w sądach. Jóźwik tonem proroka rzuca największe głupoty, pławiąc się w swojej domniemanej nieomylności. Czy naprawdę nie ma możliwości wykopania tego (prawie) komentatora z TV?

P.S. Sebastian Chmara dobrze wczuł się w rolę członka. Członka zarządu PZLA. Dobrze wie, że w PZLA jest beznadziejnie i stąd brak jakichkolwiek sukcesów. Ale nie przyzna tego, nic nie powie, za dobrze już usiadł na związkowym stołku. Jak się go słucha, to się tak człowiek zastanawia: wszystko jest pięknie i OK, więc dlaczego nikt z naszych biegaczy nie pojechał do Osaki? A zawodniczki, które pojechały, dlaczego tak totalnie dały ciała?

[edit: tekst z roku 2007, aktualny nadal w 2011 ; ) Marek Jóźwik wciąż działa. ]

poniedziałek, 30 lipca 2007
Dekalog zawodnika

Poniższy tekst powstał z myślą o młodych, głodnych sukcesu zawodnikach wyczynowych, którzy nie umieją jeszcze poruszać się w dżungli polskiej lekkiej atletyki. Mylnie zakładają, że dobry wynik, talent czy chęć szczera wystarczą, aby zaistnieć. Nie znają zasad, pozwalają sobie na dyskusje z sędziami w trakcie zawodów, nie czczą trenera jak Boga, a czasami wysuwają wręcz kompromitujące ich niewiedzę żądania. Chcą uczciwego sędziowania, traktowania po ludzku przez działaczy, zainteresowania ich sprawami przez trenera czy - co już zupełnie absurdalnie – żądają sprzętu sportowego albo odnowy biologicznej. Odnowy biologicznej, dobre, prawda? Jakby im była potrzebna jakaś tam odnowa... Dlatego, zawodnicy, przeczytajcie ten Dekalog łącznie z objaśnieniami i wyryjcie na pamięć, a zrozumiecie, że zaistnieć w polskiej LA można nawet bez wyniku. Bo tu nie ma rzeczy niemożliwych. Dekalog przyda się również młodym naiwnym kandydatom na działaczy i trenerów.

 

DEKALOG MŁODEGO ZAWODNIKA


Jam jest trener twój kadry, działacz klubowy lub sędzia, który cię wywiódł ze sportowego niebytu.


1. Nie będziesz miał trenerów, działaczy, sędziów cudzych przede mną.

 

Punkt ten oznacza, że w lekkiej atletyce jest tylko jeden słuszny punkt widzenia, punkt widzenia twojego trenera, trenera kadry, działacza lub sędziego. Jeśli punkty widzenia trenera i trenera kadry się różnią, to masz dopiero problem, zawodniku. Oznacza to również, że jak sędzia każe ci biegać 1500m z linii oznaczającej start do 1500m z przeszkodami, to masz się nie wykłócać niepotrzebnie, tylko startować. On jest sędzia, który zęby zjadł na LA, bo sędziuje już 85 lat i ma jeszcze dobre oczy i widzi, że to dobra linia, a ty jesteś od biegania, nie gadania.

Poza tym nie słuchaj nikogo spoza lekkoatletycznego światka, który mówi ci bzdury typu: po co się męczysz za darmo, jeśli jeszcze obrzydzają ci z tego powodu życie, dlaczego nie rzucisz tego w diabły.

Nie słuchaj też innych trenerów. Myślisz, że jak zagraniczny trener jakiegoś tam rekordzisty świata ci powie, że źle trenujesz, to ma rację? A kim on jest żeby nas pouczać? Miał szczęście z tym rekordem świata i już cwaniakuje?


2. Nie będziesz wzywał imienia trenera, działacza, sędziego na daremno.

 

To bardzo ważny punkt. Myślisz, że trener kadry to nie ma nic do roboty poza trenowaniem ciebie? A gdzie tam, pewnie, że ma. Dlatego nie przyłaź i nie truj, zadając jakieś idiotyczne pytania o sens treningu i dlaczego robimy dane ćwiczenie. Robimy, bo wszyscy robią i tyle. Nie pytaj też działacza o pieniądze, bo jest jasne, że nawet jeśli są, to nie dla ciebie. Marketing? Sponsoring? A co to znaczy? Pewnie coś nieprzyzwoitego. No i jeszcze pamiętaj, że sędzia na zawodach nie jest od tego, żeby ci pomagać. Skąd on może wiedzieć, która linia co oznacza? Żółta, zielona, niebieska, kto by to wszystko spamiętał, zresztą oczy już nie te co dawniej. I jeszcze śmiesz żądać, żeby taśma się nie zaginała podczas pomiaru odległości? Bezczelny!


3. Pamiętaj, abyś dzień zawodów święcił.

 

Czyli w dzień zawodów dwa poprzednie punkty obowiązują ze szczególnym rygorem. Trener w dzień zawodów ma zbyt ciężką głowę, zbyt wiele w nocy omówił spraw szkoleniowych z innymi trenerami, żeby ci jeszcze mówić, o której masz startować, czy jak masz rozegrać konkurencję taktycznie. Działacza zawody w ogóle nie interesują, bo on jest od czego innego. A sędziemu za mało płacą, żeby się interesował. Rób więc swoje i nie zawracaj...eee... głowy.


4. Czcij organizatora zawodów sportowych.

 

To postać niemal tak samo ważna jak sędzia, trener czy działacz, ale tylko w dzień zawodów. Pamiętaj, nie zadawaj durnych pytań o nagrody za zwycięstwo. Jakie nagrody? Nagrodą jest sam fakt, że mogłeś wystartować w naszym cudownym biegu. Nie ma cię w lepszej serii? Nie zasłużyłeś. Co z tego, że masz lepsze wyniki niż ci, którzy jednak biegną w lepszej? A kogo to obchodzi? Nie próbuj też iść do organizatora z jakimikolwiek zażaleniami, pretensjami czy sprostowaniami. On naprawdę ma inne rzeczy na głowie, bo po zawodach często jest bankiet i to właśnie bankiet jest głównym punktem programu i budżetu. Zrobiłeś swoje, wystartowałeś, to daj już organizatorowi spokój. A jak nie wystartowałeś, bo ci nie pozwolili, to też daj organizatorowi spokój.


5. Nie zapijaj.

 

Jak już jesteś na bankiecie, czyli wśród działaczy, sędziów i trenerów – tylko kto cię tam wpuścił? - to pij tak jak oni, czyli z fantazją, polotem i bez umiaru. Pokaż, że zawodnik to gość i bawić się umie.


6. Nie zaglądaj w czyjeś łóżko.

 

To, że trener sypia ze swoją zawodniczką, to jego sprawa. Co z tego, że jest czterdzieści lat starszy? I nie miej pretensji, jeśli z tego powodu zawodniczka ma w kadrze lepiej niż ty. Widocznie jest dobra w tym, co robi, a za klasę należy się nagroda. Punkt ten w szerszej interpretacji oznacza też, żebyś nie próbował doszukiwać się łóżkowych lub rodzinnych koligacji wśród działaczy. Co z tego, że kochanek/mąż/żona/bratanek/syn/córka kogoś ważnego w lekkiej atletyce zajmuje ważne stanowisko? Widocznie zasłużył. A ty masz biegać, rzucać i nie podskakiwać. Chyba że jesteś skoczkiem, ale nawet wtedy nie za wysoko.


7. Nie patrz, czy ktoś kradnie i jak możesz to też kradnij.

 

Tu docieramy do sedna istnienia lekkiej atletyki. Sprzęt sportowy nie jest po to, aby go po prostu dać zawodnikowi. W szczególności dotyczy to sprzętu kadrowego. Są inne, o wiele pożyteczniejsze sposoby jego wykorzystania, o które nie pytaj, a jak wiesz, to nie rozgłaszaj. Delegacje, obozy, wyjazdy, stypendia – w to również nie wnikaj. Konflikt interesów trenera kadry, bo ma równocześnie pensjonat, do którego jeżdżą zawodnicy kadry? Ciiiii... Nie bądź konfident, to nie twoja sprawa, ty masz tylko biegać, skakać lub pchać. A jak nie, to się wypchaj.


8. Nie mów prawdziwego ani fałszywego świadectwa przeciwko trenerowi/działaczowi/sędziemu.

 

Punkt ten może się wydawać nielogiczny tylko komuś, kto nie miał styczności z lekkoatletyką w polskim wydaniu. Nie interesuj się legalną ani nielegalną działalnością żadnego z wyżej wymienionych. Nie rozmawiaj o tym z kolegami ani rodzicami. Jeśli jesteś nieletnią zawodniczką, a trener lubi cię dotykać lub całować, zachowaj to dla siebie. Podobnie, jeśli trener robi ci stringi z majtek, jak jeden z trenerów kadry. Jego zawodniczki wypaplały i co? Już ich nie ma, a trener jest dalej. W świetle tego faktu łatwiej zrozumiesz niniejszy punkt dekalogu. Bo nawet jeśli twój działacz lub trener robi coś nielegalnego, a ty powiesz, komu trzeba, i nie daj Boże go aresztują – to co wtedy? Kto będzie trenował i działał? Bez nich będziesz jeszcze bardziej nikim niż jesteś teraz, choć to się wydaje niemożliwe.


9. Nie pożądaj posady ani wiedzy trenera/działacza/sędziego twego.

 

W polskim sporcie posada trenera, a w szczególności trenera kadry jest dożywotnia. Podobnie jest z działaczami, można przestać nim być tylko w wyniku śmierci. Dopuszczalne jest ewentualnie przeskakiwanie z posady trenera na posadę działacza lub odwrotnie. Jeśli więc chcesz robić karierę w którymś z tych zawodów, musisz poczekać co najmniej do roku 2019, kiedy zaczną się zwalniać pierwsze miejsca. Ale i to nie gwarantuje sukcesu: w kolejce czekają już ci, którzy zaczęli czekać jeszcze w latach osiemdziesiątych poprzedniego wieku. Nie myśl też, że można zwolnić działacza czy trenera za niekompetencję. Jeśli zawodnicy trenera nie mają wyników, a mają kalekie życie, to znaczy, że materiał był słaby. Metody treningowe są dobre, bo sprawdzone już przed wojną. Jeśli szef marketingu nie wie, co to jest marketing, to też nie jego problem, tylko twój. Minimalne szanse na wejście do lekkoatletycznej rodziny działaczy/trenerów masz szansę tylko wtedy, kiedyś jesteś członkiem rodziny działacza/trenera. Jedynie sędzią może zostać każdy, ale nikt nie chce, bo za mało im płacą.


10. Co ty tu w ogóle robisz? Nie podoba się, to spadaj.


Ten punkt jest chyba jasny. Masz jakieś zastrzeżenia do czegokolwiek w lekkiej atletyce? To wynocha, chamie! Coś się nie podoba, to znaczy, że z tobą jest coś nie w porządku. Pretensje, kompleksy, problemy możesz rozwiązywać poza światkiem lekkiej atletyki. Zastrzeżenia co do pracy działaczy/trenerów/sędziów oznaczają wojnę. I gwarantujemy, że ty ją przegrasz, jak przegrało ją tysiące zawodników/trenerów/działaczy, którzy próbowali coś zmieniać w polskiej LA lub po prostu zadawali niewygodne pytania.

To jest właśnie dekalog młodego zawodnika. I teraz spójrzcie: gdyby taka zawodniczka trójskoku Skibińska znała go przed MME, to nie miałaby pretensji, że działacze jej nie zgłosili do konkurencji, w której była faworytką. Jak ktoś celnie napisał w internecie, oni mają inne problemy, niech się sama zgłasza, jak się nie podoba. Zawodnicy kontuzjowani też wiedzieliby jak się zachować. Ci, którzy mają minima PZLA na imprezy mistrzowskie, a nie znaleźli się w składzie, też wiedzieliby, dlaczego tak jest. Dekalog jest prosty, jasny, skuteczny i ułatwia życie. Mam zamiar zgłosić go jako załącznik do statutu PZLA, choć nieoficjalnie obowiązuje już od dawna.

W razie jakichkolwiek wątpliwości, odsyłam od razu do punktu ostatniego, który mógłby w zasadzie być jedynym. Ale wtedy nie byłoby zabawnie, prawda?
 
1 , 2