| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      
Zakładki:
Ola Jakubczak - strona mojej zawodniczki
Strona Marcina Lewandowskiego 800m
wtorek, 18 października 2011
Zabójcze serdelki
Chyba mało kto zauważył, że w ostatnich dniach dokonano niezwykłego odkrycia naukowego, rzucającego nowe światło na rekordowe wyniki oraz regenerację powysiłkową. Okazuje się, że biegowy świat przez kilkadziesiąt lat żył w błędzie i niewiedzy. Kto dokonał przewrotu? My, Polacy! A konkretnie "Gazeta Wyborcza". Nie wiem jak Wy, ale ja uważam, że za takie odkrycie powinno się nominować niestrudzonych poszukiwaczy prawdy z "GW' co najmniej do nagrody Nobla.

Już wyjaśniam, na czym polega rewolucja. Otóż autorka daje rady maratończykom i naukowo wyjaśnia, dlaczego bolą ich nogi po przebiegnięciu ponad 42 kilometrów. Oto cytat z gazetowego wydania sprzed paru dni:

"Bolesność mięśni, którą odczuwamy po intensywnym wyścigu jest w dużej mierze skutkiem nagromadzenia wody. Nogi puchną, zaczynają wyglądać jak serdelki. Jeśli nie dopuścimy do tego stanu - płyny nie będą wywoływać ciśnienia na zakończenia nerwowe pod skórą. Bolesność będzie mniejsza, będzie trwała krócej. Jak temu zapobiegać? Jeśli myślałeś kiedykolwiek o spodniach kompresyjnych albo podkolanówkach - to jest powód dla którego warto je kupić. Mogą to być również po prostu ciasne legginsy, które nie pozwolą wodzie gromadzić się w mięśniach."

Mocne, prawda? Tak mocne, że czytając to, omal nie udławiłem się popijaną do lektury herbatą. Oto wieloletnie mity obalone! Spisek fizjologów i trenerów ujawniony! I jest cudowne lekarstwo: owe kompresyjne podkolanówki.

Do tej pory przekupione autorytety wmawiały biegaczom, że jednym z gorszych skutków maratonu jest bardzo głębokie odwodnienie organizmu. Stąd liczne kampanie reklamowe wszelkich nawadniaczy, izotoników, napojów różnej maści. Dzięki Gazecie Wyborczej wiemy już, że to oszustwo. Po maratonie nie tylko nie dochodzi do żadnego odwodnienia, ba - dzieje się coś przeciwnego i o wiele gorszego! Podstępna woda spływa do nóg i - jak to naukowo wyjaśnia autorka - sprawia, że nabierają serdelkowatego kształtu. W tym momencie przypomniałem sobie liczne obrazy, potwierdzające tę tezę. Oto Haile Gebrsellassie po ustanowieniu rekordu świata w maratonie udziela wywiadu. Widzom zapada w pamięci wstrząsający obraz Etiopczyka chwiejącego się na... zaraz, zaraz, czy to serdelki?! Nie, to jego napuchnięte jak balony nogi!

Oto Kenijczyk Patrick Makau, kolejny rekordzista, nie zostaje wpuszczony do samolotu odlatującego do Afryki. Powód: jego wielkie, serdelkowate nogi nie mieszczą się w drzwiach wejściowych...

A wystarczyło za jedyne 350 zł kupić skarpetki kompresyjne!

Przy okazji warto zauważyć, że Gazeta Wyborcza całą swoja politykę dostosowuje do najnowszych odkryć. Do niedawna obok serii artykułów o bieganiu ukazywały się tam reklamy napoju nawadniającego w czasie wysiłku. Skoro jednak odwodnienie nie jest przyczyną kłopotów biegaczy, tylko serdelki - tfu, tfu! - chciałem powiedzieć: nadmiar wody, jakżeby ta miłująca prawdę redakcja mogła nadal reklamować coś takiego? Przecież to logiczne, że skoro przyczyną bólu po biegu jest nadmiar wody, to im mniej wypijemy, tym ból będzie mniejszy. Stąd tylko krok do odkrycia, że nogi muszą najmniej boleć po maratonie na Saharze!

Wyborcza lojalnie nie reklamuje już więc napojów nawadniających. Kampania reklamowa się skończyła, a my wiemy, że to nie działa. Teraz czas na reklamy skarpetek kompresyjnych i wycieczek na Saharę. Koniec ery odwodnienia - nadchodzi era serdelkowatości!


P.S. Jak powinna wyglądać pierwsza pomoc po maratonie? Odpowiedź: założenie opaski uciskowej na nogi, aby zapobiec gromadzeniu się w nich wody.
niedziela, 27 lutego 2011
Plebiscyt i honory

Tydzień po mistrzostwach Polski okazał się bardzo intensywny. Razem z Olą i jej starszą siostrą, Anią, pojechaliśmy do Zamościa, na ogłoszenie wyników plebiscytu na najlepszych i najpopularniejszych sportowców Zamojszczyzny roku 2010. Jest on organizowany przez "Tygodnik Zamojski", najsilniejszą lokalną gazetę w regionie. Jak może niektórzy pamiętają, rok temu Ola zwyciężyła. Tym razem było jeszcze lepiej.

Na gali okazało się, że:

 

- Ola po raz drugi z rzędu została najpopularniejszą sportsmenką Zamojszczyzny

- Ania zajęła trzecie miejsce

- ja zająłem drugie miejsce w głosowaniu na najlepszych i najpopularniejszych trenerów regionu

 

Można powiedzieć, że zgarnęliśmy całą pulę. O ile wyróżnienie dla dziewczyn nie było zaskoczeniem, tak moje drugie miejsce to zupełny szok. Poza Olą (i sobą) nie mam w tym regionie żadnego podopiecznego czy żadnej podopiecznej. Przeważyło jednak drugie z rzędu zwycięstwo Oli, które wywindowało mnie wysoko na liście. To zresztą efekty nie tylko samych sukcesów Oli, ale też odpowiedniego podejścia do kibiców. Ola udzielała się w lokalnych mediach, papierowych i elektronicznych, udzielała wywiadów, spotykała z kibicami. Takie rzeczy się docenia. To nie jest zawodniczka, którą raz w roku ogląda się w telewizji. Można ją spotkać na treningu przy zamojskiej obwodnicy, na stadionie, w sklepie. Można spytać o trening, czy nawet przebiec się razem.

 

Ola na bankiecie plebiscytowym. Te wielkie butle, puchary i torby to część nagród, którymi ją obsypano (i w pewnym stopniu również mnie). Znalazł się tam m.in. voucher na wycieczkę do Turcji oraz na weekend w W-wie w hotelu Fryderyk Chopin.

 

Przed samą galą plebiscytową byliśmy razem na jednym z takich spotkań - z młodzieżą z miejscowego społecznego liceum. Ani, Ola i ja. Było bardzo sympatycznie, uczniowie mogli się przekonać, że sportowcy umieją mówić, a nawet pisać. Młodzież była zorientowana w sporcie, co sprawdziła Ania, czujnie zadając pytanie o to, czy wiedzą, jakiej długości jest dystans maratoński. Odpowiadaliśmy też na pytania dotyczące codziennego życia, wyjazdów, stresu przed zawodami itp.

Można powiedzieć, że ostatni tydzień to dla mnie spora nowość. Do tej pory trenowałem raczej w cieniu, tymczasem teraz w ciągu kilku dni spadło na mnie sporo zaskoczeń i publicznych spotkań. Medal mistrzostw Polski, wywiady, autografy (brakowało wizyt w zakładach pracy), wysokie miejsce w plebiscycie, bankiet, spotkania z miejscowymi notablami. Po mistrzostwach Polski w biegach przełajowych, ktore odbędą się właśnie w Zamościu za dwa tygodnie, mamy umówione kolejne spotkanie, tym razem w ratuszu. Będzie to sportowe podsumowanie poprzedniego roku u prezydenta miasta.

W tym wszystkim najmniej przyjemne jest to, że nadal trzeba trenować i biegać ; ) Pogoda ostatnich dni nie zachęcała do tego. Był straszny mróz, a po starcie w hali cały czas lekko dokuczało mi gardło i oskrzela, wszystko było podrażnione. Treningowo tydzień był bardzo luźny, z jednym dniem wolnym, bez żadnego mocnego akcentu, jedynie z akcentami szybkościowymi. Nie stosowałem nic intensywnego z obawy o drogi oddechowe. Bieganie na głębokiej zadyszce w takich warunkach pogodowych (silny mróz) to samobójstwo. Dzisiaj jestem już w Słupsku, robię jeszcze jeden spokojny trening, a od jutra wejście w solidniejsze bieganie. Pogoda się powoli poprawia, ale nadal jest dużo sniegu. Tym razem napadało również w Zamościu u Oli.

Od jutra wracam też na zajęcia w sali. Dzwonił do mnie znajomy trener ze Słupska z informacją, że mój medal wywołał pozytywny bodziec u chłopaków i dziewczyn, z którymi ćwiczę. Prowadzę z nimi zajęcia rozgrzewkowe i ćwiczenia sprawnościowo-siłowe. Przy okazji tłumaczę, do czego potrzebne są niektóre dziwaczne wygibasy, które prezentuję. Medal w hali był dla nich potwierdzeniem, że to w jakiś sposób działa.

 

Tak wygląda mój medal mistrzostw Polski. Oczywiście w reklamówce wręczanej na podium nie zabrakło nieśmiertelnego długopisu. Nie było koszulki, za to miniaturowy oszczep - gadżet od sponsora.

 

Tydzień był wyrwany z życia, było mało czasu na trening i odpoczynek. To bywa trudne dla sportowca. Udało się jednak przetrwać bezboleśnie. Teraz mam już tylko nadzieję, że będzie w końcu ciepło i da się coraz bardziej podbijać formę.

Aha, jeszcze jedna ciekawostka. W Zamościu spotkałem się zaprzyjaźnionym fizjoterapeutą, Tomkiem. Od marca będzie on szerzej współpracował z Agrosem Zamość. Tomek przejrzał mój aparat ruchu, podpowiedział, gdzie jestem szczególnie słaby. W Spale nagrałem na video bieg swój i Oli, analiza wykazuje u mnie niepotrzebne cofanie bioder w momencie lądowania. Nad tym będę starał się pracować, bo to są straty prędkości i mocy.

wtorek, 26 października 2010
MŚ w biegach ultra - jak nas reprezentują

Ledwo przebiegłem maraton, a już głębiej wkręciłem się w temat bardzo długich biegów. Otóż dowiedziałem się o kolejnej chorej sytuacji związanej z traktowaniem biegaczy przez  reprezentujące ich (teoretycznie) Szanowne Organa. Sprawa dotyczy właśnie bardzo długich biegów, a że mnie jeszcze mięśnie nie przestały boleć po maratonie, łatwiej wczuć mi się w sytuację kolegów biegaczy.

Otóż 6 listopada na Gibraltarze odbywają się Mistrzostwa Świata w morderczej dyscyplinie - biegu na 100km. Wiadomo - jest to niszowe bieganie, nie jest to dystans olimpijski, dlatego biegacze ultra zawsze są nieco w cieniu. Chociaż, paradoksalnie, taki Jarek Janicki ma w tej chwili najwięcej sukcesów z obecnie startujących polskich biegaczy. Wygrywa prestiżowe biegi na całym świecie.

Na 100km mierzy się oficjalne rekordy, są też oficjalne mistrzostwa świata. Żeby jednak w nich wystartować, trzeba być oficjalnie zawodnikiem, mieć licencję itd. Wszystko całkowicie legalnie, czyli pełne papierkowych drobiazgów. Te drobiazgi doprowadziły do tego, że rok temu mistrzostwa Polski wygrał zawodnik bez licencji, w związku z czym medalu nie dostał.

Ale to nie o to dzisiaj chodzi. Nie będę ukrywał, że na biegach ultra się specjalnie nie znam. Rozmawiałem jednak ostatnio z kolegą, który w tych biegach czynnie startuje. I oto czego się dowiedziałem.

Otóż PZLA, czyli Szacowny Organ reprezentujący zawodników i istniejący dla nich (zgodnie ze statutem PZLA, rozdział drugi, punkt 8), postanowił wysłać na wspomniane mistrzostwa świata naszą reprezentację. Przez swojego przedstawiciela skontaktował się z czołowymi zawodnikami i postawił im twarde warunki. Drużyna może pojechać, pod warunkiem, że się sama zorganizuje, sama załatwi sponsorów, sama opłaci wszelkie koszta związane z wyjazdem itd.

Powiedzmy szczerze - nie rozpieszcza ten związek ultrasów. Oni mają załatwić wszystko, a w zamian za to PZLA łaskawie pozwoli im wystartować jako reprezentacja Polski. Ale jednak znalazło się paru śmiałków, którzy podjęli rękawicę. Jarek Janicki, Arek Baran i Darek Guzowski - wszyscy mają na koncie medale mistrzostw Polski. Zorganizowali się, dogadali, zaklepali. Już w czerwcu sprawa była (w teorii) pozytywnie załatwiona. PZLA wzięło na siebie pisemnie jedno, jedyne zobowiązanie: dostarczy reprezentacji stroje narodowe, czyli dres, strój startowy i tym podobne drobiazgi. Przypomnę: za całą resztę płacą sami zawodnicy, zarówno za przelot, jak i zakwaterowanie, o przygotowaniach nie wspominając.

Nasi reprezentanci szczęśliwie kontynuowali trening, zadowoleni, bo wystartować w reprezentacji Polski to dla nich zaszczyt. Ale łatwo się domyślić, jak się sprawa rozwinęła. Otóż do startu zostało 10 dni, a Szacowny Organ z zaskoczenia poinformował, że niestety dresów dla reprezentantów nie dostarczy. Dlaczego? Bo ich nie ma.  Ot, po prostu, prawda, że dobry powód? Po przeszukaniu przepastnych magazynów okazało się, że dresy są tylko w rozmiarach dla kulomiotów, a że nasi biegacze ultra do kulomiotów nie należą, to ich problem.

Ultrasi są, lekko mówiąc, wnerwieni. Jak mi powiedzieli: "To my sami pokrywamy potężne koszta całej imprezy, znajdujemy sponsorów, byle móc reprezentować kraj, a nie dostaniemy nawet dresu z orzełkiem? Mamy jechać jak szmaciarze?"

Nawet reprezentacja Białorusi, gdzie bieda piszczy, startuje w narodowych dresach, a reprezentanci Polski, gospodarczego tygrysa Europy, lekkoatletycznej potęgi, o czym często słyszę z ust prezesa PZLA - ma biegać w dresach z Lidla? Najśmieszniejsze jest to, że pewnie, gdyby najbardziej kompetentni z kompetentnych działaczy, zamiast obiecywać chłopakom miesiące temu sprzęt, kazali im go sobie uszyć, zorganizować - to pewnie oni by to zrobili. Znaleźli finansowanie wyjazdu, to pewnie i samy by uszyli sobie dresy, kupili, załatwili, cokolwiek. Ich błąd polegał na tym, że ufnie czekali na realizację przez Szacowny Organ tych skromnych obietnic.

Nie zdziwcie się więc, jeśli natkniecie się gdzieś w internecie na relację z mistrzostw Świata na 100km i zobaczycie reprezentantów Polski biegających w kolorach czarnym, żółtym, zielonym, złotym, seledynowym i innych tradycyjnych, staropolskich barwach. Każdy z nich wystartuje po prostu w tym, co ma i w czym biega na co dzień.

Ja do przebiegnięcia 100km potrzebuję tygodnia, więc może nie jestem nadzwyczaj kompetentny, ale coś mi w tej sprawie śmierdzi. Kompetencja urzędasów, którzy przez 4 (!) miesiące nie są w stanie załatwić trzech dresów, normalnie powala na kolana. A to nie pierwszy taki przypadek, w tym roku na braki sprzętowe przed mistrzostwami Europy narzekała nawet rekordzistka świata w rzucie młotem, Anita Włodarczyk, o czym można było poczytać w prasie. Cóż, zawodnicy z innych krajów moga nam tylko pozazdrościc, że nie mają tak kreatywnych działaczy, którzy na wszelkie sposoby umilą życie i przygotowania...

A może chłopaki, tak dla jaj, niech wystąpią w barwach,powiedzmy, Brazylii? Co wtedy powie PZLA?

sobota, 14 sierpnia 2010
Amatorzy/Zawodowcy

Ostatnio zastanawiałem się nad powiązaniami i zależnościami między bieganiem amatorów i wyczynowców. Czy w ogóle są jakieś powiązania? Wydaje i się, że w Polsce te dwa światy nie bardzo się stykają i rozumieją. Zaś moim plusem jest to, że mam kontakt i z jednym, i z drugim.

Zacznę od tego, że w Polsce nie ma za bardzo kultury kibicowania. Chodzi mi oczywiście o bieganie, bo mamy kibiców np. w siatkówce czy piłce kopanej. Biegi to zaś taka dyscyplina, w której kibiców za bardzo nie uświadczysz. Na imprezach i ulicznych, i stadionowych, większość spośród garstki kibiców to rodzina, znajomi, trenerzy startujących. Na trasie zawodników za bardzo się nie dopinguje, nie ma kto. Na metę wpada się samotnie.

Tym ciekawsze są więc w Polsce imprezy, które przyciągają kibiców. Jedną z nich jest Bieg Św. Dominika w Gdańsku, który odbył się tydzień temu. Drugą - np. Bursztynowa Mila w Sopocie. Oba biegi odbywają się w samym centrum dużych miast, w okolicach, w których kręci się masa turystów. Kibice zjawiają się więc mimowolnie. Są obok i gdy coś się dzieje, zaciekawieni przychodzą popatrzyć. Tu szybka dygresja - według mnie bieganie ma spory potencjał, jeśli chodzi o zaangażowanie kibica. To sport bardzo prosty, nawet najmniej lotny kibic szybko zorientuje się w regułach: chodzi o to, kto będzie pierwszy na mecie. Zapewnia masę emocji, to jest bowiem wyścig łeb w łeb. Jest się blisko zawodników, widzi się na własne oczy pot, słyszy głośny oddech, tupanie butów po ulicy. Dalej - jest to sport atrakcyjny wizualnie. Ludzie biegną skąpo ubrani, widać pracujące mięśnie, są fajne dziewczyny. Po prostu jest na czym oko zawiesić. Oglądanie biegów na żywo jest znacznie bardziej emocjonujące niż w telewizji.

Wydaje mi się, że i polscy zawodowcy, i polscy amatorzy mogliby skorzystać na tym, gdyby bardziej współpracowali ze sobą, rozumieli się. Wydaje mi się, że na razie ogólny trend jest taki, że jedni nie zauważają drugich. Amatorów nie interesuje, kto z szybkich zawodników startuje w biegu, często nawet nie wiedzą, kto wygrał. Nie wspominając o takich szczegółach, jak to, kto jest aktualnie mistrzem Polski na jakimś tam dystansie. Kto powie np. kto jest aktualnym mistrzem Polski na 5000m czy w półmaratonie? Z drugiej strony, zawodowcy nie bardzo interesują się tym, że w Polsce jest masa ludzi, którzy biegają dla przyjemności. To niesamowite, że w Polsce mój blog jest zjawiskiem wyjątkowym. Pojawiają się czasami inne, ale są efemerydami, znikają szybko lub przestają być aktualizowane. Nie ma więc żadnej łączności pomiędzy obiema grupami.

Tymczasem korzyści ze współpracy są widoczne gołym okiem. Niedługo odbędzie się półmaraton w Pile. Jest to jeden z bardziej nagłośnionych biegów w Polsce, jeden z największych półmaratonów. Tymczasem startujący w nim biegacze są dość zgodni, że jeśli chodzi o dopieszczenie amatorów, ogólną organizację biegu, to Piła jest imprezą co najwyżej średnią. Skąd więc jego popularność? Wydaje mi się, że bardzo ważny jest tu ogólny prestiż. Są to mistrzostwa Polski, jest atestowana, dobrze zabezpieczona trasa, bieg zgłoszony we wszystkich możliwych kalendarzach polskich i światowych, wysoki sportowy standard imprezy. Dzięki startowi najlepszych polskich zawodników biegiem interesują się media. Z półmaratonu, jakich wiele, robi się nagle wydarzenie wyjątkowe.

To samo zresztą dotyczy Biegu Św. Dominika. Tam dopieszczania amatorów nie ma w ogóle. Nie ma za bardzo szatni, można zapomnieć o prysznicu, posiłkach i tym podobnych bajerach. Ale w zamian za to Gdańsk daje możliwość obejrzenia w akcji, na atrakcyjnej trasie, najlepszych polskich biegaczy. Oni może nie są najwyższego lotu, może nie mają wielkich sukcesów, czasami rozczarowują pod względem ludzkim, osobowościowym - ale to jednak nasi najlepsi biegacze.

Szkoda więc, że nie ma wymiany myśli, zainteresowania jednego światka drugim. Oba mogą wiele sobie dać, zwiększyć zainteresowanie biegami i imprezami biegowymi. Tymczasem amatorzy mijają się w Polsce kompletnie z wyczynowcami. Symbolem tego jest wspomniana Piła, gdzie dekoracja najlepszych odbywa się tak szybko, że wielu biegaczy nie zdąży nawet dobiec do mety. Wygrywający są anonimowi, odbierają nagrody i zmywają się szybko, nie interesując się niczym innym. Tymczasem może fajnie by było, gdyby taki wyczynowiec stanął chwilę przy trasie i pokibicował innym? Gdyby po biegu miał obowiązek pozostania np. w okolicy mety, żeby każdy mógł podejść, zapytać o coś, albo tylko z ciekawością obejrzeć, jak wygląda takie cudo, co to śmiga 200km w tygodniu? To zresztą szerszy problem, bo nie raz wspominałem o tym, że często zwycięzcami polskich biegów są anonimowi, zdarza się, że podejrzani pod względem dopingowym, biegacze ze Wschodu. Ich interakcja z polskim kibicem lub biegaczem amatorem nie interesuje już w ogóle.

I w Sopocie, i w Biegu Dominika fajne jest to, że prowadzący zawsze wzywa zwycięzcę do powiedzenia przynajmniej kilku słów na temat biegu. Tego się zawsze słucha z przyjemnościa, szczególnie wtedy, gdy rozmowa wychodzi poza banały w stylu " biegło się bardzo fajnie, trasa była bardzo fajna, a rywale wymagający".

Podobnie fajnie by było, gdyby było więcej blogów czy stron internetowych podobnych do mojego: gdzie zawodnik napisze trochę o tym, jak trenuje, jakie napotyka problemy, jak wygląda start w mistrzostwach Polski od środka, gdzie każdy może zadać pytanie, podyskutować. Ostatnio z przyjemnością zaglądam na stronę internetową Mariusza Giżyńskiego, od niedawna maratończyka, uczestnika ostatnich Mistrzostw Europy. Jest często aktualizowana, ma sporo zdjęć (czyli to, czego nie ma u mnie), do tego sam Mariusz jest szalenie sympatycznym gościem. Adres tej strony to mariuszgizynski.pl

Na razie jednak mój blog to jedno z nielicznych miejsc, gdzie w Polsce bieganie w jakiś sposób wyczynowe styka się z tym zupełnie amatorskim.

P.S. Dzisiaj bawiłem się trochę ustawieniami bloga, dodałem przyciski do Facebooka i Wykopu. To, co mnie zastanawia, to czym ktoś korzysta w ogóle z RSS lub newslettera? Czy to w ogóle działa? Bo prawdę mówiąc, dopiero dzisiaj zauważyłem, że mam na blogu coś takiego ; )

piątek, 18 czerwca 2010
Ja jako czarny charakter

Przeczytałem dziś najnowszy numer papierowego miesięcznika "Bieganie". i krew mnie zalała. Tematem numeru jest tekst dotyczący biegających w Polsce zawodników z Ukrainy. Autorem tekstu jest Wojtek Staszewski z "Gazety Wyborczej". Pojawiają się w nim moje wypowiedzi. Z przykrością muszę stwierdzić, że tekst jest zmanipulowany i przedstawiony w nim obraz rzeczywistości nie odpowiada prawdzie.

Po pierwsze, autor nie autoryzował moich wypowiedzi. Rozmawialiśmy telefonicznie i w tej rozmowie starałem się jak najobszerniej przedstawić problem, o którym wcześniej pisałem na blogu. Podałem zarówno swoje poglądy, jak i wszelkie możliwe plotki dotyczące ukraińskich biegaczy, o których biegacze rozmawiają między sobą. Przedstawiłem poglądy wszystkich możliwych stron tej dyskusji. Tymczasem autor tekstu wcisnął to wszystko w moje usta jako moje własne poglądy. Czytałem to i włos jeżył mi się na głowie. Znalazłem tam opis siebie jako zajadłego wroga Ukraińców, uważającego ich za oszustów, koksiarzy, a nawet znalazło się tam zdanie, które, jakoby padło z moich ust: "to nie są sportowcy". To już wręcz kłamstwo, niczego takiego nigdy nie mówiłem.

Po drugie, niektóre poglądy, z którymi się zgadzam, przedstawione zostały w formie, w jakiej nigdy nie zdecydowałbym się ich opublikować. Przedstawiłem je w luźnej rozmowie panu Staszewskiemu. Wiadomo, że inaczej rozmawia się w prywatnej rozmowie, inaczej zaś formułuje poglądy, które mają zostać przedstawione w szerszym gronie. Niestety, autor tekstu "zapomniał" powiedzieć mi, że ma zamiar dosłownie przytaczać moje wypowiedzi, nie przedstawił ich też do autoryzacji.

Po trzecie, sam tekst uważam za manipulację. Zostałem tam przedstawiony jako zażarty wróg Ukraińców - tak zas nie jest. Wszelkie moje wypowiedzi, w których zaznaczałem, że nie wiem, jaka jest prawdziwa sytuacja, że nie zgadzam się z plotkami, że jestem za zdrową rywalizacją, że winię głównie system, a nie poszczególnych biegaczy - zostały pominięte.

Po czwarte, autor zacytował wypowiedź z mojego bloga, przeinaczając ją. Przeinaczenie polega na tym, że wstawił do wypowiedzi dane personalne, których na moim blogu po prostu nie ma. Wyszło to tak, jakbym osobiście oskarżał konkretnego biegacza o doping. Tak zaś nie jest. Zwaracam uwagę na pewne zastanawiające fakty, ale nie mając dowodów, nigdy nikogo nie oskarżam, na blogu nie podałem też nazwiska biegacza, uważając, że byłoby to nie fair. Ktoś, kto chce porownać te wyniki, zrobi to i wyciągnie własne wnioski. Tymczasem autor tekstu w "Bieganiu" dodał to nazwisko za mnie, zmieniając tym samym cytat.

Autor nie podał też źródła cytatu, czyli adresu mojego bloga, co jest według mnie bardzo nieeleganckie.

Wyjaśniam więc - nie mam nic przeciwko ukraińskim biegaczom i na pewno nie uważam ich za koksiarzy, oszustów czy ogólnie postaci negatywne. Uważam, że system, w którym w polskich biegach wygrywają głównie Ukraińcy, jest zły i należy go zmienić tak, żeby nie dochodziło do patalogicznych, według mnie, sytuacji, w której czołowkę większości polskich biegów stanowią biegacze z zagranicy (różnej narodowości).

Nie jestem ślepy na pewne dziwne fakty, dotyczące spraw dopingowych - np. to, że w maratonie w Poznaniu, gdzie prowadzone są badania antydopingowe, nie występuje praktycznie żaden z biegaczy zza Wschodu, młócących inne starty hurtowo. Albo to, że w biegach na bieżni, gdzie sytępuje kontrola, jak przytoczone przeze mnie Mistrzostwa Ukrainy, wyniki są niespodziewanie bardzo słabe (swoją drogą, bieganie 10km dwie minuty wolniej niż zwykle ciężko tłumaczyc pogodą). Nie sokarżam jednak nikogo, podaję tylko fakty: wśród złapanych na dopingu większość zawodników stanowią ci z krajów byłego ZSRR, u nas zaś na większości biegów nie ma żadnych kontroli. To sytuacja wymagająca reakcji. Dopóki jednak nie mam dowodów, wyrażam tylko swoje zdziwienie faktami, nie oskarżam nikogo personalnie, ba, zawsze twierdzę, że tak naprawdę nie wiem, czy w grę wchodzi tu doping, jest też to dla mnie sprawa drugorzędna w problemie obcokrajowców startujących w Polsce, co wyjaśniłem panu Staszewskiemu.

Z góry przepraszam wszystkich biegaczy z Ukrainy i innych krajów, którzy, czytając artykuł w "Bieganiu", mogli poczuć się urażeni. Nie mam nic przeciwko żadnemu biegaczowi z Ukrainy. Uważam, że nasz system biegów powinno zmienić się w system podobny do amerykańskiego, który promowałby naszych biegaczy i wspierał rozwój naszych biegów, ale nie jestem wrogiem jakiegokolwiek biegacza z jakiegokolwiek kraju. Szanuję każdego biegacza z każdego kraju, który rywalizuje w sposób uczciwy.

Sposobem napisania tekstu przez pana Staszewskiego jestem mocno zawiedziony. Chociaż nigdy nie miałem okazji pracować w tak dużym medium jak "Gazeta Wyborcza", na studiach dziennikarskich nauczono mnie poszanowania prawa prasowego (obowiązek autoryzacji wypowiedzi) oraz tego, że tekstu nie można manipulować. Ten tekst jest zaś napisany w sposób, który wzbudził we mnie wściekłość i z którym się nie zgadzam, gdybym miał możliwość autoryzacji, nigdy nie pozwoliłbym, żeby przedstawiono mnie w ten sposób. Mam teraz lepszą wiedze o tym, jak działają media i niektórzy dziennikarze: tak wybiorą wypowiedzi, tak je przedstawią, nie dając osobie wypowiadnej możliwości sprostowania, żeby odpowiadało to tezie, jaką autor sobie przyjmuje. Pan Staszewski zrobił ze mnie fanatycznego nacjonalistę i zwykłego chama, a kimś takim nie jestem.

Przepraszam Ukraińców. Było mi naprawdę przykro, kiedy czytałem ten tekst.

Ale równocześnie muszę wrzucić kamyczek do ogródka. W tekście pojawia się wypowiedź niejakiego pana Janowicza, który znany jest z tego, że jest menadżerem ukraińskich biegaczy. Mówi on (a przynajmniej tak jest w tekście): "Ukraińca żadnego na dopingu nie złapali. Otóż do wiadomości pana Janowicza przedstawiam listę lekkoatletów ukraińskich, których jednak złapano i o których informację mozna znaleźć na stronie www.iaaf.org:

 

- BLONSKA Lyudmila

- PAVLYSH Vita

- PISKUNOV Vladyslav

- PYGYDA Natalya

- SHELEST Oleksei

- VYNOGRADHOV Yevhen

- ZEMLYAK Olga

 

Jak widać, nie jest to pojedynczy przypadek. Oczywiście nie ma tu biegaczy z polskich biegów ulicznych, kilka powyższych przypadków to miotacze, jak jednak wiadomo, na polskich biegach ulicznych nie przeprowadza się kontroli antydopingowych. Proponuję więc panu Janowiczowi, żeby najpierw zajrzał na tę listę, jak dla mnie jest znacząca.

I na koniec: bardzo przykra jest wypowiedź polskiego działacza odpowiedzialnego za biegi uliczne w Polsce. Jego sposób na rozwiązanie problemu jest prosty: "Panowie, bądźcie dobrzy, to nie będziecie przegrywać". No cóż, pogratulować panu działaczowi dowcipu, jeżeli rzeczywiście to jedyne działanie, na jakie go stać.

 

wtorek, 04 maja 2010
Kilka myśli po 10km

Jak pewnie wszyscy zauważyli, na moim blogu jest mało o treningu Oli. Jest to w pełni świadome działanie, a nie efekt przeoczenia lub lekceważenia. Ja jestem typem gruboskórnym - otwartym na uwagi, ale mówiąc brutalnie - niewiele mnie obchodzi, czy mój trening komuś się podoba czy nie i jak są oceniane moje wyniki. Głównym motywem mojego biegania jest poznanie siebie i swoich granicznych możliwości. To jest motywacja czysto duchowa, wewnętrzna, nawet rodzaj medytacji i samoumartwiania w pewnym sensie, droga do doskonałości, stairway to heaven, higway to hell. Ale wielu zawodników nie lubi być na świeczniku - nie lubią pokazywać, jak trenują, bo czują wtedy na sobie presję innych. Np. "tak mocno trenujesz, a tak słabo biegasz". Ola należy do zawodniczek, które wolą pokazywać efekty swojego treningu, a nie sam proces. Ja zaś pokazuję proces i z ciekawością czekam, jakie z tego wychodzą wyniki oraz jakie płyną wnioski.

O treningu Oli piszę więc i będę pisał bardziej w sensie ogólnym i przeszłym - co robiła i jaki to przyniosło efekt. Co robi teraz - tutaj możecie byc pewni, że jej trening, chociaż różny od mojego, opiera się na bardzo podobnej konstrukcji. Świadomie planuję go w ten sposób, żebyśmy mogli biegać razem. Nawet na stadionie, gdy biegamy oddzielnie, najczęściej robimy takie same odcinki. Ewentualnie Ola biega subiektywnie mocniej lub słabiej, ma trochę inne przerwy. To są detale, często kluczowe, ale detale.

Mamy więc drugi dzień po biegu na 10 000m. Jakie wnioski? Wczoraj nie biegałem, bo stopa na to nie pozwoliła, Ola zrobiła luźne 60 minut. Dzisiaj oboje wyszliśmy na kolejne 60 minut + płotki, sprinty pod górkę. Co ciekawe, czuję się nieprzyzwoicie dobrze. Rok temu po tym samym biegu cały tydzień byłem rozbity. Tym razem w ogóle nie zrobiło to na mnie wrażenia. Moja ocena jest taka, że po prostu jestem daleki od najwyższej formy i ciężko mi wejść na bardzo wysokie obroty. Zapowiedź tego widziałem już w Stanach - robiłem treningi, na których strasznie sie męczyłem, ale kontrolne pomiary kwasu mlekowego pokazywały, że wszystko to jest na bardzo dużej rezerwie. Jestem typem, który wolno dochodzi do formy, nie miałem też okazji do bardzo szybkiego biegania, co jest u mnie niezbedne do podbicia biegowej dyspozycji. Do końca maja nie mam żadnych ważnych startów, bedzie więc trochę okazji, żeby to nadrobić.

Jedyne, co poza stopą dokucza mi po tej dyszce, to straszne zakwasy łydek. Jest to zaskakujące - i to samo miała Ola po środowym treningu w kolcach. A przecież biegaliśmy naprawdę wiele, żeby się do tego rodzaju bólu przygotować. Wydaje się więc, że jest to efekt biegania w USA po specyficznej nawierzchni, tym gumowym, dziwnym tartanie robionym ze starych opon. Mechanika pracy na takiej nawierzchni jest inna niż na normalnym tartanie, przystosowaliśmy się do gumy, a w Polsce musimy biegać inaczej - stąd te bóle. Być może stąd też wzięła się moja uszkodzona stopa, bo nigdy wcześniej nie miałem w tych kolcach takich problemów. Ale kolejne starty powinny być już bezproblemowe.

Najgorsze w tym wyjeździe były podróże, niczym dorożką w średniowieczu. Do Sosnowca - 9 godzin, z powrotem jeszcze więcej. Byliśmy kompletnie wykończeni. Za kilka dni czeka mnie 13-14 godzin podróży do Słupska. Polska to jest naprawdę dziwny kraj, podejrzewam, że podróże w takim np. Afganistanie odbywają się z podobną prędkością i w porównywalnym komforcie. Dzisiaj głośno o zatrzymanych pociągach Interregio, to efekt konfliktów w beznadziejnie zarządzanej i mającej potworny przerost zatrudnienia PKP. W sobotę jechaliśmy częściowo zamojskim PKS-em, który bardzo inteligentnie na trasę zamiast autobusu podstawił maleńki, ciasny busik, przez co ludzie stali (!) kilka godzin ściśnięci jak sardynki w puszce. Droga z powrotem - autobusem, ale takim rzęchem, że bałem, że się rozpadnie w czasie jazdy. Dodatkową atrakcją były przesiąkające z silnika spaliny.

To są takie detale, które w Polsce mają bardzo duży wpływ na biegowe wyniki. Równocześnie to problemy, które są obce biegaczom w normalnych krajach. Co z tego, że przepracujemy solidnie pół roku, jeśli potem forma zostanie w śmierdzących pociągach i autobusach, zagubiona w wielogodzinnych podróżach w upale? Ta bardzo inteligentna polityka doprowadzila do tego, co przez kilkaset lat nie udało się nikomu: ani Krzyżakom, ani gestapo, ani Axelowi Springerowi: Polacy modlą się, żeby weszli Niemcy, przynajmniej na tory. Ja też się modlę. Niemcy, przybywajcie na ratunek!

wtorek, 16 marca 2010
White Sands

Wracam po przerwie spowodowanej problemem z laptopem. Właściwie wszystko już rozwiązane, poza tym, że mam dysk, którego za cholerę nie mogę odczytać. Nic go nie bierze, ani żadne narzędzie pod Windowsem, ani boot z Linuxa: Knoppix, Ubuntu, wszystko pada. To mój poprzedni dysk systemowy C:/, który teraz władowałem w zewnętrzną obudowę. Większość danych mam zarchiwizowanych, ale jakieś pojedyncze pliki chętnie bym stamtąd odzyskał, w tym jeden folder ze zdjęciami, którego nie zdążyłem skopiować. Wystarczy, że pod Windowsem próbuję w ogóle podświetlić ikonę tego dysku, a cały system wisi. Co gorsza, z nowego dysku nie mogę bootować z Linuxa, ani z cd, ani z dvd, ani z usb. Mam nowego, fatalnego Windowsa 7 - i to chyba stąd problem. Nie wiem zresztą. W każdym razie nawet Knoppix nie chce startować z płyty, w pewnym momencie gaśnie.

Ale my tu gadu gadu o dyskach, a wiele sie działo w ostatnich dniach. Po pierwsze, byliśmy na dwóch wycieczkach. Po drugie, trening ostry jak brzytwa. Po trzecie, masa imprez biegowych. O wszystkim wspomnę w kolejnych wpisach, tutaj chciałbym zamieścic galerię z White Sands, czyli Białych Piasków.

Cóż to takiego? Ano cud natury - kawałek olśniewająco białej pustyni w dolinie między górami. Wzięła się ona stąd, że wody spływające z gór niosą gipsowy osad. Jest to delikatny, leciutki pyłek, bardzo dobrze rozpuszczający się w wodzie. Normalnie jest tak delikatny, że płynie razem z wodą i nie osadza się nigdzie. Tutaj jednak jest sytuacja niecodzienna - wody spływające z gór nie mają gdzie odpłynąć, bo jest to potężna (kilkaset kilometrów długości) dolina, otoczona szczytami z każdej strony. Gipsowe drobinki spływają więc, a gdy woda wsiąknie, bo jest tu taka gleba, że wsiąka - na powierzchni zostaje piasek biały jak śnieg. Po milionach lat powstała więc biała pustynia. Widok taki, że zeszłotygodniowe śniadanie staje w przełyku.

Ale, ale, zanim dojdziemy do piasku, jest jeszcze droga tam. Jak wszyscy towarzysze z Północnej Korei wiedzą, Nowy Meksyk to stan, gdzie istnieją gigantyczne poligony wojskowe. To tutaj, w Roswell, trzymają ciało zestrzelonego kosmity. Tutaj testują rakiety, robią okrutne doświadczenia, wreszcie - tutaj zdetonowano pierwszą na świecie bombę atomową (swoją drogą, od pewnego czasu czuję się dziwnie). I wyobraźcie sobie panowie i panie, że droga z Las Cruces do White Sands prowadzi cały czas przez te gigantyczne poligony. Jest tylko autostrada, a dookoła gigantyczne przestrzenie, ogrodzone drutem kolczastym. Nie można się zatrzymywać poza wyznaczonymi miejscami, nie można schodzić z drogi, nic nie można. Podobno co jakiś czas ruch na autostradzie jest wstrzymywany, bo lecą rakiety i mogą zboczyć. Po godzinie wszystko jest puszczane dalej. Czyli - jest to autostrada przechodząca przez poligony, dookoła są tylko poligony. Z samochodu wygląda to mniej więcej tak:

 

To wszystko, co widać poza drogą, aż po horyzont, to tereny wojskowe. Oczywiście cały czas pstrykałem fotki, z myślą o sprzedaniu tego KGB czy innym bratnim służbom. Jednak poza pustynia i jakimiś tajemniczymi budynkami, a w nocy migającymi tu tu, to tam światełkami, niewiele widać. Jest po drodze wojskowe miasteczko - mieszkają tam tylko żołnierze, mają sklepy, szkoły, jest to normalne miasto, tylko zmilitaryzowane.

Po drodze jest kontrola graniczna. Nie wspomniałem o tym, że Las Cruces leży w strefie nadgranicznej. Każda droga wyjazdowa z miasta jest kontrolowana, to jakby druga linia obrony, druga granica. Każdy samochód staje przed szlabanem, mili panowie z psami sprawdzają paszporty, wizy - jest gorzej niz na tej "normalnej" granicy.

No i jesteśmy w końcu na White Sands. Biasek jest tak biały, że oczy łupią, a matryca w aparacie prześwietla się do tego stopnia, że ciężko uchwycić tę barwę - na zdjęciach wychodzi szaro. Udało się jednak na niektórych fotkach uchwycić klimat:

U góry ja i Ola na górze piasku, tu zaś nasze miejsce biwakowania:

Co można robić w takim miejscu poza podnoszeniem z ziemi opadłej szczęki? Ha, można wdrapywać się na gigantyczne wydmy... i z nich skakać! Tu się więc wdrapałem... Przy okazji - zwróćcie uwagę na te niebo i chmury. Widok jest tak nierealny, że ma się wrażenie, że stoi się na tle jakiejś naklejonej fototapety:

No to zaczynamy skakanie, pojedynczo:

I w parach:

Wydmy są wysokie i strome, a piasek niewiarygodnie miękki. Upadek nawet z kilku metrów jest delikatny i bezpieczny, chyba że się spadnie głową w dół. Nie jest to też wandalizm - wieją tu cały czas silne wiatry i piasek jest przesypywany nieustannie z jednego w drugie miejsce. Ślady człowieka znikają nawet po kilku minutach (jak ktoś zabłądzi to kaplica). Na jedynej drodze dojazdowej trwa ciągłe "odśnieżanie", co można zobaczyc na zdjęciu z jazdy powrotnej:

Jaka to frajda, najlepiej się zorientujecie po wyrazie mojej twarzy:

I jeszcze jeden rzut oka na Krainę Białych Piasków:

W drodze powrotnej zrobiliśmy potężną pętlę (3 godziny jazdy) i wjechaliśmy w naprawdę wysokie góry. Droga była na wysokości 2600m nad poziomem morza, dookoła zaś wznosiły się majestatyczne szczyty. Mam dziesiątki zdjęć, ale mogę wrzucić tylko niektóre. Powiem więc, co podobało się nam najbardziej - po raz pierwszy w 2010 roku zobaczyliśmy śnieg! Nowy Meksyk to niewiarygodny stan, w którym można być na pustyni, a godzinę jazdy dalej mieć śnieg, góry, znakomite trasy narciarskie. Ponieważ go nie widzimy, będąc daleko od kraju, śnieg był tak wielką atrakcją, że wypadliśmy i  jak szaleni zaczęliśmy rzucać się nim i skakać ; )

Pojechaliśmy do Ruidoso, urokliwej miejscowości wypoczynkowej, a wcześniej w Cluodcraft zwiedziliśmy nawiedzony hotel, wchodząc m.in. na zabytkową wieżę. Wiele się działo, te widoki na zawsze zostaną nam przed oczami. Wielu sportowców jeździ po świecie, ale nie widzą nic poza hotelami i lotniskami. My jesteśmy szczęśliwi, że dzięki pasji i przyjaciołom udaje nam się zawsze co nieco pozwiedzać. Jak bowiem wiadomo, nie samym bieganiem człowiek żyje.

Na deser ostatnia fotka, zmarzłem nieco na śniegu, ale dzielnie podziwiam widoki. Iloścćrzeczy, które widzielismy, a które są warte wzmianki, przekracza niestety możliwości mojego bloga.

piątek, 05 marca 2010
Marzec - Ola już wygrywa!

To wiadomość z ostatniej chwili, dosłownie dopiero co sfrunęła z drutów telegrafu.

Ola Jakubczak wygrywa w plebiscycie "Tygodnika Zamojskiego" na najlepszego i najpopularniejszego sportowca Zamojszczyzny!

"Tygodnik Zamojski" jest największą gazetą w regionie, a jego plebiscyt ma długą i bogatą historię. Wcześniej najlepszymi sportsmenkami były wybierane m.in. nasze utytułowane koleżanki z klubu, olimpijki: Dorota Gruca i Ania Jakubczak, siostra Oli. Bardzo nam więc miło, że Ola znalazła się w tym gronie. Co najlepsze, zwyciężyła z jakąś ogromną ilością głosów, najwyzszą w historii, bądź jedną z najwyższych! Szczegółow na razie nie znam, nie wiem więc, kto jeszcze był w dziesiątce, właściwie nie wiem nic poza tym, że Ola głosami kibiców uznana została za najlepszą. Ponieważ nie ma jej w Polsce, na gali reprezentował ją tata.

Jeśli wśród czytelników mojego bloga są Ci, którzy głosowali na Olę - dziękujemy bardzo!

Ola Jakubczak

piątek, 25 grudnia 2009
Świąteczne paplanie

Święta, Święta, a za 2 dni po Świętach...


Życzę wszystkim czytelnikom:


1. Zdrowia, bo jak zdrowie jest, to reszta jakoś się kręci,

2. Mocy, bo jak moc jest, to ogólnie jakoś pozytywniej,

3. Ognia - ale nie w domu, tylko w nogach,

4. Czasu, bo jak czas jest, to łatwiej zadbać o zdrowie i odnaleźć moc, nie wspominając o ogniu,

5. Pozytywnego nastawienia - sam nie wiem, po co.


Poza tym oczywiście życzę wszystkiego, co było i nie było życzone. Życzę Wam tego wszystkiego, co życzę sobie sam (może z wyjątkiem tej samej kobiety).

Pogoda w Słupsku jeszcze gorsza niż odmalowałem to ostatnio. Dziś pada deszcz, nie byłem w stanie w całym mieście znaleźć nawet odrobiny powierzchni do biegania, nie biegam więc kolejny dzień. Tam, gdzie nie ma mieszaniny lodu, śniegu, piasku, są ogromne kałuże. Zamiast tego wczoraj miałem "dzień brzucha i grzbietu", a dziś "dzień kończyn dolnych". Poćwiczyłem, uszkodziłem włókienka mięśniowe, a teraz wybieram się na świąteczny obiad połączony z podwieczorkiem i kolacją, aby dostarczyć paliwa do odbudowy tego, co wcześniej uszkodziłem.
czwartek, 20 sierpnia 2009
MŚ Berlin - biegi, krótka analiza
Moja analiza biegowych konkurencji mistrzostwa Świata w Berlinie, 2009. Krótko, rzetelnie i na temat. Czyli przeciwieństwo tego, co słyszymy w publicznej telewizji.

800m

Najpierw na gorąco o Polakach - i Marcin Lewandowski, i Adam Kszczot awansowali do półfinałów. Był to jednak wielki fart, nie ma co tego ukrywać. Marcin był mocny, ale trochę za bardzo usiłował oszczędzić siły. Na finiszu okazało się, że na ostatnich metrach szybkość kilku zawodników była bardzo podobna. Tak jest zwykle - kiedy wszyscy są mocni i dobrze ustawieni, ścigają się w wolnym biegu, na końcu jest trochę loterii. Marcin biegł bardzo dobrze taktycznie, zaczął kombinować dopiero na końcówce. Na ostatniej prostej najlepiej zamknąć oczy i lecieć na maksa. Marcin najpierw trochę się oszczędzał, a potem i tak musiał dać z siebie 100% na ostatnich metrach, mocno ryzykując odpadnięcie. Udało się, ale niewiele, bo tylko 0,01s zabrakło, żeby Marcin odpadł i był wściekły na siebie za zmarnowaną szansę.

Adam miał szybszy bieg i to go uratowało. Nie wyglądał za dobrze, odniosłem wrażenie, że jest jakiś usztywniony. Zrobił też błąd taktyczny - 300m przed metą zaczął atakować - i bardzo dobrze! - ale nagle zwolnił i dał się zamknąć z tyłu, zamiast przesunąć się za wszelką cenę do przodu. Wszedł jako ostatni lucky looser, z czasem, jako jeden z trzech zawodników. W półfinale lepiej wyglądają szanse Marcina. Dla niego najlepiej by było, gdyby bieg był mocny od początku, wtedy jak nie z miejscem (wchodzi tylko 2 pierwszych!), ma szansę na wejście z czasem, jest przecież mocny. Adam, jeśli będzie dobrze ustawiony na końcówce, a sam bieg nie będzie zbyt mocny, też ma szanse na finiszu, ale na razie jednak nie wygląda na tyle mocno, żeby oceniać je wysoko. Mam jednak nadzieję, że obaj dadzą z siebie wszystko. Półfinał to jest ten bieg, kiedy trzeba już lecieć na 100 procent, a i tak szansa na wejście nie jest duża.

U kobiet finał pozostawił za sobą pewien niesmak - są duże wątpliwości co do płci zwyciężczyni. Słuchałem wywiadu z nią po półfinale - i niestety, nie tylko wygląd, ale i głos ma zdecydowanie męski.

1500m

Ach, co to był za finał! Przepadli moi faworyci, czyli Baala i Kiprop. Obaj popełnili fatalne błędy - Baala najpierw przesunął się do przodu, ale potem zamiast kontynuować, zwolnił (podobnie jak Adam Kszczot). To kosztowało go pozycję, musiał przepychać się w tłumie, na końcu nie miał już ani sił, ani nie był dobrze ustawiony przed finiszem. Podobnie Kiprop - był zdecydowanie najszybszy na ostatnim okrążeniu, ale za długo czekał z atakiem, ostatni wiraż biegł szaleńczo po 3 torze!

Taktycznie fantastycznie spisali się Kamel oraz Etiopczyk. Bernard Lagat był tym, który również mógł to wygrać - ale na ostatnich 200m dwa razy brał udział w drobnej kolizji. Mimo wszystko - pokazał się z dobrej strony, ma 35 lat, a na finiszu pędzi jak szalony młokos. Przed biegiem na 5000m wygląda naprawdę dobrze.

5000m i 10 000m

Na razie mamy za sobą rywalizację kobiet w eliminacjach 5000m oraz oba finały na 10 000m. Marne to było doświadczenie, w tym sensie, że Etiopki i Kenijki wydają się być kompletnie poza zasięgiem. Bardzo liczyłem na Amerykanów, ale u mężczyzn bieg na 10km był zbyt mocny, a u kobiet żadna z nich nie była w odpowiedniej formie. Podobnie na 5000m - Amerykanka wydaje się nie mieć szans na medal.

Zawiódł Galen Rupp, bez wątpienia. W Pekinie podczas Igrzysk pobiegł szybciej w dużo gorszych warunkach (chociaż w Berlinie też było gorąco). Rupp ma jednak za sobą bardzo ciężki, bardzo długi sezon, wielu kibiców podejrzewało nawet, że do Berlina nie pojedzie. W tym roku wygrał on wszystko, co było do wygrania w akademickiej rywalizacji w USA - a dla Amerykanów są to często ważniejsze i bardziej prestiżowe zawody niż mistrzostwa świata. Rupp od jesieni bez przerwy wygrywał i bił rekordy życiowe, więc w tym sensie pozytywne jest to, że w Berlinie nadal był bardzo wysoko i pobiegł niezły czas. Zaskoczył za to jego nowy partner treningowy, Dathan Ritzenhein. 6 miejsce i nowa, kosmiczna życiówka pokazują, że i biały może biegać szybko.

Wśród kobiet po zmianie trenera bez formy jest brązowa medalistka z zeszłego roku, Shalane Flanagan. Pokonała ją, z nowym rekordem życiowym, jej treningowa partnerka, już po raz drugi w tym roku. Jednak żadna z dziewczyn nie był na tyle mocna (nawet Nowozelandka Kim Smith, na którą liczyłem), żeby zostać w grze, kiedy zaczęło się mocne przyspieszenia na siódmym kilometrze.

Na 10000m nie zawiódł Bekele - to jest prawdziwa bestia, maszyna do wygrywania. Jego rywal, Tadesse, to też fenomen - i gdyby nie było Bekele, świeciłby jasnym blaskiem, a tak pewnie pozostanie cały czas w jego cieniu, chyba że uda mu się kolejna próba maratońska. Na razie wiosną próbował maratonu w Londynie i nie ukończył biegu, i tak zaskoczenie, że potrafił dojść do siebie na tyle, żeby tutaj powalczyć. No ale Amerykanin Ritzenhein też ma za sobą Londyn - i też doszedł do formy.

Wśród kobiet fantastycznie biegła ta wysoka, szczupła Kenijka Masai (swoją drogą, jej brat zdobył brąz wśród mężczyzn). To było niewiarygodne, kiedy na siódmym kilometrze wrzuciła przerzutkę na 2:55/km i wyglądała jak na niedzielnym spacerze z rodziną!

Przed nami jeszcze 5km mężczyzn i kobiet oraz półfinały 1500m kobiet. Obie nasze dziewczyny nie wyglądały w eliminacjach 1500m porywająco. Mimo dyskwalifikacji Rosjanek świat biega piekielnie mocno. Trzymam jednak kciuki, przy odrobinie szczęścia w finale mogą być obie, ale równie dobrze może nie być żadnej - szanse wynoszą 50/50. Wiele zależy od tego, czy bieg będzie szybki czy wolny. Podejrzewam, że tam, gdzie pobiegnie Etiopka Burka, będzie mocno - ona na finiszu przegrała w eliminacjach w Pekinie i nie sądzę, żeby się czaiła. Albo pójdzie mocno od początku, albo będzie chciała rozstrzygnąć sprawę długim finiszem. Inne dziewczyny są mocne i w biegu na tempo, i na finisz. Z naszych - Lidia Chojecka w tym roku w wolnych biegach na finisz spisuje się słabo, lepiej dla niej, żeby było szybko. Lidia umie wtedy ustawić się dobrze taktycznie (chociaż moim zdaniem trochę za mocno biega początki). Sylwia jest bardziej uniwersalna, ma i finisz, i umie wytrzymać mocny bieg - ale czy również drugi bieg z rzędu? Zobaczymy. To, co mógłbym podpowiedzieć Sylwii, to trochę spokojniejszy początek, podobnie jak u Lidki. Sylwia walecznie angażuje się w każdą przepychankę, nie odpuszcza żadnej rywalce, ale przez to traci siły. W ten sposób przegrała eliminacje w Pekinie - bardzo dużo przepychała się na dystansie, a kiedy liczył się piekielny finisz, zabrakło jej sił.

Trzymam jednak kciuki!

P.S. Oczywiście znakomity występ (jak na swoje możliwości, rzecz jasna) zaliczyła Kasia Kowalska na 3000m z przeszkodami. Po słabym początku sezonu chyba nikt nie przypuszczał, że będzie w stanie pobiec 9:26. Dotychczas to były wyniki "zarezerwowane" dla Wioli Frankiewicz. Teraz Kaśka pokazała pazur. Szkoda Ani Rostkowskiej, która przez złe rozegranie biegu pogrzebała swoje szanse na finał - a były one naprawdę duże, Ania wyglądała na mocną, wszystko w półfinale ułożyło się tak, jak mogło dla niej najlepiej. Ale jej 100m między 400m a 500m było fatalne - nie zauważyła rosnącej luki - i w tamtym momencie ten bieg przegrała.

Taki jednak biegowy los - raz na wozie, raz pod wozem. Mistrzostwa trwają, a ja kibicuję dalej.
 
1 , 2 , 3