| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
Zakładki:
Ola Jakubczak - strona mojej zawodniczki
Strona Marcina Lewandowskiego 800m
piątek, 13 stycznia 2006
Wycieczka za Cruz.

To była wycieczka pełna wrażeń. Oczywiście musiałem się zgubić! Pogoda niesamowita, widoki takie, ze można sikać z zachwytu... Pełne słońce, ani chmurki na przerażająco niebieskim niebie. Szkoda tylko, że mocno wiało, zimny wiatr, mocny, od morza, przez to było momentami dość nieprzyjemnie.

Zaczęło się dość niemiło: pobiegłem plażą, potem wbiegłem ścieżynką pod metalowy krzyż ustawiony na najbliższym wzgórzu za miastem, do tego miejsca było jakieś 6km. Dobiegłem tam z 1,5 litrem wody w małym plecaczku, no i niestety - wylała mi się! Słońce prażyło, więc był to pierwszy cios.

Drugi spotkał mnie na właściwym szlaku. Otóż oznaczenie szlaków górskich w Hiszpanii jest tragiczne! Byłem tu już na kilku wycieczkach i wszędzie jest to samo. Praktycznie nie ma żadnych oznaczeń, czasem trafi się namazana (sprayem!) jakaś żałosna strzałka. Na kolejne wzgórze jeszcze jakoś dotarłem. A w ogóle dygresja: mimo niewielkiej wysokości tych górek trasy są potwornie ciężkie, bo wbiega się na szczyt pierwszej górki, potem na sam dół, niesamowicie stromo, i znowu do góry! I tak cały czas. Podbieg, czy właściwie podejście, bo później już praktycznie nie biegłem, jest po litej, śliskiej skale, tak jakby człowiek właził na ogromny kamień. Do tego stromo, czasem niemal pionowo w górę.

 

Gdy kolejny raz zlazłem na sam dół, okazało się, ze musiałem jakoś zejść ze szlaku, bo trasa nagle skończyła się... w kamieniołomie. Więc wdrapałem się na kolejny szczyt, klnąc i już nieźle skonany, a tam, na samym szczycie, stał usypany kamienny kopiec, a w nim ustawiona mala szopka bożonarodzeniowa, bardzo wzruszająca. Do tego na włożonej do środka karteczce prośba do przechodniów, żeby jej nie niszczyć.

Po zniszczeniu szopki ruszyłem dalej. No dobra, żartuję, żartuję! Dalej trasa wiodła miejscami, na widok których piałem z zachwytu jak pijany kogut. Wyobraźcie sobie pionową skałę, wystającą z morza na wysokość kilkuset metrów. Kolor rdzawoczerwony, całość spalona słońcem. Dookoła ani chmurki, niebo błękitne aż do bólu, morze także, nie widać, gdzie kończy się jedno, a zaczyna drugie. Do tego w oddali skalista wyspa na morzu, czasem jakiś luksusowy jacht tnie fale. Nigdzie ani człowieka, wszyscy stłoczeni na plażach w Benidormie, a tu, kilka kilometrów dalej, cisza i spokój. Szlak wiedzie samą krawędzią skały,  nie ma śladu jakiejkolwiek barierki. Na czworakach podlazłem i spojrzałem w dół, niesamowite, taka przepaść, że aż kusi do lotu. Rzucałem kamieniami, żeby sprawdzić, jak długo będą lecieć, ale nie mogłem spojrzeć tak bardzo w dół, żeby to dostrzec. Nie próbowałem rzucać z większego zamachu, bo sam spadłbym za kamieniem w dół. Aż kręci się w głowie, chyba nie nadaję się na linoskoczka.

Część trasy przeszedłem na dobrego, staropolskiego "czuja", bo nie moglem odnaleźć szlaku. Zapewnia to kontakt z naturą: jakieś zarośla, kaktusy wbijające się w tyłek, kamienie o krawędziach ostrych jak brzytwa... Zbocza tych gór pozbawione są jakichkolwiek drzew, jest tylko trawa, karłowate krzaczki i kamienie. Wszystko spalone słońcem, tam, gdzie nie wiało, w słońcu było grubo ponad 20 stopni. W cieniu miałem dziś 14 stopni w dzień. Czyli zimno, kurcze, jak na styczeń.

Przelazłem kilka tych górek, w dół i w górę i w końcu wróciłem marszem, idąc na koniec 2 kilometry plażą, w pełnym słoneczku. Wpadłem do pokoju, bylem tak zmęczony, ze tylko napchałem się ciastek, wykąpałem i od razu zasnąłem na godzinę jak kamień.

Poprzednio bylem na tak długiej wycieczce w listopadzie, wtedy był potworny skwar, 1,5l wody poszło, zanim dostałem się na pierwszy szczyt. Dziś zrobiłem z 16km, wtedy sporo ponad 20, poza tym w dół złaziłem wtedy po jakimś usypisku kamieni, a to wszystko się staczało, bo oczywiście szlak się zgubił. Ostatecznie razem z mini lawiną wylądowałem w usytuowanym u podnóża góry jakimś prywatnym sadzie pełnym... migdałów! Nawet nie spodziewałem się, że one tak wyglądają w naturze. Potem dobiegłem do morza, wykąpałem się i do domu dobiegłem już boso po plaży... To jest wycieczka, co?

Niech żałują ci, którzy mogli tu przyjechać, a nie przyjechali... Oni wiedzą, o kogo chodzi.



czwartek, 12 stycznia 2006
O treningu nadal

Co jeszcze napiszę o swoim treningu? Jakie mam plany na ten rok? Przede wszystkim chcę w końcu postartować w mocnych biegach, być może uda się coś załatwić tutaj, w Hiszpanii, ale ciężko to teraz przewidzieć. Problemem jest to, że próbuję godzić pracę fizyczną z treningiem, nie jest łatwo. No, ale zobaczymy.

Założenie jest takie, ze aż do wiosny opieram trening na "drugim" zakresie, robiąc też dość mocną siłę. A potem normalnie, wejdę powoli na tartan, pośmigam jakieś odcinki i zobaczymy, co z tego wyjdzie.

Na jesień biegałem w Hiszpanii milę. Była kupa Marokańczyków, a ja dopiero wchodziłem w trening, przybiegłem więc daleko, ale co ciekawe, bieg był rozgrywany na prostej! 400m, potem nawrot o 180 stopni, za jakąś beczką i znowu. Myślałem, że się wykończę. Biegałem też cross 10km, po torze motocyklowym, w błocie po kostki, rzeź potworna, ale ciekawa, w Polsce nie robi się takich biegów.

W tej chwili jestem trochę skołowany, nie wiem, co będzie na wiosnę, nawet w jakim kraju będę.

Obserwowałem tutaj biegaczy hiszpańskich, no i jest ciekawy ich trening. Bardzo podobny do mojego, tylko że chłopaki, nawet zupełni amatorzy, zasuwają jak wściekli! Oto przykłady treningów: gość, który biega 3.57 na 1500m, śmiga fartlek (w listopadzie!) 3 km w 9.20, 2 km w 6.10, 1 km w 3.00! Albo Victor, mój kumpel, 34 lata, amator, zasunął w listopadzie w deszczu i błocie 3 x (2km-1km) na przerwie 2-3 minuty, w 6.40-3.15! Niezły amator, co?

Albo kolejny, 3.53 na 1500m, pracujący, robił ostatnio 20 x 200m w butach, 31-30sekund, przerwa 1 minuta. A w Polsce, kurcze, zawodnicy wyczynowi drżą przed trenowaniem i boją się mocnego treningu. Najmocniejsi Hiszpanie oprócz tego, że nigdy nie człapią wolniej niż 4 minuty na km, przy kilometrażu tygodniowym 160-180km, śmigają odcinki na bardzo krótkich przerwach. Taka jest tendencja na świecie, skracać przerwy wypoczynkowe. [edit 2008: ale z głową, żeby te treningi nie były beztlenowym żyłowaniem]