| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      
Zakładki:
Ola Jakubczak - strona mojej zawodniczki
Strona Marcina Lewandowskiego 800m
niedziela, 14 sierpnia 2011
Letnie Mistrzostwa Polski 2011
Wczoraj w nocy wróciłem z tegorocznych mistrzostw Polski. Startowałem w biegu na 800m oraz 1500m. Był to dla mnie powrót po kilku latach do startów na dystansach średnich. Nie wypadło to ani szczególnie dobrze, ani bardzo źle. Ot, przeciętnie, trochę rozczarowująco.
Zacznijmy jednak od tego, że coraz bardziej mam dość wyjazdów na tego typu imprezy. To się naprawdę robi nudne, przychodzi kolejny rok i kolejny raz muszę pisać to samo. To wciąż ten sam radosny folklor (z chwalebnymi wyjątkami takimi jak mistrzostwa w Bielsku-Białej rok temu). 10 sekund po tym, gdy zobaczyłem, gdzie mam mieszkać, chciałem wracać. Niektórych może kręci obskurna bursa, czteroosobowy pokój, całonocny ryk i walenie drzwiami na korytarzu oraz zagrzybiona łazienka wspólna dla całego piętra. Mnie to już nie bawi. W moim wieku liczy się komfort, pościel z jedwabiu, masaż stóp, manicure, barek z szampanem, kawior - i tym podobne, niezbędne do przetrwania elementy ; )

Jak widać po tym opisie, polityka zachęcania młodzieży do uprawiania sportu nadal jest na tym samym etapie. Kogo dzisiaj nie obrzydzą takie warunki, w czasach, gdy dzieciaki jeżdżą na obozy językowe czy sportowe po całym świecie, stykając się z cywilizacją? W takim syfie nie mieszkałem dawno, oj dawno. Podczas jednej nocy, kiedy do pokoju dokwaterowano mi chrapiącego jak nosorożec młociarza, w trybie awaryjnym musiałem na własną rękę załatwiać sobie dodatkowy pokój, żeby uszczknąć choć kilka godzin snu. Tak, tak, nie mylicie się, na takich imprezach nie dość, że płaci się słono za byle co, to jeszcze nie ma się wpływu na to, z kim się będzie mieszkać.

Przyszło w końcu do biegania. Po tym, gdy parę dni wcześniej poprawiłem po 6 latach życiówkę w biegu na 1500m, spodziewałem się, że zaznaczę swoją obecność bardziej wyraźnie. Ale gdzie tam! Jak wielu z Was pamięta, w tym roku zacząłem znowu zabawę z dystansem 800m. Oj, trudna jest ta moja miłość do tej konkurencji, trudna. Bieg był niemiłosiernie wolny od początku, czego się zresztą spodziewałem. Pierwsze okrążenie przebiegłem na końcu stawki, w tempie 59 s na 400m. Spacerek. A przynajmniej w teorii, bo wcale nie czułem wielkiego luzu. Tu zresztą potrzebny jest rys sytuacyjny. Otóż w Bydgoszczy przez te 3 dni niemal bez przerwy lało. Nie było zimno, ale bardzo mokro. W czasie biegu na 800m nie padało, ale nawierzchnia była nasiąknięta wodą, zebrały się nawet kałuże. W takich warunkach zmienia się mechanika biegu, jak to zwykle bywa - na moją niekorzyść. Normalnie biegam na stadionie na palcach w dynamiczny, lekko skaczący sposób jak antylopa Bongo. Nawet moje obuwie jest do tego przystosowane, na dystansach 800/1500m startuję w półsprinterskich, usztywnionych kolcach bez pięty. Im twardsza nawierzchnia, tym czuję się lepiej. Oczywiście po takim biegu łydki później bolą, ale przy mocnych mięśniach i stopach można w ten sposób wiele wycisnąć. Problem w tym, że gdy robi się miękko, ten styl biegu staje się kompletnie nieefektywny. I tak też było w Bydgoszczy, podczas obu moich startów.

Mój plan taktyczny na 800m był prosty - 500m biec z tyłu, potem wyprzedzać. Problem w tym, że na ten sam pomysł wpadli wszyscy. 300m do mety zaczęło się więc przyspieszenie. Skakałem jak antylopa Bongo, i trzymałem się w stawce, ale kiedy na ostatnich 200m tempo przeszło do szaleńczego sprintu, doszedłem do wniosku, że chyba zostanę przy maratonie ; ) Nie pobiegłem jakoś bardzo źle: pierwsze okrążenie w 59 sekund, drugie w 55, więc przyspieszenie było. Sęk w tym, że to przyspieszenie było niewystarczające na tak krótkim dystansie. W rezultacie nie awansowałem do finału, a do tego kompletnie wyprułem się z energii. Po dniu przerwy biegłem na 1500m i tam nasiąknięta nawierzchnia i lekko zmęczone mięśnie to już było za dużo. Bieg był fajny, w równym tempie. Po 1km, który przebiegłem w tempie 2:33-2:34, czułem się bardzo dobrze oddechowo. Na ostatnich 300m chciałem zasunąć. Ale nie zasunąłem. Dobiegłem w mniej więcej tym samym tempie, kończąc mistrzostwa na 10 miejscu z czasem 3:50 z małym kawałkiem.

I tu jest teraz dylemat. Niewątpliwie okazuje się, że przy powrocie do treningu typowego dla 800m nie zanotowałem żadnego wielkiego progresu. OK, jest życiówka na 1500m, ale na pewno poprawiłbym ją lepiej 2 lata temu, kiedy biłem rekordy na 3000m i 5000m, to kwestia odpowiedniego biegu. Powrót do korzeni okazuje się piekielnie trudny. Jestem w stanie wytrzymać nawet dość szybki bieg, ale po raz kolejny zauważyłem, że nie mam tego, co jest kluczowe na dystansach średnich: na dużym zmęczeniu mięśniowym i kwasowym nie jestem w stanie mocno przyspieszyć na końcówce. Tu jest paradoks, że chociaż jestem teoretycznie wytrzymalszy, organizm na tyle się zmienił w ostatnich latach, że już nie toleruje tego rodzaju zmęczenia. Co więc robić? Męczyć dalej biegi średnie? A może pobawić się znowu w długie?

Moją odpowiedzią będzie prawdopodobnie trening bardziej pod biegi typu 3-5km, ale z regularnymi startami na dystansach średnich. Trening pod dystanse dłuższe niż 5km strasznie męczy mnie psychicznie, do tego czuję dużą niechęć. Długie biegi, duża objętość - nie bawi mnie to, raczej nudzi. Będę się więc starał znaleźć tu jakiś kompromis.

Bydgoszcz nie była też szczęśliwa dla Oli. Nie ukończyła bardzo dobrego, szybkiego biegu na 5000m, chociaż biegła długo w tempie na życiówkę. Potem pobiegła nieźle na 1500m, notując najlepszy wynik w sezonie, 4:20 z małym kawałkiem, przy wolnym, taktycznym biegu. Generalnie jednak w grę wchodziły tu pewne czynniki psychiczne decydujące o takim a nie innym przebiegu rywalizacji.

Ogólnie mówiąc - mistrzostwa wypadły demotywująco, z wielu względów. Potrzebuję teraz nowego bodźca, nowego wyzwania. Ale nadal jestem w grze.



15:34, plathman , Zawody
Link Komentarze (4) »
sobota, 06 sierpnia 2011
Życiówka na 1500m!

Nastąpiła lekka wakacyjna przerwa w kolejnych wpisach. Ma to niewątpliwie związek ze zbliżającymi się Mistrzostwami Polski na bieżni. Skupiłem się na treningu, ostatnio na odpuszczaniu, zabrakło determinacji, aby opowiadać o tym na blogu. Tym bardziej cieszę się, że mogę dzisiaj przekazać dobrą wiadomość. Otóż po 6 latach niemocy poprawiłem swoją życiówkę w biegu na 1500m!

Start miał miejsce w Sopocie, podczas memoriału Janusza Sidły. Trójmiasto jest dla mnie wyjątkowo szczęśliwe. Z Gdańska mam życiówkę na dystansie 800m; z Sopotu, z tego samego memoriału, z 3000m. Teraz doszło do tego 1500m, a są to trzy moje najlepsze życiówki: 800m, 1500m, 3000m.

Nie zrobiłem jakiegoś wielkiego progresu, poprawiłem się o 0,17 sekundy, od teraz moja życiówka to 3:47,72. Wynik cieszy mnie jednak z kilku dodatkowych powodów. Po pierwsze, poprzedni rekord ustanowiłem w swoim najlepszym sezonie, podczas którego biegałem bardzo dobrze 800m. Po drugie, start wyszedł dość niespodziewanie. Cały mój trening nastawiony był ostatnio na dystans 800m i miałem spore wątpliwości, czy wytrzymam szybki bieg na 1500m. Po trzecie, był to pierwszy start od miesiąca, pierwszy po obozie, nie czułem więc jeszcze wielkiej mocy. Nogi były nieco drewniane, a do tego doszła krótka, ale nieprzyjemna podróż pociągiem - było tak tłoczno, że 2,5 godziny (30 minut opóźnienia na trasie 130km) spędziłem na podłodze w okolicach toalety. Do tego sauna w środku.

Pobiegłem rozsądnie, zupełnie inaczej niż 1,5 miesiąca temu w Szwecji. Przez pierwsze 400m byłem ostatni, bieg był zresztą bardzo szybki, zwycięzca zanotował czas 3:39. Ja cały czas powtarzałem sobie: "spokojnie, spokojnie". Wiedziałem, że pierwsze 800m to będzie dla mnie spacer. I tak było, pokonałem je w ok. 2:01. Kolejne kółko to było odczuwalne zwolnienie, ale nie szalałem, wiedziałem, że nadrobię to na finiszu, jeśli starczy sił. 1200m w 3:03 z dużym kawałkiem, no i ostatnie 300m w 44 sekundy. Wielkiej mocy na finiszu nie było, ale udało się nieco przyspieszyć i wyprzedzić jeszcze dwie osoby.

6 lat czekałem na tę życiówkę, w tym czasie miałem bodajże kilkanaście biegów na poniżej 3:50. Oczywiście już teraz czuję niedosyt, bo gdybym miał w nogach 2-3 starty z rzędu lub dobry, mocny trening pod 1500m, myślę, że była szansa na wyraźnie szybciej. No ale życiówka to życiówka, nie ma co tu dyskutować.

Startowała też Ola, ale jej poszło bardzo słabo. 4:25 to dla niej kiepski wynik. Myślę jednak, że jest to efekt braku startów i ciężkiej, dwumiesięcznej pracy z myślą o 5km i dystansach dłuższych. Za 5 dni Ola biegnie 5000m podczas mistrzostw Polski i start na 1500m miał być przetarciem przed tym ważnym biegiem. Pierwotnie na mityngu miała być rozegrana mila i spodziewałem się spokojnego biegu, wiadomość o bardzo szybkim wyścigu wywołała lekki niepokój. Nie byłem pewien, czy Ola dobrze to zniesie i moje obawy okazały się uzasadnione. Trzymała się z tyłu stawki, a i tak pierwsze 400m było za szybkie co najmniej o 2-3 sekundy. Na finiszu zabrakło jej mocy. Zwyciężczyni, Renata Pliś pobiegła 4:05, robiąc minimum  na mistrzostwa świata.

To ja w czasie biegu, gonię:

01:45, plathman , Zawody
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 20 czerwca 2011
Kolejne starty i kaszel
Po wyjeździe do Szwecji nie było wiele czasu na odpoczynek. Ja miałem cztery, Ola pięć dni odpoczynku. W tym czasie poza luźnymi rozbieganiami i akcentami szybkości (przebieżki, sprinty), niczego poważnego nie robiliśmy. Jest teraz czas na starty, nie na trening. Okazji do biegania jest coraz mniej, w pierwszej części sezonu został praktycznie tylko jeden weekend na bieżni, za 2 tygodnie, bo za tydzień niczego nie ma. W Polsce jest memoriał Kusocińskiego i mistrzostwa Polski juniorów, poza tymi imprezami pustka. Nawet na  ulicy nie ma niczego w pobliżu, gdyby było inaczej, Ola by pewnie startowała.

Mój start poszedł ostatnio na pierwszy ogień. Biegałem już w piątek, podczas zawodów w Toruniu. Muszę przyznać, że bardzo dobrze się czułem. Kolejne starty robią swoje, organizm się adaptuje. Wysokie prędkości zaczynam osiągać bez problemu. Niestety, w Toruniu nie dopisała pogoda - koszmarnie wiało. To był zresztą dzień, kiedy wiało mocno niemal w całej Polsce. Już na rozgrzewce widziałem, że o dobry wynik będzie bardzo trudno. Nie miałem jednak nic do stracenia, skoro jechałem tyle godzin. Wystartowałem i od pierwszych metrów wyszedłem na prowadzenie. Poprowadziłem pod wiatr cały bieg, z wyjątkiem... ostatnich 5 metrów. Tam bowiem zza pleców wyskoczył mi rywal i wygrał o 0,04 sekundy. Miał idealny bieg, podobnie zresztą jak reszta stawki, zając od pierwszego do ostatniego metra.

Tempo był z początku zbyt mocne. Byłem zaskoczony, że aż tak poprawiła mi się motoryka - pierwsze 200m w 26,0 sekundy pod wiatr i czułem się kompletnie luźno. Potem jednak zwolniłem, a najwięcej straciłem na ostatnim wirażu, gdzie wiało najmocniej. Ostateczny wynik: 1.53,56. Nie najgorzej, ale daleko do poprawy najlepszego tegorocznego czasu. Przy okazji okazało się, że dobry, prowadzony bieg z mocnymi rywalami miał miejsce w Warszawie - szkoda, że tam nie pojechałem, bo zastanawiałem się nad taka opcją.

W sobotę miałem dzień przerwy, wyszedłem tylko na 30 minut truchtu. I kolejny start w niedzielę - Koszalin. Biegłem tam drugi raz w życiu i muszę stwierdzić, że jakoś tam się kiepsko startuje. Po pierwsze, pogoda znowu wariowała - najpierw lunął ulewny deszcz, straszny wiatr, zastanawiałem się, czy w ogóle startować. Potrzebowałem tego jednak, bo chociaż coraz lepiej czuję się w pojedynczym biegu na 800m, to start dzień po dniu to wciąż duży szok, jestem mocno rozbity. A na mistrzostwa Polski trzeba umieć pobiec trzy dni z rzędu. Dlatego nastawiałem się w Koszalinie na walkę ze zmęczeniem, czas był sprawą drugorzędną.

Tuz przed rozgrzewką pogoda zmieniła się diametralnie: wyszło słońce, zrobiło się właściwie gorąco. Trochę wiało, ale nie aż tak mocno. Tym razem największa przeszkoda w szybkim bieganiu był nasiąknięty wodą tartan. Nie lubię takiej nawierzchni, podobnie jak na crossie, tracę wtedy swoje elastyczne odbicie z palców. No ale co robić - pobiegłem najmocniej jak mogłem. Założenia były jednak inne. Ponieważ w ostatnich samotnych biegach zwalniałem na końcówce, tutaj założyłem, że zaczynam luźno, bez patrzenia na czas. Tak też zrobiłem i wyszło z kolei bardzo wolno: pierwsze 600m w 1:27. Ostatnie 200m przyspieszyłem, ale bez jakiegoś piorunującego finiszu, skończyłem tylko na 1:55,03. Po Lidzbarku był to najwolniejszy bieg w sezonie. Założenia treningowe zostały jednak spełnione. Wygrałem bieg z dużą przewagą, biegnąc znowu samotnie od początku do końca.

Ola w sobotę pobiegła w W-wie na 5km. Pogoda znowu była kapryśna, wiało i padał deszcz. Zaraz po starcie na prowadzenie wyszły 4 Polki: Ola, jej siostra Ania, Agnieszka Ciołek (zeszłoroczna mistrzyni Polski na 10000m) oraz Iwona Lewandowska (tegoroczna mistrzyni Polski na 10000m). Agnieszka, która na finiszu nie jest zbyt mocna, chciała narzucić mocne tempo, aby zgubić rywalki na trasie. Okazało się to jednak zabójcze dla całej czwórki, pewnie po części ze względu na pogodę. Pierwszy kilometr był w tempie 3:08-3:09, czyli na wynik nawet 15:40. Dla tych, którzy nie pamiętają, przypominam, że Oli życiówka wynosi 16:22. Agnieszka teoretycznie mogła sobie pozwolić na takie tempo, bo niedawno pobiegła na bieżni 15:50. No ale na ulicy i w taka pogodę ta taktyka się nie sprawdziła. Ostatecznie dwa pierwsze miejsca zajęły biegaczki zza wschodniej granicy, które zaczęły dużo spokojniej. Ola dobiegła w czasie 16:52, bodajże na 7 miejscu.

Tym razem jednak nie mam do niej żadnej pretensji. Ten bieg był jednym z mniej ważnych startów. One służą obieganiu się, zdobywaniu doświadczenia, poznawania swoich możliwości. Kobiety w naszym kraju rzadko mają okazję startować na 5km, Ola w tym roku biegła ten dystans tylko tydzień wcześniej w Szwecji. Tutaj miała więc biec z czołówką, bez żadnych specjalnych założeń, po prostu hartować się w walce. Tak też zrobiła, a że w drugiej połowie mocno zwolniła? Cóż, tym razem zwolniła, następnym razem dobiegnie w tym tempie.

W trakcie tych ostatnich startów wyszła bardzo ważna dla mnie rzecz. Wspominałem o moim kaszlu - koszmar. Po biegu mam takie ataki, że niemal się duszę. Do tego po Szwecji to nie przeszło nawet po 5 dniach. Nie mogłem normalnie spać, ba nie mogłem normalnie egzystować. W związku z tym okazało się, że muszę wrócić do leków, które kiedyś używałem - wziewne środki przeciwko astmie. Nie lubię tego, bo jestem niemal pewny, że po nich dużo częściej mam dziwne kołatania serca, gdy jestem mocno zmęczony. Ale nie było wyjścia. Kaszel nadal mi dokucza, ale jest o połowę łagodniejszy i po biegu przechodzi po 2 dniach. Przy okazji doszukałem się i to mi pomogło w decyzji, że leki te nie są na liście środków dopingujących. Każdy pamięta aferę z Justyna Kowalczyk I Marit Bjoergen. Nie wiem, co bierze ta Bjoergen, ale te podstawowe leki na astmę w tej chwili nie niosą ze sobą nawet konieczności informowania kogokolwiek o ich używaniu. Może jakieś mocne sterydy, ale te nie. Tym bardziej więc biorę, bo ulga jest duża. Nie mam żadnych duszności ani problemów w czasie biegu - muszę się jednak sztachnąć po, żeby złagodzić ataki kaszlu. A i tak jest to masakra, ostatniej nocy znowu niewiele spałem.

Robię też coś nowego - inhalację z solanki. Kupiłem specjalne urządzenie, które wtłacza prosto do oskrzeli mgiełkę wodno-solankową. Czyli siedzę sobie na kanapie z maska na twarzy i wdycham powietrze z sanatorium. W tej chwili mam sól z Iwonicza, ale poluje na niejaka Zabłocką Mgiełkę Solankową. Podobno po kilku tygodniach sprawia to cuda. Ja nie czuję jeszcze różnicy, poza tym, że kaszel zrobił mi się słony ; )

Musze jednak chwytać się rozpaczliwych metod, bo ten kaszel dosłownie mnie wykańcza. I psychicznie, i fizycznie. Nie mogę spać, nie mogę nawet normalnie rozmawiać. Ma potworne zakwasy w mięśniach brzucha. Kiedy wchodzę do pomieszczenia z klimatyzacją, niemal wypluwam oskrzela. Fizycznie w tej chwili nic mi nie dolega, forma jest coraz wyższa, ale kaszel kompletnie mnie rozstraja. Mam nadzieję, że kombinacja leków i solanki załatwi ten problem.

A poza tym wszystko gra.



15:35, plathman , Zawody
Link Komentarze (3) »
wtorek, 14 czerwca 2011
Grand Prix Szwecji
Kolejny weekend startów za nami. Tym razem, jak wspominałem, zawitaliśmy do Szwecji. Razem z Ola wzięliśmy udział w dwóch mitingach Grand Prix Szwecji: w Goeteborgu oraz małej miejscowości Hassleholm. Pod względem sportowym nie był to wyjazd jakoś mocno zapadający w pamięć, chociaż zrobiliśmy najlepsze wyniki w sezonie. Pod każdym innym - było niesamowicie.

Najpierw krótko o biegach. Sobota to dla mnie start na 800m, dla Oli 5000m. Ja poszedłem na pierwszy ogień. Bieg miał być mocno poprowadzony - i taki był. Moja taktyka była prosta: biec równym tempem od początku do końca, na ostatniej 200-tce wyprzedzać. Sprawdziło to tylko w 2/3. Czego zabrakło? Oczywiście fazy wyprzedzania ; )

Dwie sprawy były dla mnie zaskoczeniem. Po pierwsze, tzw. "calling". Otóż zawsze 20 minut przed startem zawodnicy są wzywani na tzw. bramkę, gdzie odbywa się sprawdzanie listy obecności i numerów. W Szwecji - również długości wkrętów w kolcach. Normalnie w takim miejscu można kontynuować rozgrzewkę. Niestety, w Goeteborgu zebrano nas w jednym miejscu i przed 20 minut staliśmy, czekając na wyjście na stadion. Nie było możliwości praktycznie zrobienia czegokolwiek. W związku z tym straciłem możliwość wykonania przed biegiem zwyczajowej serii przebieżek. Zrobiłem jedną, tuz przed startem. Na stadion weszliśmy bowiem jakieś dwie minuty przed biegiem.

Tym bardziej chciałem więc zacząć spokojnie, nie będąc dobrze dogrzanym. Ale oto druga niepokojąca sprawa: na liście było nas czternastu, w biegu na 800m to jest prawdziwy tłum, regulaminowo normalnie startuje 8 zawodników, w skrajnych przypadkach nie więcej niż 12. No i jeszcze słowo o pogodzie. Ponieważ start było o 13:10, było pełne słońce i mocno wiało. Temperatura bardzo dobra, przeszkadzał tylko wiatr.

Po starcie wszystko wyglądało OK. Pierwsze 400m przebiegłem w 54 sekund, nastawiałem się właśnie na takie, równe tempo. Biegłem na końcu, potem zacząłem powoli się przesuwać. Na 200m do mety czułem się bardzo dobrze. Tu jednak bieg przestał iść zgodnie z planem. Utknąłem w tłoku. Zostałem otoczony słabnącymi zawodnikami i w żaden sposób nie mogłem ich ominąć. Zbiegłem nawet na trzeci tor, nadrabiając na wirażu sporo dystansu. Przede mną biegł jednak jakiś młody Szwed, który robił dokładnie to samo i cały czas zabiegał mi drogę. Minąłem go dopiero 50m przed metą, już po czwartym torze. Generalnie więc czułem się dobrze i dużo straciłem na tej końcówce, nie byłem w stanie w ogóle normalnie finiszować. Wynikiem byłem jednak mocno rozczarowany. Ola łapała mi ręcznie 1:50, liczyłem więc chociaż na 1:51, skończyło się na 1:52,10. Niby najszybciej w sezonie, ale niewiele szybciej, no i generalnie jak dla mnie wynik bardzo słaby.

Potem bieg Oli. Tu od początku nastawienie było na walkę o wygraną. Z góry wiadomo było, że bieg nie będzie szybki. Ba, był nawet bardzo wolny. W walce liczyły się właściwie tylko trzy dziewczyny: Ola oraz Szwedka i biegaczka z Erytrei, obie z mocniejszymi życiówkami. momentami Ola prowadziła stawkę, czego nie chciałem, szczególnie w wietrzną pogodę. Potem schowała się i czekała na finisz. Tymczasem ciemnoskóra zawodniczka z Afryki cały czas śledziła każdy krok Oli, w niej upatrując najgroźniejszego przeciwnika. Przez cały bieg była o pół kroku za nią.

Na 350m do mety Ola mocno zaatakowała - trochę za wcześnie. Ciemnoskóra za nią. Obie oderwały się od stawki, Szwedka próbowała trzymać, ale szybko traciła dystans. Na 200m do mety biegaczka z Erytrei skontrowała Olę, ruszyła jeszcze mocniej. Na ostatnia prostą wpadły razem, ale tam Ola usztywniła się bardzo mocno, zgubiła rytm i przegrała o kilka metrów. Szwedka była kolejne 10 metrów dalej. Czyli - drugie miejsce i czas 16:37, najlepszy w sezonie, ale ogólnie słaby.

Dzień później start w Hassleholm. Tu pogoda była znacznie gorsza, było dużo cieplej i bardzo silny wiatr. Moje 1500m było najmocniejszą konkurencją. U Oli na tym samym dystansie pojawiła się jej pogromczyni z Goeteborga. Dziewczyny tym razem biegły pierwsze. Znowu wszystko rozegrało się podobnie: bardzo wolne tempo, potem prowadzenie Oli, szalony finisz, przegrana - tym razem o 0,1 sekundy. W Hassleholm Ola bardziej słuchała moich rad i lepiej wyglądała na finiszu. Niepotrzebnie jednak prowadziła ten bieg, wiało mocno. Ola tłumaczył asie tym, że tempo było naprawdę wolne. W rezultacie była jednak dla dziewczyny z Erytrei idealnym zającem.

Bieg męski - prowadził doświadczony zawodnik, Szwed rodem z Somalii, z najlepszą życiówką w stawce.Jego zadaniem było przebiec 1000m w 2:27 i poprowadzić stawkę aż do 1200m. Nie dał jednak rady, tłumacząc to silnym wiatrem. Zszedł z bieżni tuż przed 1km, który został osiągnięty w tempie 2:30. Ja miałem 2:33. Ponownie największym problemem oprócz wiatru była liczba startujących - 20 osób! Puszczano nas z dwóch rzędów, tym bardziej, że stadion miał tylko 6 torów. Na pierwszej prostej zostałem zboksowany i spadłem na koniec stawki. Na kolejnej prostej ruszyłem jednak mocno do przodu, ustawiając się na 6-7 pozycji. Tym razem jednak zwyczajnie zabrakło sił. Pisałem wcześniej o tym, że mam problemy z bieganiem na dużym zmęczeniu kwasowym, to efekt uboczny 3 lat treningu pod długie dystanse. W tej chwili jeden bieg wytrzymuje już nieźle. Drugi dzień później okazał się zbyt ciężki. Pierwsze 800m biegłem mocno, odważnie, potem słabłem coraz bardziej, problemem było narastające uczucie ciężkości nóg. Ostatnie okrążenie było koszmarnie wolne. Ostateczny czas: 3:54,27, najszybciej w tym roku, ale generalnie bardzo słabo.

To jednak nie koniec startów. Otóż Ola, która w tym roku miała straszną ochotę spróbować dystansu 3000m z przeszkodami, dostała na miejscu ofertę" zającowania" na przeszkodach Miała przebiec 1km w tempie 3:20. Mimo kompletnego braku doświadczenia, zdecydowaliśmy się na ten bieg. Poprzednie starty Oli były wolne i nie czuła się zmęczona. Ostatecznie poprowadziła 1500m w tempie nieco szybszym od założonego. Z przeszkodami nie miała problemu. Gorzej z rowem z wodą. Pierwszy skok - to była katastrofa, Ola zawahała się, zwolniła i omal nie utopiła, wpadając w najgłębszą wodę. Drugi sok - znacznie lepszy. A za trzecim razem wskoczyła do wody jak rasowa przeszkodówka.

Pewny problemem był brak odpowiedniego obuwia, zwykłe kolce Oli mocno ślizgały się na belce, poza tym nasiąkły mocno wodą, co przeszkadzało w biegu. Poza tym jednak start wypadł pozytywnie i jeśli będzie okazja, Ola pewnie w tym roku przebiegnie cały dystans przeszkodowy.

Teraz o wrażeniach pozasportowych. Szwecja to piękny kraj, czysty, zadbany, ludzie uśmiechnięci i przyjaźni. Ja przede wszystkim zwracałem jednak uwagę na organizacje zawodów. Brutalna prawda jest taka, że po startach na tych mitingach, które nie były jakimiś wielkimi zawodami, kompletnie odechciewa się biegać w Polsce. Wielokrotnie pisałem o tym, że u nas zawodnik traktowany jest jak intruz. O biegi trzeba niemal prosić, dochodzą wydatki na transport, kłopotliwe podróże, noclegi. W Szwecji jest od tym względem cywilizacja. Organizator mityngu zapewniał noclegi w luksusowym hotelu, odbiór z lotniska i dowóz z powrotem, dowóz na stadion, wszelkie drobiazgi typu napoje, kawa, herbata, numerki, posiłki. Zawodnik martwi się tylko tym, żeby się rozgrzać i dobrze pobiec. Każdy bieg miała opłacanego pacemakera, podczas gdy w takiej Bydgoszczy na zająca składali się zawodnicy z własnej kieszeni. Tych biegów było zaś sporo, w Goeteborgu były 4 męskie biegi na 800m, wszystkie z zającami. W takich warunkach można uzyskiwać wyniki. Prędzej czy później pogoda, forma i samopoczucie zgraja się na tyle, że wynik padnie.

W Hassleholm w hotelu mieszkałem w pokoju z angielskim milerem i on opowiadał to samo: duże zawody w Anglii to 6-10 biegów męskich na 800m, każdy z zającem. Niestety, jesteśmy pod tym względem nawet nie trzecim, ale czwartym czy piątym światem.

Łyknęliśmy więc kawałek wielkiego świata, teraz brutalny powrót do codzienności. W kolejny weekend pobiegnę na którymś z lokalnych mityngów, mam do wyboru aż trzy: w piątek, sobotę i niedzielę. Ola startuje na 5km na ulicy, w biegu Ursynowa w Warszawie.

P.S. W Goteborgu miałem okazje poznać czytelnika mojego bloga - pozdrowienia Gregory i dzięki za zdjęcia!

P.S.2 Niestety, po dwóch biegach znowu koszmarnie dokucza mi kaszel. Jest bardzo źle, nie wiem, co z tym zrobię.
P.S.3 W Szwecji w zawodach na biezni są nagrody finansowe - u nas jak zwykle biega się za uścisk dłoni prezesa.
11:58, plathman , Zawody
Link Komentarze (8) »
niedziela, 05 czerwca 2011
Raport majowo-czerwcowy
Czas na porządne podsumowanie tego, co zdarzyło się w ostatnich dwóch tygodniach. A działo się wiele: treningi, starty, wyjazdy, zwycięstwa, porażki... Biegowa machina ruszyła na całego. O mały włos nie połamałbym się też podczas treningu.
Poprzedni wpis zatrzymał się na moim dość optymistycznym starcie w Gdańsku, było to samotne 800m.  Kolejny tydzień upłynął spokojnie, z jednym wyjątkiem. Otóż środa 25 maja była dniem, kiedy omal nie zakończyłem swojego sezonu w najgłupszy możliwy sposób. Biegałem odcinki na stadionie, nic ciężkiego, 10x200m. Po ośmiu z nich, zrobiłem dłuższą przerwę w truchcie, aby dojść do siebie i dwa ostatnie porządnie zasunąć. No i zasunąłem.

Truchtam, truchtam, do linii startu brakowało mi może ze 40m, kiedy znienacka zahaczyłem wkrętem w podeszwie o tartan. Zdrzało mi się to już wcześniej, chwila nieuwagi, dekoncentracji, nogi zmęczone, więc ciągną się blisko podłoża. Ponieważ tartan jest szorstki, nie ma poślizgu, każde potknięcie w kolcach to jest albo raptowne zatrzymanie się, albo od razu upadek. Tym razem poleciałem kompletnie bezładnie. Jestem pewien, że Leszek Blanik nie wykonałby takich ruchów nawet po latach ćwiczeń. Otóż wyrzuciło mnie jakoś w powietrze, obróciło bokiem, ponownie zahaczyłem podeszwą o tartan - wyprostowaną nogą - potem runąłem w parter, przekoziołkowałem i ległem na wznak. Co było najgorsze - to uderzenie wyprostowaną nogą w tartan, kiedy byłem ustawiony bokiem. Od strony technicznej po prostu wylądowałem butem na tartanie, ale wkręty trzymały się mocno. W lesie nogi rozjechałyby mi się, zrobiłbym może szpagat i pojechał na zszywanie krocza ; ) Tutaj było inaczej: wkręty zaklinowały się na tartanie i cała siła uderzenia (znaczna) poszła na nogę. Ponieważ leciałem zupełnie zdezorientowany, nie napiąłem mięśni, w żaden sposób tego nie zamortyzowałem. Noga wygięła się w łuk w bok, w stawie kolanowym, w płaszczyźnie, która na pewno nie jest naturalna. Całe uderzenie przyjęły więzadła z boku kolana. Ból był tak potężny, że byłem pewien, że mam je pozrywane, z początku w ogóle nie mogłem się ruszyć. okazało się jednak, że wytrzymały, nie wiem, jakim cudem.

Do dzisiaj czuję lekki ból, przez kolejne kilka dni noga była i obolała, i pospinana, np. przy wyproście czułem bój jakby naderwanej łydki. Udało się jednak, ale jestem pewien, że tak niebezpiecznie nie upadłem jeszcze nigdy. Co najlepsze - na równej powierzchni, podczas pięknej pogody, w trakcie świńskiego truchtu! Od razu po tym, kiedy zorientowałem się, że ruszam noga swobodnie, doceniłem fakt bycia zdrowym na co dzień.

Z lekko sztywna nogą w weekend broniłem tytułu w biegu ulicznym na milę. W zeszłym roku był to mój pierwszy start, zwycięski, który wprowadził mnie w bardzo kiepski sezon. Tym razem był to czwarty weekend startowy, ale nie udało się wygrać - byłem drugi! Miejmy nadzieję, że to dobra zapowiedź zwycięskiego sezonu ; ) Gwoli przypomnienia - w tym biegu najpierw leci się 6km krosu, po bardzo ciężkiej trasie. Potem 10 najlepszych ściga się w biegu na milę. W tym roku dużo bardziej niz rok temu musiałem spiąć się na krosie: pobiegłem minutę szybciej, żeby wejść do dziesiątki. Tym razem też mój najgroźniejszy lokalny rywal na takich dystansach, Leszek Zblewski, przyjął podobną do mojej taktykę, nie forsował tempa, oszczędzał się na tych 6km.

Sama mila tez wyglądała kompletnie inaczej. Rok temu było wolno, z długim, zabójczym finiszem. Tym razem od początku było bardzo szybko. Na prowadzenie ruszył Damian Pieterczyk (życiówka 3:44 na 1500m, dużo lepsza od mojej), bardzo mocno poprowadził pierwsze 600m pod wiatr, za co później zapłacił osłabnięciem w drugiej połowie dystansu. Po nim zmianę dał klubowy podopieczny Leszka Zblewskiego, Mateusz Kąkol, który starał się, aby tempo pozostało szybkie. To była taktyka na zmęczenie mnie przed finiszem. Prawie się nie udało.

Kiedy wyszliśmy na ostatnia prostą, do mety było 400m, a nas zostało czterech: Leszek Zblewski, Bartosz Mazerski, Mateusz Kąkol i ja. Kontrolowałem w pełni tempo, czułem się dobrze i szykowałem na mocny finisz. Tym razem rozegrałem to jednak nie najlepiej. Na 350m do mety zaatakował mocno Bartosz Mazerski. I tu mój błąd: zamiast utrzymać się za nim i poczekać, od razu skontrowałem, to znaczy zaatakowałem jeszcze mocniej. Wyszedłem na prowadzenie i kolejne 200m zasunąłem z całej siły. Rywale odpadli od razu na kilkanaście metrów, z jednym wyjątkiem. Leszek Zblewski, który ma na swoim koncie zwycięskie mile uliczne na całym świecie, życiówkę 3:37 na 1500m oraz uczestnictwo w zawodach Golden Ligue, utrzymał się za mną. Na ostatnich 100m poczułem, że ten atak był zbyt szybki, zbyt mocny, że nie utrzymam tego rytmu do końca. I wtedy Leszek zaatakował, wyskoczył mi zza placów. Na metę wpadł metr przede mną. On pierwszy, ja drugi, odwrotnie niż rok wcześniej.

.
Finisz

W tym czasie, kiedy ja biegałem milę, Ola startowała w wyścigu na 4,2km w Hrubieszowie, również na ulicy. Wygrała zdecydowanie, przebiegła dystans ze średnia prędkością 3:18/km, na krętej i pagórkowatej trasie. A dokładna prędkość zna stąd, że od pewnego czasu testuje nowy GPS Kalenji, Keymaze 700. Też się tym bawiłem, ciekawa zabawka, szczególnie na bieganie w terenie. Problem w tym, że mając coś takiego na reku ciężko się skoncentrować na samym biegu, wciąż jest pokusa sprawdzania bieżącej prędkości, tętna i tym podobnych bajerów. Dlatego ja wolę biegać ze zwykłym Timexem. Ale wrażenie po tym, kiedy w domu w komputerze GPS rzuca trasę treningu na zdjęcie satelitarne okolic - super. Za jakiś czas wrzucę może na bloga recenzję tego sprzętu.

Ola swój start pobiegła generalnie dużo za mocno w stosunku do planów, miała za zadanie oszczędzać siły, zamiast tego trzasnęła rekord trasy i wygrała z dużą przewagą. Tymczasem w poniedziałek wieczorem dowiedzieliśmy się, że jest szansa na start w mityngu Enea Cup w Bydgoszczy. Trudno to było zaplanować wcześniej, bo organizator nie chciał dać jednoznacznej odpowiedzi, czy będziemy na liście, czy nie. Okazało się zresztą, że o ile Olę w końcu przyjęto (pod warunkiem, że sama zapłaci za dojazd i nocleg) na 3000m, dla mnie zabraklo miejsca nawet w drugiej serii biegu na 800m. Dostałem za to ofertę przyjechania jako "zając" i zgodziłem się.

Piątek upłynął więc pod znakiem biegów w Bydgoszczy. Ja startowałem jako pierwszy. Zrobiłem swoje, miałem poprowadzić 400m biegu w tempie 53,0 sekundy i dobiec do 600m poniżej 1:20. Nacisk był na równe tempo, bo to jest zwykle problemem pacemakerów. Mnie się udało wycelować praktycznie idealnie, 400m było w tempie 53,02, całość w równym tempie. Nie dobiegłem jednak do 600m. W Bydgoszczy mocno wiało, szczególnie po wyjściu z wirażu po 100m i po 500m. Wbiegając w wiatr na drugim okrążeniu, straciłem masę sił i juz po 550 metrach zaczął mnie wyprzedzać pierwszy zawodnik. Zbiegłem więc na trawę po przebiegnięciu 560m. Efektem mojego prowadzenia było 9 życiówek i 4 osoby poniżej bariery 1:50. Do tego kilka najlepszych wyników w sezonie oraz minimum na mistrzostwa świata juniorów młodszych jednego z zawodników. Wszyscy byli więc zadowoleni. Ja również - był to dla mnie dobry trening, który uzupełniłem później jeszcze odcinkami bieganymi na bocznym stadionie.

Ola tym razem mocno zawiodła - przybiegła na 10 miejscu, z czasem 9:30, gorszym o 6 sekund od jej niezbyt wyśrubowanej życiówki. Przez 1600m trzymała tempo na ok. 9:05-9:10, potem kompletnie osłabła. Przyczyny tego są obecnie analizowane. Wspominałem jednak kiedyś, że to jest najgorsza strona bycia trenerem: można zawodnika przygotować od strony fizycznej, ale zawiedzie coś innego. Trener nie wejdzie zaś na stadion, żeby pobiec zamiast podopiecznego. Na pewno jest to najgorszy start Oli od dłuższego czasu, a okazja na dobry wynik była niepowtarzalna.

W Bydgoszczy fantastyczny bieg w wykonaniu Adama Kszczota i Marcina Lewandowskiego. Mimo silnego, zimnego wiatru obaj stworzyli znakomite widowisko. No i takiego szybkiego biegania w Polsce nie było od bardzo dawna.

Wczoraj wróciłem do domu i na kolejny weekend zapowiadają się kolejne ciekawe biegi. Tym razem prawdopodobnie pojedziemy za granicę, żeby startować na bieżni. Ja na dystansach 800/1500m, Ola na 5000/1500m. Nie jest to jednak do końca dograne, dlatego nie znam jeszcze szczegółów.



14:56, plathman , Zawody
Link Komentarze (8) »
czwartek, 12 maja 2011
Początek sezonu na bieżni

Minęło parę kolejnych dni treningów i startów. Po biegu w Lidzbarku odpoczywałem tylko dwa dni, po czym wystartowałem w lokalnym mityngu w Gdańsku. Jestem dość zadowolony, choć nie wszystko ułożyło się tak, jak miało.

W Gdańsku potwornie wiało i było zimno. W związku z tym zweryfikowałem pierwotny plan, który zakładał, że biegnę 1000m mocno od początku. Postanowiłem schować się i bardzo mocno pobiec tylko ostatnie 200m, bez względu na wcześniejsze tempo. Tak też zrobiłem i okazuje sie, że nie jest źle. Bieg było nieco szarpany, mimo wszystko w miarę szybki, tłoczno, przepychanki, do 800m dotarłem na 4 miejscu, z czasem 2:02. Wtedy zszedłem na drugi tor i depnąłem mocno, na ostatniej setce wyszedłem na prowadzenie i wycisnąłem z tego jeszcze sekundę przewagi nad drugim. Ostatnie 200m w ok. 27,0, z tego wiraż częściowo pod wiatr i po drugim torze. To nie jest najgorzej, ostateczny wynik 2.29,35. Po dwóch godzinach wystartowałem jeszcze na 1500m. Poprowadziłem bieg w równym tempie i lekko przyspieszoną końcówką koledze z klubu ze Słupska. Niestety, założonego czasu nie pobiegł, ja skończyłem w 4:07.

Co zaś poszło nie tak? Otóż ten mocny finisz połączony z chłodem i nieodpowiednio rozgrzanymi mięśniami zaowocował naciągnięciem mięśnia dwugłowego. Spodziewałem się, że minie mi to w ciągu 2-3 dni, ale na razie trzyma i w związku z tym w najbliższy weekend prawie na pewno nie wystartuję, chociaż miałem zamiar zaatakować 3000m. Poza tym wszystko układało sie dobrze, przetarłem sie tym startem i chociaż nie czułem się porywająco dobrze, widać było, że powoli nogi zaczynają dobrze kręcić w średniodystansowym rytmie.

Co niesamowite, po kilku dniach strasznego zimna przyszły nagle tropikalne upały. Jeszcze w sobotę w Gdańsku zmarzłem na kość, ubrany po szyję, a już w poniedziałek biegłem rozbieganie bez koszulki, w upale ponad 30 stopni. Straszna pogoda. Takie skoki temperatur kompletnie mnie rozbijają.

No i kolejna sprawa - w poprzednich latach odpuściłem bieganie średnich dystansów m.in. ze względu na problemy z oskrzelami. W biegach długich wentylacja nie jest tak duża i nie miałem żadnych kłopotów. Wystarczył jednak jeden bieg na 800m w przenikliwym zimnie i zaczęło się od nowa. Problemy objawiają się koszmarnym kaszlem, właściwie nie mogę zaczerpnąć oddechu. To zaś często zmienia się w stan zapalny, chorobę i ogólne rozłożenie. Po biegu w Gdańsku, gdzie także było zimno, nie spałem praktycznie całą noc, cały czas kaszel, gardło zdarte kompletnie. W kolejnych dniach udało mi się to powoli wygasić. 5 dni po biegu prawie w ogóle nie kaszlę. Jest zauważalna różnica po zastosowaniu tabletek na alergię i mam nadzieję, że kombinacja tych tabletek, cieplejszej pogody i deszczów, które może oczyszczą powietrze, sprawią, że dam radę. Ale na razie w Słuspku nie padało od tygodni, było zimno, teraz upał, cały czas huraganowe wiatry, ale ani kropli deszczu. Te oskrzela martwią mnie najbardziej w kontekście sezonu. Z wszystkim innym dam radę, na to nie pomagało mi nic. Parę lat temu brałem przecież nawet leki na astmę i wtedy to też niewiele dawało.

W ostatnich dniach biegam więc tylko rozbiegania w upale, zmagając się z naciągniętym mięśniem. Katuję go wszelkimi dostępnymi metodami. To jest prawdopodobnie potężny przykurcz, rozciągam to, masuję kijkiem, uciskam, byłem też u ukraińskiego masażysty, który w Słupsku prowadzi praktykę, zajmując się masażem pleców i nastawianiem kręgosłupa. Na razie uraz jednak trzyma.

11:25, plathman , Zawody
Link Komentarze (3) »
wtorek, 03 maja 2011
Mistrzostwa Polski na 10 000m, Lidzbark Warmiński

Jako najszybszy blog w Polsce zamieszczam jeszcze gorącą relację z mistrzostw Polski na 10 000m, które odbyły się właśnie w Lidzbarku Warmińskim. Jestem jedynym przedstawicielem mediów (oprócz regionalnych), który zjawił się w tym zagubionym wśród lasów miasteczku. Na razie będzie jednak bez zdjęć, bo chociaż pstryknąłem ich ok. 600, nie zabrałem kabla USB. Do tego internet w Lidzbarku chodzi w bardzo niespiesznym tempie.

Jak wszystkim wiadomo, na mistrzostwach Ola startowała na dystansie 10 tysięcy metrów, ja natomiast na towarzyszącym mityngu biegłem dystans 800m. Wyjazd zakończył się przyjemnie, po raz kolejny jest duży sukces Oli. Trzeci raz z rzędu zdobyła srebrny medal mistrzostw Polski na 10 000m! Niedługo trzeba będzie założyć sklep jubilerski z tymi srebrami. Nie udało się zdobyć pierwszego złota, ale trzeci rok z rzędu jest solidna, bardzo dobra życiówka: 33:56,30. Pękła wreszcie bariera 34 minut, to już jest u dziewczyn naprawdę niezłe bieganie. Ola rozwija się w równym rytmie, bez przerw, przeszkód, przetrenowania, spokojnie i wciąż do przodu, w czym widzę również moją skromną zasługę.

Po raz trzeci z rzędu złoto zdobyła inna rywalka, co roku zaskakuje Olę ktoś nowy. Tym razem była to Iwona Lewandowska, która pokazała, że niedawny bardzo dobry wynik w półmaratonie nie był przypadkiem.

Jak to się rozgrywało? Zacznijmy od tego, że pogoda nie sprzyjała bieganiu. Było potwornie zimno! Temperatura niewiele przekraczała 0 stopni, to mogło być 5-6 stopni na plusie. Co gorsza, wiał silny, lodowaty wiatr, dosłownie zmrażający mięśnie na kamień. W tych warunkach bieg męski był bardzo wolny. Podobnie zresztą moja 800-tka. Wygrałem ten bieg bez specjalnych problemów, ale wykręciłem strasznie słaby czas: 1.55,27. Spodziewałem się, że w dobrych warunkach pobiegnę 1:51, może 1:52. Było dużo gorzej, ale jednak do tak szybkiego biegania konieczne jest ciepło. Pierwszy raz w życiu biegłem 800m w rękawiczkach, rękawkach, nogawkach i opasce na uszy! I tak jednak niemal zamarzałem. Mięśnie kompletnie nie chciały pracować w dynamicznym tempie. Gdyby to było gdzieś na miejscu, odpuściłbym ten start. Ale jechać taki kawał i nawet nie pobiec? Zrobiłem więc swoje, przetarłem się. Oskrzela pieką mnie do teraz od zimnego powietrza.

Tym większy podziw dla dziewczyn, ktore biegły 10km. Miały trochę więcej dystansu, żeby się rozgrzać, ale i tak start nie należał do przyjemności. Na pierwszych kilometrach na zmianę prowadziła Ola Jawor i Iwona Lewandowska. Rywalkom zależało na mocnym tempie, i ze względu na zrobienie życiówek i na to, że Ola ma z tej stawki najbardziej piorunujący finisz.

Ola usadowiła się komfortowo na 3-4 miejscu i biegła spokojnie swoje, obok siostry Ani. Przełom nastąpił w okolicach 4 kilometra. Z zaskoczenia bardzo mocno zaatakowała Iwona Lewandowska. Sam lubię rozgrywać biegi w ten sposób, więc wiem, jakie to deprymujace i demotywujące dla rywali, o ile oczywiście wystarczy sił do mety. Zanim Ola zorientowała się, co się dzieje, zanim mogła za wirażem przejść do przodu stawki, Iwona była 50 metrów przed wszystkimi i pędziła bardzo mocno. To rozstrzygnęło bieg. Ola próbowała gonić, chwilami pomagały jej inne dziewczyny, ale Iwona nie zwolniła, nie miała kryzysu, w mocnym tempie dotarła do mety. Ola dłuższy czas ciągnęła za sobą resztę czołówki, dopiero na ostatnich kilometrach razem z Anią oderwały się, we dwójkę, rozstrzygając obecność na podium. Wtedy też ciężko już było myśleć o gonieniu, zaczęło się szachowanie w walce o srebro. Dwie siostry dotarły razem do 300m przed metą, gdzie Ola zaatakowała bardzo mocno, biegnąc od razu sprintem. Momentalnie zrobiła kilka metrów przewagi i nie oddała jej do końca. No i jest - trzecie srebro z rzędu, trzecia życiowka z rzędu.

Ola stwierdziła, że cały czas czuła się bardzo dobrze, nie miała żadnego kryzysu, po biegu nic jej nie boli. Ze mną trochę gorzej, dokucza mi kaszel po sprincie na zimno, przemarzłem też potwornie oglądając biegi, więc mięśnie nie są w zbyt dobrym stanie. Już niemal zapomniałem, jak boli 800m - a boli bardzo mocno. To chwila, dwie minuty cierpienia, ale jednak jest to nieporównywalnie głębsze niż męczarnia podczas długiego biegu. Na mecie boli głowa, ciemno w oczach, płuca palą jak wypełnione gorącą lawą. Stanowczo potrzebuję treningowych startów, żeby przyzwyczaić się ponownie do tego uczucia, dlatego pewnie już w weekend wystartuję znowu. Chyba że pogoda się nie poprawi, na razie na biegi średnie jest za zimno. Ale i tak było lepiej niż na południu kraju, gdzie spadł śnieg...

Bieg męski był wolny od początku. Pierwsze kilometry były w tempie 3:03, 3:00. Dla porównania, rok temu, kiedy zacząłem w tym tempie, byłem daleko w tyle. Teraz czołówka stłoczyła się i przez kilka kilometrów biegło razem kilkanaście osób. Na zmianę prowadzili głównie Łukasz Kujawski i Krystian Zalewski. Potem grupka stopniowo topniała, ale przełom nastąpił dopiero kilometr przed metą. Na długi, bardzo mocny atak zdecydował się Tomasz Szymkowiak. Zaskoczył rywali i dobiegł do mety niezagrożony, na ostatniej prostej machając swobodnie do nielicznej publiczności. Na drugim miejscu Radek Kłeczek, na trzecim Łukasz Kujawski. Dopiero czwarty jeden z faworytów do złota, Artur Kozłowski.

Całe zawody odbywały się w dość chałupniczej atmosferze. Dzień przed biegiem nie działało biuro zawodów, choć tak było w regulaminie, a nawet dwie godziny przed mityngiem nikt nie wiedział, czy np. do biegu na 800m trzeba jeszcze potwierdzić zgłoszenie. Generalnie organizatorzy byli kompletnie zagubieni. Co gorsza, jak zwykle mocno zadziałał Polski Związek Lekkiej Atletyki. Smutni panowie w szarych swetrach zrobili bez wątpienia największe widowisko. Co najmniej kilka osób nie zostało dopuszczonych do startu ze względu na drobne braki proceduralne, na ogół zresztą wynikające z winy samego PZLA. Dobrze wiem, jak to działa, bo dzień przed końcem zgłoszeń wydawało się, że i Ola nie będzie mogła wystartować. Otóż zmęczony życiem facet od regulaminów zakwestionował badania lekarskie Oli. Chore jest już samo to, że od dorosłej zawodniczki wymaga się jakiegoś papierowego śmiecia. Jako dorośli biegamy na własną odpowiedzialność, tak jest w każdym cywilizowanym kraju. Każdy, niekoniecznie mądry obywatel może mieć legalnie dzieci czy wsadzić głowę pod pociąg, nie może natomiast przebiec się na kawałku stadionu, bo gromadka działaczy, aby uzasadnić swe bezmyślne trwanie, wydala z siebie kolejne absurdalne przepisy. 

Co gorsza, przyczepiono się do kompletnej pierdoły - tego, że lekarz, który przybił pieczątkę, nie ma uprawnień do badania osób powyżej 21 roku życia. Rozumiecie to? Lekarz jak najbardziej sportowy, regularna pieczątka, tylko działaczowi nie pasuje. Następnym razem będzie to musiał być koniecznie lekarz o brązowych oczach. A znajdź teraz człowieku fachowca z odpowiednią pieczątką! Nie ma takiej opcji. Nie ma żadnej listy takowych, bo jest ochrona danych osobowych. Obdzwoń więc wszystkich lekarzy w całym kraju, może przypadkiem trafisz na tego, który ma odpowiedni dla PZLA papier, o ile powie Ci prawdę. I wiadomość o tym dostajemy dzień przed końcem zgłoszeń, chociaż papierki leżały w PZLA miesiąc. No ale rozumiecie, w takim wielkim, poważnym związku jest wiele rzeczy do zrobienia, bankiety, wyjazdy, autografy - pewnie czasu nie mieli... Całe szczęście, że załatwiając wszystko na ostatnią chwilę, goniąc jak szaleni, po dwóch dniach stresu i dziesiątkach telefonów zdążyliśmy skompletować makulaturę pół godziny przed końcem zgłoszeń. Inni nie mieli tego szczęścia.

Jeden z chłopaków jechał 12 godzin spod Wrocławia, mając ustne zapewnienie smutnego pana od regulaminów, że wszystko gra w jego papierach i będzie zgłoszony. Na miejscu powiedziano mu, że jednak nie gra. Mógł się spakować i wracać drugie 12 godzin... Podobnie skończył się ten wyjazd dla kilku osób. I co najlepsze - do startu nie dopuszczono broniącej tytułu mistrzyni Polski Agnieszki Ciołek, również czepiając się do czegoś w papierach! Ciężko tu nie zakląć - dziewczyna jest mistrzynią Polski i nie może pobiec w mistrzostwach, bo jakiś postkomunistyczny aparatczyk z przegranym życiem tak postanowił. To się nazywa popularyzacja sportu po polsku! Jedź, zawodniku cały dzień na drugi koniec Polski, a tam Ci powiedzą, że nie, bo NIE. Działacz ma władzę i nie zawaha się jej użyć.

PZLA nie zawodzi i zawsze zapewnia wspaniałe atrakcje pozasportowe. Zmieniają się prezesi, prezydencci, upadł nawet Fidel (zresztą ze schodów), wykończono ben Ladena -  a w PZLA bez zmian. Trzeba chyba modlić się, aby to pokolenie nieudacznych działaczy jak najszybciej wyciągnęło stare kopyta. Nawet to jednak nie daje nadziei - jak muchy do miodu ciągną do państwowych pieniędzy kolejni młodzi "działacze", zapowiadając wielkie zmiany, po czym po przyspawaniu do stolka szybko tracą kontakt z rzeczywistością. Jakimś tam bossem został rok temu Piotr Haczek, podobno młody i kompetentny. Jak widać, a właściwie nie widać, został kolejnym smutnym panem, dla którego nic nie można zrobić, bo wiecie, rozumiecie, przepisy, nie jego działka, nie jego problem... Najpierw sami wymyślamy kretyńskie regulaminy, a potem biadolimy, że nie można dopuścić do startu, bo przepisy mówią to czy to. Tym razem nas to nie dotknęło - ale mogło.

I jeszcze zmiana klimatu, kolejna dobra wiadomość na koniec - w czerwcu szukajcie Oli na okładce pisma "Bieganie"! Dostępne w Empikach.



23:05, plathman , Zawody
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 18 kwietnia 2011
Wiosenne bieganie

Wiosna w pełni, zaczyna się więc przyjemne i poważniejsze bieganie. W ostatnich dniach wiele się działo, czas na raport.

Po pierwsze, wczoraj pojechałem z Olą na jeden z pierwszych startów ulicznych w tym roku - do Szczecinka na memoriał W. Osińskiego. Bieg na dystansie 10km miał być i rodzajem przetarcia, i bardzo mocnym treningiem jednocześnie. Pobiegliśmy go tylko po lekkim rozluźnieniu w treningu - w tygodniu nie było bardzo mocnego biegania, tylko krótka zabawa biegowa, ale objętość pozostała ta sama. U mnie nawet była najwyższa od kilku tygodni. Start wypadł nieźle u Oli - zajęła 3 miejsce z czasem 34:48. Przegrała z dwiema Ukrainkami. Do 9km biegły razem w dość spokojnym tempie. Na ostatnim kilometrze rywalki zrobiły bardzo mocne szarpnięcie, Ola nie była jeszcze na tyle wyścigana, aby móc to wytrzymać. Taka jednak była rola tego startu, przełamanie pewnej bariery fizycznej, trudnej do osiągnięcia w treningu.

Mój bieg wyglądał zdecydowanie gorzej. Nie spodziewałem się cudów, bo w treningu jestem jeszcze daleko w polu, ale miałem nadzieję, że pobiegnę minutę szybciej. Mimo tego, że w tym roku nastawiam się zdecydowanie na krótkie dystanse, byłem zaskoczony tym, jak ciężko mi się biegło. Tempo wolne i równe od początku do końca, z wyjątkiem ostatniego kilometra, na którym mocno przyspieszyłem. Ostatecznie bieg był więc dla mnie mocnym biegiem ciągłym, ukończyłem z czasem 33:18. Przed startem na 10000m na bieżni nie wygląda to najlepiej, ale wiele zyskam samym odpuszczeniem przed startem. Na wypoczętych mięśniach biegam dużo szybciej niż na zmęczeniu, wciąż więc mam nadzieję, że na dyszkę będę w stanie zaatakować barierę 31 minut. Zobaczę jednak, jak pójdą najbliższe dwa mocne treningi.

Start biegu w Szczecinku

 

Co w ostatnich dniach działo się w treningu? Ano nic spektakularnego. To nadal dość spokojne bieganie. Z mocniejszych rzeczy biegałem 6x1km, w dość spacerowym tempie 3:10-3:00/km. Poza tym to samo co w poprzednich tygodniach - sporo luźnego biegania, sporo akcentów szybkościowych. Ostatnie 2 tygodnie to głównie stopniowe przyzwyczajanie nóg do biegania w kolcach, co idzie dość dobrze. Na starcie pobiegłem nie tak wiele szybciej od Oli, ale i w treningu nie ma wielkiej różnicy, ona biega niewiele wolniej ode mnie. Weszła na wysokie obroty zdecydowanie szybciej, ja się rozkręcam bardzo powoli.

Wiele działo się ostatnio w biegach ulicznych na całym świecie. To głównie maratony, ale nie tylko. W marcu bardzo szybka dyszka w wykonaniu kobiet w Poznaniu. Katarzyna Kowalska mocno złamała 33 minuty, potem pobiegła 1:11 w połówce. A jeszcze tydzień wcześniej podczas przełajów przez pierwsze kilometry biegu bardzo mocno naciskała ją Ola, za co później zapłaciła kompletnym wyczerpaniem i utratą medalowej pozycji. Po wynikach Kasi widać jednak, że to tempo było piekielnie szybkie. Na przełajach ciężko to było obiektywnie ocenić, ze względu na trudność trasy. W każdym razie prawdopodobnie pierwsze 4km po drodze w biegu na 8km były u kobiet szybsze niż w biegu na samym dystansie 4km.

W półmaratonie warszawskim padły niezłe wyniki, chociaż w tym samym czasie można je było ocenić w kontekście innych biegów. Najlepszy Polak pobiegł 1:02, tymczasem w Stanach Galen Rupp ponad dwie minuty szybciej. Mimo wszystko wydawało się, że maraton w wykonaniu Polaków może wyglądać na wiosnę bardzo dobrze. Padały nawet wypowiedzi ze strony zawodników i trenerów: o rekordzie Polski, o niemal pewnych fantastycznych wynikach. Rzeczywistość jak zwykle okazała się gorsza. Na rozgrzewkę były mistrzostwa Polski w Dębnie, gdzie medale zostały rozdane przy rekordowo słabych czasach. Dość powiedzieć, że 17 pierwszych kobiet tegorocznego maratonu w Londynie miałoby medal mistrzostw Polski w kategorii męskiej. To pokazuje skalę upadku mistrzostw Polski.

Przy okazji można porównać poziom biegów długich do poziomu biegów średnich. Sam zdobyłem w tym roku halowy medal mistrzostw Polski na 800m z dość słabym wynikiem. Ale mimo wszystko żadna kobieta nie byłaby w stanie ze mną powalczyć - mój czas był lepszy niż rekord świata kobiet i na hali, i na stadionie. Można powiedzieć, że poważniejsze bieganie zaczyna się u mężczyzn wtedy, gdy biegają szybciej niż rekord świata kobiet. W maratonie jest to poziom 2:15. Oczywiście maraton to specyficzna konkurencja, ale jak byśmy na to nie patrzyli, to poziom naszych mistrzostw był straszny. Osobiście uważam, że mistrzostwa kraju to impreza, która nie powinna odbywać się na peryferiach, w maleńkich miasteczkach. Miejsce na nie jest w dużych miastach, w połączeniu z dużymi biegami i dobrym nagłośnieniem całości. Tymczasem polityka PZLA jest odwrotna - ładują niemal wszystkie mistrzostwa na jakichś kompletnych zadupiach. Mistrzostwa Polski na 10000m są w tym roku w Lidzbarku Warmińskim. Jedne z mistrzostw młodzieżowych - w miejscowości o malowniczej nazwie Białe Błota. Tak, to się nazywa dobry marketing, przenieść mistrzostwa Polski na kompletne peryferia i zapomnieć.

Przy okazji przypomnę, że jedne z najlepiej zorganizowanych mistrzostw Polski seniorów w ostatnim dziesięcioleciu odbyły się bez wątpienia w Szczecinie. Była tam liczna publiczność i cała oprawa na bardzo dobrym poziomie. Małe miejscowości nie mają szans na taką organizację - w nieszczęsnej Olszynie (przełaje 3 lata temu) nie było śladu kibica, a zawodnicy mieszkali na początku marca w nieogrzewanych, drewnianych domkach kempingowych (sic!).

Ale dość dygresji - wczoraj nasi biegali maraton w Wiedniu i cudu nie było: z trzech startujących zawodników elity dwóch nie ukończyło biegu, jeden pobiegł 2 minuty wolniej od życiówki. Marzenia o rekordzie Polski zostały dość brutalnie rozwiane.

Na świecie elita ścigała się w Paryżu i Londynie, a dzisiaj również w Bostonie. Tam można było oglądać grad niesamowitych czasów, zaczynających się od poziomu 2:04 u mężczyzn i 2:19 u kobiet. Najlepszy maratończyk z Londynu po drodze zdobyłby złoty medal mistrzostw Polski na 10km - to jest niesamowite.

Na szczęście juz niedługo zaczynają się biegi na bieżni. Przyznam szcezerze, że oglądanie maratonu średnio mnie pociąga. Gapić się przed dwie godziny na to, jak grupa (zwykle identycznie wygladających Kenijczyków) biegnie i nic się nie dzieje, to ponad moje siły. Na bieżni jest akcja, krew, pot i łzy. Dlatego bardzo cieszy mnie zbliżający się sezon tartanowy.

 

10:31, plathman , Zawody
Link Komentarze (18) »
niedziela, 06 marca 2011
Halowe Mistrzostwa Europy i inne wyczyny

Dopiero co zakończyły się Halowe Mistrzostwa Europy, odbywające się w tym roku w Paryżu. Ponieważ dopiero co skończyłem ogladać transmisję, a dzisiejsze biegi były dla Polaków niezwykle udane, wypada napisać parę słów komentarza.

Najpierw małe wprowadzenie dla niezorientowanych. Otóż hala daje biegaczom niezwykle atrakcyjną furtkę. Nie każdy wie, jak wygląda szkolenie naszych najlepszych zawodników na poziomie krajowym. Liczą się mianowicie medale. Nieważne co, gdzie, jak, nie ma tu żadnej innej polityki, krótko czy dalekowzrocznej - masz medal dużej imprezy, otrzymujesz szkolenie. Takie szkolenie to bardzo ważna rzecz - pozwala biegaczom trenować w bardzo dobrych warunkach, szczególnie zimą. Dla wielu z nich takie obozy, np. w górach, są przełomowym momentem kariery. Jako przykład mogę podać siostrę Oli, Anię Jakubczak, trzykrotną finalistkę Igrzysk Olimpijskich w biegu na 1500m. Jej kariera nabrała rozpędu wiele lat temu właśnie po obozie w górach w USA. Poprawiła wtedy życiówkę o 10 sekund i awansowała do ścisłej euopejskiej czołówki.

Sęk w tym, że Polski Związek Lekkiej Atletyki bardzo niechętnie wydaje pieniądze na biegaczy na średnich i długich dystsansach. Wiadomo, potrzeby bankietowe są w PZLA zawsze bardzo duże ; ) Nie pomaga fakt, że szef szkolenia i prezes są związani od zawsze ze sprintem. Jedyną szansą na sensowne przygotowania dla naszych "dłuższych" biegaczy jest więc zdobycie medalu dużej międzynarodowej imprezy. No i hala to ogromna szansa. Po pierwsze, są to mistrzostwa Europy, więc z rywalizacji odpada cały tabun niezykle trudnych do pokonania Afrykanów. Nie wszyscy, bo trafiają się przykre wyjątki. Bardzo negatywnym przykładem jest tu Azerbejdżan, który okazyjnie kupił za petrodolary cała zgraję Etiopczyków i wystawia ich na europejskich zawodach. Po jaką cholerę dopuszcza się takie dzikie kraje do Mistrzostw Europy, nie wiem (gdzie Azerbejdżan, a gdzie Europa?). Taki przemalowany Azer był m.in. drugi w Paryżu w biegu na 3000m.

Ale do rzeczy - w mistrzostwach Europy rywalizacja nie jest tak ostra jak w Mistrzostwach Świata czy Igrzyskach Olimpijskich, tym bardziej, że część mocnych Europejczyków odpuszcza halę. No i druga szalenie ważna sprawa - w hali w grę wchodzi taktyka. Tego nie ma w takim stopniu na stadionie, gdzie bieżnia jest szeroka, można wyprzedzać swobodnie. Wystarczy biec z całej siły i nie zastanawiać się wiele. Natomiast w hali rozgrywka robi się bardzo emocjonująca, trzeba myśleć, bo proste są krótkie i wąskie, co chwila mamy wiraż. Można na tym wiele wygrać, można wiele stracić. Stadion jest więc w większym stopniu dla tych, którzy nie bawią się w kombinowanie, po prostu pędzą do mety z całą prędkością. Hala to zaś bieganie i taktyka w jednym, zupełnie inny rodzaj biegania.

W związku z tym dla części naszych zawodników te mistrzostwa to niepowtarzalna szansa na dobry występ i "wskoczenie" w szkolenie na dobrym poziomie, co może kompletnie zmienić bieg kariery. Chwała tym, którzy potrafią z takich okazji skorzystać i błysnąć na hali w Europie.

Wczoraj marnie pod względem taktycznym pobiegły dwie nasze dziewczyny na 1500m - Renata Pliś i Sylwia Ejdys. Przyjechały na zawody z dwoma najlepszymi czasami w Europie, skończyło się na 4 i ostatnim miejscu w finale. Renia nie biegła w sumie źle, spokojnie ustawiła się na końcu stawki, oszczędzała siły i kontrolowała sytuację. Przegapiła jednak przyspieszenie, rywalki uciekły. Sylwia natomiast wdała się w jakieś niepotrzebne przepychanki, kosztujące ją tylko wiele sił i nerwów.

Dzisiaj natomiast mieliśmy przykład tego, jaką zabójczą bronią może być na hali taktyka. Pokazał to przede wszystkim Bartosz Nowicki, zdobywająć brązowy medal biegu na 1500m. Rozegrał to fantastycznie. Zaraz po starcie ustawił się zgrabnie na drugiej pozycji i tam biegł aż do ostatniego okrążenia, nie przepychając się, nie kombinując. Na finiszu mocno zaatakował go Niemiec Carsten Schlangen. Bartek bardzo sprytnie zmusił go jednak do szerokiego obiegania, co kosztuje zawodnika i sporo sił, i stratę nerwów. Gdyby Niemiec odczekał i zaatakował po pierwszym torze, mogłoby być różnie, bo jego zyciówka jest mocniejsza od Bartka o dobrych kilka sekund. Ale nasz biegacz rozprowadził go jak kompletnego żółtodzioba, stworzył lekką presję, zmuszając do schodzenia coraz bardziej w bok - bez żadnego kontaktu fizycznego! Było to pierwszorzędne i  Niemiec pękł, nie dał rady wyprzedzić. Lepiej nie można było pobiec w tym taktycznym, generalnie wolnym biegu na szybki finisz, poza oczywiście zwycięstwem.

Przy okazji warto zwrócić uwagę na Turka, który prowadził cały bieg (w hali nie wieje, więc nie ma się czym przejmować) i przywiezie do domu srebrny medal. Kompletnie dali zaś ciała dwaj Hiszpanie. Jeden z nich zwyciężył, ale drugi, dysponujący najlepszą życiówką, w stawce był daleko, zupełnie nie mógł się odnaleźć w tym bieganiu, gdzie trzeba było trochę taktycznie pokombinować. Trzeci zniknął kompletnie z tyłu, a spodziewałem się, że całe podium może być hiszpańskie.

Lekkim zgrzytem było w transmisji przedstawienie Bartosza jako Rosjankę ; ) I jeszcze  refleksja bardziej społeczna niż sportowa: i chłopaki z biegu na 800m, i Bartosz Nowicki, i nasze dziewczyny (Lidia Chojecka oraz Anna Rogowska), prezentowali się bardzo dobrze na podium. Młodzi, przystojni, uśmiechnięci - czy może być lepsza promocja kraju? Bardzo korzystnie wyróżniali się na tle niektórych sportowców z innych krajów, wygladających jak napakowane roboty.

Bartek ciachnął więc brąz, świetna robota - i miejmy nadzieję, że to będzie dla niego prawdziwy zwrot kariery. Przy okazji warto przypomnieć, że dobrych kilka lat temu był on młodzieżowym mistrzem Europy na tym samym dystansie.

Druga taktyczna mistrzyni dzisiejszego dnia to Lidia Chojecka. Taka sama sytuacja - wolny bieg, pierwszy kilometr wręcz w spacerowym tempie. Lidia nie zawiodła, cały czas biegła po pierwszym torze, nie nadrabiając dystansu. W decydującym momencie znalazła się zaś nagle w samym czubie i ku zaskoczeniu wszystkich, na ostatnie kółko wbiegła jako pierwsza. Surowej szybkości nie wystarczyło na dowiezienie zwycięstwa, ale jest brązowy medal. Lidia Chojecka bardzo dobrze biega w hali, ma tych medali całkiem spory pęczek. To jest kwestia i budowy ciała, i sprytu taktycznego, i pewien czynnik psychologiczny. Kiedy zawodnik uwierzy, że coś jest jego silną stroną, już na starcie czuje się w takich warunkach mocniejszy.

Wreszcie 800m, które w ostatnich trzech latach stało się eksportową polską konkurencją. Tutaj taktycznie błysnął Adam Kszczot, z którym miałem niedawno przyjemność ścigać się w mistrzostwach Polski. Dwa pierwsze okrążenia biegł z tyłu, bardzo prawidłowo. I podobnie jak Lidka - nagle w połowie dystansu znalazł się w samym czubie, kontrolując sytuację. Marcin Lewandowski był w gorszej sytuacji, biegł co prawda od wewnątrz, nie nadrabiając, ale za to kompletnie zablokowany. Miał jednak kupę szczęścia - po przypadkowym kontakcie na ziemię padł jak ścięty prowadzący Hiszpan. Padł bardzo kulturalnie, za krawężnik, nie przewracając nikogo. Z takiej okazji Marcin nie mógł nie skorzystać, na ostatnie kółko wbiegł jako drugi, za atakującym agresywnie Adamem - i w takiej kolejności dobiegli do mety. Pierwsze i drugie miejsce dla Polski, niesamowita sprawa!

_____________________________________________________________________________

Teraz z innej beczki - Ola wygrała dzisiaj bieg na 10km w Radomiu. Trasa podobno atestowana, podobno, bo w regulaminie tego nie ma, tak Oli powiedział organizator. Nie jest łatwa, są długie, ciężkie podbiegi, do tego pogoda nie dopisała, mocno wiało i padał śnieg. W tych warunkach Ola już po pierwszym kilometrze wyszła na prowadzenie i wygrała zdecydowanie, z przewagą ponad 20 sekund. Co najbardziej pozytywne, biegła cały czas zupełnie na luzie, z bardzo dobrym samopoczuciem i dużą rezerwą. Czas 34:39, życiówka na ulicy, blisko życiówki ze stadionu. Dwa lata temu Ola również tam wygrała, miała jednak czas o minutę gorszy, a do tego, jak się okazało, wtedy trasa była krótsza o ponad 200m.

Widać więc, że forma Oli ciągle rośnie. Samopoczucie jest bardzo dobrze. Swoje zrobiły i korekty treningu, które wprowadziłem w tym roku, i ciężka praca, którą rok temu wykonaliśmy w USA. Coś czuję, że ten rok będzie dla nas najlepszym w historii... ; ) Pierwsze medale z hali są już w kieszeni, a za tydzień mistrzostwa Polski w biegu przełajowym. To ważna dla nas impreza, klub wystawia m.in równą, męską drużynę, która ma szanse medalowe, i w której składzie jestem.

Oboje z Ola czujemy się bardzo dobrze. To nie jest jeszcze forma, jaką mamy nadzieję uzyskać latem, nie biegaliśmy na razie żadnych bardzo szybkich treningów, ale gdy samopoczucie jest dobre, bieg staje się przyjemnością. Do zawodów podchodzimy więc pozytywnie, a co z tego wyjdzie - zobaczymy. Jedynym minusem jest to, że Zamość jest kompletnie zasypany śniegiem! Ale dla nas to dobrze, gorzej dla tych, którzy przygotowywali się w upale w RPA ; )

No i jeszcze jedno - znowu ta koszmarna podróż PKP. Bite 13 godzin ze Słupska do Zamościa. Całe szczęście, że inne imprezy mistrzowskie bedą w tym roku znacznie bliżej mnie - Bydgoszcz, Lidzbark Warmiński, Piła. Zeszły rok był pod tym względem straszny - miałem na koncie wyjazdy m.in. do Sosnowca, Krakowa, Bielska-Białej... Dalej ode mnie już być nie może.

Ogólnie mówiąc - 2011 jest na razie bardzo dobrym rokiem. Jak wiadomo, jest to ostatni rok przed końcem świata, więc odbieramy go tym pozytywniej ; )

19:52, plathman , Zawody
Link Komentarze (7) »
środa, 16 lutego 2011
Wyniki, wyniki, przygotowania

Chwaliłem ostatnio Polaków, ale żeby nie rozpłynąć się w tych pochwałach zanadto, szybki zimny prysznic. Przeglądałem wyniki z halowych mitingów w USA. Biegali w nich głównie studenci, głównie Amerykanie, chociaż oczywiście trafiają się i inne nacje, z Kenijczykami włącznie. Co więcej, amerykański typowy student ma 23 lata w chwili kończenia uczelni. Są to więc wyniki młodych chłopaków. Zerknijcie w te linki, jeśli macie mocne nerwy:

Bieg na 5000m

Bieg na 3000m (trzeba przewinąć do ostatecznych wyników)

Bieg na 3000m kobiet (też przewinąć)

 

Jak widać z powyższego, wyniki, które u nas wydają się kosmicznymi, tam są osiągane na halowym mityngu studenckim! Hala ma 300m, więc jest nieregulaminowa, wśród studentów trafiaja sie też wyczynowcy, ale mimo wszystko - to robi wrażenie. Co ważniejsze, tam nie ma "zająców", to były biegi tzw. czajone. Na 5000m ten chłopak ze Stanfordu rąbnął ostatnie 200m lekko poniżej 25 sekund (!). Oni sie po prostu czaili, biegli taktycznie, po czym skończyli jak widac. Na tym mityngu dobre wyniki padły również we wszystkich innych konkurencjach, a tego typu mityngi odbyły sie w poprzedni weekend cztery. Oczywiście wybrałem ten ze względu na natłok tych mocnych ludzi. Moja wcale nie taka słaba życiówka na 3000m ze stadionu dałaby mi tam 39 miejsce - mówimy o jednym mityngu. To może nauczyć człowieka pokory.

Jutro ruszam w podróż do Spały. Połączenia są koszmarne, muszę to rozłożyć na dwa dni jazdy. Pogoda w ostatnich dniach była bardzo niekorzystna. Zimno jak cholera, na asfalcie warstwa lodu, w terenie śnieg, a co gorsza - lodowaty wiatr ze wschodu. Był tak przejmujący, że bez problemu przewiewał mnie na wskroś, chociaż miałem na sobie rekordową ilość warstw ubrań. Tak grubo ubrany nie biegałem jeszcze w życiu. To oczywiście ma swój wpływ na technikę, prędkość, luz w biegu.

Od końca listopada wszystkie treningi łupię na asfalcie, w cieniutkich, mało amortyzowanych butach. Nie mam problemów z kontuzjami, nawet niewiele co mnie boli. Parę dni temu dokuczało mi lekkie napięcie ścięgna przy kolanie, ale poleżałem na macie z kolcami, po kolei różnymi partiami mięsni - i przeszło.

Od tygodnia nie robię nic poza rozbieganiami i przebieżkami. Teraz oczywiście równie już nic nie zrobię, przed startem. W poniedziałek biegałem wspomniany przebieżkowy interwał na hali: 30x 45 metrów, przerwa 25 metrów trucht. Na tych 45 metrach musiałem się rozpędzić i wyhamować. Ciekawe doświadczenie.

No i teraz pozostaje pytanie - co z tego wyjdzie ciekawego w Spale? Na liście 800m jest rekordowa ilość mocnych zawodników. Pięciu takich, którzy mają życiówki grubo poniżej 1:50, nie licząc mnie. Niestety, moja życiówka jest najstarsza. Cieszę się jednak, że wreszcie będę mógł zrzucić te warstwy ciuchów i przebiec się półnago po suchym tartanie w kolcach.

21:16, plathman , Zawody
Link Komentarze (13) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7