| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      
Zakładki:
Ola Jakubczak - strona mojej zawodniczki
Strona Marcina Lewandowskiego 800m
poniedziałek, 01 listopada 2010
Nowy sezon, nowe wyzwania

Dzisiejszy dzień to dla mnie oficjalne rozpoczęcie przygotowań do kolejnego sezonu. Oficjalne - nie znaczy, że faktyczne. Ta data to pochodna moich biegowych początków. Kiedy startowałem tylko na dystansie 800m, sezon kończył się pod koniec września, październik był czasem odpoczynku i powolnego powrotu do treningu, a od listopada formalnie zaczynałem przygotowania. Teraz to się zmieniło, bo dwa poprzednie lata startowałem bez odpoczynku aż do połowy listopada - i dopiero wtedy robiłem przerwę. Można jednak powiedzieć, że mój rok księgowy to nadal listopad-listopad. Z ostatnim dniem października kończę numerację treningów w dzienniczku wedle starego porządku, zaczynam nowy rok, nowe rubryczki. To czas podsumowań i dalszych planów.

W tym roku po maratonie zrobiłem najpierw 5 dni zupełnego odpoczynku. W ogóle nie ciągnęło mnie do biegania. W sobotę wyszedłem na króciutki rozruch, połączony z czteroma luźnymi przebieżkami. Niedziela znowu wolna, a poniedziałek, czyli dziś, to pierwszy w miarę normalny trening. Było 5km, gimnastyka, 10x100m luźno - i 5km do domu. Kolejne 2-3 tygodnie to będzie jeszcze okres odpoczynku/wprowadzenia - treningi nieregularne, krótkie i łagodne. 11 listopada chcę pobiec milę w Słupsku lub Goleniowie, jeszcze nie wiem gdzie.

Podsumowanie tego sezonu wypada dla mnie marnie - to bez wątpienia mój najgorszy rok w całej "karierze". Fatalne wyniki na wszystkich dystansach, z kronikarskiego obowiązku zamieszczam je tutaj, wedle porządku - dystans, czas, miejsce:

stadion:

400m - sztafeta, zmiana w ok. 50 sekund

800m - 1:52,62 (5m); 1:53,06 (5m), 1:53,07 (1m)

1500m - 3:50,98 (1m), 3:50,83 (1m), 4:00,97 (1m) [ha, dopiero teraz widzę, że jestem w tym roku niepokonany na 1500m!]

3000m - 8:18,99 (8m), 8:31,50 (5m)

5000m - nie ukończyłem biegu

10 000m - nie ukończyłem biegu

ulica:

mila - dwa starty, czasy nieznane, 1 miejsce i 9 miejsce.

10km - 34:13 (18m)

półmaraton - 1:17:06 (daleko), 1:14:36 (6m)

maraton - 2:39:59 (daleko)

 

Czasy można częściowo tłumaczyć, np. ulewa pod koniec biegu na 10km,  trenigowe starty w połówce, marna pogoda na maraton, ale generalnie było to wszystko słabe. Tu prawdziwa ciekawostka - najsłabsze czasy mam w biegach długich, im dłużej, tym gorzej. Jest to o tyle zaskakujące, że w tym roku zrobiłem trening, który był wycelowany właśnie w te dystanse długie. Mam na ten temat sporo przemyśleń, sporo analiz i na pewno będę nimi bombardował czytelników przez cały rok. Można je w skrócie sprowadzić do tego, że po pierwsze, większy talent mam do biegów krótszych, a po drugie - rodzaj treningu, który wykonywałem w tym roku, kompletnie mi nie leży. Teraz już to wiem, potwierdziłem, zgadza się to z wieloma moimi przemyśleniami.

Trening był oparty o moje słabe strony: siłę, wytrzymałość, długie biegi ciągłe, długie rozbiegania. Celem była eliminacja tych słabości. Okazało się to komletną pomyłką. Najwyraźniej trening, jaki do mnie dociera, musi być oparty o moje mocne argumenty, czyli bardziej bazować na szybkości, rozluźnieniu w czasie biegu, dobrej technice i dynamice. Brzmi nieco zaskakująco w kontekście treningu pod dłuższe dystanse, ale tego typu praca pozwoliła mi się mocno poprawić na wszystkich dystansach długich w ostatnich dwóch latach. Dwa lata progresu, teraz rok regresu, cóż, tak bywa. Najważniejsze, że wnioski są wyciągnięte, a moje wyniki w tym roku to cenna lekcja. Jak pisze Daniels: każdy trening to eksperyment. Na sobie pozwalam sobie na dużo śmielsze eksperymenta niż w treningu kogoś innego.

Najbliższe miesiące będą całkowitym odwrotem od eksperymentu, który zacząłem rok temu po dość udanych mistrzostwach Polski. Od tamtego czasu jest tylko gorzej. Zmienią się nie elementy treningu, które w dużej mierze bedą te same, ale ogólny "wydźwięk", charakter wykonywanej pracy, na co innego będzie położony nacisk.

Podliczenia tego roku dały zaskakujące wyniki. Otóż wyjazd do USA, który miał mi pozwolić wykonać dużo większą pracę, w skali rocznej spowodował... ilościowy i jakościowy spadek. Im ciężej trenowałem zimą (3 kolejne miesiące to 3 kolejne rekordy objętości), tym bardziej musiałem odpoczywać latem. W ostatecznym rozrachunku zrobiłem w tym roku mniej prawie wszystkiego. Oczywiście w grę wchodzi błąd księgowy - w zeszłym roku nie miałem żadnych przerw, a w tym wpadł mi do rozliczeń odpoczynek po zeszłym sezonie (koniec listopada), i  tygodniowa przerwa w wakacje, i odpoczynek po maratonie i tym sezonie. Tym niemniej - rodzaj pracy, jaki robiłem przez ponad rok, nie zdał egzaminu. Nie chodzi tylko o czasy, bo gdyby była nadzieja na poprawę, mógłbym poczekać na efekty. Chodzi też o samopoczucie - a te było w tym roku fatalne od początku do końca.

Kolejna poza treningiem sprawa - za duże kombinacje związane z dietą. Uległem presji mody - nastawiłem się na zdrowszą dietę, minimalną ilość słodyczy, większą ilość zieleniny, ryb, ograniczenie podaży soli - tymczasem to u mnie nie działa. Podstawowa sprawa - najwyraźniej mam ogromny przerób kalorii, który przy takiej umiarkowanej diecie jest trudny do zaspokojenia. Dopiero, gdy wróciłem do diety polegającym na pochłanianiu ogromnych ilości wszystkiego, zacząłem odzyskiwać energię. Na obozie w Ustrzykach jadłem ogromne ilości słodyczy, oprócz normalnej diety. Nic nie przytyłem, wręcz zacząłem chudnąć, a jak policzyłem, normą było dla mnie spożywanie 6000-8000 tysięcy kcal dziennie! To się dziwnie składa z tym, że podczas najlepszych lat biegania 800m potrafiłem rąbać przez kilka miesięcy dzień w dzień 2-3 czekolady dziennie. Pamiętam takie noce, kiedy nie mogłem zasnąć i zjadałem np. kilogram ciastek!

Nie jestem przeciwnikiem zdrowej diety, wręcz przeciwnie. Niestety, na mnie to nie działa. Oczywiście, z pewnym przymrużeniem oka, bo tak czy inaczej odżywiam się nieźle - nie jem praktycznie żadnych chipsów, nie piję kolorowych napojów, tylko zieloną i miętową herbatę, bardzo mała ilość alkoholu, niezbyt wiele czerwonego mięsa... Jem za to np. sporo ryżu, soczewiczy (uwielbiam!), drobiu, piję dużo mleka, jem masę jogurtów. Od czasu do czasu tylko lubię zaszaleć i wrąbać paczkę chipsów, zapijając Colą, którą też bardzo lubię (ale piijam rzadko).

Wygląda po prostu na to, że muszę łupać potężne ilości kalorii, żeby normalnie egzystować. Owszem, czasami robię kontrolowane głodówki, np. gdy mniej biegam, albo gdy dopadnę interesującą książkę i nie mam czasu wstać, by zjeść - ale to rzadkość. Moja normalna egzystencja to ciągłe podsycanie wewnętrznego płomienia potężnymi ilościami paliwa. Może jest to związane z tym, że dużo myślę, np o tym, co napisać na blogu. Jak wiadomo, myślenie to bardzo absorbująca czynność. Może powinienem zacząć medytować, oszczędzając mózg.

Wygląda na to, że różne moje tegoroczne problemy, np. z sodem, to był wynik przekombinowanej diety, odejścia od staropolskiego napychania się wszystkim w dużych ilościach.

W każdym razie - zmieniam trening, zmieniam dietę. Warto też spojrzeć na pozytywy tego roku - ani jednego przeziębienia od października 2009, odbudowa mięśniowa i siłowa, no i jednak wykonana potężna praca, łącznie z przebiegniętym maratonem. Prędzej czy później to zaprocentuje, mam tylko nadzieję, że raczej prędzej niż później ; )

Na razie luźniutki trening, odzyskanie radości z biegania, a potem ponownie atakujemy tych cholernych Kenijczyków i Etiopczyków.

 

poniedziałek, 11 października 2010
Kilka słów o maratonie

Przetrwałem przygotowania do maratonu, chyba można już tak powiedzieć. Wczoraj wieczorem po 13 godzinach jazdy dotarłem do Słupska, dzień wcześniej po 4 godzinach byliśmy w Zamościu. Obóz w Ustrzykach przeszedł do historii. Pogoda w ostatecznym rozrachunku nam dopisała, trening udało się zrobić, dostosowując go do warunków miejscowych. Teraz mam 2 tygodnie odpoczynku i nie mam zamiaru tego zmarnować.

Otóż odpoczynek to słowo kluczowe w treningu. Pisałem o tym niejeden raz. Wielu biegaczy o tym zapomina, a ja sam w tym roku, po eksperymentach z bieganiem na zmęczeniu, tym bardziej doceniam rolę słodkiego obijania się w treningu. Komuś może wydawać się, że 2 tygodnie to dużo, że jeszcze można to tu, to tam, wcisnąć jakiś mocny bodziec. Otóż lepiej przez ten czas nie robić kompletnie nic, niż zrobić za dużo. I jeszcze jedna ważna sprawa - udało mi się uniknąć przemęczenia, które objawia się chorobą. To największe niebezpieczeństwo treningu jesienią i częsty błąd. Jeśli trenuje się zbyt mocno, łatwo dopada człowieka infekcja, w rezultacie cała forma ulatuje w siną dal. Był taki moment, wczoraj w Zamościu, że poczułem nieprzyjemne drapanie w gardle i już myślałem, że sam przeholowałem. Na szczęście był to fałszywy alarm. To, z czego jestem bardzo zadowolony, to fakt, że w tym roku miałem może różne problemy, ale ani jednego ze zdrowiem. Nie złapałem nawet najmniejszego kataru od października 2009 (kiedy oczywiście przeholowałem, zbyt mocny trening zbyt wcześnie po starcie). Co z tego, że się pobiega mocno, skoro skończy się to w łóżku, z gorączką, na antybiotykach czy innym świństwie? Trening najlepszy jest wtedy, kiedy pozwala na ciągłość. Lepiej zrobić mniej, ale bez wielkich przerw. Prędzej czy później przyniesie to duży wzrost formy.

Przyznam, że nareszcie wróciłem też do normalnej dyspozycji treningowej. Na pewno pomaga w tym pogoda, jest chłodno, sucho, powietrze wreszcie wolne od alergenów - pod tym względem to najlepszy czas w roku. Biegam normalnie, nie ma już sytuacji takich jak latem, że zaczynam biec i muszę się zatrzymać po kilku kilometrach, bo po prostu nie mam siły. Właściwie to żałuję, że nie jest to początek sezonu. Dopiero teraz zaczynam czuć charakterystyczną moc, ogólną kondycję, pozwalającą na wykonanie dobrego treningu i machnięcie dobrych startów na dystansach od 800m do 5km. Trochę późno, ale jak to mówię często - dobrze wykonana praca treningowa nie ginie, organizm przyjmuje zmiany, zaprocentuje to jak nie teraz, to w kolejnym sezonie.

Niestety, moją dyspozycję ma sprawdzić dla mnie najokrutniejszy z dystansów - maraton. Ze wszystkich stron mnie i Olę atakują opisy i statystyki maratońskiej "ściany". Co gorsza, oboje zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy typowymi kandydatami do ścięcia - wysokoenergetyczni szybkobiegacze wychodzący z biegów średnich. Ani techniki do maratonu, ani energetyki. Ale cóż, staram się mieć do tego zdrowe podejście, to znaczy: nie myśleć o tym za bardzo. Trening wykonany, strategia zaplanowana, czyli to, co było w naszych rękach, zrobione. Teraz relaks, odpuszczanie w treningu, a co ma być, to będzie. Wielu znajomych odradza mi start, wiedząc o tym, że jestem typem zawodnika sprawdzającym się na zupełnie innych dystansach. Sęk w tym, że ja po prostu chcę się sprawdzić na 42195m. Bardzo mnie ciekawi, jak to jest, i nic nie jest w stanie tej ciekawości zatrzymać. Nawet gdybym miał proroczą wiedzę, że po 35km będę musiał się czołgać do mety, to i tak chcę to poczuć na własnej skórze. Chodzi przecież o wyzwanie, challenge, a nie zbyt naukowe podejście do sprawy.

Jak wiadomo, maraton jest wyzwaniem głównie na dwóch płaszczyznach: energetycznej i mięśniowej. Energetycznie chodzi o to, żeby spalać ekonomicznie dostępne w mięśniach paliwo, tak, żeby wystarczyło do mety. Pod tym względem bardziej boję się o Olę - pomiary tętna i kwasu u niej pokazują, że ona jest wysokoenergetyczna. Ale z drugiej strony, te pomiary tyle razy okazały się nic nie warte, że również za wiele o nich nie myślimy. W sumie chodzi przecież nie o to, jaki ma się poziom kwasu mlekowego, ale o to, jak szybko będzie się na mecie ; ) Ola czasami w treningu miała jakieś kosmiczne poziomy i kwasu, i tętna, a gdy przychodziły zawody, wszystko było OK.

Druga sprawa - mechanika ruchu. Tutaj Ola jest mocna, a ja słabiutki. Chodzi o wytrzymałość siłową, odporność mięśni na zmęczenie, powtarzające się wstrząsy, mikrourazy. Należy to oddzielić od zwykłej siły. Otóż ja jestem w stanie generować bardzo dużą moc na krótkich dystansach, ale powtarzające się uszkodzenia kompletnie mnie rozbijają. To była zawsze moja słabsza strona (np. duża objętość, nawet łagodnego, treningu, sprawia mi zawsze problemy), do tego mój styl biegu jest typowo stadionowy - sprężysty, dynamiczny, skaczący. Na ulicy się to nie sprawdza. Stąd duża zmiana - na ten start rezygnuję z zupełnie minimalistycznych butów. Odkładam startówki w kąt, a zakładam buty startowo-treningowe, cięższe, ale bardziej miękkie.

Sprawa butów gnębiła mnie od kilku tygodni. Do tej pory, z racji bieganych dystansów, traktowałem buty bardzo ulgowo - mają być, to wszystko. Lubiłem lekkie, szybkie, nieamortyzowane modele, bez różnicowania na kolor, markę, rodzaj. Do maratonu zdecydowałem się zmienić to podejście. Zauważyłem mianowicie, że na asfalcie kompletnie padłem mięśniowo we wszystkich startach półmaratońskich, z wyjątkiem pierwszego. Co zaś było w tym pierwszym ważnego? Otóż biegłem właśnie w butach treningowo startowych.

Wbrew pozorom nie chodzi tu nawet o samą amortyzację. Jestem zwolennikiem biegania naturalnego, w cienkich butach, im więcej mam pod podeszwą, tym czuję się gorzej. Jednak typ buta ma wpływ na styl oraz szybkość biegu. Buty typowo startowe nasilają moje złe skłonności stadionowe, wyrywam do przodu, biegnę bardzo dynamicznie, za szybko, szybko się męczę. Tu warto zauważyć zaś, że zmęczenie mięśni ma ogromny wpływ na "silnik" - spalanie tlenu, tak zwane progi metaboliczne, rodzaj spalanego paliwa - wszystko to się mocno zmienia na niekorzyść, kiedy biegacz jest zmęczony. Nieco inny typ buta ma to zniwelować, chcę biec bardziej ekonomicznie, z mniejszymi uszkodzeniami mięśni, nie odbijać tak mocno stóp. Wygląda więc na to, że pobiegnę w butach Mizuno Precision, poleconych mi przez fachowca w tej materii, Tomka Michałowskiego z Decathlonu. Czy się sprawdzą, zobaczymy. Jedyne, co zrobię, to usunę z nich zapiętek - jest zbyt twardy, a do tego największy dostępny rozmiar jest dla mnie taki akurat, dopasowany, co na maraton może być niebezpieczne. Usunięcie zapiętka dodaje w środku dodatkowe pół centymetra. Chodzi o usunięcie usztywnienia ze środka zapiętka: rozcięcie go, wyjęcie usztywniającej płytki (drażniącej ścięgno achillesa) i zaszycie z powrotem.

Na razie nie zrobiłem w nowych butach ani treningu i to jest zła wiadomość. Ale mam 2 tygodnie na sprawdzenie ich.

Ola dostała właśnie nowa parę Kalenji Inspid, butów, które bardzo lubi, i które używa na co dzień w treningu. Dla mnie była to okazja do zrobienia zdjęć porównawczych. Niestety, nie miałem dobrego aparatu, do tego musialem pstrykać z lampą, więc na razie z tych zdjęć niewiele wyszło. Prezentuję efekt poniżej. Po lewej na pierwszym przód podeszwy starego Inspida, w którym Ola rąbnęła gdzieś 1500-2000km, w tym cały obóz w Ustrzykach po kamieniach. Po prawej nowy bucik. To jest właśnie ten typ treningowo-startowy, podobnie jak moje Mizuno. Jedyne, co z w nich mi nie pasuje, to usztywnienie pięty, ja na miejscu Oli bym je wyjął, ale ona nie chce:

poniedziałek, 04 października 2010
Trening maratoński

Szybki raport dla ciekawskich z treningu do maratonu w wykonaniu teamu MO czyli Marcin i Ola. Lekko nie jest. Zaadoptowaliśmy się do Ustrzyk, przetrwaliśmy ochłodzenie, dajemy radę z nocnymi przymrozkami, ale szczególnie autor bloga słania się pod ciężarem długich treningów. Trzeba przyznać, że doświadczenie z biegów na 800m nie jest tu bardzo pomocne.

Z powodu specyfiki naszych przygotowań - dość późnej pory, możliwości treningowych, startów takich jak liga i w ogóle naszej osobistej charakterystyki jako zawodników, zdecydowałem się na przygotowania mocno różniące się od tradycyjnej szkoły maratońskiej. Przede wszystkim nie ma tu fazy potężnego kilometrażu. Ola biega więcej niż ja, ale zdarzało sie jej wcześniej biegać w dużo większej ilości. Ja tuptam sobie po 100-120km tygodniowo, z jednym tygodniem na 150km, tym, który właśnie minął. Do tego kilka charakterystycznych, specyficznych bodźców. Ostatnim naprawdę ciężkim był wczorajszy długi bieg. Teraz powoli zaczynamy zabawę, mamy 3 tygodnie do startu, nie jest to jeszcze wielkie odpuszczenie, ale na pewno zdecydowane zdjęcie nogi z gazu.

Otóż wczorajszy trening miał postać długiego biegu z narastającą prędkością. Ciężko mi podać objętość, ponieważ to jest bieganie w górach, więc prędkości wahają się mocno, zależnie od tego, czy lecimy zgodnie czy wbrew sile grawitacji. Zaczęło się to od, powiedzmy, 24km swobodnego biegu w górę i w dół. Ot tak, żeby zmęczyć nogi i spalić trochę energetycznych zapasów mięśniowych. Skończyliśmy, sprytnie, w dole. Z tego przeszliśmy do, orientacyjnie, 11km biegu powrotnego z narastającą prędkością, głównie pod górkę. Intensywność od średnio do mocno. Jak dla mnie - koszmar.

Brzmi to tak wesoło, ale spójrzmy na to z innej strony. Mówimy tu o blisko 2 godzinach 40 minutach biegu po kamieniach i asfalcie, w górę i w dół. Nogi mam skatowane wcześniejszymi biegami w Ustrzykach. Me szczupłe mięśnie kryją mocno uszczuplone zapasy energetyczne. Mikrourazy mięśniowe na bardzo wysokim poziomie. W takim stanie zaczynam końcowy bieg ciągły, który zaczyna się niesympatycznym, 5-kilometrowym, ciągłym podbiegiem. Ani chwili wytchnienia! Po tym jest może z 400m lekko w dół, gdzie przez chwilę mam złudzenie, że dotrwam do końca w dobrym stanie. Nic z tego!

Przechodzę (bez zatrzymywania) do drugiej części, która zaczyna się może 2-kilometrowym podbiegiem, nachylenie od średnio do bardzo stromo. Aha, czy powiedzialem, że przedtreningowe założenia zakładają w drugiej części bardzo mocne atakowanie podbiegów, tym mocniejsze, im większe nachylenie? No to atakuję, pot zalewa oczy, mięśnie wyją, rzężenie płuc odbija się echem po okolicznych połoninach... Kiedy dobiegam do kolejnego odcinka, 2 kilometry łagodnie w dół, nie napotykam upragnionego wytchnienia. Otóż mięśnie są tak rozbite, że w dół biegnie się dużo gorzej niż pod górkę. Oddech się uspokaja, ale nogi chwiejnie lądują na kamienistym podłożu. Pod względem mięśniowym to jedna wielka masakra! Ale w końcu trenujemy do maratonu, tam, przynajmniej w teorii, będzie gorzej, prawda?

Z utęsknieniem witam ostatnie 1,5 kilometra, jest tak może z 200m stromego zbiegu, ale poza tym głównie wbieg, na koniec najgorszy odcinek. Przeklinam sam siebie, że siedząc przed mapą tak wrednie wybrałem ukształtowanie terenu, żeby najgorsze zostawić na koniec. Ale oczywiście nad tą mapą przewidziałem, że tak będzie i uśmiechałem się złośliwie do tego mnie z przyszłości, który będzie musiał zmierzyć się z tą ścianą. Ostatnie 800m to atak na stok o nachyleniu jakieś 20-30% tak na oko. Ma być mocno. Zwierzyna łowna ucieka przerażona z okolicznych lasów, słysząc dźwięki dobywające się z moich płuc. Mięśnie angażują ostatnie zapasy. Ząb zgrzyta o ząb, kiedy cisnę pod górkę, oczy wyskakują z oczodołów, włosy stają dęba, język plącze się pod nogami. Jest ciężko, gorzej niż w Wietnamie.

Ale w końcu przyjemna polanka, koniec biegu, Ola czeka na miejscu, bo wybiegła wcześniej.  Ubieram się, bo marznę od razu, z powodu węglowodanowego wyczerpania trzęsę się z zimna, mimo słońca. Wyglądam tak:

Piję, a potem do wieczora obżeram się słodyczami. Myślę, że w maratonie nie będzie już gorzej.

środa, 29 września 2010
Bieganie w Ustrzykach Dolnych

Nasz obóz treningowy trwa, ale muszę przyznać, że wyjazd do Utrzyk pod względem biegowym jest mocno nieudany. Oczekiwania mieliśmy dużo większe niż to, co zastaliśmy na miejscu.

Żeby nie zaczynać od narzekania, napiszę o dobrych stronach pobytu tutaj. Po pierwsze, mieszkamy w przyjemnym miejscu, jest czysto, właściciel miły. Po drugie, jest w gruncie rzeczy cicho, jest czyste powietrze, jest psychiczne oderwanie się od codzienności. No i  ceny w sklepach dość niskie, wejściówka na basen tania. Ale to chyba wszystko z pozytywów.

Bieganie w Ustrzykach to duża pomyłka. Jest to jedno z nielicznych miejsc w Polsce, które poznałem, gdzie właściwie nie ma gdzie biegać. Na co liczyłem? Na rozbiegania wykonywane w urozmaiconym, naturalnym, pagórkowatym terenie oraz na mocniejsze treningi wykonywane na kawałku prostej, którą znajdę gdzieś w okolicznych lasach. Nie miałem więc wielkich oczekiwań. Tymczasem nie ma tutaj ani jednego, ani drugiego. Odkrywamy to ze zdumieniem każdego dnia.

Teoretycznie są szlaki turystyczne i rowerowe. Ich pierwsza wada - żeby dostać się na którykolwiek z nich, trzeba wykonać kawał niemal pionowej wspinaczki. A szlaki są w marnym stanie - jest bardzo ślisko, to są jakieś ubłocone ścieżki, prowadzące w górę. Wchodzenie nimi to walka o życie. A co napotykamy u góry? Otóż napotykamy teoretyczny potencjał biegowy, który jest jednak niezrealizowany. Na szlakach na szczycie Małego Króla czy Laworty są piękne proste, prowadzące lasem i łąką. Ale co z tego, skoro zamiast turystom, służą one do rabunkowego wyrąbu drewna?

Otóż gospodarka leśna to jedna z wielu polskich patologii, to samo dzieje się w Słupsku. Nikomu nie opłaca się inwestowanie w szlaki turystyczne czy parki narodowe. Opłaca się wycinka drewna, bo drewno to twarda gotówka. W Ustrzykach szlaki turystyczne to jedna wielka błostnista breja, rozjeżdżana przez traktory i ciężarówki z błotem, pełna kolein i dziur. Nie wiem, jak miałby przejść tamtędy jakikolwiek turysta, o biegaczu nie wspominając. Krajobraz wygląda jak po wybuchu bomby atomowej - ścięte hektary lasu, a to, co zostało, jest niemiłosiernie stratowane, rozjeżdżone, zmiażdżone przez ciężki sprzęt. Nawet w obrębie rezerwatu co rusz napotykamy a to na samochody, które wjeżdżają tam, nie zwracając uwagi na zakazy wjazdu, a to np. koparkę, prowadzącą jakieś roboty ziemne. Dla kogoś, kto lubi przyrodę, jest to straszny widok.

Nie wiem, kto rządzi w Ustrzykach, ale nie przypomina mi to stolicy Bieszczad, tylko Bazę Ludzi Umarłych. Szlaki turystyczne tutaj to fikcja. Zdarzają się malownicze wioseczki i piękne widoki, ale więcej jest drwali, wszędzie też jak grzyby po deszczu wyrastają kolejne domy i rezydencje. Spodziewałem się biegów śladami Stachury, a mam biegi śladami leśnych spustoszeń, ewentualnie w spalinowym śladzie kolejnej ciężarówki.

Znaleźliśmy niezłe tereny biegowe w okolicach granicy (dojazd samochodem). Tylko co niesamowite, wszędzie tam... leży asfalt. Jest to asfalt fatalnej jakości, pełen dziur, krzywy - ale, kurde, asfalt. Ciężko znaleźć choćby kawałek ścieżki z naturalną nawierzchnią. Uciekliśmy więc od cywilizacji po to, żeby wszystkie treningi rąbać, tupać po asfalcie. Biegamy albo przy tej granicy, albo po prostu uboczami miasta, po chodnikach. Koszmar! Obóz biegowy po chodnikach, wyobrażacie to sobie?

Jest tu stadion żużlowy, ale po deszczu zmienił się w jedno wielkie błotniste rozlewisko. No i dalej - Ustrzyki to jakaś lokalna stolica patologii. W żadnym mieście w Polsce nie widziałem tylu pijaków i obiboków. W niedzielę rano miasto wygląda jak pobojowisko - wszędzie albo kręcą się półprzytomne grupki podpitych, skacowanych mężczyzn, albo ich niedobitki leżą na trawnikach i w krzakach. Z fascynacją obserwuję lokalne roboty interwencyjne, wykonywane przez gromadę osób płci obojga, uzbrojonych w miotły i kamizelki odblaskowe. Spotykamy ich w różnych ukrytych miejscach, ze stadionem włącznie, ale nie udało nam się przyłapać ich nawet na minucie pracy, za to za każdym razem solidarnie i wesoło rozpijają kolejną flaszkę wódki. A to nad rzeką, a to na zrujnowanym stadionie, a to w parku... Ich pomysłowość nie ma granic.

Nie znależliśmy ani kawałka, nawet 200m prostej, gdzie nie byłoby stromizny lub wielkich dziur w drodze, trudnych do ominięcia. A przebiegliśmy tu dziesiątki kilometrów. Wałęsające się tu i ówdzie bezpańskie psy tylko dopełniają niewesołego obrazu całości.

Z zabawniejszych spraw, to śmiertelnie przestraszył nas dziki ryk, dobiegający z lasu, gdy biegaliśmy w pobliżu granicy. Ola była pewna, że to niedźwiedź żywiący się biegaczami, prawdopodobnie jednak był to jeleń, podobno trwają ich gody. Omal nie połamaliśmy też nóg, skacząc w górę, gdy Ola prawie depnęła na żmiję i zaczęła przeraźliwie krzyczeć. U mnie był to niemal atak serca spowodowany tym nagłym wrzaskiem, nie pierwszy zresztą. Oli odruch bezwarunkowy w momencie napotkania jakiegoś zwierzęcia polega na strasznym wrzasku (podczas gdy ja błądzę myślami daleko, rozgryzając strategię przygotowania do sezonu 2015/2016) oraz na złapaniu mnie za rękę i popchnięciu w kierunku niebezpieczeństwa. Zwykle zanim zorientuję się, o co chodzi, mam już tętno powyżej maksymalnego...

Co zabawne, na pustyni w Stanach nie napotkaliśmy ani węża, ani żadnego groźnego zwierzęcia, a w Bieszczadach dwukrotnie już wpadaliśmy na żmije. Było to jednak w pierwszych, słonecznych dniach, teraz się ochłodziło i gadziny na pewno schowały się pod ziemią.

Widziałem też kwaterę pustelnika, który wypala drewno na wegiel drzewny, czytałem o nim kiedyś reportaż.

Ogólnie więc staramy się robić, co się da, a co z tego wyniknie, zobaczymy. Biegamy sporo, ale nie przesadnie dużo, tupiemy po tym dziurawym asfalcie, obecnie mokniemy i jesteśmy sieczeni bezlitosnym wiatrem. Kilka dni temu biegaliśmy rozebrani, dzisiaj było 5 stopni, wiatr, deszcz... Generalnie nie polecam Ustrzyk biegaczom, nie ma tu za bardzo gdzie biegać.

A na deser fotki wykonane kilka dni temu po zabójczo długim rozbieganiu:

 

poniedziałek, 20 września 2010
Start półmaraton/maraton

Nadszedł czas na ostateczne decyzje w sprawie tegorocznych startów. W związku z tym mogę napisać nieco szerzej o tym, jaki jest plan. Otóż i ja, i Ola, planujemy start w maratonie w Dębnie, w mistrzostwach Polski. W związku z przygotowaniami do tego biegu wystartowaliśmy wczoraj w półmaratonie w Łowiczu.

Pierwsze przymiarki do tego start zrobiłem już na początku sierpnia. Były to jednak luźne myśli na temat tego, że może warto byłoby pobiec maraton. Trening wymagał planowania, więc założyłem, że powoli budujemy formę z myślą o ewentualnym starcie w maratonie, a pod koniec września będzie decyzja. W związku z tym fatalnie pasował do tej koncepcji start podczas ligi lekkoatletycznej, ja na 800m, Ola na 3000m. Ale jakoś poszło, nawet nieźle.

Teraz czas na końcowe przygotowania i w związku z tym jest krótka decyzja: biegniemy. U Oli jest to naturalny, wcześniej planowany rozwój jej biegowej kariery, u mnie... u mnie mararton brzmi nieco ryzykownie. Jak bowiem wiadomo, najmocniejszy jestem w krótkich biegach na bieżni, im dłuższy dystans, do tego na asfalcie, tym jest gorzej. Ale podjąłem wyzwanie, zobaczymy, czy dotrwam.

Wczoraj pobiegliśmy półmaraton w Łowiczu. Ola wygrała, ja byłem 6, oboje słabe czasy, ale w zasadzie było to wkalkulowane. Otóż hołduję takim zasadom przygotowania do maratonu, które wręcz uniemożliwiają w międzyczasie poprawę życiówek na krótszych dystansach. Cytując Renato Canovę powiem, że uważam, że jeśli ktoś, trenując do maratonu, uzyskuje w ostatnich tygodniach życiową formę na 10km czy w półmaratonie, oznacza to błąd treningowy. Zamiast bowiem do znoszenia specyficznego wysiłku maratońskiego, przygotował się do krótkiego wyścigu. To podejście nieraz miało swoje potwierdzenie, nawet na najwyższych poziomach (a może szczególnie na najwyższych poziomach). Taki np. Zernessay Tadesse pobił rekord świata w półmaratonie, a w maratonie... nędza. Szykujący się do maratonu w Chicago Ryan Hall startował wczoraj w półmaratonie w Philadelfii - nędza.

Bieg w Łowiczu i dla mnie, i dla Oli wyglądał inaczej. Po pierwsze, trzeba wspomnieć o strasznym wietrze - koszmar. W Łowiczu jest fajna, niemal płaska trasa, ale są długie proste, akurat te odsłonięte były pod wiatr. Wiało potężnie. Ola niemal od początku biegła sama, zostawiając za sobą dwie Ukrainki. Doganiała kolejnych słabnących mężczyzn i ostatecznie zajęła 11 miejsce w ogólnej klasyfikacji. Przebiegła dystans na luzie, nawet na zbyt wielkim luzie. Czas: 1:20:57.

Ja zacząłem zgodnie z planem, bardzo luźno. Ną czoło wyskoczyło dwóch Ukraińców, którzy szybko uzyskali dużą przewagę. Wtedy też przeszarżowałem - zamiast biec spokojnie w drugiej grupie, odłączyłem się od niej i zacząłem szaleńczo gonić liderów. Tempo wydawało mi się bardzo wolne, a nie było jak sprawdzic międzyczasów. To się skończyło marnie - nie dogoniłem ich, choć zbliżyłem się mocno, a straciłem szarpnięciem masę sił, za co zapłaciłem później. Okazało się zresztą, że Ci Ukraińcy to mocni zawodnicy, myślałem, że to Ukraińcy drugiego rzutu, a był to rzut pierwszy ; )

W końu więc i tak zaczekałem na drugą grupę, biegłem z nimi aż do ostatniej pętli, gdzie złapał mnie moment kryzysu - po pierwsze, żołądkowo, po drugie, osłabłem mięśniowo. Moja grupka uciekła, ja przebiegłem ostatnią pętlę sam, skończyłem w 1:14:36. Poza pierwszymi czterema kilometrami był to równy, spokojny bieg. Zgodnie z planem za 5 tygodni powinienem w tym tempie wytrzymać maraton. Ale przyznam szczerze że nabrałem wątpliwości co do tego, czy w moim przypadku teoria sprawdzi się z praktyką. Mięśniowo osłabłem, bolą mnie nogi, szczególnie łydki. Moja technika nie pasuje na ulicę i mimo wszelkich prób nie widać poprawy.

Jest jeszcze kwestia butów, żeli itp. W Łowiczu biegliśmy treningowo, bez dużego odpuszczania w treningu, jedynie z kilkoma luźniejszymi dniami, bez treningu specyficznego pod półmaraton. Do sprawdzenia było wiele spraw i nie wszystko się udało. Jeśli chodzi o buty, to u Oli nie ma problemów i wątpliwości. Jest związana z marką Kalenji, bardzo ją sobie chwali, w biegach do połówki używa zielonego modelu Inspid Comp. To świetny, lekki but na szybkie biegi, sam używam czerwonego modelu do krótkich wyścigów (wygrałem w nim dwa razy wyścig na milę). O ile jednak u Oli sprawdza się on również w półmaratonie, tak u mnie nie bardzo - strasznie wytłukłem w nim nogi w Inowrocławiu. Winny jest tu chyba mój sposób biegu. Tu zresztą ciekawostka - Ola przebiegła trzy półmaratony w minimalistycznych butach Kalenji Eliofeet, bez żadnych problemów i w dobrych czasach. Sam również złapałem jedne na wyprzedaży (69zł!) - są w fajnych, żywych kolorach, ale używałem ich tylko na treningach w lesie.

W maratonie Ola biegnie w Kalenji Inspid - nieco cięższym, bardziej amortyzowanym bucie, który Ola bardzo lubi, nazywając "pszczołą" z powodu kolorystyki. Jest to jej podstawowy but treningowy. Ja maraton planuję wstępnie w butach Puma RoadRacer III. Są to świetne startówki, lekkie, wygodne, a w opisie stoi jak byk, że nadają się na wyścigi od 5km do maratonu. Mam akurat te startówki, bo udało mi się kupić je w Stanach na wyprzedaży za równowartość 120zł (w Polsce kosztują 3 razy tyle). Taka jest moja strategia doboru butów ; )

Teraz mam jednak dylemat. Pumy się sprawdziły w tym sensie, że były bardzo wygodne i miękkie. Łydki jednak czuję i na asfalcie czułem się marnie. Nie wiem, czy nie są dla mnie za twarde. Po biegu rozmawiałem z Wojtkiem Więckowskim, kiedyś biegaczem bardzo dobrego poziomu, teraz jednym z najlepszych weteranów w Polsce (49 lat i 1:13 w półmaratonie)! On stwierdził, że przy mojej technice te buty moga być zbyt minimalistyczne. Kusi mnie spróbowanie typowych butów do maratonu, typu Nike Marathoner, ale w Polsce są drogie. Nie wiem zresztą, czy nie okaże sie, że na asfalcie w każdych butach bolą mnie łydki. Zresztą ten ból może być spowodowany częściowo tym, że nie byłem do końca wypoczęty na ten bieg.

Swoja drogą, moje dwa podstawowe buty treningowe to teraz dwa modele Pumy, które również kupiłem w śmiesznych cenach w USA. Nie wiem jednak, czy nie są za grube, w tym sensie, że za mocno amortyzowane, przez co łydki bolą mnie po przesiadce na lekkie buty. Rok tem biegałem wszystkie treningi w lekkich, cieniutkich butach półstartowych i potem w czasie startu czułem się dobrze. Na razie więc moja strategia wygląda tak, że pobiegam więcej długich treningów w cienkich butach i zobaczę, jak to znoszę. Mam takie cieniutkie Nike, również z USA ; ) Ze Stanów przywiozłem wiosną 13 par butów i kolców, do biegania i chodzenia. Zapłaciłem za całość jakieś 700-800zł, swoją drogą. Teoretycznie mam więc w czym przebierać, ale okazuje się, że do maratonu jest kłopot. Bardzo dobrze biega mi się w leciutkich butach Adidas Attune, ale one są dość obcisłe, na maraton za ciasne.

Kolejna sprawa - picie i żele. W Łowiczu po raz pierwszy w życiu piłem w czasie biegu. Opanowałem wcześniej teorię zgniatania kubeczka i jakoś to poszło, całkiem nieźle jak na początkującego. Gorzej z żelem - zapomniałem go zabrać z plecaka na bieg ; ) Z próby wyszły więc nici. Mam zamiar użyc poleconego mi przez tatę żelu Carbosnack, ale jak macie jakieś inne sprawdzone wspomaganie, dajcie znać.

Kolejna sprawa - otarcia, zawsze mój duży problem. W Łowiczu miałem je niemal wszędzie, gdzie można mieć, mimo użycia wazeliny ; ) Do zmiany pójdzie koszulka i spodenki, wypróbuję też jakiegoś innego kremu - czekam na propozycję tego, co Wam najbardziej pasuje.

Sam trening idzie powoli. Mam zaplanowane do maratonu 4 kluczowe bodźce, zobaczymy, co z nich wyjdzie. Jutro jedziemy z Olą potrenować w Ustrzykach Dolnych. Zarezerwowaliśmy noclegi, ale na miejscu nigdy nie byliśmy, chociaż na mapie trasy biegowe wyglądają bardzo dobrze. Po Ustrzykach do maratonu już mocno luzujemy.

Od sierpnia budowałem stopniowo długość swoich długich biegów - biegłem 24km, 28km, 30km. 10 dni przed Łowiczem robiłem symulację maratońską: 19km spokojnie + 12km z tempem maratonu + 2km spokojnie. Tempo maratonu było tylko w sensie odczucia, bo te 12km biegałem w lesie na pofałdowanej trasie, w tempie średnio 3:45/km. Chodziło jednak o szybsze tempo na zmęczeniu energetycznym. Na tym treningu zrobiłem 33km i byłem zadowolony. Plan startowy zakłada tempo 3:35-3:30/km i na tej prędkości chiałbym być swobodny i wydajny energetycznie.

O Ole się nie boję - ona biega dużo więcej ode mnie, a długie bodźce znosi bardzo dobrze. Dębno ma być naszym maratonem "na próbę" - sprawdzeniem, jak ma się trening do startu, jak się czujemy, jak się mają prędkości treningowe do startowych. Mam też ambitny plan biegu w równym tempie lub wręcz "negative splits" - czyli druga połowa biegu szybsza niż pierwsza. W ten sposób w Polsce biega mało kto z czołówki, a szkoda, bo to własnie świadczy o dobrej strategii i dobrym treningu. Z czołówki dziewczyn w ten sposób rozkładały siły Agnieszka Gortel i Agnieszka Janasiak, trenowane przez Jerzego Skarżyńskiego i Zbyszka Nadolskiego.

Jesli wszystko wyjdzie, widzimy się w Dębnie... A tutaj relacja i fotki z Łowicza, jest kilka zdjęć moich i Oli: http://maratonypolskie.pl/mp_index.php?dzial=1&action=7&code=8220&bieganie

 

sobota, 21 sierpnia 2010
Nowości treningowe

Dawno nie pisałem o tym, jak mi się biega, co biegam. Otóż biega mi się, oczywiście, ciężko : ) Tym razem jednak nie tyle z powodu ogólnego kryzysu, co wyczerpujących treningów. No i pogoda, pogoda to coś, na co w tym roku można narzekać z pełną odpowiedzialnością. W Słupsku przez ostatni miesiąc mieliśmy prawdziwy przekładaniec: najpierw kilka dni upału, potem 1-2 dni deszczu. W rezultacie panuje koszmarna wilgotność, na treningach pot leje się z człowieka jak lukier z pączka. Ważę się czasami przed i po treningu, no i po niewinnym rozbieganiu 14km potrafię stracić 3kg. Wychodzę na treningi wieczorami, ale przy dłuższych bodźcach szybko zaczyna się ściemniać.

Trening wrócił do normalności, w tym sensie, że potrafię biec w miarę normalnie, bez koszmarnych kryzysów na zwykłym rozbieganiu. Kilometraż cały czas pnie się w górę, chociaż bardzo powoli, bo a to zrobię sobie wolne, a to trzeba odpuszcząć z innego powodu (np. miałem ślub bardzo dobrego kumpla, którego znam od 20 lat). Ostatnie 3 tygodnie to flirtowanie w okolicach 100km tygodniowo. Niby nie za wiele, ale ponieważ dawno tyle nie biegałem, odczuwam to. Poza tym robię pojedyncze bardzo długie jednostki treningowe, po których kolejne 2-3 dni są bardzo łagodne. Po pierwsze dlatego, że uważam, że wplatanie elementów dłuższych do treningu powinno pomóc mi wydolnościowo. A po drugie, bo w tym roku szanse na dobrą życiówkę mam już właściwie tylko w półmaratonie. Dlatego chcę pobiec jakiś półmaraton jesienią, najlepiej oczywiście szybki i dobry.

Po przebojach, jakie miałem na mistrzostwach Polski na bieżni, doszedłem też do wniosku, że prędzej czy później muszę spróbować maratonu. Trzeba zrobić wszystko, byle trzymać się jak najdalej od PZLA, nawet jeśli oznacza to starty na dystansach, na których jestem słaby i które mnie niszczą fizycznie i psychicznie. Do tej pory trenowałem z myślą, że szybko nie pobiegnę żadnego dystansu dłuższego niż półmaraton, a i to rzadko. Teraz zaś psychicznie dojrzewam do myśli, że prędzej czy później trzeba będzie zaatakować maraton i zobaczyć, jak to boli. Do tej pory trening Oli był nastawiony w ten sposób, że prędzej czy później miała spróbować maratonu. Tu szybka uwaga, że dlatego ten trening wyglądał tak, jak wyglądał, gdybym nie planował w przyszłości dla Oli maratonu, trenowałaby zupełnie inaczej. W treningu ważny jest bowiem cel długofalowy, poza celami pośrednimi. Długofalowy celem u Oli był od co najmniej 2 lat maraton. Teraz u mnie ten cel staje się podobny. A co.

W związku z tym długofalowa strategia treningowa zakłada takie, a nie inne bieganie. Stąd elementy maratońskie, pojawiające się w naszym treningu już od 2 lat, a właściwie wprowadzenie do treningu maratońskiego. Trzeba tu przywołać przykład Amerykanina Ritzenheina, który po kilku latach treningu maratońskiego nie zawojował może dystansu 42km 195m, ale poprawił się potężnie na tych krotszych. Liczę więc, że i u mnie zadziała podobny efekt, stąd elementy maratońskie obfite w tym roku w styczniu i lutym. Teraz też robię czasami treningi bardzo długie. Na razie efekty są mizerne, ale wiadomo, że chodzi tu o gługoletnią kumulację, która pozwoli mi kiedyś biegać szybko jak pędziwiatr, np. w kategorii M-95 ; )

Jak więc trenowałem ostatnio? Otóż zrobiłem m.in. dwa długie rozbiegania: 24km i 28km. To drugie trwało 2 godziny 9 minut, biegłem mniej więcej w tempie 4:25/km, z wyjątkiem 10km, które przebiegam po polnych ścieżkach. Trwają żniwa, jest wysoka trawa, nierówności, nisko przelatujące ciągniki, więc w trawie biegam na pewno dużo wolniej. Oprócz rozbiegań miałem w planie trening 6x3km biegu ciągłego. To był jednak kiepski dzień. Była potworna wilgotność i palące słońce, nie wspominając o ścianie wiatru, zacząłem więc biegać rano, ale po dwóch odcinkach trzykilometrowych, które były zawstydzająco wolne (a ja słaniałem się na nogach), przeniosłem to na wieczór. Wieczorem pobiegłem 5x3km w tempie ok. 3:36/km, nie bardzo szybko, ale i nie całkiem wolno, szczególnie zważywszy na zabójczą wilgotność. Nogi bolą mnie do dzisiaj.

Ponieważ na początku września mam start ligowy, gdzie najdłuższym dystansem są 3km, muszę też wprowadzać elementy treningu szybkościowego/kwasowego. Pierwszym takim elementem (po interwale 20x300m) był trening 6x600m. Swoją drogą, wybrałem taki akurat bodziec, bo mialem jechać 3 dni później do Międzyzdrojów, żeby pobiec 5000m. Ten trening był więc pewnym kompromisem między możliwościami, potrzebami i chęciami. Z wyjazdu zrezygnowałem dzień przed biegiem - kawał jazdy, gorąco, kłopoty z noclegiem, a brak możliwości powrotu w ten sam dzień, bo start był ok. 21. Trochę żałuję, ale z drugiej strony nie chciało mi się tracić dwóch dni, kiedy nie miałem pewności, jak stoję z formą. A w Międzyzdrojach bieg był bardzo dobry, Radek Kłeczek, który w tym roku jest porażająco szybki na finiszu, pobiegł 13:43, najszybszy bieg Polaka od 12 lat.

To 6x600m było zaskakująco dobre. Zacząłem bardzo ostrożnie, na 1:48, skończyłem na 1:36. Mogłem porównać to z treningiem, który robiłem w podobnych okolicznościach 2 lata temu. Wtedy biegałem wolniej i na dłuższych przerwach - 3 minuty wtedy, 2 minuty 15 sekund teraz. Do tego biegałem o godzinie 15, w największy upał. Ten trening był sporym zaskoczeniem. Oczywiście na wielu treningowych szaleńcach nie zrobi to wrażenia, ale mój model treningu zakłada spokojne treningi i mocne starty, nie odwrotnie, dlatego moje bodźce nigdy nikogo nie rzucały na kolana.

Po wieczornym treningu 5x3km, po który do dzisiaj bolą mnie nogi, dzień później zrobiłem akcent szybkośćiowy: 5x200m, w tempie od 31 do 27 sekund. Było ciężko, zresztą akurat tego dnia zrobiło się zimno i padał deszcz. Biegałem mocno ubrany, ta pogoda jest szalona - 2 dni później znowu ukrop. No i dzisiaj zaliczyłem w końcu start treningowy (z powodu i pod kątem tej ligi lekkoatletycznej, a powodu tego startu było te 5x200m). Startowałem na lokalnym mityngu na dystansie 1500m. Wygrałem, ale czas bardzo słaby. Nie biegłem jednak dla czasu, tylko w ramach przetarcia i odmiany w treningu, na zmęczonych nogach. Pierwsze 700m człapałem za młodymi kolegami, było piekielnie wolno, potem wyszedłem na prowadzenie, przycisnąłem ostatnie 400m i skończyłem z wynikiem 4:00,87 - z przewagą 6 sekund nad drugim. Żałuję, że nie przycisnąłem bardziej, bo w ciągu ostatnich 8 lat tylko raz pobiegłem powyżej 4 minut - w oberwaniu chmury, kiedy wracałem po kontuzji, 3 czy 4 lata temu. No ale start treningowy to start treningowy, rządzi się swoimi prawami.

Trenuję dalej, przed ligą trochę odpuszczę i wystartuję tam na 3000m, licząc na czas w granicach przyzwoitości. Potem zaś atakuję półmaraton, na razie nie ma ostatecznej decyzji, kiedy. Są pewne przymiarki, ale wstępne. Wiadomo, jeśli odezwie się jakiś Nowy Jork czy Boston, oferując wielocyfrowe honorarium, zastanowię się, ponegocjujemy ; ) Jeśli nie, to wybiorę jakieś bieganie w swojskich klimatach w kraju. Piła odpada z powodu ligi.

Tak to więc wygląda - trenuję w miarę normalnie. Boli, bo boli, nic nowego. Normalnie trenuje też Ola. Ona idzie zupełnie inną ścieżką. Również startuje na 3000m na lidze, ale wcześniej nie ma żadnego startu na przetarcie. W tej chwili biega więc wyraźnie więcej niż ja. Czasami czuje lekkie "ciągnięcie" w mięśniach, ale poza tym wszystko jak na razie jest OK z jej kontuzją. Biega jednak z paskiem poprawiającym postawę, nie wiadomo, jak się będzie czuła po zdjęciu tego.

Ogólne wiadomości są jednak w miarę pozytywne. Co prawda nie zagrożę na razie Kenenisie Bekele, ale trening idzie OK. Nie biegam zbyt wiele, nie czuję się powalająco, nogi bolą, ale jakoś to wygląda. Co z tego wyjdzie? Zobaczymy.

wtorek, 10 sierpnia 2010
Back in Black

Ostatnie dni to kilka dobrych nowin treningowych. Przede wszystkim i ja, i Ola, wygrzebujemy się z kryzysów. Ola katorżniczą pracą poprawia stan swojego kręgosłupa, pozycję w biegu, gibkość. W związku z tym pojawiły się u niej dziwne bóle, których nigdy nie odczuwała, nawet zakwasy w mięśniach czworogłowych, wcześniej rzecz niespotykana (przynajmniej wie, jak ja cierpię, bo u mnie zakwasy to codzienność). Wyraźnie widać, że zmienia się mechanika ruchu, np. w dobrze rozbieganych butach Ola nabawiła się koszmarnych obtarć, stopa inaczej musi się układać. Stosujemy relaksację poizometryczną, klasyczne rozciąganie, matę relaksacyjną, the Stick, ćwiczenia techniczne i różne warianty pracy rąk. Co najwazniejsze - trening jest już właściwie wprowadzony na 100%, a dwugłowce nie dokuczają.

U mnie przeskok kompletny od dna do normalności. Wygląda na to, że za większość problemów odpowiadały niedobory soli, konkretnie sodu. Fachowo nazywa się to hiponatremią. Po dwóch dniach nasalania jak ręką odjął minęły dolegliwości, które dokuczały mi od miesięcy. Oczywiście dopuszczam nadal myśl, że to efekt odpoczynku lub zwykłe placebo, ale poszlaki wskazują na co innego.

Wcześniej, mimo odpuszczania i odpoczynku, w kwestii samopoczucia niewiele się zmieniło. Tymczasem po wprowadzeniu do diety pokaźnych ilości soli nastąpiło moje odrodzenie. To cały szereg różnych zmian. Zaczęło się o poranku. Otóż ustapiło mi poranne zmęczenie. Do tej pory budziłem się rano zmęczony, nieważne jak długo spałem. Wstawałem zmęczony, a potem było tylko gorzej. Nogi miałem jak kołki, ociężałe, obolałe. Czułem się wykończony, nic dziwnego, że pojawiały się myśli o przetrenowaniu, choć właściwie nie było czym. Po nasoleniu nagle obudziłem się rześki i gibki jak Leszek Blanik. Teraz po kilku cięższych dniach jest zmęczenie, są zakwasy, ale to ma zupełnie inny charakter. To takie zdrowsze uczucie.

Dalej - ustapiły niemal zupełnie dziwne drgawki mięśni. Zdarzało mi się to nagminnie, na rękach, nogach, całe wiązki mięśniowe drgały, nawet rozluźniony mięsień był w ruchu. Teraz jest spokój. Zmieniło się nawet samopoczucie psychiczne, sód odgrywa dużą rolę w procesach w mózgu, więc myśli mam jaśniejsze niż zwykle ; )

No i najważniejsze - zacząłem normalnie biegać. Niesamowite uczucie. Czuję, że biegnę. Maj, czerwiec, lipiec, te najgorsze miesiące, to była bardziej jakaś kłapanina, wymęczone posuwanie się do przodu. Nawet gdy się rozpędzałem, nogi były jakieś nie ten tego, nie czułem odbicia, sprężystości. Po prostu mięśnie oklapnięte, bez życia. Przez to rzeźbiłem niemiłosiernie. Ci, którzy widzieli mnie na żywo lub na flmikach, od razu zwracali uwagę na to, że biegnę jakoś ciężko. Wysyłalem znajomemu, analizującemu technikę, swoje nagrane odcinki. Napisał, że niby wszystko OK, ale jakoś ciężko to wygląda. Tak też się czułem.

Tymczasem teraz ożyłem. W biegu mam zupełnie inne samopoczucie - czuję, że mam kontrolę nad biegiem. Stopy gładko odbijają się od nawierzchni. Dramatycznie wzrosła prędkość rozbiegań. Drugiego dnia nasalania na kilometrze pomiarowym w lesie zobaczyłem 4:14 - najszybciej w tym roku, mimo upału i zmęczenia długim rozbieganiem dzień wcześniej. To powinna była być normalna prędkość moich rozbiegań w sezonie, tymczasem wcześniej kłapałem po 4:40-5:10/km i czułem się, jakbym miał za sobą rozpostarty spadochron. Na każdym treningu biegowym czuję zmianę. Czekałem specjalnie kilka dni, żeby zobaczyć, czy to nie przypadek, ale to chyba trwały trend. Dzisiaj w upale i zabójczej wilgotności, dzień po mocnym treningu, kiedy wydawało mi się, że prawie stoję w miejscu, miałem na liczniku poniżej 4:30/km w lesie na lekko krosowym kilometrze pomiarowym. Tymczasem korelacja prędkości/samopoczucia łagodnych treningów to u mnie zawsze ważna wskazówka w treningu.

Co robiłem wczoraj? Po raz pierwszy od 1,5 miesiąca mocniejsze bieganie. Wreszcie nie rozruchy i wolne, machnąłem 20x300m interwału. Dośc spokojnie, hamowałem się, do tego padał deszcz i wiało wściekle, przerwy były dość długie, ale czułem się nareszcie normalnie. Chociaż po takiej przerwie prędkości rzędu 2:55/km wydawały się nieprzyzwoicie wysokie.

Dzisiaj po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna wyszedłem wieczorem na drugie rozbieganie w ciągu dnia. To chyba najlepiej pokazuje skalę zmian : )

Z jednej strony cieszę się, że chyba w końcu odkryłem przyczynę strasznego dołka, a z drugiej - jestem wściekły. Ten trop solny już dawno pojawiał się w moich różnych przemyśleniach, ale nigdy nie potraktowałem tego odpowiednio poważnie. Nigdy też nie miałem jednak takich problemów, tak długo i tak poważnych. Ale może być tak, że wiele moich dziwnych wpadek w przeszłości, nagłych załamań formy i przede wszystkim - raptownych i spektakularnych osłabnięć w trakcie każdego dłuższego biegu, od treningów po starty - było spowodowane gospodarką sodu. Niskosolna dieta + obfite pocenie się + duże ilości wypijanej wody = łagodna hiponatremia. Wyjaśniałoby to wiele dziwnych problemów startowych i treningowych.  Śledzę to teraz uważnie. Ale jak taki drobiazg może człowieka zniszczyć, nisamowite wręcz.

Mam wstępnie zaplanowane jesienne starty, ale bardzo wstepnie. Trzeba nadrobić zaległości treningowe i się nieco odkuć. Na początku września mam ligę lekkoatletyczną, wcześniej chciałbym wystartować coś na bieżni. Za tydzień w Międzyzdrojach jest ostatnia w tym roku szansa na 5000m. Kusi mnie, chociaż to kawałek jazdy i nie mam szans na odbudowanie do tego czasu formy. Ale być może pobiegnę tam, żeby sprawdzić, czy jest różnica w samopoczuciu w trakcie szybszego biegu - czy jestem w stanie zmusić się do dużego wysiłku, zawalczyć, cisnąć. Moja najwolniejsza piątka w historii to 15:01 i mam nadzieję, że wolniej już nigdy nie pobiegnę. Zobaczę, jak pod koniec tygodnia, przy kilometrażu przekraczającym po raz pierwszy od kwietnia 100km/tygodniowo, będę reagował na trening.

Jedzcie sól, ludzie, jednak się przydaje.

niedziela, 25 lipca 2010
Urlop

Wczoraj nastąpiła próba startu w biegu ulicznym na 10km w Lęborku. Próba wypadła na tyle niepomyślnie, że zdecydowałem, że jednak zacznę przygotowania do jesiennych startów od tygodnia odpoczynku.

Lębork często ma pecha do pogody - albo jest tam gorąco, albo ulewnie. Wczoraj było przejściowo. Sama rozgrzewka i pierwsza połowa biegu odbyła się w strasznej wilgotności i duchocie. Ale to, co stało się na ostatniej pętli, to dopiero masakra. Rąbnęło tak potworne oberwanie chmury, że bardzo współczuję tym, którzy biegną 10km w okolicy 50 minut i dłużej. Oni trafili na najgorsze uderzenie deszczu - lało tak niesamowicie, że samochodem ciężko bylo przejechać przez ulice, które zamieniły się w rwące potoki. Ja biegłem z tyłu, a deszcz uderzył we mnie na ostatnich dwóch kilometrach. Czołówka mogła dobiec prawie suchą stopą, oczywiście wyjąwszy to, że na rozgrzewce też padało.

My z Olą traktowaliśmy start mocno wakacyjnie. W Lęborku odwiedziłem koleżankę ze studiów, mieliśmy też umówionego grilla. W związku z tym gdy godzinę przed biegiem zaczęło padać, mocno skróciliśmy rozgrzewkę, do ostatnich 30 minut przed startem. Sam bieg opóźnił się, bo organizatorzy mieli w tę pogodę problem z rozstawieniem dmuchanej bramy na mecie.

Ola ostatnio znowu narzekała na nogę. W czwartek, dwa dni przed biegiem, zrobiliśmy mały test wytrzymałościowy, bieg na stadionie z pomiarem tętna, prędkości i kwasu mlekowego. U mnie wypadło normalnie, u Oli niejasno. Po pierwsze, odezwała się jej noga, ewidentnie nie służą jej stadionowe zakręty przy długim biegu. Po drugie, odwodniła się w upale i nie mogłem pobrać kropli krwi z palca, żeby zmierzyć poziom kwasu. Kłułem trzy palce po kolei i nic. Prędkość, samopoczucie i tętno były OK, ale nie wiadomo, jak to się miało to poziomu kwasu mlekowego. Ola czasami czuje się dobrze, a pomiar kwasu wykazuje przemęczenie.

Plan dla Oli był więc w Lęborku prosty - wystartować, zobaczyć, jak noga - i nie biec, jeśli będzie cokolwiek czuła. Tak się też stało, Ola przebiegła kawałek i zrezygnowała. U niej kilka dni wolnych ma za zadanie dać odpocząć mięśniom. Cały czas łapie problemy z mięśniami dwugłowymi, przykurcze, napięcia i bóle dziwnego pochodzenia. Rokowania są jednak optymistyczne: wprowadziliśmy do treningu pewną nowinkę techniczną, którą podpowiedział mi znajomy, a o której na razie nie mogę napisać. Na tyle zmienia to ustawienie pleców Oli w czasie biegu, że powinno rozwiązać problemy, zakładając, jak mówią nam wszyscy lekarze, że problem ma swój początek w kręgosłupie. Zaczniemy jednak od mięśniowego resetu, czyli odpoczynku od biegania.

U mnie teoretycznie wszystko gra. W czwartek przebiegłem 8km w tempie po 3:40, sprawdzając samopoczucie i kwas mlekowy. Nie było może rewelacji, bo czułem się mocno ociężały, poza tym jednak OK. Wiedziałem jednak, że na mocne 10km nie jestem gotowy. Zakładałem, że jeśli trafię dobrą pogodę i dobre samopoczucie, jestem w tej chwili gotowy na bieg na 32:30, czyli 1,5 minuty wolniej od życiówki. Tak wolno dlatego, że od 4 tygodni nie robię nic poza rozbieganiami, rozruchami i krótkimi startami. Dobrego treningu pod 5/10km nie zrobiłem od ponad dwóch miesięcy.

W Lęborku, niestety, zacząłem za mocno - to efekt tych krótkich startów. Potem mocno zwolniłem i człapałem w równym, spokojnym tempie. W drugiej połowie zacząłem czuć się bardzo ciężko mięśniowo, a na ostatniej pętli złapała mnie ulewa - wtedy zrezygnowałem zupełnie z szybszego biegu i w spokojnym tempie, jedynie z mocniejszym finiszem, dobiegłem do mety. Nieoficjalny czas z mojego zegarka: 34:12. Teoretycznie jest to czas dobrego treningu, który mógłby być dobrym początkiem przygotowań do jesiennych startów, ale zdecydowałem, że też zrobię wolne. Cały czas nie czuję się bowiem dobrze mięśniowo, bolą mnie nogi, do tego pobolewa non stop ścięgno achillesa. Doszedłem do wniosku, że nie ma się co bawić w prowizorkę, jaką ostatnio uskuteczniam. Dobrze odpoczywam, wytyczam konkretny cel i normalnie trenuję od sierpnia. Bieganie bez żadnej motywacji i celu, czyli to, co robię od mistrzostw Polski, ani nie prowadzi do dobrych wyników, ani nie daje mi satysfakcji.

Mamy więc z Olą urlop, tydzień wolnego. Przez ten czas poziom wytrzymałości nie spadnie, a powinnismy dać odsapnąć mięśniom. Właściwie żałuję, że nie zrobiłem tego już dwa tygodnie temu, jak pierwotnie planowałem. W czasie wolnego tygodnia obejrzymy mistrzostwa Europy oraz wyskoczymy do Kołobrzegu do dobrego lekarza kręgarza/ortopedy, który kiedyś mocno pomógł mi przy bólu ścięgna achillesa. No i cel: na dzień dzisiejszy zakładamy od sierpnia przygotowania do półmaratonu na przełom września i października. Poza tym są plany alternatywne, które będę na bieżąco modyfikował, ale od tego zaczynamy.

Pierwsza część sezonu była przeciętna dla Oli i zdecydowanie nieudana dla mnie. Ola zaczęła od srebrnego medalu mistrzostw Polski na 10 000m, a potem cały czas zmagała się z  kontuzją. Od maja nie pobiła żadnej życiówki, chociaż zbliżyła się do nich: zabrakło 6 sekund w półmaratonie, 3 sekund na 5000m. Na 5000m podczas mistrzostw Polski była czwarta, o miejsce dalej niż rok temu, na 1500m szósta, czyli również miejsce dalej niż rok wcześniej. Cele były jednak zdecydowanie wyższe, przede wszystkim cel wynikowy na 5000m.

Ja nie miałem bardzo udanego właściwie żadnego biegu. Jedyne jaśniejsze punkty to wygrana mila uliczna pod koniec maja oraz zwycięskie mistrzostwa Polski LZS na 1500m. Wygrałem też swoją serię na 1500m poczas mistrzostw Polski, ale to był bardzo irytujący moment sezonu, bo nie ścigałem się z najlepszymi biegaczami. Czasowo pobiegłem najsłabsze wyniki od 3 lat na 800/1500/3000m. Wszystkie dłuższe biegi byly fatalne i pod względem samopoczucia, i prędkości. To zabawne, że po tym, jak pierwszy raz w życiu zimą trenowałem naprawdę solidnie i bez przerw, nastąpiło tak fatalne lato. Wniosek z tego, że nie można trenować zbyt solidnie ; )

Na dziś zostawiamy to jednak za sobą. Nabliższy cel to odpoczynek i zaleczenie urazów, potem przygotowania do jesiennej kampanii ulicznej. W międzyczasie obowiązkowy start na bieżni na lidze lekkoatletycznej, która w kolejnym roku nie daje nam szansy startu w mistrzostwach Polski w półmaratonie. Dla Oli oznacza to utratę szansy walki o kolejny medal.

Mam nadzieję, że w Lęborku nikogo nie zmyło ani nie podtopiło. Ja od razu z mety biegłem do samochodu schować się przed deszczem, nie znam więc wyników, nie byłem na dekoracji, właściwie nic nie wiem.

Na deser wspólne zdjęcie moje i Oli, zrobione podczas mili ulicznej w Sopocie:

poniedziałek, 19 lipca 2010
Analiza

Dzisiaj to, za co wielu z Was lubi mój blog: analiza treningu dokonana moimi oczami. Nie boję się pisać o błędach, które popełniam. Dzięki temu na moich błędach uczę się nie tylko ja.

Jak pamiętacie i widzicie, ostatnie 4 tygodnie przebiegały u mnie pod znakiem ogromnego kryzysu, kompletnego braku sił. Kryzys powoli mija, a im bardziej mija, tym bardziej jasne stają się jego przyczyny.

Co robiłem ostatnio? Przede wszystkim mocno odpuściłem. Ale nie było to odpuszczenie zupełne. Była to raczej próba reanimacji przeciążonego układu. Przeciążenie objawiało się właściwie tylko w bieganiu, wyglądało na jakiś rodzaj przetrenowania, w życiu codziennym nie czułem osłabienia, wręcz przeciwnie, czułem się bardzo dobrze. Dlatego kroki, które podjąłem w celu poprawy, nie były zwykłym odpuszczeniem.

Otóż wcześniej, jak wiecie, mój trening wyglądał mniej więcej tak, że dużo biegałem, startowałem raczej w dłuższych, mniej intensywnych biegach. W związku z tym okres odpoczynku był odwrotnością tego, co mnie zmęczyło: biegałem bardzo mało i startowałem w krótkich, bardzo intensywnych zawodach. Mój kilometraż w poprzednich tygodniach: 66km, 28km, 58km. Bardzo, bardzo mało. Wydaje się jednak, że działa. Zaczynam się czuć coraz lepiej.

Co robiłem ostatnio? Po mistrzostwach Polski wystartowałem w zawodach na milę w Sopocie. Nie był to dla mnie zbyt dobry start - bieg był od początku szybki, a ja od początku czułem się ociężały. Zająłem 9 miejsce. Tym samym po dwóch wygranych milach ulicznych z rzędu przyszła solidna porażka. Dużo lepiej spisała się Ola, która była trzecia. Po zaledwie dwóch dniach odpoczynku kolejny bieg: 800m w Sopocie. Rewelacji nie było, ale nie było też tragedii. Pobiegłem 1:53,06 i zająłem 6 miejsce. Co mnie cieszy, biegłem równo, czując się całkiem przyzwoicie. Wynik mógł być lepszy, bo jeden z wiraży musiałem pobiec bardzo szeroko, do tego mocno wiało. Mimo wszystko - o 0,01s poprawiłem swój poprzedni najlepszy wynik  z tego roku ; ) Tym razem dołowała Ola - nie ukończyła biegu na 1500m, bądąc zmęczoną po mili.

Co mnie jeszcze cieszy - jest wyraźnie lepiej. Moje treningi zaczynają wyglądać normalnie. Nie męczę się na rozbieganiach. Powoli odzyskuję czucie w nogach.

I teraz szybki przegląd przyczyn kryzysu. Dużo czasu spędziłem na analizie, próbując odkryć przyczyny problemów. Wiedza to bowiem moc. Konsultowałem się z kilkoma znajomymi trenerami, wertowałem książki, stare dzienniczki. Rozwiązanie wydaje się proste i od początku miałem je pod ręką. Ba, sam przewidziałem ten kryzys, tylko nie spodziewałem się, że będzie tak głęboki. Otóż zlekceważyłem świętą zasadę treningu: robiłem ciężkie treningi, będąc zmęczonym.

Pierwszym gwoździem do trumny był trening po pomyślnym dla mnie wyścigu na milę pod koniec maja. W ostatniej chwili dowiedziałem się wtedy, że jestem na liście memoriału Kusocińskiego i poniosła mnie pycha. Nie odpocząłem dostatecznie po starcie, zrobiłem ciężki trening. W tym wypadku zachłanny traci dwa razy - nie tylko nie podniosłem swojego poziomu, a wręcz katastrofalnie go obniżyłem. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że bardzo zależało mi na tym starcie. Do tego, widząc, że zimą zrobiłem najcięższy trening w życiu, spodziewałem się, że mogę nagiąć nieco zasady. Tymczasem jest odwrotnie - zrobiłem najcięższy trening w życiu, organizm nie wrócił do pełnej równowagi, powinienem więc być podwójnie ostrożny. Rok wcześniej, w dobrym sezonie, w takim wypadku albo nie startowałem w biegu, który pojawiał się znienacka i burzył moje plany, albo startowałem bez wykonania mocnego treningu.

Ciężki trening przed Kusocińskim mocno mnie uszkodził, do tego doszło gwałtowne ocieplenie i podróże, na rozbieganiach od razu zacząłem notować międzyczasy 20-30s na kilometr wolniejsze niz przed tym treningiem. Pewnie jednak bym się podniósł - następne zawody były w Zamościu i czułem się trochę lepiej. Wtedy popełniłem kolejny błąd: oczywiście następny mocny trening zbyt wcześnie. Do tego dzień później 9 godzin w pociągu, w upale. I trzy dni później kolejny trening, może nie bardzo ciężki, ale mocno obciążający mięśniowo - bieg ciągły na stadionie. Po tym treningu do nasilającego się bólu ścięgna achillesa doszedł ból w okolicy biodra, dokuczający mi przez następne 2 tygodnie. Splot startów, mocnych treningów i okoliczności niesprzyjających regeneracji spowodował, że forma zanurkowała głęboko i na długo. Teraz, mam nadzieję, będzie już tylko lepiej.

Krótka nauczka - nie można robić ciężkich treningów zbyt wcześnie po starcie lub wtedy, gdy jest się niewypoczętym. Nie ma sensu kurczowe trzymanie się planu, gdy coś jest nie tak. Trzeba zmienić, ciąć, odpoczywać. Od rozsądnego odpoczynku nikt nigdy nie stracił formy, a od przetrenowania - jak najbardziej.

Co dalej? Jestem na etapie fomułowania planów na jesień. Niewiadomą jest sierpień - kusi mnie kilka startów na bieżni, nie mogę przecież skończyć sezonu z tak słabymi wynikami. Na wrzesień i październik również mam kilka alternatywnych planów. Jedno jest pewne - na pewno będzie to mocne wyzwanie.

Kiedy ja dołuję, nadrabiają to moi zawodnicy. Niedawno jeden z moich amatorów, pracujący bardzo ciężko na odpowiedzialnym stanowiskiem, więc poza treningiem zmagający się ze stresem i brakiem snu, złamał na 5km na ulicy 16 minut. To jest naprawdę szybkie bieganie! Inny mój zawodnik zaliczył kilka udanych biegów na Dolnym Śląsku, wygrywając lub plasując się na podium. Kolejny startował na bieżni, poprawiając życiówki na 1500 i 3000m po kilkanaście sekund. Na swoje starty czekają inni. W ostatnich miesiącach w treningu innych mam więc lepsze osiągnięcia niż w treningu siebie.

Od dzisiaj lekka zmiana planu - zaczynam robić coś, co można z czystym sumieniem nazwać treningiem. Przez ostatnie 3 tygodnie wychodziłem tylko na delikatne rozruchy. Aha, za tydzień prawdopodobnie kolejny start - tym razem dla odmiany 10km w Lęborku. Nie spodziewam się cudów, raczej męczarni i biegu dalekiego odżyciówki, ale dzięki temu dowiem się, jak, wychodząc z kryzysu, stoję pod względem wytrzymałości i siły.

środa, 07 lipca 2010
Ostatni wpis przed mistrzostwami Polski

Jutro startuję na 5000m w mistrzostwach Polski, w sobotę na 1500m, podobnie Ola. Od zimy planowałem ten start jako główne wydarzenie pierwszej części sezonu. Spodziewałem się, że na początku lipca osiągnięmy szczytową formę. Niestety, w połowie czerwca wpadło kilka problemów natury zdrowotnej, przez co ciężko tak naprawdę powiedzieć, w jakiej jesteśmy dyspozycji.

To dla mnie nietypowa sytuacja. W ostatnich kilku latach właśnie na mistrzostwa łapałem szczyt formy. W ostatnich dwóch latach tydzień przed tym startem robiłem życiówki na 3000m, dzięki czemu jechałem na kolejne zawody ze świadomością, że jest dobrze. Tym razem Olę dopadły problemy z mięśniami/kręgosłupem, ja zaś byłem w ostatnich 2 tygodniach w strasznym dołku fizycznym. Na start jedziemy więc bez uczucia pewności, z myślą, że walczymy do ostatniej kropli krwi, ale bez poczucia, że zrobiliśmy wcześniej wszystko, co było można, żeby przygotować się optymalnie.

Ola ostatnie 10 dni biegała normalnie, czuje się dobrze. Jak jednak spisze się jej kontuzjowana noga w czasie ostrego biegu? Nie wiadomo. Na pewno pobiegnie koszmarnie oklejona taśmami, odciążającymi sprawiający problem mięsień.

Ze mną do niedawna było wszystko OK. Powoli, czasami z problemami, ale jednak stoniowo dochodziłem do formy. Tymczasem po starcie w Zamościu na LZS-ach, który wypadł przyzwoicie, wszystko się posypało. Właściwie nie wiem nawet, dlaczego. Podejrzewam, że jakoś pechowo nałożyło się zmęczenie ze startów, podróży i cięższego treningu, który zrobiłem w tym czasie. Dośc powiedzieć, że nagle dopadła mnie niemoc, jak nigdy w zyciu. Wpływ na to pewnie miała też pogoda - straszny upał i powietrze przesycone alergenami. Przez ostatnie 10 dni na rozbieganiach z trudem podnosiłem nogi do góry. Męczyłem się koszmarnie na każdym rodzaju treningu. PObiegłem 3000m na Żylewiczu - fatalnie.

W związku z tym musiałem zrezygnować z zaplanowanego wcześniej planu przygotowań, podobnie jak Ola. Plan zakładał coraz większe zbliżanie się do siebie prędkości i dystansu startowego. Na ostatnie 3 tygodnie planowałem trzy tzw. "key workouts", kluczowe treningi, bezpośrednio podbijające formę przed docelowym startem. Skończyło się tak, że Ola zrobiła tylko jeden z nich, resztę czasu poświęciła na rehabilitacje i odpoczynek. Ja zrobiłem dwa - oba wolniej od zamierzeń. Do ostatniego treningu nawet nie podeszliśmy, u Oli nie chciałem ryzykować odnowienia się problemów, ja zas nie miałem siły.

W związku z tym mam przed soba bezprecedensową sytuację. Ostatnie 5 dni przed startem właściwie nic nie robiłem. W sobotę wolne, w niedzielę rozruch i przebieżki, łącznie 6km, w poniedziałek rozruch, łącznie 5km, we wtorek wolne, w środę rozruch, znowu jakieś 4-5km. Najgorsze jest to, że wcale nie czuję sie lepiej. Przez ostatniie 10 dni z każdym dniem czułem się gorzej. Wczoraj przyjechałem do Nowej Iwicznej pod Warszawą i zmieniła się pogoda, wreszcie spadł deszcz. To sprawiło, że czuję się odrobinę lepiej.

Podróż była, jak zwykle, ciężka - 8,5 godziny w saunie. PKP zawsze potrafi zafundować niezłe atrakcje. Tym razem atrakcją była podróż w wagonie bezprzedziałowym z niedziałającą klimatyzacją. To jest taka sama sytuacja jak z miejskimi Solarisami: jeśli działa klima, jest to dość przyjemny środek transportu. Ale gdy nie działa, to zamienia się w nagrzana, pozbawioną okien puszkę, szczelnie wypełnioną spoconymi, z trudem oddychającymi ludźmi. Dzisiaj kolejne 4 godziny jazdy - i bedę w Bielsko-Białej, gdzie w tym roku odbywają się mistrzostwa.

Startujemy więc w sytuacji, gdy oboje jestesmy w kryzysie. Ja ostatnio czuje się bezsilny juz na rozgrzewce, Ola ma nadmiar sił, ale boi się zbyt gwałtownie przyspieszać, żeby nie uszkodzic nogi. Krótko mówiąc, wymarzona sytuacja ; ) Jedziemy jednak zdeterminowani. Co będzie, to będzie, dajemy z siebie wszystko. Nie skreślamy się przed żadnym biegiem. Jeśli to okaże się za mało, to cóż, wytyczymy kolejne cele.

Ja jednak tyle razy przechodziłem błyskawiczną metamorfozę od formy fatalnej do znakomitej, że mimo wszystko mam wciąż nadzieję, że w czwartek i niedzielę poczuję niespodziewany przypły mocy. To, co mnie niepokoi, to spory wzrost wagi. Nie tylko ostatnio słabłem, ale i puchłem ; ) Jestem ponad 4kg cięższy niż rok temu, kiedy biłem życiówki na 3km i 5km. Jak niektórzy z Was pamiętają, było to częściowo moim celem. Zimę poświęciłem na intensywny trening siłowy. Wzrost siły i masy mięśniowej miał poprawić moje parametry biegowe. No cóż, na razie się to nie sprawdziło. Jestem silny jak nigdy i słaby jak nigdy równocześnie ; )

Dopóki jednak kości w powietrzu, wszystko może się zdarzyć. Miejmy nadzieję, że z Bielska-Białej wrócimy w lepszym nastroju, niż tam jedziemy. Trzymajcie kciuki, a o wynikach napiszę na blogu, jakiekolwiek by nie były.

 
1 , 2 , 3