| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
Zakładki:
Ola Jakubczak - strona mojej zawodniczki
Strona Marcina Lewandowskiego 800m
poniedziałek, 17 października 2011
Ładowanie odpoczynkiem
Już od czasów nazaretańskich wiadomo, że nic nie działa tak ożywczo jak dobry cykl: ukrzyżowanie, śmierć, zmartwychwstanie. Nie inaczej jest w treningu biegowym, który jest przecież alegorią całego życia. Ciągle idziemy naprzód, upadamy i podnosimy się, wciąż mamy nadzieję, na to, że staniemy się lepszymi. Czasami walczymy dla samej przyjemności walki, bez konkretnego celu. Wciąż w biegu.

Szukając nowych źródeł inspiracji treningowej, postanowiłem sięgnąć do korzeni kultury, czyli Biblii. Amerykański maratończyk Ryan Hall twierdzi, że trenuje go sam Bóg - i skubaniec pobiegł 2:04 w maratonie, co z tego, że z wiatrem? Niektórzy zresztą uważają, że dmuchało prosto z niebios. Może Ryan, mogę i ja - odwołałem się do wspomnianego na początku cyklu i jestem właśnie w fazie biegowego zmartwychwstawania. Wcześniej zostałem ukrzyżowany, oczywiście przez samego siebie. Morderczy cykl treningów i startów doprowadził do tego, że byłem wrakiem. Wyjście na trening stawało się męczarnią, przy byle truchcie czułem jakby ktoś (z pewnością sam diabeł) doczepił mi do nóg dodatkowe obciążenie.

Odpocząłem więc całe 15 dni, dając tym samym dobry przykład wszystkim fanatykom treningu. Tak jak po nocy przychodzi dzień, tak po treningu konieczny jest odpoczynek. A ponieważ zdarzało mi się odpuszczać już wcześniej, zauważyłem kilka faz roztrenowania.

Otóż z początku efekt odpoczynku jest wręcz przeciwny od zamierzonego. Przez pierwsze kilka dni czułem się coraz gorzej. Na pewno każdy z Was to zna - odpoczywacie, odpuszczacie, nie biegacie, a samopoczucie coraz gorsze. Jest to jak najbardziej normalne. Po dobrym treningowym ukrzyżowaniu dopiero w trakcie odpoczynku można poczuć jak bardzo jest się zmęczonym. Jest to faza pierwsza. Potem następuje nagły zwrot akcji - niesamowity luz w nogach. Po kilku wolnych dniach idąc czułem się, jakbym nie dotykał stopami ziemi. Roznosiła mnie energia. O ile wcześniej wchodziłem po schodach ciężko, powoli, oszczędzając glikogen, tak po odpuszczeniu niemal frunąłem, przeskakując po 4-5 schodków. Chciałem skakać, tańczyć, swawolić. Ktoś mniej doświadczony uznałby, że to już, trzeba zakończyć odpoczynek, cel spełniony. Ale gdzież tam!

Druga faza odpoczynku nie jest ostatnią. Owo pobudzenie to chwilowe odreagowanie organizmu, dobre jako luzowanie przed zawodami, ale nie na koniec sezonu i związane z tym przemęczenie. Kiedy przetrwa się te kilka dni euforii, znowu robi się gorzej. Zacząłem się czuć ociężale - niby nie bardzo ciężko, ale luźno też nie. Jakoś tak bez siły, bez życia. Można odnieść wrażenie, że wtedy ucieka cała forma. To błąd - to jest właściwa faza odpoczynku. Organizm już wie, że nie musi oczekiwać kolejnych bodźców treningowych i może spokojnie poświęcić się odbudowie mięśni na najgłębszym poziomie. Myślę, że nauka jeszcze tego nie sprawdziła - wiadomo, co się odbudowuje w ciągu 48 godzin od wysiłku, ale później? Ja też nie wiem, ale mam świadomość, że jest to faza konieczna. Dopiero potem przechodzi się do części ostatniej: normalizacji. Wtedy samopoczucie wraca do normy, nie ma ani nadmiernego luzu, ani specjalnego zmęczenia, ale samopoczucie jest dobre. Nogi nie są ciężkie, ale nie czuć w nich również gotowości do bicia rekordów. Tak się czują normalni, wysportowani zdrowi ludzie. Nas różni od nich tylko rosnący apetyt na bieganie.

Po tej fazie treningowo zmartwychwstałem - dzisiaj wyszedłem na pierwsze rozbieganie od 15 dni. Byłem zaskoczony. Oczekiwałem problemów, zadyszki, bólu mięśni, nic zaś takiego nie nastąpiło. Owszem, lekka ociężałość nóg, ale zamiast biec owe skromne 40 minut, bez problemu zrobiłbym dwa razy więcej. To jest wielka zaleta treningu wytrzymałości: forma nie ucieka zbyt szybko. Sam szczyt formy, rodzaj wyśrubowania, owszem. Jeśli ktoś na dychę w szczycie formy wycisnął, powiedzmy 33 minuty, to dwie minuty z tego to wyśrubowanie, efekt dobrego rozłożenia faz treningu. Ale do 35 minut dojdzie bardzo szybko bez wielkich kombinacji, zakładając oczywiście, że trenował prawidłowo. Te 35 minut to podstawowa forma, rdzeń formy. Wrócić do tego po kilkunastodniowej przerwie jest bardzo łatwo.

Teraz czekają mnie 3 tygodnie luźnego biegania, stopniowego wchodzenia w trening. A potem katorga od nowa. Tym razem mam zamiar się zawziąć. W tym roku sporo odpuszczałem, obcinałem z treningów, obijałem się, uznając, że skoro wcześniej tak dużo trenowałem, tym razem wystarczy minimum chęci i same starty. Tragedii nie było, ale wielkiego postępu również. Przyzwyczajam się więc do myśli, że żeby po 10 lat treningu zrobić duży krok naprzód, trzeba włożyć w to naprawdę wiele wysiłku. Jestem na to gotowy - przygotował mnie odpoczynek. Naładowałem się po korek.
środa, 05 października 2011
Koniec sezonu

Nadszedł październik, a wraz z nim koniec sezonu. Miałem różne plany, zastanawiałem się jeszcze nad startami na ulicy, ale w końcu doszedłem do wniosku, że na ten rok treningowy mam dość. Zmęczenie jest duże, tak psychiczne, jak i fizyczne. W tym roku mam zamiar nareszcie zrobić dobre, długie roztrenowanie - brakowało mi tego od dawna.

Warto podsumować tegoroczny sezon startów, bo był on długi, ciekawy i niezmiernie pouczający. Część celów została spełniona, część nie. Charakterystyczną cechą była wyjątkowa rozpiętość startów: pod względem dystansów (podobnie jak w ostatnich latach)  i pod względem czasu trwania (wyjątkowo duża). Startowałem na zawodach na dystansach 400m w sztafecie, 600m, 800m, 1000m, 1500m, 1 mili na ulicy, 3000m, 4km crossu, 6km crossu, 10km na ulicy, 10km na bieżni. Ale to, co wyróżniało ten sezon, to jego długość: zaczęło się startami na hali w lutym, potem przełaje w marcu, ulica w kwietniu i bardzo długi sezon na bieżni. Ostatni start miał miejsce 1 października, nigdy wcześniej nie biegałem na bieżni tak późno.

Zauważyłem po raz kolejny bardzo ciekawą rzecz: organizm nie znosi monotonii. Kiedy w zeszłym roku kończyłem starty treningiem do maratonu i maratonem, byłem kompletnie przytłoczony objętościowym treningiem. Miałem dość jakiegokolwiek długiego biegania. W tym roku postawiłem więc mocno na bieżnię, postanowiłem ścigać się głównie na dystansie 800m. Liczyłem na to, że to jedna z moich ostatnich okazji na dobre wyniki na tym dystansie, bo z wiekiem coraz trudniej utrzymać szybkość i wysoką tolerancję mleczanową. Po sezonie biegania 800m mam jednak dość również tego dystansu. Wszelkie krótkie, intensywne wysiłki mnie odrzucają, a tęsknię - co za ironia! - za objętościowym, luźnym bieganiem.

Moje cele zostały spełnione w tym względzie, że odniosłem parę drobnych sukcesów: przede wszystkim indywidualny medal mistrzostw Polski na hali i drużynowy medal mistrzostw Polski w przełajach. Po 6 latach poprawiłem też życiówkę na 1500m, uzyskując na tym dystansie ponownie 1 klasę sportową. Rozczarowaniem jest na pewno słaby występ podczas letnich mistrzostw Polski oraz brak tak dobrego wyniku na 800m, jak tego oczekiwałem. 800m mnie niestety zawiodło. Okazało się co prawda, że jestem w stanie trzymać niezłą, równą formę przez cały sezon. W lutym pobiegłem na 800m 1:53,3, a 1 października w Białogardzie, czyli kilka dni temu - 1.53,39. W międzyczasie było sporo startów na podobnym poziomie, najszybszym biegiem okazało się 1.52,10, uzyskane w Goeteborgu. Czyli w formie na 1:52-1:53 byłem cały czas.

Oczywiście podobne wyniki nie zawsze warte są tyle samo. Niektóre z nich są mocne - np. moje 1.52,43 z maja w Gdańsku, w samotnym biegu i przy silnym wietrze czy samotne 1.53,56 z Torunia, uzyskane w potężnej wichurze. Te biegi, gdybym wtedy biegł w idealnej pogodzie, w mocnej stawce, mogły być sekundę, dwie szybsze. Czułem się wtedy bardzo mocny. Podobnie w Goeteborgu, gdzie byłem zamknięty i bez możliwości ataku, po tamtym biegu spodziewałem się, że uzyskanie 1:50 to będzie formalność.

Z drugiej strony mamy jednak dwa jesienne starty: 1.52,36  Krakowie oraz te ostatnie 1:53,39 w Białogardzie. One były w bardzo dobrych warunkach i w dobrej obsadzie, gdybym w te dni miał więcej siły, była możliwość pobiegania szybciej. Tu już jednak wyraźnie brakowało mi energii.

Na koniec sezonu przysiadłem więc z kalendarzem i dzienniczkiem treningowym i zacząłem analizować biegi, treningi, zastanawiać się, czego zabrakło, co było dobre, jakie wnioski mogę wyciągnąć z tego na kolejne lata. Pod uwagę muszę też brać sezon Oli, trenowanej przeze mnie od dłuższego czasu. Ona zaczęła sezon z ogromnym impetem, zdobywając medale na hali, bardzo dobrze biegając wiosną na ulicy, potem srebrny medal MP na 10 000m i znowu poprawiona życiówka na tym dystansie. Od sierpnia zaczął się jednak jej dołek. Wpływ miały na to dwa nieudane starty na zmęczeniu po obozie w Szklarskiej Porębie: przede wszystkim 1500m w Sopocie, potem 5000m podczas Mistrzostw Polski. Po tych biegach Ola koniecznie chciała udowodnić sobie, że jest w dobrej formie. Zrobiła kilka imponujących treningów, biegając dużo szybciej od założeń. To jednak okazało się gwoździem do trumny - przyszło straszne zmęczenie, fatalne występy w półmaratonie, potem infekcje, przeziębienie. W związku z tym od początku września oboje w treningu nie robimy praktycznie nic, tylko startujemy. Mnie pozwoliło to zachować ten sam, równy poziom, Ola odbudowała się nieco i myślę, że jest teraz w formie mniej więcej na 34:30 na 10km. Zmęczenie jest jednak duże i odpuszczamy dalsze starty, być może Ola pobiegnie jeszcze coś w najbliższy weekend w swojej okolicy.

Ponieważ u nas obojga jest podobny schemat: dobra pierwsza połowa roku, słaba druga, nasuwa się przypuszczenie, że powód może być ten sam. Po pierwsze, może to być zmęczenie treningiem lub źle zaplanowana periodyzacja, dzięki której szczyt formy przyszedł zbyt wcześnie. Mam jednak ten komfort, że współpracuję z grupka biegaczy i mogę sprawdzić, czy podobny schemat powtarza się u nich, co wskazywałoby na konieczność korekty całego mojego systemu treningowego. Tak jednak nie jest, nie ma takiej reguły, niektórzy z moich zawodników cały czas biją życiówki i są w bardzo dobrej formie. Inni są w słabszej, ale spowodowanej np. problemami zdrowotnymi. Duże zmęczenie jest widoczne u tych, którzy startowali najczęściej, podobnie jak my.

Na pewno widać więc, że i ja, i Ola, mieliśmy bardzo długi sezon. Tak się najwyraźniej nie da, nie da się biegać cały czas na najwyższym poziomie: hala, przełaje, ulica, stadion, znowu ulica. W przyszłym roku trzeba z czegoś zrezygnować. Tu jednak dygresja: w tym roku taki a nie inny tok przygotowań był po części spowodowany tym, że letnie mistrzostwa Polski były bardzo późno. I nie było kiedy odpuścić, bo zaraz po nich były mistrzostwa Polski w półmaratonie. Rok temu w wakacje zrobiliśmy tydzień wolnego i na jesień dzięki temu Ola pobiła jeszcze życiówkę na  3000m na bieżni, wygrała też na luzie półmaraton w Łowiczu. W tym roku to był ciąg. Ja, z natury swej leniwszy, zrobiłem trochę dni wolnych, np. w trakcie podróży. Ola tymczasem przez cały rok miała 1 (słownie: jeden) dzień wolny. Do tego trzeba dodać fakt, że zawodnik rzadko robi precyzyjnie to, co zaplanował trening. Ola ma tendencję do zbyt mocnego biegania, większość jej akcentów była zdecydowanie za szybka w porównaniu do założeń.

Poza analizą startów przemyślałem też przygotowania i myślę, że wiem, co można było zrobić lepiej. Otóż rok temu po maratonie i po sezonie nie odpoczęliśmy dostatecznie i myślę, że to był pierwszy krok ku nadmiernemu zmęczeniu w tym roku. Ja po maratonie miałem 5 dni bez biegania, potem 2 tygodnie luźnego treningu 3-4 razy w tygodniu - w tym czasie jednak startowałem na milę, zrobiłem więc też dwa razy szybsze bodźce. Po tym czasie wróciłem do codziennego biegania. Z Olą było jeszcze gorzej, namówić ją na wolne to jest prawdziwe wyzwanie. Dostała ode mnie 2 tygodnie wolnego, ale w tym czasie biegała co drugi dzień. Cały czas była więc w dobrej dyspozycji i już na początku grudnia biegła bodajże w Bogdance bieg na ulicy, zwyciężając w dobrym czasie i samopoczuciu. Oboje nie mieliśmy więc dobrego roztrenowania, cały czas pobiegiwaliśmy. Podobnie robimy co roku, ale zeszły sezon był czasem, kiedy przetrenowaliśmy morderczą zimę w USA, a zmęczenie z tego treningu dokuczało nam cały rok. Ola zrzuciła to potem z siebie, ale u mnie można powiedzieć, że po tej rzeźni nie doszedłem do siebie do dzisiaj.

Tym razem robimy więc solidne roztrenowanie: 2-3 tygodnie kompletnie bez biegania. Wciąż przypominam sobie, że najlepszy sezon i 4 najlepsze wyniki w biegu na 800m uzyskałem w roku, kiedy pod koniec lata wyjechałem do pracy do Holandii i nie trenowałem w ogóle 1,5 miesiąca. Organizm odpoczął wtedy na tyle, że był w stanie bez problemu znieść bardzo ciężką pracę zimą. To zaś zaowocowało bardzo dobrym sezonem.

Biegacze to taki rodzaj materiału ludzkiego, który niechętnie odpoczywa. Widzę to po sobie i po moich podopiecznych. Namówić kogoś na 2 tygodnie odpoczynku to prawdziwe wyzwanie. Rwę sobie włosy z głowy z rozpaczy, ale sam jestem tylko odrobinę lepszy. Tym razem dam więc dobry przykład. Nie biegam już trzeci dzień i dobrze mi z tym, chociaż przyznam, że nie mogłem się powstrzymać przed robieniem pompek i brzuszków. To moja jedyna okazja na częściową odbudowę bicepsa ; )

Są już pewne przymiarki do przyszłego sezonu, ale dokładniejsze plany pojawią się dopiero po biegowych wakacjach. Na początku sezonu Ola wygrała bon z biura podróży, do końca roku musimy go wykorzystać na jakąś wycieczkę, prawdopodobnie odpoczniemy więc tydzień w cieplejszym klimacie. Już teraz mogę jednak powiedzieć, że na pewno nie skupię się za rok na 800m, tak jak to robiłem teraz. Ten trening jest do pewnego stopnia przyjemny, ale coraz trudniejszy do zniesienia. Warto przy tym wspomnieć o różnicy psychicznej. Otóż każde bieganie na bieżni, a szczególnie w krótszych biegach, to ogromne napięcie. Proszę tylko pomyśleć - biegnie się niemal na maxa, bo 800m to niecałe 2 minuty biegu. Lekkie rozluźnienie może dać pół sekundy straty na każdej prostej i wirażu. Na okrążeniu daje to całe 2 sekundy - przepaść! Jeśli 800m zacznie się o 2 sekundy za wolno, praktycznie pogrzebany jest dobry wynik, szczególnie w samotnym biegu. Ale jeśli zacznie się za szybko - będzie to samo. Jest tu więc duża presja wcelowania w precyzyjne międzyczasy, do tego zaś oczywiście walka ze zmęczeniem, te krótsze biegi są potwornie intensywne, wypalające płuca. Całość daje więc dużą presję przed startem i w trakcie, jest kalkulacja, jak mocno zacząć w różnych warunkach pogodowych. Przy tym cały czas się ciśnie, to jest bardzo mocne bieganie.

Efekt jest taki, że na koniec sezonu jestem kompletnie wyczerpany psychicznie. Tym bardziej, że w poprzednich latach, ucząc się biegów długich, uczyłem się rozluźnienia. Biegnąc na 10km, trzeba umieć się rozluźnić, niemal zapomnieć, że się biegnie. Na 800 i 1500m nie ma mowy o rozluźnieniu w biegu na wynik. I nie zmienia tu niczego fakt, że biegam dla przyjemności. Przyjemność mam bowiem również z wyniku i w poprawę swoich życiówek cały czas celuję. Nie mając dostępu do szybkich biegów, w większości sam atakowałem dobre czasy, co kończy się i zmęczeniem, i często porażką. Tak było np. w Toruniu, gdzie po całym dystansie nadawania tempa i robienia za tarczę osłaniającą przed wiatrem, zostałem wyprzedzony na ostatnich kilku metrach. To jest niezmiernie frustrujące. Dodajmy do tego moje problemy z oskrzelami i tygodnie kaszlu. Dla tych wszystkich powodów nieco odpuszczę ten dystans - nadal będę na nim startował, ale rzadziej i z treningu do nieco dłuższych dystansów. A jakich konkretnie - jeszcze rozważam.

Teraz zaś odpoczynek. Od biegania, ale nie od pisania. Już wkrótce, już naprawdę niedługo otwarcie mojej nowej strony internetowej. A na deser zdjęcie sprzed 1,5 tygodnia z Koszalina, gdzie prowadziłem bieg na 5000m:

niedziela, 18 września 2011
Koncowka sezonu i potrzeba wolnego

Na dobre lub nie, sezon startów zbliża się ku końcowi. Albo inaczej: sezon poważnych startów. Teraz czas na duże rozluźnienie i ewentualne eksperymentalne biegi na różnych dystansach.

Dla mnie takim eksperymentem była wczorajsza sobota. Wcześniej, na lidze lekkoatletycznej, zaliczyłem ostatni poważniejszy bieg w tym roku - start na dystansie 800m. Wypadło to dość przeciętnie - ani nie było szału, ani jakiegoś szczególnie słabego występu. Pobiegłem dokładnie na takim poziomie, jaki trzymałem w tym roku cały czas - 1:52,32. Bieg był bardzo dobry, z mocnymi rywalami, na fajnym stadionie i była to świetna okazja na poprawę tegorocznego wyniku, ale zablokowałem się na jednym poziomie i nie mogę pobiec nic szybciej. Tym bardziej, że powoli zaczęło mnie dopadać ogólne zmęczenie i ostatnio czuję się bezsilny cały czas, tak w treningu, jak i na zawodach. Dodatkowo na lidze biegłem jeszcze 2 zmianę sztafety 4x400m, co też wypadło przyzwoicie.

Wczoraj postawiłem na duże eksperymentowanie. Ponieważ względnie blisko odbywały się młodzieżowe mistrzostwa w biegu na 10 000m, postanowiłem przebiec dyszkę na bieżni. Z czystej ciekawości i dla perwersyjnej przyjemności. Jeśli chodzi o przygotowanie, to było zerowe. Od pół roku trenowałem z myślą o biegach średnich, na bardzo niskim kilometrażu, bez żadnych długich bodźców, ani długich rozbiegań, ze sporą ilością dynamicznych, krótkich treningów. Co więcej, ponieważ po lidze dopadło mnie rozprężenie i zmęczenie, zrobiłem prawie cały tydzień wolny, tylko w ostatnich dwóch dniach wychodząc na lekkie rozruchy.

Start skończył się tak, jak podpowiadał rozsądek - zszedłem z bieżni po niecałych 5km. Nie byłem gotowy na to wyzwanie ani pod względem fizycznym, ani psychicznym. Nie byłem nawet specjalnie wykończony w momencie zejścia, po prostu biegło się już ciężko, łydki zaczęły mi mocno dokuczać, a na liczniku widniała bezlitosna liczba jeszcze kilkunastu kółek do końca. To było dla mnie za wiele. Mój plan minimum zakładał pobiegnięcie minimum na przyszłoroczne mistrzostwa Polski seniorów, ale w tym momencie widziałem, że tego nie pobiegnę, nie czułem się na siłach.

Zostały mi prawdopodobnie dwa biegi na bieżni. Za tydzień, jeśli nic się nie zmieni, pobiegnę w Koszalinie, jeszcze nie wiem, na jakim dystansie. Prawdopodobnie potem poprowadzę kolegom ze Słupska bieg na 5km jako zając, po pierwszym krótszym starcie. Potem, na koniec sezonu, jest bieg w Białogardzie. Raczej nie będę atakował już 800m, więc po raz pierwszy w historii ukończę sezon z lepszym relatywnie czasem na 1500m niż 800m.

Aha, nie wspominałem jeszcze o starcie sprzed ligi. W Lublinie startowałem na dystansie 3000m. Wygrałem ten bieg, ale nie ma z niego jeszcze komunikatu, nie wiem więc dokładnie, jaki czas uzyskałem, ale prawdopodobnie 8:36. Tego dnia było gorąco, biegłem na zmiany z dwoma kolegami. Nie czułem się zbyt dobrze, w żołądku koszmarnie przelewała mi się wypita na pobudzenie kawa. Pierwotny plan zakładał, że mocno ruszam ostatni kilometr, ale kiedy ten czas nadszedł, zmieniłem zdanie. Odczekałem do ostatnich 250m. W pewnym momencie kolega z klubu mocno szarpnął i oderwał się, więc na 250m do mety byłem drugi ze stratą ok. 10 metrów. Finisz był jednak bardzo dobry, nie tylko wygrałem, ale na ostatnich 150m nadgoniłem nad słabnącym kolegą 6 sekund.

Podobnie eksperymentalne były ostatnie biegi w wykonaniu Oli. Po nieudanym starcie na 5000m pojawiły się pewne pozasportowe problemy, uniemożliwiające jej skupienie się na treningu. Założyliśmy więc, że biega na luzie, co będzie, to będzie. Mimo wszystko wydawało się, że jest szansa na dobry start w półmaratonie. Ola zrobiła w Zamościu 3 bardzo dobre, długie treningi, na szybkościach trudnych do utrzymania nawet dla mnie. To był jednak gwóźdź do trumny. Cały czas było upalnie, w pewnym momencie Ola przesadziła (wszystkie treningi biegała sporo szybciej od założeń), nałożyło się zmęczenie i odwodnienie. Kryzys przyszedł akurat na start. Półmaraton w Pile był katastrofą, Ola od pierwszego kilometra nie miała siły, nie zeszła tylko dlatego, że nie znała trasy i musiała biec do końca. Po tym kompletnie odpuściliśmy trening, robiąc na zmianę wolne i rozruchy. W Krakowie na lidze pobiegła słabe 3000m - 9.48, dużo wolniej od życiówki, która pobiła rok wcześniej na tym samym stadionie, w tych samych zawodach.

Dzisiaj startowała w półmaratonie w Łowiczu, gdzie wygrywała już dwa razy. Założenie było takie, żeby biec bardzo wolno - w formie biegu ciągłego przygotowującego do ewentualnego startu na jesień w maratonie (bieganym nie na wynik, a na zapoznanie się z dystansem). Niestety, w Łowiczu Olę poniosły ambicje, zaczęła za mocno. Skończyła na drugim miejscu, z czasem trochę lepszym niż w Pile (1:23:09), ale generalnie dla niej bardzo słabym i do tego z nie najlepszym samopoczuciem. Co gorsza, pierwszy raz w życiu od połowy dystansu zaczęły łapać ją koszmarne skurcze w łydkach, które ledwo pozwoliły dobiec do mety. Przy takim samopoczuciu prawdopodobnie zrezygnujemy z maratonu i jakiegokolwiek treningu, ewentualnie Ola wystartuje jeszcze w paru małych biegach na ulicy. Poza tym bieganie ograniczy się do robionych co drugi dzień rozruchów.

To, czego żałuję w tym sezonie, to faktu, że nie zrobiliśmy w połowie chociaż tygodnia wolnego. Taki manewr zastosowałem w zeszłym roku. Oli pozwolił on zrzucić bagaż zmęczenia i w ostatnim starcie na bieżni zrobić życiówkę na 3000m. W tym roku po MP pierwotne założenie zakładało wolne, ale potem zmieniliśmy to, niepotrzebnie. Mimo tych pojedynczych, bardzo dobrych treningów, widać narastające zmęczenie długim sezonem. Oboje startujemy bez przerwy od początku roku: hala, przełaje, ulica, 10 000m, sezon na bieżni, znowu ulica (u Oli). Pierwsze miesiące startów były bardzo dobre, potem coraz słabsze. Człowiek nie jest jednak maszyną. Po zeszłym sezonie nie zrobiliśmy odpowiednio długiej przerwy. W tym roku w listopadzie kompletnie odpuścimy na 3 tygodnie, nie robiąc w tym czasie zupełnie nic. Zastanawiam się od pewnego czasu, czy nie było przypadkiem, że życiówkę na 800m zrobiłem w sezonie, do którego przygotowywałem się po 6-tygodniowej przerwie na wyjazd do pracy do Holandii. Tak długi okres niebiegania pozwolił zregenerować się kompletnie mięśniom. W tym roku tego brakuje, od pewnego czasu czuję cały czas dziwną słabość, taki wewnętrzny brak sił. A ja i tak jestem tu rozsądny, nazbierało mi się trochę dni wolnych. Ola od stycznia nie miała ani jednego dnia wolnego, mimo wszystkich podróży, startów, zajęć (studiuje przecież zaocznie na podyplomówce).

Mimo wszystko trochę szkoda kompletnie odpuszczać już teraz, kiedy jest jeszcze trochę biegania. Dlatego trening będzie bardzo symboliczny, a od czasu do czasu jeszcze jakieś starty bez wielkiego napinania się. Sam chętnie pobiegłym na jakimś nietypowym dystansie na ulicy i bieżni, bez presji wynikowej, po prostu żeby zobaczyć, jak organizm na to reaguje.

P.S. Moja nowa strona cały czas w przygotowaniu. Praca wre. Wielki dzień zbliża się...

środa, 31 sierpnia 2011
Wakacyjne bieganie

Zaniedbałem ostatnio pisanie o sprawach treningowych. Nie będę ukrywał, że miało to związek z pewnym spadkiem motywacji treningowej. Mistrzostwa Polski nie były dla mnie zbyt udane. A co najważniejsze - start na 800m postawił pod znakiem zapytania całą moją tegoroczną strategię. Założyłem, że startuję na dystansie 800m, bo to lubię, najłatwiej mi się przygotować, do tego jest to dystans, na którym odniosłem największe sukcesy. Na mistrzostwach okazało się, że nawet jeśli jestem w stanie przygotować się na niezły wynik, to straciłem w ostatnich latach "depnięcie" - to przyspieszenia na końcowych metrach, kluczowe na średnich dystansach. Moje przyspieszenie jest wystarczające w dłuższych biegach (tam, gdzie jestem w stanie dotrwać do finiszu), ale na 800m - nic z tego, to jest zupełnie inna prędkość.

To jest zresztą duże zagadnienie - czym innym jest bardzo mocne ostatnie 200m przyspieszane ze strefy względnego komfortu, jak w biegach długich, a czym innym to samo w biegu na 800m, odbywające się na bardzo dużym zmęczeniu kwasowym i mięśniowym. Opisałem kiedyś taką teorię, że ta umiejętność to domena biegaczy młodych, których układ nerwowy jest w stanie znieść wysokie skoki poziomu mleczanu we krwi. Być może coś w tym jest, chociaż jest sporo przykładów bardzo dobrych 800-metrowców, startujących dług po 30-tce.

Na początku sezonu, kiedy bardzo mocno poprawiałem się szybkościowo, wydawało mi się, że mogę rywalizować niemal z każdym w Polsce. Okazało się, że jest inaczej - w taktycznym, bardzo wolnym biegu podczas mistrzostw okazałem się dużo za wolny na finiszu. Szybko pojawiło się więc pytanie - czy 800m to jeszcze dystans dla mnie?

Ogólnie mówiąc, musiałem zresetować całe swoje plany i założenia, przemyśleć je od początku. Szybko doszedłem do wniosku, że tak czy inaczej moją przyszłością jest trening tlenowy, który wykonuję od dłuższego czasu. Czy dokładam do tego specyficzną pracę do dystansu 800m, czy idę w bieganie dłuższych dystansów, to wytrzymałościowa podstawa jest podobna. Niczego więc nie przesądzając, biegałem ostatnio cały czas w tlenie, czasami tylko pozwalając sobie na wolne lub nieco mniejsze zaangażowanie biegowe.

Trening do biegów średnich ma jedną, podstawową wadę - otóż sezon trwa w gruncie rzeczy krótko. W tej chwili nie mam przed sobą żadnych sensownych startów na bieżni, poza ligą lekkoatletyczną. Choćby z tego względu ciężko się motywować - trenować, ale do czego? Ja jestem zadaniowcem, wytyczam cel i go realizuję, trening bez konkretu robi się nudny.

Od pewnego czasu jestem w Zamościu - i tutaj cały czas jest gorąco. To nie pozwalało mi się na pełne skupienie na treningu, naprawdę trudno biegać np. długie biegi w ciągłym upale. Na Pomorzu deszcz, zimno, wiatr, a tutaj non stop upał. Dopiero od paru dni zrobiło się nieco chłodniej - ale nadal w okolicach 25 stopni lub lepiej.

Krótko po mistrzostwach zrobiłem tydzień sporego luzu. Jechałem na wesele, długa podróż, do tego zmęczenie startami i zniechęcenie - nie chciało mi się robić niczego konkretnego. Biegałem więc to, co akurat było pod ręką, to, co biegali inni i w miarę mi pasowało. Bodajże w czwartek po mistrzostwach na treningu w pełnym słońcu pobiegłem 2x4km w tempie od 3:45 do 3:25/km. Dzień później: 3x4km w podobnym tempie. Te treningi oraz kolejne pokazały mi po raz kolejny, że pod względem wytrzymałościowym jestem przygotowany bardzo dobrze. Prędkość 3:40/km to dla mnie spacer, czy biegnę pięć kilometrów czy dwadzieścia. Jedynym problemem przy dłuższych wysiłkach jest zmęczenie mięśniowe - kilka miesięcy śmigałem głównie szybkie, dynamiczne bodźce, podnosząc się mocno na palcach, w kolcach. Bieganie długo w średnim tempie, przy innym ustawieniu stopy, męczyło mnie mięśniowo i psychicznie - ale mimo wszystko pod tym względem jest zaskakująco dobrze.

Potem spróbowałem nieco mocniejszych, wytrzymałościowych bodźców. Ciekawiło mnie, jak po paru miesiącach treningu opartego głównie o krótkie odcinki poradzę sobie na dłuższym dystansie. Już w Zamościu biegałem najpierw 5x1km - w tempie od 2:59 do 2:47. Dość pozytywny bodziec. Co prawda dokuczał mi żołądek i w okolicach 3:00/km nie czułem się w pełni komfortowo, ale depnięcie na 2:47 nie było problemem. Tu zresztą uwaga, że dzisiaj zrobiłem podobny trening, przed startem w weekend. Podobny w sensie mentalnym - biegałem 10x300m w tempie ok. 48 sekund i nie czułem się za dobrze. Ostatni jednak przyspieszyłem bez wielkiego spinania na 40 sekund, co mocno mnie zaskoczyło. Być może chodzi tu o jakiś rodzaj zmęczenia mięśniowego - dopiero podnosząc się bardziej na palce, wybijając dynamiczniej, zaczynam czuć się dobrze? Kto wie.

Drugim szybkim, wytrzymałościowym bodźcem było 2x3km, biegane parę dni temu. Tu znowu pozytywne zaskoczenie: pobiegłem to w tempie 3:11 i 3:10/km i na tych prędkościach czułem się bardzo luźno. Największym problemem było to, że biegałem w zapadających ciemnościach i nad murawą zaczynały się unosić chmary muszek. Jedna prosta to był koszmar - biegłem z zamkniętymi oczami, połykając całe stada tego robactwa - i tak co okrążenie. Gdyby nie to, spokojnie pobiegłbym nawet mocniej, chociaż nie było takiej potrzeby. Na koniec trzasnąłem po ciemku kilka 200-tek.

Liga lekkoatletyczna jest za 2 tygodnie i na niej pobiegnę prawdopodobnie 800m. Natomiast w ten weekend będę chyba w Lublinie, startując na przetarcie w biegu na 3000m. Kolega z klubu biegnie, przebiegnę się z nim, a że trójki w tym roku nie biegałem, ciekawi mnie, jak się będę czuł. Co potem? Zabijcie mnie, ale nie wiem. Mam różne plany, różne przymiarki, niektóre dość wariackie. Na razie jednak mam starty na bieżni. Pobiegnę te 3000m, potem 800m, chętnie zaatakowałbym 5000m, ale nie bardzo mam gdzie. Przydałoby się też poprawić tegoroczny wynik na 1000m, ale czy będzie okazja? Zobaczymy.

Fizycznie czuję się dobrze, nic mi nie dolega. Postaram się wkrótce napisać coś na temat odbywających się mistrzostw świata - nie każdy jest w stanie wszystko wyłapać, zrobię więc jakąś syntezę.

czwartek, 21 lipca 2011
No i prawie po obozie
Został ostatni dzień obozu, ostatni dzień kaźni, katowania, morderczej pracy... A tak naprawdę od wczoraj nie wyszedłem na trening, bo ciągle leje. Ile zaś można ćwiczyć na sali?

Przyznam szczerze, że ten wyjazd mocno mnie podbudował, tak fizycznie, jak i psychicznie. Po niepewnych startach w pierwszej części sezonu, kiedy stanąłem na jednym poziomie i nic się nie ruszało, w moje serce zaczęła wkradać się niepewność. Może coś nie gra? Może jestem za mało wytrzymały? Może za mało silny? Może zbyt wolny? Tymczasem należy po prostu robić swoje, dbając o urozmaicenie i ogólna równowagę treningu, a jak wiadomo, kijem Wisły się nie zawróci. Wyniki jeśli mają przyjść, to przyjdą, jeśli nie, to nie.

Ogólnie mówiąc, w treningu w Szklarskiej Porębie okazało się, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Testowałem się najpierw na długich odcinkach, tym treningu 2x3km. Prędkości, które uzyskałem, były praktycznie najwyższe w historii, do tego w kiepskiej pogodzie. Tutaj nie ma więc do czego się czepić. Dalej - atakowałem dwie górskie trasy. One pokazały mi, że wytrzymałościowo i siłowo jestem w życiowej formie. Druga z nich to podbieg na Wysoki Kamień - strasznie wredna trasa. To tylko 22-24 minuty podbiegu, ale jest coraz bardziej stromo. Wcześniej chyba tylko raz w życiu doleciałem na szczyt bez zatrzymywania, zawsze złamał mnie ostatni stok. Tym razem wleciałem na samą górę, jakbym miał doczepiony jakiś motorek. Stara trasa okazała się łatwa jak nigdy wcześniej, nawet nie pisnąłem, a już byłem na szczycie. Tutaj więc też odhaczyłem "zaliczone".

Kolejny podbudowujący trening - zasuwałem przebieżki w kolcach, 10x100m, coraz szybciej. Ostatnią przebiegłem w 11,86! Takiego czasu nie wykręciłem jeszcze nigdy, do dzisiaj wpatruję się z niedowierzaniem w dzienniczek. OK, było to z lekkiego nabiegu, sztywno, cisnąłem z całej siły, ale to jest naprawdę szybko! Z taką mocą można się brać za 800m. Czyli szybkościowo również jest dobrze.
Jest moc
Wyznaczyłem sobie za to 3 główne obszary poprawy, 3 słabsze strony. Po pierwsze, siła rąk. Tutaj jest tak sobie. Okazało się, że nie jestem w stanie podciągnąć się ani razu w szerokim uchwycie za kark. Kiedyś trzaskałem to 15 razy, jeszcze zanim zacząłem biegać. Nie jest to może umiejętność wyjątkowo potrzebna biegaczowi, ale ogólna tendencja jest taka, że ręce mam słabsze niż kiedyś i jeśli jest okazja, trzeba nad tym pracować. W Szklarskiej okazja była, bo miałem drążek, piłkę lekarską, drabinki - i wykorzystywałem to.

Drugie pole do poprawy to, niestety, rozciąganie. Piszę "niestety", bo gonię w tej materii wszystkich swoich podopiecznych, a sam się opuściłem. Z dwóch powodów. Pierwszy to lenistwo. W tym roku pracowałem nad higieną mięśni głównie przy użyciu Kijka, zaniedbałem zaś stretching. Drugi - te kilometry wybiegane w ostatnich latach. Ogólny efekt jest taki, że straciłem luz, elastyczność kroku biegowego. W obręczy biodrowej pojawiły się przykurcze, blokady. Tymczasem do biegu na 800m należy być zwinnym jak łasica i rączym jak łania. Noga w biodrze ma chodzić jak w masełku. Przy dużych szybkościach krok naturalnie się wydłuża, ale do tego trzeba mieć elastyczne ścięgna i wszystko, co tam może blokować ruch. Mierzyłem kiedyś ślady na żwirze, po zrobionej bardzo mocnej przebieżce: krok dochodził do 2,5 metra długości! Do tego nie można mieć żadnych przykurczów.

Trzeci obszar do zagospodarowania nieco mnie zdziwił. Chodzi o bardzo intensywne treningi tempowe. Otóż zakładałem, że skoro tyle lat biegałem 800m, a do tego jestem ogólnie szybki, wystarczy mi dosłownie kilka treningów i startów, żeby odbudować zdolność do pracy na bardzo dużym zakwaszeniu, zmęczeniu mięśni. Okazało się, że OK, do 1:52 odbudowuję się bardzo szybko, ale dalej to jest walka z oporem materii. Ostatnim mocnym treningiem na obozie było dla mnie 600-500-400-300-200 metrów. Typowy trening do 800m, rosnące zmęczenie i coraz wyższa prędkość. Kiedyś bardzo lubiłem tego typu treningi i ich wykonanie nie było problemem. Tym razem niespodzianka - okazało się to zdecydowanie najcięższym bodźcem obozu.

Dobrych parę lat temu, w szczycie formy, trzasnąłem to w 1:36-1:15-55-39-25. Były też różne inne proporcje, w różnych okresach, różnej formie. 600m biegane jest luźno, potem jest coraz ciężej. Ostatnie dwa odcinki to już pływanie w kwasie. Tym razem było ciężko od początku. Zacząłem luźno pierwszy odcinek i już na 200m miałem sekundę straty, chociaż zwykle zaczynam za mocno. Pobiegłem to w 1:37 i wielkiego luzu nie czułem. Nie zapowiadało się to najlepiej. Na drugim sprężyłem się w 1:16 - nie jest źle. 400m - 56,03, tutaj na ostatniej prostej biegła obok mnie płotkarka, co dało mi impuls do utrzymania tempa. Ale po tym odcinku ledwo stałem ze zmęczenia. 3 minuty i już biegnę kolejny - 41 sekund, słabo. Ostatnie 200m to bardzo zmęczone nogi i tylko 27,2 sekundy. Tutaj jest więc nad czym pracować. Specyficzne treningi pod 800m są dla mnie trudne, a przecież w tym roku nie zrobiłem prawie nic tego typu. Najpierw trenowałem z myślą o 10km, potem zmieniłem zdanie i po jednym szybszym treningu zacząłem startować na 800m, między startami nie było okazji do ciężkiego trenowania. Dopiero teraz mogę załadować w nogi nieco tej specyficznej, bardzo trudnej pracy.

Co z Olą? Ogólnie dobrze, chociaż mocno dokuczała jej pachwina. Na szczęście z Zamościa przyjechała jeszcze jedna zawodniczka, z wykształcenia masażystka. Podpowiedziała nam o przykurczu, który może powodować ten ból i zrobiła solidny masaż. Pokazała przy tym ciekawą sztuczkę - masaż stopą, który pozwala na głębsze wejście w duże mięśnie. Otóż okazało się, że jest to przykurcz w mięśniu czworogłowym - potworny ból podczas masażu, a męczę teraz Olę kilka razy dziennie. Pachwina zaczęła od razu puszczać. Przy okazji Magda zrobiła masaż Radkowi Dudyczowi, narzekającemu na pachwinę i biodro. To samo, koszmarny przykurcz czworogłowego. To typowe dla długodystansowców, biegających bardziej z całej stopy niż śródstopia, do tego trzaskających potężny kilometraż. Wczoraj mieliśmy ciekawe spotkanie, była jeszcze siostra Oli, nawzajem wszyscy po kolei ugniatali stopami nogi innych, straszny ból, straszne jęki. Ja również mam swoje problemy - znowu mocniej odezwało się lewe ścięgno Achillesa. Okazało się, że napiętą mam nie tylko łydkę, ale całe tylne pasmo - straszny przykurcz w dwugłowcu i mięśniu gruszkowatym. Również mocno nad tym pracuję.

Ola szarżuje

Co dalej ze startami? Okazało się, że bieg na koniec lipca jest nieaktualny. To oznacza, że pierwszym startem będzie dla nas obojga memoriał Sidły, 5 sierpnia w Sopocie. To jest 5 dni przed Mistrzostwami Polski. Są już pewne przymiarki, ale o konkretnym dystansie startowym zdecydujemy dopiero po treningach w domu.
piątek, 15 lipca 2011
Obóz w Szklarskiej Porębie
Czas na wiadomości ze Szklarskiej Poręby. Dotarliśmy na obóz, już ponad tydzień temu. Podróż dość ciężka, ale jakoś minęła. Na miejscu od razu przystąpiliśmy do działań.

 

Kilka szybkich uwag na początek. Po pierwsze, Szklarska to już nie jest to ciche miasteczko co kiedyś. Import szrotu z Niemiec i innych krajów Zachodu dotarł i tutaj. Na ulicach panuje duży ruch, ciężko dobiec ze stadionu na Regle, w powietrzu zamiast górskiego aromatu czuć smród spalin. Jeśli dodamy do tego kręcących się wszędzie bez celu turystów, okaże się, że przebiegnięcie przez miasto to spore wyzwanie.

Po drugie - jak zwykle mamy trochę pecha do pogody. Tak jest chyba w całym kraju, ale nie poprawia to ani trochę ogólnego nastroju. W tydzień przerobiliśmy kilka stref klimatycznych. Było i upalnie i sucho, i upalnie i wilgotno, i ulewne deszcze, i potężne wichury. Najgorzej, gdy w nocy lało, a w dzień robiło się gorąco - wtedy wilgoć dosłownie zabija, biegnie się jak w saunie. I tak jednak trafialiśmy o tyle dobrze, że najcięższe treningi biegaliśmy w chłodzie. Lepsze to niż upał. Raz co prawda było zimno, padał deszcz i wiało, ale jakoś przetrwaliśmy.

Regle nadal są przyjemnym miejscem do biegania, ale rabunkowa gospodarka leśna dotarła i tutaj. Kiedy pada, ciężarówki wywożące drewno zamieniają nawierzchnię w błotnistą breję. Przy okazji odkryłem duży minus biegania w cieniutkim, nieamortyzowanych butach: na górskich szlakach czuć każdy kamyk. Co kilkaset metrów podskakuję z bólu, gdy w podeszwę wbije mi się coś wyjątkowo twardego.

Poza tym wszystko gra i trenuje się przyjemnie. Bardzo dużym plusem jest obecność innych biegaczy. Nie nudzi się nam na rozgrzewkach, rozruchach i innych manewrach wykonywanych na stadionie. Zawsze jest na kim zawiesić oko lub pod kogo podczepić się podczas biegu. Dla nas, przyzwyczajonych do samotnych zmagań, jest to bardzo miła odmiana.

Nocujemy, niestety, kawałek od głównego ośrodka sportowego, na posiłki dochodzimy. Przy stole siedzimy z Radkiem Dudyczem. On podobnie jak ja zajmuje się m.in. treningiem zawodników amatorskich, wymieniliśmy więc sporo ciekawych spostrzeżeń.

Sam trening jest prosty: w łeb i na maxa ; ) Co ciekawe, najbardziej dało nam w kość nie mocne stadionowe bieganie, a górska wycieczka. Wybraliśmy się na nią w jednym z luźnych dni. To trasa niebieskim szlakiem z Regli w kierunku Schroniska Pod Łabskim Szczytem, potem żółtym na Śnieżne Kotły, potem Drogą Przyjaźni w kierunku Schroniska na Hali Szrenickiej. Następnie zbieg w dół w kierunku wodospadu i ośrodka, razem dokładnie 18km, ale pokonywane w ponad 2 godziny. Cały problem polega na tym, żeby całość trasy przebiec. Nie każdy jest w stanie to zrobić, bo podbiegi są bardzo trudne. Pierwsze 45 minut to bieg praktycznie cały czas pod stromą górkę. Płuca błagają o tlen, nogi rozsadza z bólu. Na zbiegu - jeszcze gorzej. Mięśnie czworogłowe i przyczepy w okolicach bioder pracują na granicy wytrzymałości. Efektem wycieczki były kosmiczne zakwasy. Olę trzymały jedynie 3 dni, ja odczuwam je nadal, chociaż minęło już pięć. Do tego skatowałem się na drążku i podczas rzutów piłką lekarską, więc ostatnie kilka dni to głównie wspomnienie wszechogarniającego bólu wszystkiego. Schodzić ze schodów musiałem bokiem, co wywoływało wesołość u zaprzyjaźnionych biegaczy i trenerów.

Był jeszcze jeden powód bólu - wybrałem się z Radkiem Dudyczem do okolicznego szamana, ukraińskiego kręgarzo-masażysty. Tego typu zabiegi odbywam regularnie, ale ten specjalista okazał się wyjątkowym rzeźnikiem. Po pierwsze, jest byłym zapaśnikiem, potężnym chłopem o dłoniach jak bochny chleba. Po drugie, stosuje bardzo inwazyjne metody. Akupresura - owszem, przechodziłem to, stosuję nawet regularnie sam na sobie. Ale nie tak - on po prostu wyszukiwał bolesne punkty i wbijał w nie palce z całej siły, niemal przebijając ciało na wylot. Jako pierwszy wszedł Radek i jego dzikie wrzaski nieco mnie zaniepokoiły. Okazało się, że ja krzyczałem jeszcze gorzej. Poza uciskami i nastawianiem kręgosłupa spotkałem się z czymś nowym: gość kładzie pacjentowi ręcznik na plecy i tłucze go z całej siły otwartą dłonią. Siła uderzenia jest podobna do opadającego na plecy z dużą prędkością kloca drewna. Po wyjściu z gabinetu jest się w stanie lekkiego oszołomienia. Przyznam jednak, że uciski łydek, podczas których omal nie wyskoczyłem oknem z bólu, bardzo mi pomogły na ból ścięgna Achillesa. Robię to samo od dawna, ale dużo lżej. Teraz wziąłem się za równie inwazyjne rozluźnianie mięśni. Na Achillesa naprawdę mi pomaga.

Same treningi jakoś mijają, raz łatwiej, raz trudniej. Tak ciężko nie trenowałem od 1,5 roku, czyli od czasu pobytu w USA. Codziennie dwa treningi. Drugie bieganie jest jednak w okresie między startami (i w ogóle w tym roku) krótsze niż w poprzednich latach: ja kręcę standardowe 6km, Ola 8km. Kiedy jestem zmęczony, biegam bardzo wolno (rekordowo wolne rozbieganie momentami przebiegało po 5.30/km), ale kiedy wszystko gra, śmigamy z narastającą prędkością, zaczynając gdzieś od 4:15/km,  ja ostatnie kilometry biegnę w tempie 3:50-3:40/km.

Naprawdę ciężkie dni były na razie trzy. Ola biega zupełnie innym rozkładem, głownie w oparciu o długi interwał, ja mam swój plan. Pierwszy akcent: rano 2x3km dość mocno, popołudniu 8x300m w tempie 47-43 sekundy. 2x3km przebiegłem średnio po 3:14 i 3:12/km, z czego byłem zadowolony. Tego dnia było bowiem chłodno i bardzo wietrznie.

Drugi mój akcent: 30x200m z przerwą 30 sekund. Tempo całkiem wysokie, 33-32 sekundy. Zadyszka potężna, ostatni odcinek w 30 sekund bez specjalnego dociskania. No i dzisiejsze bieganie: 4x1km w tempie od 2:56 do 2:48. W trakcie krótkiego interwału padało i wiało, a dzisiaj tylko wiało - ale jak! Wichura była tak straszna, że myśleliśmy o przełożeniu tego treningu. Ola biegała bardzo trudny trening w zmiennym tempie: 1500m + 3km + 1500m + 3km + 1500m. Ja również kręciłem, nie mogliśmy więc ustawić się tak, żeby mieć wiatr w plecy. Ostatecznie jednak zrobiliśmy, walcząc z potężnymi podmuchami i mamy to za sobą. Popołudniu byc może poćwiczę na sali lub siłowni. Po tym zaś 3 dni względnego luzu, treningi tlenowe, chociaż czasami z elementami przyspieszeń.

Co dalej? Zostało nam kilka kolejnych dni obozu. Zastanawiamy się nad startem na bieżni pod koniec lipca. W Polsce jednak nic nie ma w tym terminie, a za granicę będzie nam ciężko wyjechać. Jeśli to nie wyjdzie, pierwszym startem będzie memoriał Janusza Sidły w Sopocie, 5 sierpnia. A potem - mistrzostwa Polski.
piątek, 10 czerwca 2011
Weekendowe starty

Krótki wpis, z kronikarskiego obowiązku. Jutro i pojutrze razem z Olą biegamy w Szwecji: w Goeteborgu i Hasslehoelm. Najpierw w sobotę ja 800m, Ola 5000m, potem w niedzielę oboje 1500m. Relację z wyjazdu zamieszczę po powrocie, ale już teraz mogę powiedzieć, że jest super. Po takim wyjeździe można tylko płakać, gdy na co dzień trzeba startować w polskich mityngach, gdzie zawodnik traktowany jest jak zbędny element przedstawienia.

Jeśli ktoś ma dostęp do szwedzkiej telewizji, to transmisja z Goeteborga na pewno bedzie ; ) Obsada 800m jest mistrzowska, są nawet biegacze z poziomu 1:43. Ja jednak startuję w drugiej, słabszej serii, która powinna być dla mnie idealna. Wczoraj było deszczowo, dzisiaj słonecznie i wietrznie. Biegamy na kameralnym stadioniku, który organizatorzy ozdobili flagami państw, z których zawodnicy startują w mityngu. Z Polski jesteśmy tylko my dwoje i jakiś skoczek, a mimo to przy samym wejściu łopocze wielka biało-czerwona flaga.

Ostatnie moje treningi były najszybsze w tym roku. Nadal jednak brakuje trochę do formy z najlepszych czasów. W tygodniu startu na 800m zwykle robię prosty i tradycyjny trening tempowy, 4-5x200m. W najlepszych czasach ostatnią potrafiłem pobiec w 24,1 sekundy. Tym razem było tylko 25,43. Mimo wszystko liczę na udany występ.

Trzymajcie kciuki!

niedziela, 22 maja 2011
Krótkie starty na koniec maja

Im bliżej końca maja, tym pełniej rozwija się sezon startów na bieżni. Oboje z Olą mieliśmy pracowity weekend, oboje biegaliśmy - i u obojga forma idzie w górę.

Ja startowałem wczoraj w biegu na 800m w Gdańsku. I właściwie mam w związku z nim same dobre wiadomości. Po pierwsze, kontuzjowana ostatnio noga coraz bardziej puszcza i mogłem normalnie biec. Po drugie, forma pnie się coraz wyżej. Wczoraj w samotnym biegu pobiegłem 1.52,43. To najszybciej od 2 lat, a dużym czynnikiem w tym biegu był silny wiatr, gdyby nie on, mogło być jeszcze z sekundę szybciej. Bieg przyspieszono też o 15 minut, nie byłem do końca rozgrzany, nie zdążyłem zrobić zaplanowanej serii pobudzających przebieżek. No i po trzecie - kombinacja zmiany pogody i tabletek na alergię złamała wreszcie mój kaszel. Po biegu oskrzela są tylko trochę podrażnione, czyli mogę normalnie startować i wszystko tu gra.

 

Ola podczas akademickich zawodów w Łodzi biegła wczoraj na dystansie 1500m. Zajęła 3 miejsce z czasem 4.21,76. Był to dla niej pierwszy w tym roku start na bieżni, poza za biegiem na 10 000m w Lidzbarku.  Co więcej, ponieważ w sferze zainteresowań Oli leżą głównie biegi długie, nie trenowała w ogóle pod tak krótkie dystanse. Jeszcze w poniedziałek robiła długi, ciężki interwał o dużej objętości. W tej chwili jej trening jest nastawiony głównie na 5000m i mamy nadzieję, że będzie okazja do szybkiego biegu na tym dystansie. 1500m wydało się więc Oli piekielnie szybkie. Podobnie jak ja w pierwszych startach, nie była w stanie wejść na bardzo wysoki pułap kwasowego zmęczenia. Mimo wszystko - wynik jest niezły. Dzisiaj Ola, dosłownie przed kilkoma minutami, startowała w biegu na 800m, zajmując 4 miejsce, przegrywając trzecie o 0,04 sekundy, jej czas to 2:08.

Jestem zadowolony ze swojej decyzji skupienia się na krótszych dystansach. Ten trening leży mi dużo bardziej, sprawia większą przyjemność. Po pierwszych typowo średniodystansowych startach i treningach byłem przerażony - ból i głębia zmęczenia na tych dystansach jest straszna. Naprawdę zapomniałem, jak to boli. Powoli czuję jednak, że nogi odnajdują właściwy rytm i pojawia się coraz większa moc. Wczoraj to jeszcze nie była bardzo wysoka forma, ciągle brakuje mi rezerwy kwasowej na ostatnich 200m dystansu. Mimo wszystko jednak zupełnie inne było samopoczucie w połowie dystansu. Pierwsze 400m przebiegnięte w 55 sekund było odczuwane jako luźne - wreszcie.

Wydawać by się mogło, że skoro 3 lata startowałem na dystansach długich, powinienem czuć się najlepiej na finiszu biegu na 800m, że tu nie powinno być problemu. Tak jednak nie jest, biegi średnie to dość zdradliwa kombinacja wytrzymałości, szybkości i siły. Ostatnie 200m biegu to płynięcie na bardzo wysokim poziomie kwasu mlekowego, grzęźnięcie w potężnym, narastającym zmęczeniu. Ogólna wytrzymałość jest tylko wstępnym etapem przygotowania do tego rodzaju wysiłku. Ktoś, kto nie jest przyzwyczajony do wysokich poziomów kwasu, pod koniec zwolni, choćby był wspaniałym długodystansowcem. Poza tym uderzenie mleczanu do mózgu jest potężne. Po pierwszym biegu odczułem to koszmarnie, wczoraj było trochę lepiej. Nadal jednak jest to uczucie niemal zejścia z tego świata. C ciekawe, po samym biegu zatrzymuję się i przez chwilę wszystko jest OK. Organizm potrzebuje kilku minut, żeby przepompować wysyconą kwasem krew z pracujących mięśni (głównie nóg) do całego krwiobiegu. W momencie kiedy ten poziom rośnie i kwasowa fala dociera do mózgu, to jest odczuwalne jak uderzenie młotem. Momentalnie robi się ciemno przed oczami, w głowie się kręci, z całego ciała promieniuje dziwny ból, a jego epicentrum jest w coraz bardziej piekących, jakby poparzonych oskrzelach i płucach. Wczoraj więc też dogorywałem dobrych kilka minut.

To uczucie jest stopniowo coraz lepiej znoszone przez organizm. Kiedy biegałem biegi średnie długo i regularnie, nie miałem po biegu nigdy takiego zejścia, był ból, ale dużo łatwiejszy do zniesienia. Teraz przypominam to sobie od nowa, ciężka sprawa, ale progres jest tu błyskawiczny. Spodziewam się więc bardzo szybkiego wzrostu formy.

Trzeba też wiedzieć i pamiętać, że kluczem do dobrego 800m jest w moim wypadku przede wszystkim szybkość. Wytrzymałościowo jestem mocny, kwasowo też szybko się poprawię. Barierą zawsze była jednak prędkość. Jeśli będę w stanie w tym roku przy lotnym starcie złamać 23 sekundy w biegu na 200m - na 800m nie ma barier tego, jak szybko mogę pobiec. W innym przypadku podczas pierwszego okrążenia w tempie 52-53 sekundy zmęczenie jest zbyt duże, usztywnienie zbyt duże. Przy poziomach bliskich maksymalnej szybkości zużycie energii wzrasta ogromnie, tutaj musi być pewna rezerwa. Nad tym więc pracuję cały czas. A przy tym szybkość u średniodystansowca jest wymagana przy niskiej masie mięśniowej. Tu nie można mieć zbędnych kilogramów. One mogą dać siłę na bardzo mocne przyspieszenia, ale po kilkunastu sekundach biegu każdy zbędny gram mięśni zaczyna łapczywie pożerać cenny tlen - i nie starcza go do mety.

Mój trening cały czas jest więc dość unikalny. Nie robię żadnej konwencjonalnej tzw. siły - jedynie ćwiczenia wyrównujące, korygujące postawę. Szybkość wymaga też precyzyjnego manewrowania odpoczynkiem - włókna mięśniowe odpowiedzialne za generowanie dużej mocy potrzebują i mocnego pobudzenia, i odpoczynku dużo dłuższego niż te bardziej wytrzymałościowe. Stąd pod 800m ciężko trenować na bardzo dużej objętości. Wręcz przeciwnie, ważne jest bardzo mocne odpuszczenie w odpowiednim momencie. Równocześnie trzeba zaś dbać o to, by za bardzo nie spadł poziom ogólnej wytrzymałości. To jest więc ciągły, precyzyjny balans. Moim plusem jest to, że ja już tu byłem. Wiem, jaki poziom formy i jakie bodźce są potrzebne, aby na 800m biegać poniżej 1:50. Wiem, czego szukam, za czym gonię. Kiedyś wyglądało to inaczej - trenowałem ciężko, ale nie miałem tej świadomości, co muszę konkretnie robić. Czy mam szybciej biegać odcinki, czy robić ich więcej, czy skracać przerwy, a może biegać ogólnie więcej lub więcej czasu spędzać na siłowni? Teraz nie mam takich dylematów, do szczytu formy podążam prostą, jasną drogą.



czwartek, 19 maja 2011
Bieganie w maju 2011
Wszyscy, którzy myślą, że pochłonęło mnie lato, mylą się. Zresztą - do lata jak na razie daleko. Co prawda pani Pogodynka twierdzi, że nadchodzą upały, ale jak na razie mamy tylko huśtawkę klimatyczną. W ostatnim tygodniu przeżyłem i upał, i zimno, i wichury, i ulewny deszcz. W tej chwili też pada.

Ostatni tydzień biegowo nie był udany. To naciągnięcie mięśnia, o którym wspominałem, okazało się gorsze, niż ktokolwiek mógł się spodziewać. Właściwie pozytywne jest tylko to, że owo naciągnięcie nie ma nic wspólnego z naciągnięciem. Tak, tak. Wylazła z tego stara kontuzja okolic nerwu kulszowego. To jakiś rodzaj przykurczu nie wiadomo czego. Związane jest to u mnie z szybkim bieganiem. Nie, żebym teraz biegał jakoś wyjątkowo szybko, ale przynajmniej próbuję. W tych okolicach miednicznych zawsze coś się u mnie działo - a to pachwina szarpnie takim bólem, że oczy mgłą zachodzą, a to jakby biodro, a to niby kulszowy... Miałem sezony, że z powodu bólu ledwo chodziłem, szczególnie po szybkim biegu.

Ta odmiana też mi już się zdarzyła w początkach tego bloga, podczas pobytu w Hiszpanii. Ostatni tydzień sporo się więc obijałem, biegałem rozbiegania, robiłem wolne - i to wszystko. Próbowałem też okrutnych metod zaradczych: biczowanie, przypalanie gorącym prętem, upuszczanie krwi, rozpędzanie się i uderzanie głową z całej siły w ścianę... I nic! A bardziej serio... otóż rzeczywistość niewiele od tego odbiegała. Całe moje działanie skupiało się na mięśniach i erwach okolicy tylnej. Poza rozciąganiem próbowałem np. siadania na macie z kolcami - masakra! Leżeć się da, ale siadając wbija się te kolce całym ciężarem.  Siadałem też na piłeczce golfowej, w taki sposób, aby ona ucisnęła nerw w pośladku, boli to strasznie. Brzmi to dwuznacznie, ale jest uznana metoda terapeutyczną, tylko w poważnych miejscach nie używa się piłeczki golfowej, a Niezwykle Skomplikowanych Przyrządów.

No i wygląda na to, że w końcu znalazłem odpowiednia metodę. To ćwiczenie, które pokazał mi znajomy fizjoterapeuta wiele lat temu. Jest to ćwiczenie relaksacji poizometrycznej, robione w tak sposób, że w leżeniu na plecach dociąga się ugiętą w kolanie nogę kolanem do przeciwległej piersi. W tej pozycji oporuje się kolanem w kierunku przeciwnym do nacisku. Mam gdzieś zdjęcie, jak będę zainteresowani, podrzucę. Co ciekawe, tego ćwiczenia nie polecał mi inny magik od kontuzji, więc przestałem robić. Twierdził, że wyłamuje mi to panewkę ze stawu biodrowego, bo ruch jest zbyt naturalny. Ale cóż, najwyraźniej na mnie działają tylko ruchy nienaturalne.

Mogłem więc zacząć biegać z nieco mniejszym bólem, mam nadzieję, że stopniowo minie to zupełnie. Po okresie bezczynności zrobiłem 5x200m dośc mocno w kolcach, a w sobotę przełamuję się podczas kolejnego startu. To moje drugie podejście do 800m w tym sezonie. Biegnę w Gdańsku i zobaczymy, jak wyjdzie.

Na bieżnię wraca też Ola - jedzie na mistrzostwa Polski AZS, gdzie biegnie na bardzo krótkich dla niej teraz dystansach: 1500 i 800m. PO ostatnich latach treningów i startów będzie to dla niej jak sprint, bardzo pożyteczny sprint. Spodziewam się dobrego występu.

Zdradzę jeszcze, dlaczego ostatnio piszę rzadziej - otóż trwają prace nad nowym blogiem. Platforma blox jest kiepska, nie ma co tego ukrywać. Dlatego powstaje właśnie wypasiona wersja mojego bloga. Potrwa to jeszcze trochę, ale ilość funkcji, wygoda, możliwość przeszukiwania i sprawdzania starych wpisów będzie niewiarygodna. Pojawią się też porządne galerie oraz regularne artykuły, ilustrowane zdjęciami. Pora odejśc od metody chałupniczej. Wpisów na blogu jest tak wiele, że odnalezienie czegoś konkretnego jest niemożliwe nawet dla mnie, mimo istniejących kategorii. Testowałem już wstępne wersje nowej wersji i to jest jak przesiadka z malucha do lamborghini. Ale jeszcze to potrwa. W każdym razie znajdą się tam wszystkie moje projekty: blog, działalność trenerska, strona poświęcona Oli. Być może wrzucę też część swoich artykułów, zamieszczanych w różnych miejscach sieci.

Zapowiadam więc, a na razie pozostańmy przy tej przaśnej wersji - tylko dla koneserów!

 A poniżej opisywane ćwiczenie. Może nie widać bardzo dokładnie, a ja nieco odchylam się w bok, ale powinno to dać wyobrażenie o jego wykonaniu. Kolano idzie w kierunku przeciwległej piersi. Napięcie izometryczne uzyskujemy, oporując lekko kolanem w kierunku przeciwnym niż dociągamy. Przytrzymujemy 8 sekund, rozluźniamy i dociągamy dalej. Powtarzamy kilkukrotnie w serii i nawet kilkukrotnie w ciągu dnia. U mnie to ćwiczenie działa cuda na tzw. bóle kulszowe:

 

piątek, 06 maja 2011
Uwagi taktyczne

Po ostatnich zawodch w Lidzbarku, ale też i w ogólnym kontekście, przyszło mi do głowy trochę luźnych myśli. Wrzcuam je więc na bloga, jako rodzaj felietonu.

Zacznijmy od biegu Oli na mistrzostwach na 10 000m. Zdobyła trzecie srebro z rzędu na tym dystansie, a po biegu zastanawialiśmy się oboje, czy byłaby w stanie pobiec szybciej i czy wytrzymałaby gwałtowne szarpnięcie tempa, gdyby chciała gonić uciekającą Iwonę. I tu pojawia się pewien problem. Otóż po tylu medalach Ola wydaje sie niesłychanie doświadczoną zawodniczką biegów długich, znającą dobrze swój organizm i wyzwania biegu na 10km. Tymczasem te mistrzostwa były jej... trzecim biegiem w życiu na dystansie 10 000m na bieżni! Trzy biegi, trzy medale, trzy życiówki.

Ten zaskakujący fakt pokazuje, z jak wielu względów bieganie w Polsce długich biegów jest trudne. Zawodniczka taka jak Ola nie ma gdzie się sprawdzić, nie ma gdzie pobiec tych długich biegów choćby w celu nabrania doświadczenia. W sezonie jest ten jeden, jedyny start na tym dystansie na bieżni, a na docelowej, najważniejszej imprezie ryzykuje się znacznie trudniej. W tym roku Ola podjęła ryzyko w biegu przełajowym, pobiegła w piekielnie mocnym tempie - i zapłaciła za to utratą medalu. Tymczasem taka strata to dla polskiego zawodnika czasami dramat: oznacza brak stypendium sportowego, czasami utratę zainteresowania wspierających podmiotów. Rozliczanie z wyników odbywa się w ten sposób, że jeśli w jednym roku sportowiec wygra wszystko, co jest do wygrania, ale rok później z powodu np. problemów zdrowotnych opuści mistrzostwa Polski, nagle traci wszelkie wsparcie.

Dobrze ten paradoks pokazał na mistrzostwach przypadek Artura Kozłowkiego. To jeden z najlepszych polskich długodystansowców, medali mistrzostw Polski ma pęczek. W zeszłym roku miał problemy zdrowotne i opuścił mistrzostwa. I co się okazuje w tym roku? Otóż działacze postanowili skasować go na 50zł dodatkowej opłaty za... brak minimum dopuszczeniowego do mistrzostw Polski. Mimimum jest bowiem ważne tylko rok, a na 10 000m w sezonie jest jeden, jedyny start. Opuścisz go - nie ma minimum. Ten drobiazg dobrze pokazuje trudności piętrzące się przed zawodnikami. Dopóki wszystko gra, to wszystko gra, ale jak się wali - to również wszystko.

Ja z Olą realizuję pewne wieloletnie założenia treningowe, pewien długodystansowy plan. Na razie idzie to bardzo dobrze. Progres jest regularny. Chociaż wiele zawodniczek poprawia się czasami szybciej, skokami, równie wiele nagle znika ze sceny, nękane kontuzjami czy stagnacją wynikową. Ola gdy wchodzi na jakiś poziom, to już na nim zostaje. Nawet gdy w zeszłym roku pojawiły się problemy z mięśniami, potrafiła robić życiówki lub biegać na poziomie poprzednich. W treningu wykorzystuję najlepsze doświadczenia różnych szkół biegowych, nie ma tu miejsca na wypalenie czy przetrenowanie. Cały czas jednak jest jakiś niedosyt, wciąż wydaje się, że można było szybciej, lepiej. Nie wolno zapominać, że dojrzewanie do wyników to nie tylko rozwój fizyczny, ale psychiczny. Pewne prędkości muszą przestać szokować, biegacz nie może bać się tego, że biegnie mocno, może zbyt mocno. To jest szczególnie ważne w biegach długich, tutaj przyspieszenie we wstępnej fazie biegu może oznaczać kryzys, który pojawi się dopiero kilka kilometrów dalej. I tak wracamy do doświadczenia i poznania własnego organizmu.

Są oczywiście biegi uliczne i można powiedzieć, że Ola ma doświadczenie w tym rodzaju wyścigu. To jest i tak, i nie. Wykorzystujemy ulicę, choćby dlatego, że nie ma innej możliwości startu na długim dystansie. To jest jednak bieganie mocno różniące się od bieżni. Na bieżni w kolcach technika jest inna, inny krok biegania, sposób odbicia. Co więcej, inna jest taktyka: biegnie się szeroko, w zmiennym, nowym otoczeniu. Ten, kto nie startuje na bieżni, nie potrafi zrozumieć, jak destrukcyjny wpływ na wynik ma kręcenie ciągłych, monotonnych kółek. Prowadzenie biegu na ulicy jest łatwe, natomiast bieg na czele stawki na bieżni to duży stres, duża trudność. Na bieżni są dokładne międzyczasy, jest wąsko, a jeśli wieje, to co chwila biegnie się pod wiatr, więc wysiłek jest zmienny, rwany. Kolejne kółka powodują psychiczne znużenie, a kiedy w takim momencie zza pleców wyskoczy rywalka, zmieniając gwałtownie rytm biegu, bardzo trudno jest odpowiedzieć. Ulica jest więc przydatna jako powiększanie doświadczenia, ale nie jest ostatecznym rozwiązaniem.

Przykład Oli pokazuje, jak ważna w treningu jest długofalowa strategia. Kiedy zaczynaliśmy 3-4 lata temu bieganie długich dystansów, miałem już wtedy wizję tego, jakie treningi Ola będzie robić w kolejnych latach. Drobiazgi się zmieniały, testowaliśmy różne rozwiązania, ale ogólna ścieżka jest cały czas ta sama. Kilka lat temu Ola, biegnąc na zawodach 3000m w 10:01, nie bardzo wierzyła, gdy zapewniałem ją, że wkrótce takie odcinki będzie bez specjalnego wysiłku biegać na treningu kilka razy. Ten progres i tak jest wolniejszy niż bym chciał, ale mimo wszystko porównanie treningów rok po roku, porównanie tętna, pomiarów kwasu mlekowego - naprawdę robi to wrażenie. A nie można próbować tego przyspieszać na siłę, trening reaguje po prostu na zmiany zachodzące w organizmie.

Ola podczas biegu w Lidzbarku, biegnie za siostrą Anią

 

6 lat temu Ola, jeszcze jako zawodniczka średniodystansowa, trenująca u innego trenera, biegła na treningu 2x4km w tempie ok. 3:50/km - i był to dla niej wysiłek niemal maksymalny. Zrobiła to z trudem, na bardzo wysokim poziomie kwasu, niemal umierając z wysiłku. Kiedy zaczynaliśmy trening, wszelkie pomiary pokazywały, że jej ogólna tlenowa wytrzymałość jest na bardzo słabym poziomie. To jest ta cecha, której trening trwa bardzo długo. W tej chwili robimy treningi, gdzie 4km w tempie ok. 3:50/km jest rodzajem odpoczynku pomiędzy mocniejszymi przyspieszeniami. Różnica jest tu gigantyczna. Równocześnie cały czas dbałem, i jest to elementem planu, aby Ola nie straciła surowej szybkości, dynamiki, przyspieszenia. Założyłem, że w przyszłości to będzie element, dzięki któremu będzie wygrywała biegi. Tak już jest, a będzie to widoczne tym lepiej, im bardziej będzie rosła jej wytrzymałość. W Polsce właściwie nie ma dziewczyny, która jest w stanie na końcówce długodystansowego biegu pobiec ostatnie 200m poniżej 30 sekund. Z Olą dążymy do tego, żeby tak było.

Progres jest, organizm cały czas się zmienia, a my robimy swoje, nie oglądając się za bardzo na innych. Co z tego wyniknie? Zobaczymy. Wspiera nas klub Agros, miasto Zamość, Kalenji zapewnia Oli sprzęt - i idziemy do przodu. Treningowo według mnie Ola już w tej chwili jest przygotowana na szybszą dyszkę, ale do kolejnego startu na tym dystansie na bieżni trzeba czekać... rok. Pozostaje więc ulica. Na razie jednak zaczyna się sezon biegów na bieżni, jeśli będzie okazja, Ola spróbuje zaatakować swoje życiówki na wszystkich krótszych dystansach.

Jeśli chodzi o mnie, nastawiam się na najbliższe tygodnie na łagodny, tlenowy trening oraz mocne akcenty w postaci treningowych startów. Jeśli będzie okazja, pobiegnę nawet dwa, trzy dystanse jednego dnia. W treningu nie potrafię sięgnąć tak głęboko, jak podczas zawodów. Ostatni start pokazał zaś, że odzwyczaiłem się nieco od średniodystansowego bólu. Uwierzcie, chociaż w Lidzbarku pobiegłem wolno, cierpiałem po biegu strasznie. Myślę, że główny w tym udział pogody, to straszne zimno wyziębiło mięśnie i było brutalne dla układu oddechowego. Dało mi to jednak do myślenia. W biegach krótszych wygrywa ten, kto na finiszu, mimo potężnego bólu i protestów wszystkich układów organizmie jest w stanie rzucić na szalę ostatnie rezerwy i przyspieszyć. Tę zdolność kiedyś posiadałem, teraz zaś organizm mocno protestuje. Dlatego potrzebuję krótkich, brutalnych startów, różnych sposobów rozgrywania biegów, odświeżenia starych doświadczeń

Ja w Lidzbarku. Nie mam za wiele swoich zdjęć, a te, które pstryknęła mi Ola, nie wyszły, bo nie zdążyłem zmienić jej ustawień w aparacie. Pstrykane były więc na trybie nocmy, m.in. ISO 3200! To jest najlepsze, co udało mi się wyciągnąć. Dobrze pokazuje dynamikę biegu na 800m

 

Kiedy myślę o ostatnim starcie, aż ciężko mi uwierzyć, jak kiepsko taktycznie pobiegłem. Wystartowałem niby mocno, ale zbyt wolno, aby znaleźć się na czele, zostałem zamknięty w środku, kiedy było zwolnienie. O ile pierwsze 150m było szybkie, tak na następnych 150m nastąpiło monstrualne zwolnienie, tam uciekły 2-3 sekundy. A ja nic nie mogłem zrobić, musiałem wygrzebać się spomiędzy otaczających mnie zawodników, niemal się zatrzymując - i ruszyć prawie od zera. W biegach długich takie zmiany tempa, szarpanie, raczej nie występują, za bardzo przyzwyczaiłem się do równych biegów i lekko narastającego dyskomfortu.

Wkrótce więc kolejne doniesienia, a od czasu do czasu - nieco przemyśleń związanych z treningiem "od kuchni".

 
1 , 2 , 3