| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
Zakładki:
Ola Jakubczak - strona mojej zawodniczki
Strona Marcina Lewandowskiego 800m
czwartek, 03 maja 2007
Krótko
Jestem już w Polsce, przyleciałem, żyję. Noga wciąż boli. W ciągu kilku dni napiszę więcej. Pozdrawiam wszystkich!
środa, 25 kwietnia 2007
Enjoying America

Pogoda naprawdę nas nie rozpieszcza w tym roku Nowym Meksyku. Zima: najgorsza od lat, wiosna to samo. Ostatnie kilka dni było fatalne, potwornie wiało, padał deszcz. Dzisiaj wygląda na to, że będzie lepiej, zresztą zapowiadają upały a najbliższe dni. Problem w tym, że dzisiaj jadę do Arizony, do Wielkiego Kanionu, wracam w piątek.

Tak naprawdę nie wiadomo, co z moją nogą. Biegam, ale z bólem. Wczoraj zrobiłem 8km, dzisiaj rano to samo, teraz siedzę z nogą w misce z lodem, bo to zalecają lekarze. Najgorsze jest to, że tendonitis (bo tak się to nazywa fachowo), to kontuzja, która nie wiadomo, skąd się dokładnie bierze i nie wiadomo, jak ją leczyć. Owszem, zaleca się okłady z lodu, leki przeciwzapalne, odpoczynek... Ale nikt nie daje gwarancji, że to poskutkuje. Z książek wynika, że po 2 tygodniach powinno to minąć, u mnie nie minęło. Znajomy lekarz zastanawia się, czy nie podać mi zastrzyku z glikokortykosteroidu, ale ponoć ma to więcej skutków negatywnych niż pozytywnych.

Na razie biegam trochę, noga boli, ale nie bardzo mocno, jutro zrobię dzień przerwy, pojutrze zobaczę. Nie jest to jednak trenowanie, 40 minut człapania jest dobre, żeby uspokoić moje sumienie, forma od tego jednak nie wzrośnie. Jeśli w Polsce nie zacznę trenować na pełnym obciążeniu, to czarno widzę pierwsze miesiące startów.

Rozmawiałem wczoraj ze znajomym biegaczem, okazało się, że też miał kiedyś tendonitis. Ciągnęło się to u niego... 9 miesięcy....

Tym mało optymistycznym akcentem na razie zakończę. Walczę, ale nie wiadomo, jak się skończy ta walka. Przez najbliższe 3 dni mam w planie zwiedzanie południowych stanów USA.

wtorek, 24 kwietnia 2007
Cudowne ozdrowienie

Jest coraz lepiej, aż ciężko w to uwierzyć. Po dwóch tygodniach zupełnie niespodziewanie stan nogi zaczął się błyskawicznie poprawiać. Wczoraj przebiegłem - nie przetruchtałem lub zrobiłem marszobieg, przebiegłem! - 6km. Ból nadal gdzieś tam jest, ale dużo mniejszy. Co zaś najdziwniejsze, jeszcze rano bolało naprawdę mocno. Jeśli tendencja się utrzyma, za kilka dni powinienem wrócić do normalnego treningu. Za kilka dni oznacza Polskę, bo już wkrótce wylatuję do kraju...

Jutro wybieram się na trzy dni do Wielkiego Kanionu. Zapowiada się upał. Przedwczoraj byłem na wycieczce na prawie 3500m nad poziomem morza. Na dole upał, tropiki, a u góry kupa śniegu, trasa oblodzona, wiatr i cholernie zimno. Najdziwniejsze zaś, że powyżej 3000m tętno przy podchodzeniu zbliżało się do 160 uderzeń - przy samym spokojnym podchodzeniu!

Przeglądałem wyniki maratonów w Londynie i Wrocławiu. W Londynie, mimo upału, bieganie było mocne. We Wrocławiu... No cóż we Wrocławiu jest przynajmniej fajny rynek, nad wynikami nie będę się znęcał.

Niepokojące jest to, że rok przed igrzyskami w Pekinie Chińczycy zaczynają podnosić głowę. Popatrzcie: puścili Chinkę w Londynie i od razu pobiegła 2.20! Co będzie za rok? Jakoś nie uśmiecha mi się oglądanie finałów na 1500m, gdzie miejsca na podium zajmą sami Chińczycy...

Mam nadzieję, że dzisiaj noga będzie znowu dużo lepiej. Dopiero wstałem, jestem nierozruszany i w tej chwili ciężko cokolwiek powiedzieć.

niedziela, 22 kwietnia 2007
Back again

Długo czekałem na ten wpis, ale wreszcie się doczekałem. Znowu biegałem! Nie było to nic nadzwyczajnego, nadal nie jest dobrze, zrobiłem tylko 6km marszobiegu, do tego wciąż czuję ból, ale... jest postęp!

Nie wiem jeszcze, co z tego wyniknie. Mam nadzieję, że ból będzie powoli ustępował. Wciąż łykam tabletki, smaruję maścią, robiłem nawet okład z kapusty. Fakt, wykorzystałem te dwa tygodnie na wzmocnienie mięśni, ale w tej chwili, jeśli nie będę biegał, moja forma zacznie pikować ostro w dół. Dlatego wyszedłem, mimo tego, że ból jeszcze nie ustał. Niestety, przez ostatni tydzień niewiele się poprawiło. Ostatnie dwa dni coś jakby się ruszyło, mimo tego, że byłem na kilkugodzinnej pieszej wycieczce w górach. Jutro zresztą też się wybieram, na 3500m. A, co.

Za chwilę wybieram się na siłownie i do jaccuzi, nie mogę sobie żałować.

czwartek, 19 kwietnia 2007
Zapaliłem się

Dzisiaj się spakowałem, wcześniej zaś byłem na pikniku pożegnalnym z ludźmi z pracy. To tyle jeśli chodzi o moją aktywność. Nadal nie biegam, wygląda na to, że przyplątało się zapalenie przyczepu ścięgna achillesa. Dopiero od wczoraj biorę naproksen w tabletkach i smaruję maścią przeciwzapalną, wydaje mi się też, że od razu jest lepiej. [edit 2011 - moja przykra kontuzja dopiero wiele, wiele czasu później okazała się przewlekłym napięciem mięśni, powodującym zbytnie napięcie ścięgna achillesa. Wyleczyłem to rozciąganiem i ćwiczeniami korekcyjnymi, ale zupełnie dopiero kilka lat później. Przez ten czas żaden lekarz ani fizjoterapeuta nie był mi w stanie pomóc]

Nie jest dobrze, mam jednak nadzieję, że szybko się z tego wykaraskam, bo czuję moc. Mimo tego, że nie biegam, ćwiczę mocno, piłka lekarska, siła ogólna, przypakowałem jak nigdy w życiu. Wczoraj byłem też na marszowej wycieczce w górach, w 25 minut wlazłem na solidny szczyt, zasapałem się strasznie, a dziś mam potężne zakwasy w nogach.

Dziwne jest w Stanach, że Amerykanie nie sprzedają bez recepty żadnej maści przeciwzapalnej. Można dostać maści z antybiotykiem na skaleczenia, można dostać silne leki przeciwzapalne w tabletkach, a nie znają żadnego Fastum, Voltarenu ani nic w tym guście! Maści robi się na zamówienie.

W pracy pożegnano nas łzawie, dostaliśmy prezenty, tort, pstryknęliśmy grupowe fotki, od dwóch dni już odpoczywamy. Ola zasuwa jak dzika, a ja mimo że od 10 dni nic nie robię, wcale nie czuję się wypoczęty. Prawdę mówiąc, wszystko nadal mnie boli. Szczególnie górna część ciała po piłce lekarskiej, ale robię też ciężkie ćwiczenia izometryczne na uda, więc nogi za bardzo nie czują luzu.

Przejdę może do konkretów: oto foty ze stadionu wczoraj, gdzie występowałem jako widz/trener/mierniczy czasu Oli. Co bystrzejsi zauważą pewnie moją superowską czapeczkę AC/DC, nie widać jednak płomieni wyszytych na daszku. Fajna, nie?







A poniżej fotka z mojej wczorajszej wspinaczki. To na dole, to miejsce, gdzie zaczynałem, a wlazłem jeszcze wyżej.


piątek, 13 kwietnia 2007
W deszczu

Nic się nie dzieje. Naprawdę. Od kilku dni zepsuła się pogoda i jeśli wcześniej temperatura dochodziła do 30 stopni, tak teraz są 3, leje, wieje, nie ma słońca. Prawdę mówiąc, niewiele tracę, nie biegając.

No bo nadal nie biegam. Pięta już prawie nie boli, ale chcę to zaleczyć do końca, dlatego jeszcze dziś chyba odpuszczę. Ćwiczę jednak ostro, wczoraj skatowałem się piłką lekarską, mam potężne zakwasy, szczególnie na brzuchu.

Powoli zaczynamy szykować się do wyjazdu. Wczoraj wyjąłem nawet część rzeczy z szafy... a potem schowałem je z powrotem. W pracy powoli żegnamy się ze wszystkimi, zostały nam tylko dwa dni. W przyszłym tygodniu prawdopodobnie zorganizujemy jakiś piknik pożegnalny, zajmuje się tym nasza nieoceniona Penny. Potem już tylko pozwiedzamy okolicę, wypucujemy apartament, żeby dostać zwrot kaucji... i wyjazd.

Przyznam szczerze, że coraz mniej chce mi się wracać do Polski.

W niedzielę maraton w Dębnie, kilku znajomych startuje. Zobaczymy, czy będzie jakiś ciekawy wynik.

piątek, 06 kwietnia 2007
Zakwasy

Mówi się, że wypadki chodzą po ludziach. Sęk w tym, że po mnie chodzą wyjątkowo często. Uważam to za głęboko niesprawiedliwe.

Tak się dobrze czułem w poniedziałek, a tu we wtorek... zatrułem się! Noc nieprzespana, wymioty i tym podobne atrakcje, w środę wolne... Wczoraj wyszedłem na 18km rozbiegania i jakoś już dałem radę, byłem jednak pełen obaw przed dzisiejszym treningiem. Zupełnie niepotrzebnie.

Ganiałem dzisiaj 6 x 1km na stadionie, przerwa 3 minuty truchtu, długa. Aha, w ogóle po poniedziałku miałem takie zakwasy w łydkach, że ostatnie dni ledwo chodziłem. Przed treningiem czułem się nieźle, postanowiłem pobiec wszystko w kolcach. No i teraz zakwasy mam tak potężne, że nawet nie będę próbował tego opisać. Wyobraźcie sobie najpotężniejsze zakwasy, jakie sobie możecie wyobrazić, a potem pomnóżcie je przez cztery. To właśnie moje zakwasy.

Prędkościowo wyszło to dobrze. Co ja mówię, bardzo dobrze! Wchodzę na tartan i zupełnie bez wrażenia robię mocny trening, to może oznaczać tylko jedno: potworną, niepowstrzymaną formę w sezonie. Zacząłem na 3.07 i mogłem się śmiać, tak luźno się to biegło. Owszem, czuję trochę ociężałości w rękach i nogach, to efekt biegania po górach i pracy. Poza tym jednak luz. Wszystkie odcinki wyglądały następująco: 3.07-3.07-3.05-3.04-3.00-2.54. Do tego zakwaszenie malutkie: 10,5 mmol. Jest więc zupełnie nieźle jak na początek kwietnia.

Teraz przedostatni weekend ciężkiej pracy, przez dwa następne dni zrobię tylko jakieś symboliczne treningi, rozbieganie, lekką siłę biegową być może. I to wszystko.

Wesołych Świąt!

wtorek, 03 kwietnia 2007
Wolny dzień

Dzisiejszy śliczny poniedziałeczek został przeżyty bardzo pożytecznie. Po pierwsze, wyspałem się rano. Po drugie, pojechałem na tartan, przy okazji opalając się trochę, bo było tak gorąco, że płotki po treningu robiłem bez koszulki. Pobiegałem też pierwszy kompletny trening w kolcach. Na razie było to symboliczne 15 x 200m, przerwa ok 1.15, czyli 200m w truchcie. Jednak prędkości osiągane na luzie - 32-30 sekund, ostatnia w 28,4. Do tego niskie zakwaszenie, bo 7,8. Nogi w kolcach kręciły całkiem nieźle.

Potem znowu się wyspałem, spałem ponad godzinę w dzień. Popołudniu 12km rozbiegania. Jutro praca i dzień luźny w treningu, jakaś siła biegowa spokojna, mało biegania.

Przyznam jednak, że mimo tylu miesięcy na wysokości, wciąż mnie tu przytyka oddechowo. Byłem pewien, że szybko się przyzwyczaję, ale nic z tego. Nawet na tych 200tkach: w Polsce potrafiłem biegać na przerwach 45-50 sekund, na luzie. Tutaj zaś po odcinku truchta człowiek, truchta i za nic nie może złapać oddechu.

Poobserwowaliśmy też Japonki, które wchodzą na stadion o tej samej porze, co my. Biegają jakieś kombinowane interwały, 200tki, 400tki, 600tki, tysiące... Wszystko szybko, przerwy krótkie i truchtane bardzo szybko. W połowie treningu Japonki już sinieją, charczą, jęczą, słaniają się na nogach, ale gdy docierają na linię startu, dzielnie ruszają na kolejny odcinek. Nic dziwnego, że mają dziewczyny biegające poniżej 2.24 w maratonie. Fakt jednak, że wyglądają kiepsko technicznie, przyczłapane, nisko na nogach... W momencie, gdy zaczęliśmy z Olą ćwiczenia na płotkach, trener japoński był bardzo zaciekawiony, ich grupa obserwowała nas przez całe ćwiczenie. Być może właśnie zapoczątkowaliśmy boom na ćwiczenia na płotkach w Japonii...

Jeśli chodzi o ciekawostki, to kupiłem dzisiaj aspirynę, 200 tabletek 335mg za... 94 centy! To tylko jakieś 30 razy tańsze niż u nas! Były jeszcze tańsze, ale 500 tabletek, a ja nie mam miejsca w plecaku.

Oto zdjęcie z dzisiejszego treningu. Proszę bardzo, ja w całej okazałości, na stadionie:

czwartek, 29 marca 2007
Overtraining
Przyhamowałem trochę z wpisami na blogu. Powód jest prosty. Co jakiś czas przechodzę kryzys, kiedy mam dość biegania, dość treningu, a w związku z tym również dość pisania o bieganiu. Teraz jestem właśnie w takiej fazie, zmęczenia fizycznego i psychicznego. Wszystko mnie boli, na myśl o wyjściu na trening robi mi się niedobrze.

Od kilku dni odpuszczam. Przyznam ze wstydem, że kiedy dopadało mnie coś takiego w Polsce, robiłem sobie taki mikrocykl: wolne-rozruch-wolne. Po tym dochodziłem do siebie, tutaj jednak ambitna Ola trzyma mnie w treningu i poza jednym dniem wolnym wciąż biegam, choć z wielką niechęcią. Dzisiaj zrobiłem delikatną siłę biegową, wcześnie tylko 6km rozbiegania. Najmocniejszym akcentem tego treningu było 6x60m pod górkę, biegane na maksa, na 2 minutach przerwy.
 
Wczoraj przetupałem jakieś 18km wieczorem, między górami ścigało nas niesamowite wycie kojotów. Potem kąpiel w solance. Przedwczoraj 14km rozbiegania. I tak się to toczy, ale jeśli do weekendu zmęczenie nie puści, to odpuszczę dwa dni zupełnie, żeby odzyskać siły i chęci. Bo jak na razie wszystkie te treningi robione były w bólu, na zmęczeniu i obolałych mięśniach.
 
Jutro planuję 400tki delikatne w kolcach, ale zależy to od pogody (od wczoraj jest znowu koszmarnie zimno, biegam w rękawiczkach i ortalionach, do tego wieje!), samopoczucia i tego, czy nie będzie bolał mnie achilles (ostatnio pobolewa).

W pracy dzisiaj 11ty dzień od końca. Ha.

wtorek, 27 marca 2007
Powoli do przodu

Zmęczenie nadal daje o sobie znać, dlatego dzisiaj idę tylko na rozbieganie. Prawdopodobnie do piątku nie zrobię żadnego mocniejszego treningu, potrzebuję kilku dni, żeby organizm doszedł do siebie. Widać już pozytywy odpoczynku, mięśnie powoli "puszczają", spadło mi tętno spoczynkowe... Jutro ma być solidne ochłodzenie, deszcz i potężny wiatr.

Wczoraj biegałem bieg ciągły na stadionie. Mimo tego, że nogi strasznie mnie bolały, a w płucach mocno przytyka przy trochę szybszym biegu, przebiegłem 10km w tempie 3.38/km, czyli najszybciej od bardzo, bardzo dawna. W zasadzie chyba raz w życiu biegłem szybszy ciągły na 10km, głównie dlatego jednak, że zwykle biegałem ósemki. Aha, po ciągłym 5 x 200m, zaskakująco szybko: 30-30-29-28-26. To oczywiście w kolcach.

Zaczęliśmy ostatnie 3 tygodnie pracy. Już zaczynam tęsknić za Albuquerque. Wczoraj pierwsze z serii pożegnalnych spotkań ze znajomymi: wyskoczyliśmy na kręgle i karaoke. Niestety, dziś rano obudziła mnie kobieta z biura wynajmu, sprawdzała alarm przeciwpożarowy w pokojach... Działa, działa jak cholera.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8