| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      
Zakładki:
Ola Jakubczak - strona mojej zawodniczki
Strona Marcina Lewandowskiego 800m
poniedziałek, 22 sierpnia 2011
Testy do zajechania - but marki Woolf

Czas dziś na kolejny wpis bolesny dla działów marketingu firm obuwniczych. Jak wiadomo, wmawiają one ludziom, że buty do biegania należy wymieniać co kilkaset kilometrów. Powód: a bo to jakaś pianka się zbija, a to utrata jakichś tam właściwości. Generalnie wiadomo, o co chodzi: o to, żeby ludzie kupowali nowe buty kilka razy w roku, a nie raz na kilka lat. Bo kosztowne kampanie reklamowe trzeba jakoś sfinansować, podobnie jak wille i jachty właścicieli całego tego przybytku.

Nie mówię, że to źle, jeśli ktoś chce dorzucać się do limuzyn bogaczy, jego sprawa. Ja się kieruję nieco inną filozofią. Biegam po twardym, po miękkim, jak wypadnie, butów nie zmieniam, dopóki się kompletnie nie rozpadną. Kontuzje dopadały mnie głównie po modelach z tzw. wyższej półki, czyli drogich butach napakowanych różnym badziewiem, noszącym szumną nazwę "systemów".

Dzisiaj chciałbym przedstawić tekst, będący requiem dla butów marki Woolf, w których biegałem 3-4 lata. To tania marka, a buty były startowe, pozbawione jakiegokolwiek wsparcia, amortyzacji i tym podobnych dziwnych wymysłów. Proszę wybaczyć, że mój test jest brutalnym bieganiem aż do kompletnego wyniszczenia.  Jeśli ktoś chce marketingowej laurki, pisanej pod dyktando firm obuwniczych, po przebiegnięciu w butach kilku kilometrów, albo i wcale - niech się uda na komercyjny portal. U mnie jest brutalnie i bez znieczulenia.

Krótko przed wyrzuceniem buty wyglądały tak:

To całkiem dobry wygląd i teoretycznie mógłbym w nich jeszcze biegać. Poszły do kosza z dwóch powodów: raz, że podeszwa była już mocno starta i odczuwałem w nich każdy kamień (w Szklarskiej na rozbieganiach czasami straszyłem towarzystwo, wydzierając się znienacka i wyskakując nagle w górę, gdy kamień wbijał się w me delikatne podeszwy), dwa, że w kolejce do wykończenia czeka kilka innych par, a miejsca w szafie brak.

Niech Was nie zmylą te podarte fragmenty w okolicach zapiętka. To pozostałości po operacji usunięcia usztywnienia w tym bucie, którą przeprowadziłem parę lat temu. Gdyby nie to, jedynym problemem z wierzchu byłyby te rozdarcia w połowie śródstopia. Przyjrzyjmy się zresztą cholewce z bliska:

Z tej strony jest znośnie. Tu zresztą szybka dygresja: zauważyłem, że siateczka najbardziej ulega uszkodzeniu, gdy zostaje zmoczona.  Wiele nawet drogich butów to buble, które rozdzierają się po kilku treningach, wystarczy przebiec po mokrej trawie, w deszczu czy po błocie. Buciki z tych zdjęć były eksploatowane w najbardziej ekstremalnych warunkach, zimą, wiosną i latem, po miękkim, po twardym, błocie, kamieniach i co tylko przyjdzie Wam na myśl. Oto gorsza, wewnętrzna strona cholewki:

To wygląda już nieco gorzej, prawda? Ale trzymało się jeszcze znośnie.

Ponieważ te buty były z definicji startowymi, z początku biegałem w nich po asfalcie. Przyznam, że nie byłem nastawiony zbyt optymistycznie: po kilkudziesięciu kilometrach na asfalcie podeszwa mocno się starła. Wystarczyło kilka ulicznych startów. Wtedy doszedłem do wniosku, że szybko je dobiję i wyrzucę. Ale to szybko przeciągnęło się na kilka lat.

A teraz rzut oka na podeszwę:

I to jest destrukcja, prawda?! Niektórzy byli zszokowani, widząc takie buty na moich nogach. Ale to tylko niektórzy, ci bardziej wyrobieni sprzętowo. Nawet na poziomie polskiej biegowej czołówki spotykam bowiem nieco uboższych biegaczy, nie mających kontraktów sprzętowych, którzy również doprowadzają obuwie do takiego stanu. Są to często goście prezentujący wysoki poziom, w tym da się biegać.

Możemy się przyjrzeć z bliska ściemie nazywanej "mostkiem przetaczającym", który to element ma wspomagać ruch stopy. W jednym bucie jakoś to jeszcze wygląda:

Mostek jest oczywiście złamany, podeszwa starta - ale ogólne wrażenie pozytywne. Tu znowu dygresja: najlepiej biega mi się w butach pozbawionych tych plastikowych elementów, a jeśli takowe posiadają, to moc łapię wtedy, gdy owa cudowna część pęknie. W każdym bucie przychodzi to prędzej lub później. A oto drugi, mamy tutaj przepiękny przykład biegowej destrukcji. Zapewniam, że nie tłukłem ich młotkiem, nie wlokłem za samochodem, tylko biegałem, nawet bez wielkiego przytupu, dociskając sprzęt do podłoża moją skromną masą:

Dla tych, którzy nie dowierzają, zbliżenie. Tak, to jest słynny mostek wspomagający przetaczanie:

Najwyraźniej moje przetaczanie było zbyt intensywne ; )

No i jeszcze rzut okiem na startą podeszwę z przodu, nie można nawet rozpoznać za bardzo wzoru bieżnika:

Ogólnie oceniam te buciki pozytywnie. Pobiegałem, rozpadły się, wytrwały te 3-4 lata. Ciężko mi nawet oceniać, ile mogłem konkretnie w nich pobiec, ale na pewno było to kilka tysięcy kilometrów. Moja złota myśl na koniec jest taka: sprzęt nie biega. Biegają silne nogi i silna cała reszta. O wyniku oraz zdrowiu decyduje trening, pot przelany w czasie biegania, a nie to, jak często zmienia się buty i w jakim modelu się biega.

Za kilka lat kolejny test, większej częstotliwości destrukcji nie jestem w stanie utrzymać ; ) A mówiąc bardziej serio, to mam na wylocie jeszcze ze dwie pary, jedną prawdopodobnie dokończę w ciągu najbliższych tygodni, to buty, które były już dwukrotnie łatane.

niedziela, 27 marca 2011
Technologiczna ściema

Bieganie to prosty sport, jest to często przywoływana zaleta tej aktywności. Wkładasz, człeku, byle jakie buty, wciągasz podarte porcięta, rozciągniętą koszulkę - i już jesteś biegaczem. Istnieje jednak tendencja do komplikowania tej prostoty. Z jednej strony biegacze szukają czegoś, co mimo braków kondycyjnych da im iluzoryczną przewagę, pozwoli urwać kolejne sekundy. A z drugiej - firmom sportowym trudno sprzedawać proste rzeczy w niskich cenach, kombinuja więc, jak mogą.

Powiedzmy, takie buty biegowe. Jest powszechnie wiadomą rzeczą, że ich wyprodukowanie w Chinach, a następnie transport do Europy to kwestia dosłownie kilku, kilkunastu złotych na parze. Dlatego żeby uzasadnić windowanie cen, producenci od lat wmawiali biegaczom, że pakują do butów jakieś kosmiczne technologie rodem z NASA, bez których bieganie byłoby praktycznie niemożliwe. To trwało latami, w końcu buty zostały tak opakowane tymi "systemami", że bieganie w nich stało się praktycznie niemożliwe. Liczba kontuzji wzrosła do tego stopnia, że trudno było utrzymać mit genialnych, wspomagających wszystko systemów.

Co się więc stało? Już o tym pisałem - odtrąbiono powrót do natury. Specjaliści z Nike, a za nimi inne firmy, triumfalnie ogłosili, że po kilkudziesięciu latach badań doszli do niesamowicie odkrywczego wniosku: systemy są jednak niepotrzebne. Innymi słowy: to wszystko, co pakowali przez dziesięciolecia do butów, windując ceny w stratosferę, można rozbić o kant przysłowiowego wiadomo czego.

Specjaliści nie byliby jednak specjalistami, gdyby tego wniosku, który powinien kompletnie pogrzebać ich wiarygodność, nie opakowali w odpowiednią ideologię. Gładko przeszli nad tematem systemów do porządku dziennego i ogłosili nową strategię: otóż od teraz buty są robione tak, żeby niczego nie naruszać w mechanice ruchu, nie psuć tego, co stworzyła ewolucja. Czyli projektujemy buty tak, żeby zachowywały się, jakby ich nie było. Wszystko pięknie, tylko za te "naturalne" buty... zaśpiewano jeszcze wyższe ceny!

Ostatnio rekordy bezczelności bije firma Ecco. Skąd się wzięli, nie wiadomo, nie słyszałem wcześniej, żeby jakikolwiek wyczynowy zawodnik biegał w butach tej firmy. Ale sami mienią się specjalistami od projektowania butów biegowych - być może, załóżmy optymistycznie, że to prawda. Ecco szybko zwietrzyło interes i gładko podpięło sie pod nurt "naturalnego biegania". Zaczęli reklamować swój produkt, model a jakże - naturalny! - sprzedawany za jedyne... 700zł z hakiem. No moi drodzy, ktoś tu chyba upadł na głowę. Pomijam już wszelkie kontrowersje na temat rzeczywistej technologicznej wartości tych butów - ale skoro coś jest proste i naturalne, a wyprodukowanie tego kosztuje w Chinach miseczkę ryżu, to dlaczego to kosztuje w sklepie niemal tyle, ile najniższa krajowa pensja? 700zł za but, który wedle progpagandy producentów, powinno się wymieniać najlepiej co 800km, czyli w przypadku dość ambitnego biegacza - co dwa miesiące? Ktoś tu chyba na głowę upadł!

Zwykle nie staram się dyskredytowac żadnego biznesu - każdy chce zarabiać, ma do tego prawo. Ale istnieje pewna granica przyzwoitości. Wmawianie ludziom, że za 700zł dostaną coś, co jest o wiele lepsze niż podobny produkt za 100zł - to według mnie przekracza tę granicę. Złapać jelenii, którzy wydadzą te 700zł, potem szybka obniżka do, powiedzmy, 400zł - i sprzedawanie tego samego jako niesamowitą okazję, nadal z trzycyfrową lub wyższą marżą. To jest model biznesu, którego nie aprobuję. Co gorsza, zanika rzeczowa dyskusja na ten temat. W tej chwili nie ma żadnego obiektywnego medium biegowego, portale i gazety są uzależnione od reklamodawców, stąd nie pamiętam, żebym gdziekolwiek przeczytał jakąś negatywną recenzję czegokolwiek. Czasami, dla porządku, pojawi się w tekście jakieś zastrzeżenie, typu - że sznurówki są za krótkie, co ma pokazywać: patrzcie, jacy jesteśmy obiektywni, skrytykowaliśmy sznurówki!

Prawda jest taka, że buty za 100zł w praktyce nie różnią się niczym od butów za 700zł. Być może te za 700 wcale nie są złe - ale po cholerę przepłacać siedmiokrotnie? Ja do tego mam możliwość porównania cenów butów w Polsce do cen w USA. Tam rynek jest zdrowy i konkurencyjny, więc bez problemu można kupić but za 20-30 dolarów. A takiego za 250 dolarów nie widziałem, chociaż rozgladałem się uważnie.

Obalmy kolejny mit - ja nie wymieniam butów co 800km. Biegam w nich tak długo, aż się rozpadną. 4-5 tysięcy kilometrów to norma. Ba, dopiero gdy przesiadłem się na tanie, proste modele, przestały mi w końcu dokuczać uporczywe bóle stóp, przez kilka lat mocno ograniczające mój trening.

Na końcu tekstu w ramach wspierania zdrowego rozsądku podam kilka przykładów tanich butów. Bo mając kontakt z moimi zawodnikami, widzę, że oni czasami dają się łapać na obuwniczą propagandę, zaczyna się pojawiać myślenie, że jak coś kosztuje 700zł, to musi być super, hiper, mega. To jest dokładnie to, o co chodzi producentom.

Powiem jeszcze tak: widzę sens kupowania droższych modeli, jeśli firma, która zaśpiewa te ceny, robi dobrą robotę, jeśli chodzi o sport. Wtedy, jeśli kogoś stać - dlaczego ma nie wspierać pożytecznej firmy, wspierającej naszych, dającej naszym ludziom pracę?  W USA  np. Nike robi bardzo dobrą robotę - tworzą wyczynowe grupy, wspierają swoich sportowców. W Polsce jest z tym gorzej, ale Nike przynajmniej stworzył ścieżki biegowe, to jest już coś. Co robi takie Ecco, poza żądaniem horrendalnych cen za swoje buty? Nie słyszałem o żadnej pozytywnej inicjatywie tej firmy. Dotyczy to też kilku innych drogich marek. A jeśli chodzi o Nike, to ogromnym minusem jest dla mnie to, że ta firma wspiera polskich piłkarzy, czyli żałosnych, sprzedających mecze pseudosportowców.

_______________________________________________________________________________

Kolejna sprawa - od niedawna niezwykle popularna jest tzw. odzież uciskowa. To kolejny przykład wciskania po kosmicznych cenach zupełnie zbędnej biegaczowi technologii. Zastanawiało mnie to od dawna. Przyglądałem się wyczynowym biegaczom, którzy nosili te uciskowe skarpety. Co mnie dziwiło - gdy wygasały kontrakty reklamowe, nagle przestali je ubierać.

Ale to jeszcze nic, poczytajcie ten tekst, po angielsku: link To jest wiarygodny amerykański portal, który poza pieniędzmi reklamodawców widzi też inne sprawy. Streszczę pokrótce wnioski tego artykułu: nie ma żadnych naukowych dowodów, że odzież uciskowa pomaga w czymkolwiek, zyski są głównie psychologiczne (efekt placebo), a noszenie tego typu rzeczy może powodować problemy z krążeniem, bóle mięśni, bóle brzucha i różne dolegliwości neurologiczne, ze względu na ciągły, nienaturalny ucisk. Leczenie tego może trwać miesiącami.

Oczywiście producentom nie przeszkadza to w powtarzaniu śpiewki o niewiarygodnych zyskach, jakie zapewniają te uciskowe wdzianka, przyspieszona regeneracja, cuda na kiju. Ceny: wielokrotność cen zwykłych ubrań, a jakże, chociaż jest to szyte w Chinach po zawstydzających stawkach. Ha, ha, powiedzcie to Kenijczykom, na pewno się ucieszą, gdy się dowiedzą, że mogą biegać jeszcze szybciej, gdy włożą na siebie taki bajer ; )

Uważam, że w tej marketingowej sieczce nie ma co wariować. Sam ubieram ciasne zarękawki i czasami nagolenniki na bieg, ale nie po to, żeby cokolwiek zyskać, tylko żeby było mi ciepło i wygodnie. Kupuję też buty marketingowo mocnych marek, jeśli mi odpowiadają i złapię je w dobrej cenie. Aktualnie biegam na zmianę w Pumach, Kalenji i Woolfach, na bieżni używam kolców Adidasa i Saucony. Ubrania mam praktycznie wszystkich producentów. w większości kupione w Stanach.

Ale w związku z promocją zdrowego rozsądku polecam uwadze poniższe buty, zupełnie naturalne i dalekie od kosmicznych cen rzędu 700zł (klikalne linki):

1. Kalenji Eliofeet z Decathlonu: 159zł, w przecenie czasami nawet 60-70zł:

Biegam w nich, mają swoje drobne wady, ale to jak najbardziej prosty, tani but do "naturalnego" biegania. Kalenji to partner sprzętowy mojej zawodniczki, Oli Jakubczak. Do wyboru w co najmniej kilkunastu kolorach. Dużą zaleta Decathlonu jest brak jakichkolwiek trudności, jeśli chodzi o reklamację produktów, w innych sklepach to zmora.

2. Austriacka marka Woolf, cena ok. 100-120zł

Nie wiem, czy można je jeszcze dostać w Polsce, 2 lata temu były. Mam jedną wysłużoną parę model Firewoolf. Podeszwa wyciera się dość szybko na asfalcie, startowałem w nich parę razy, teraz używam do rozbiegań. Kilkaset kilometrów już przetrwały.

3. Buty Do-win, 120zł

Sprzedaje je polska firma Polanik. Firma według mnie warta wsparcia, bo sama wspiera polskich zawodników. Wspiera też reżimowy związek sportowy, czyli PZLA, ale to nie wina producenta, że PZLA jest, jaki jest. Buty to produkt chiński, wyglądają na skopiowany model Adidasa. Jeszcze ich nie próbowałem, ale mocno mnie zainteresowały, wyglądają bardzo dobrze. Podobnie kolce i inne modele tej marki. To może być dobry strzał w rynek.

4. Buty Joma, cena 150-250zł

To hiszpańska firma, która pokazuje, jak się robi etyczny biznes. Ceny dość niskie, do tego mocno wspierają własnych zawodników. W Jomie biega cała hiszpańska elita i ich reprezentacja. Miałem jeden  model tej firmy, zachwycić mnie może nie zachwycił, ale za 100zł nie ma co wybrzydzać, to był prosty, tani but. W Polsce do kupienia tanio na allegro, link do oryginalnego sklepu, gdzie ceny są wyższe.

Do tego wszystkiego można dodać różne tanie modele znanych marek, do kupienia np. w marketach. Jeśli się poszuka, dobre buty spokojnie kupi się za 150zł. Warto polować na wyprzedaże: mój tata kupił bardzo fajne, proste buty Pumy za 167zł, biegał z nich już kilka maratonów, nie ma zastrzeżeń.

A kapitalistycznym wyzyskiwaczom mówimy stanowcze NIE.

 

piątek, 24 września 2010
Ustrzyki i buty

Po miesiącach sennych i treningowo nudnych, zaczęło się teraz wiele dziać. Jak wspomniałem, wylądowałem z Olą na obozie przygotowawczym do maratonu - w Ustrzykach Dolnych, na samym dole mapy. Dzisiaj mija trzeci dzień pobytu, a ja jestem już wykończony. Zostało jeszcze 16 dni... Czyli, mówiąc krótko, to dobry obóz. Jak u Kim Ir-Sena.

Na początku byliśmy nieco podłamani. Liczyliśmy na dobre tereny biegowe, a tu klops. Wszędzie pod górę, to raz. Stromizna niesamowita, ciężko znaleźć było cokolwiek płaskiego. Trasy spacerowe kompletnie rozjechane przez traktory, to dwa. Błoto po pachy, można tylko truchtać, rozpaczliwie łapiąc równowagę. Na szczęście po intensywnym wertowaniu zdjęć satelitarnych znaleźliśmy lepsze trasy, zupełnie poza szlakami. Ich zaletą jest to, że prowadzą przez lasy, po kompletnych odludziach. Wady - czasami trzeba podjeżdżać samochodem, do tego nawierzchnia jest często rodzajem asfaltu, taki utwardzony żużel. No i górki, przed tym się nie ucieknie. Ale pewien poziom górek jest nie tylko akceptowalny, ale wręcz pożądany.

Co teraz? Jutro planuję długie bieganie, już się boję i dzisiaj robię tylko jeden trening, ładując się węglowodanami. Trasa taka, że na krótkim rozbieganiu ledwo dobiegłem, na długim będzie na pewno gorzej. Ale wreszcie, po raz pierwszy w tym roku, mamy sensowną pogodę. Czyli nie ma upału, zabójczej wilgotności, koszmarnego wiatru, ulewnych deszczów. To wszystko spotykało nas od maja bez przerwy, w różnych kombinacjach. Teraz jest słonecznie, dość ciepło, ale bez skrajności. Niestety, po niedzieli ma być gorzej.

W analizie treningu dopiero od niedawna skupiłem się na problemie swojej techniki biegowej i butów, w jakich biegam. Właściwie to na poważnie zacząłem zastanawiać się nad tym po 10km w Lęborku. Miałem okazję zobaczyć się na zdjęciach z tego startu - wygladałem fatalnie! To mnie kompletnie dobiło. Rozumiem przemęczenie, rozumiem brak sodu w organizmie, ale żeby jeszcze padła technika? Skąd? Jak? W końcu dochodzę do wniosku, że wszystko, o czym pisałem, jest prawdą - w tym roku dopadł mnie pechowy splot okoliczności i wielu czynników, które miały wpływ na ogólnie nienajlepszą formę.

Sposób biegu jest jednym z tych czynników. Wspominałem o tym, że w tym roku biegam treningi wyjątkowo wolno i wyglądam wyjątkowo kiepko. Moja strategia doboru butów biegowych nie była zbyt wyrafinowana - biegam w tym, co ktoś mi podaruje lub co dostanę tanio w Stanach. Oczywiście są pewne kryteria, pewne granice, ale znaczenia nie ma dla mnie ani marka obuwia, ani stojące za nim filozofie. Na pewno nie biegam w butach, za które musiałbym zapłacić 500zł czy więcej - według mnie to szaleństwo.

Rok temu, i często wcześniej, biegałem w prostych modelach butów, bez wymyślnych amortyzacji, kombinacji, homologacji. Dzieki temu i technikę miałem dobrą, i wyniki nienajgorsze. Biegałem ze śródstopia. Ale w tym roku nastąpiła zmiana, przesunąłem się bardziej w kierunku pięty. Oczywiście nie rąbię w podłoże zupełnie piętą, ale środek ciężkości i miejsce oraz sposób lądowania uległy niewątpliwie zmianom. Myślę, że wpływ na to mają dwa główne czynniki: po pierwsze, trening w Stanach, po drugie, nowe buty.

Otóż w Stanach biegałem bardzo dużo i w bardzo trudnym terenie. Byłem ciągle zmęczony i myślę, że to zrujnowało moją technikę. W Polsce dołożyłem do tego buty - zbyt miękkie, zbyt "poduszkowate", rozleniwiające moją stopę, rzucające mnie na piętę. Dochodziłem do tych wniosków powoli, konsultując się z różnymi znajomymi.

Ostatnio dużo rozmawiałem z Tomkiem - fizjoterapeutą z Zamościa oraz ze Sławkiem Naskrętem - dystrybutorem Sticka w Polsce, który lubi babrać się w kwestiach związanych z techniką biegu. Tomek zwrócił mi uwagę, że biegam zbyt mocno na zewnętrznej krawędzi stopy, w niewielkim stopniu odbijając sie przy wybiciu palcami. To skraca ramię dźwigni, zmniejsza siłę wybicia. Natomiast Sławek za jednym ze swoich kolegów podpowiedział mi rozwiązanie - atak na buty z nożem w ręku. Tak też zrobiłem.

Już wyjaśniam. Otóż ostatnio biegam w dwóch modelach Pum, kupionych w USA. Oba mają tę wadę, że cały czas wydawały mi się zbyt toporne, zbyt miękkie, zbyt grube pod nogą. Biegałem w nich wolno i brzydko. Nie zmieniałem ich, bo całe lato bolał mnie lewy achilles. Tak, poza niedoborem soli, osłabieniem, złą techniką i wieloma innymi przyjemnościami miałem jeszcze odnowiony problem z achillesem. Kombinowałem więc tak: skoro boli w takich butach, to w cienkich będzie prawdziwa tragedia. To chyba jednak nieprawda, pomyliłem niebo z gwiazdami odbitymi na powierzchni stawu, jak mawiał Vilgefortz. Czyli przyczynę ze skutkiem. Poduszkowate buty zmieniały technikę i pośrednio powodowały ból. Najpierw go powodowały, potem próbowały zapobiegać, jest to typowa strategia marketingowa producentów obuwia ; )

Pomysł Sławka polega na tym, żeby odciąć od tych butów piętę. Producenci (kapitaliści, imperialiści, masoni, UFO i żydowska mafia, czyhający na zdrowe achillesy prawdziwych Polaków) żeby podnieść cenę butów, ładują bowiem w tę nieszczęsną piętę zbyt wiele zbędnych dupereli. Odcinając się do tego, wracamy do korzeni, czyli biegu zdrowego i beztroskiego. Tak też zrobiłem. Pierwszy efekt treningowy jest taki, że zacząłem bardziej wykorzystywać palce przy odbiciu, zmieniłem technikę, ląduję bardziej na śródstopiu - i, cholera, biegam rozbiegania dużo szybciej! Jakie będą efekty długofalowe tych eksperymentów - zobaczymy. A na razie: dokumentacja fotograficzna operacji "Nóż w pięcie":

Najpierw but już po odcięciu pięty. Kiedy mam tasak w dłoni, tracę rozum, więc zapomniałem wykonać dokumentację fotograficzną przed operacją. Jeśli ktoś chce, może poszperać w sieci, model buta to Puma Calibus. Ta dziura w podeszwie jest nieco denerwująca wizualnie, to miejsce po amortyzacji, ale na razie nie przeszkadza mi w treningu:

Tak zaś wygląda element odcięty. Ten plaster w środku to tzw. "system cell", czyli amortyzacja, będąca po prostu kawałkiem nadmuchanego plastiku. Swoją drogą, ten odcięty kawałek jest strasznie ciężki, buty straciły więc sporo na wadze, co również ułatwia szybsze bieganie:

Napracowałem się przy tej operacji porządnie, bo nie było łatwo to odciąć. Doszedłem zresztą do wniosku, że wcale tych butów nie lubiłem. Niby fajne, a cały czas coś było z nimi nie tak. Po bieganiu zawsze bolały mnie nogi. Teraz biega się lepiej. Achillesa czuję od czasu do czasu, ale latem było gorzej w tych butach z piętą.

P.S. Sławek upomniał mnie, że pomysł z obcinaniem pięt pochodzi od Yacoola, czyli, jak rozumiem, Jacka Ksiąszkiewicza. Dopisuję więc.

sobota, 21 listopada 2009
Kijek
Jestem w połowie tegorocznego okresu niebiegania. Po tygodniowej przerwie zacząłem teraz wychodzić na krótkie rozbiegania co drugi, trzeci dzień. Jest ciężko. Ale nie o tym dzisiaj chciałem. Będzie natomiast o regeneracji.

Muszę oddać sprawiedliwość kilku osobom. Chodzi o niepozorne narzędzie do samodzielnego masażu - The Stick, czyli Kijek.

Usłyszałem o tym ustrojstwie jakiś rok temu. Kolega biegacz z USA, Wojtek, napisał, że testuje sprytny przyrząd do masażu, mający przyspieszać regenerację mięśni. Potraktowałem to wtedy jako ciekawostkę w stylu latających słoni - pewnie fajne, ale bez znaczenia praktycznego. Tym bardziej, że nie było to dostępne w Polsce. Ale w końcu dotarło i do naszego kraju.

Parę miesięcy temu dystrybutor Kijka (którego, jak wielu biegaczy, znam z internetowego forum) napisał mi prywatnego maila o tym, że czyta mój blog i jeśli chcę, mogę na swoje problemy mięśniowe wypróbować jego urządzenie. Nie zdecydowałem się na to wtedy. Raz, że jestem sceptycznie nastawiony do tego typu nowinek, dwa, że doszedłem do wniosku, że i tak przyrząd leżałby w kącie, bo nie chciałoby mi się go używać. Mam już dwa wałki do masażu i oba leżą. Po co mi trzeci?

Ale w końcu dwa tygodnie temu, w Kościanie, po półmaratonie, Kijek dotknął moich mięśni i zawyłem z bólu. Byłem obolały po biegu i postanowiłem wypróbować to narzędzie - było tam stoisko dystrybutora. Efekty był na tyle interesujące, że postanowiłem potestować to cudo. Wygląda tak:

 

Co się okazało? W momencie, gdy zacząłem jeździć tym po mięśniach nóg, zobaczyłem, że nie jest to wcale głupie. W żaden sposób nie można tego porównać z różnego rodzaju gumowymi wałkami, które można kupić np. w Rossmanie. Jest to tak zbudowane, że małym nakładem sił można solidnie ruszyć obolałe mięśnie. Postanowiłem więc, rok po pierwszych informacjach o istnieniu czegoś takiego, spróbować Kijka na sobie w sposób regularny.

Następnego dnia po półmaratonie i kijkowaniu nie mogłem ruszyć nogą. Bolało mnie wszystko. Ale po kolejnym dniu - duża ulga. Trzy dni później pobiegłem milę w Słupsku i wygrałem, czując ociężałość nóg, ale żadnego bólu mięśni.

W tej chwili nie biegam za wiele, ale intensywnie ćwiczę. Robię m.in. ciężkie ćwiczenia skoczności, po których zwykle mam koszmarne zakwasy. Żeby dokładnie sprawdzić działanie Kijka, codziennie wałkuję starannie nogi. Jakie wnioski, zapytacie?

 


Kijek z bliska

Po pierwsze - jest to znakomita rzecz dla każdego masochisty. Prosta konstrukcja, dość sztywna, ale giętka (są zresztą różne stopnie twardości do wyboru), powoduje, że bez specjalnego wysiłku docieramy do zakwasów. Przy mocnym masażu ból jest naprawdę solidny. Nawet gdy sądziłem, że nie mam żadnych mięśniowych bóli, Kijek rozwiał owo przekonanie.

Niektórzy z Was pewnie pamiętają, że co rusz skarżę się na ból niemal wszystkiego. Mam jakiś taki organizm, że każdy trening zostawia mocne ślady w moich mięśniach. Jak pewnie każdy, próbowałem różnych metod rozwiązania tego. W domowych warunkach najbardziej praktyczne wydawały mi się zawsze masaże, często próbowałem więc rozmasować sobie np. łydki - albo dłońmi, albo wałkiem z Rossmana. I to była oczywiście porażka - szybko można się zmęczyć i zniechęcić, a różnica w samopoczuciu żadna. Wałkiem z Rossmana cisnąłem z całej siły i nic. Jedyne, do czego się przydał, to do uciskania - ale rękojeścią! - punktów bólowych na mięśniu.

Kijek rozwiązuje ten problem. Konstrukcja prosta jak budowa cepa, a efekt skuteczny - dlaczego to Amerykanie na to wpadli, a nie jakiś domorosły polski inżynier? Nie trzeba bardzo mocno dociskać, żeby wycisnąć z siebie łzy bólu. Z boku są uchwyty, które łapie się oburącz, przez co jest to poręczne. Część masująca składa się z plastikowych, niezależnie od siebie pracujących wałeczków. Praktyczne jak zapałki. Zacząłem regularnie masować przede wszystkim łydki i uda. I co?


zbliżenie na część masującą



Powtórzę - na pewno to działa w jakiś sposób - po ciężkich treningach boli tak, że zwijam się przy wałkowaniu. Trzymam się klasycznych zasad masażu - wałkuję w kierunku do serca, głównie uda i mięśnie czworogłowe. A jaka jest moja ocena skuteczności? Żeby być pewnym, będę musiał stosować to regularnie dłużej. Na razie jednak mam wrażenie, że rozluźniły mi się łydki (nawet się nie spodziewałem, że mam w nich takie zakwasy) i że zakwasy ud przechodzą szybciej niż do tej pory. Ćwiczę ostro na różne partie i tam, gdzie ciężko mi samemu rozmasować mięśnie tym wałkiem (np. ramiona), zakwasy są duże. Nogi zaskakująco luźne.

Morał z tego taki, że nie każda nowinka jest niepraktyczna i niepotrzebnie żartowałem sobie z użytkowników tego sprzętu. Będę kijkował się dalej i dam znać, jak to działa, kiedy będę biegał wyraźnie więcej. Kijek wydaje się drogi w pierwszym odczuciu - kosztuje, w zależności od długości i twardości, od 75 do 150zł - ale płaci się za coś, co ma odczuwalne działanie, do tego raz, a urządzenie jest solidne. Dla kogoś takiego jak ja, kto nie ma czasu na żadne inne formy regeneracji, jest to sprzęt przydatny i praktyczny. Można to kupić przez internet. W razie czego może służyć do samoobrony ; )

Aha - a najlepsze na koniec. Oglądałem ostatnio, szukając inspiracji, filmik z treningu Shannon Rowbury, amerykańskiej medalistki MŚ w biegu na 1500m. Podglądam ćwiczenia, które robi, a tu patrzę - w tle z jej plecaka wysuwa się nic innego jak... Kijek! To była dla mnie najlepsza rekomendacja. Teraz ona ma Kijek, mam i ja ; )

Dla niedowiarków - link do filmiku. Kijek widać w 43-44 sekundzie filmu.
15:21, plathman , Sprzęt
Link Komentarze (8) »
piątek, 21 listopada 2008
Dobra odzież
Od iluś tam już lat interesuję się sprawami odzieżowymi - nowymi tkaninami, ich właściwościami itd. Od dobrych kilku lat sukcesywnie kompletowałem też ciuchy wysokiej jakości: od termoaktywnej bielizny (kalesony, koszulki, bluzy) poprzez goreteksową kurtkę aż do takich samych butów. Wczoraj okazyjnie kupiłem na wyprzedaży goreteksowe cieniutkie spodnie Columbia i tym samym mam komplet: buty, łącznie z biegowymi, spodnie, kurtkę i ubrania pod spód. Dzisiaj sprawdzałem je w Słupsku w fatalnej pogodzie: temperatura około zera, padający deszcz-grad, potężny wiatr. Na razie tylko przeszedłem się do miasta, ale może wyjdę w nich też pobiegać.

I to jest jednak coś niesamowitego. Ponieważ zaczynałem bieganie w zwykłym, bawełnianym dresie i pamiętam też czasy, kiedy w dzieciństwie nosiło się zimą kombinezon z włożonymi do rękawów wełnianymi rękawiczkami na sznurku (żeby nie zgubić), właściwości tych nowoczesnych tkanin wciąż robią na mnie niesamowite wrażenie. Gdy jest się odpowiednio ubranym, nie przeszkadza ani deszcz, ani wiatr, ciuchy nie krępują ruchów, są lekkie, a w środku mimo ciepła nie jest się spoconym. To niesamowite wrażenie, kiedy biegnie się kałużami, a woda nie przemacza butów, kiedy wiatr dmucha potężnie deszczem, a do środka nie przedostaje się ani wilgoć, ani sam podmuch.

Tego typu odzież ma oczywiście trochę wad. Po pierwsze, jak na nasze warunki jest piekielnie droga. Żeby skompletować cały zestaw, trzeba by na raz wydać grubo ponad 2 tysiące na raz, do tego mielibyśmy tylko jedną wersję stroju. Do tego są to ciuchy dość delikatne, jeśli chodzi o ogień i ostre przedmioty, a starczy mała dziurka i nie są już tym samym. I najważniejsze - posiadanie tylko części tego typu garderoby nie daje spodziewanego efektu.

Naprawdę! Działa to tak, że jak masz goreteksowe buty i kurtkę, a zwykłe spodnie, to w czasie deszczu cieknie ci z kurtki, spodnie od razu robią się mokre i jest pozamiatane. Nie masz butów - zwykłe przemokną bardzo szybko. Masz oddychający wierzch, a pod spodem zwykły sweter czy kalesony? Zaraz się spocisz i tyle z oddychalności. Powalający efekt przynosi dopiero połączenie całego zestawu: buty (najlepiej też skarpetki, choć bez tego można się obejść), kalesony + spodnie (czasami jeszcze stuptuty pomiędzy butami a spodniami), koszulka z długim rękawem, lekka bluza i kurtka, rękawiczki, czapka. Przy takim zestawie jest ciepło niemal w każdych warunkach, deszcz nie przemoczy, wiatr nie przewieje, coś niesamowitego. Oczywiście tego typu tkaniny same też nie grzeją i jeśli jest naprawdę niska temperatura, warto założyć więcej warstw. Ale wydaje mi się, że tego typu zestaw, nieograniczający ruchów i lekki, jest w polskim klimacie zupełnie wystarczający.

Podejrzewam, że za kilka, kilkanaście lat będzie to przeżytek. Pewnie producenci wymyślą (może już wymyślili) takie tkaniny, które będą składały się z jednej warstwy, zupełnie wodoodporne, wiatroodporne, nie do uszkodzenia, a przy tym mocno ogrzewające lub chłodzące w razie potrzeby. Ale na razie, jeśli ktoś ma nadmiar kasy, zachęcam do inwestowania w tego typu dobre, ale naprawdę dobre, ciuchy. Można tego typu kompletowanie rozłożyć na kilka miesięcy, a nawet lat, ale efekt, szczególnie dla biegacza jesienią i zimą - będzie fantastyczny.

Ilu przeziębień mogłem uniknąć, gdybym już kilka lat temu miał odpowiednie ciuchy?
12:34, plathman , Sprzęt
Link Komentarze (2) »