| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      
Zakładki:
Ola Jakubczak - strona mojej zawodniczki
Strona Marcina Lewandowskiego 800m
czwartek, 12 stycznia 2006
O treningu nadal

Co jeszcze napiszę o swoim treningu? Jakie mam plany na ten rok? Przede wszystkim chcę w końcu postartować w mocnych biegach, być może uda się coś załatwić tutaj, w Hiszpanii, ale ciężko to teraz przewidzieć. Problemem jest to, że próbuję godzić pracę fizyczną z treningiem, nie jest łatwo. No, ale zobaczymy.

Założenie jest takie, ze aż do wiosny opieram trening na "drugim" zakresie, robiąc też dość mocną siłę. A potem normalnie, wejdę powoli na tartan, pośmigam jakieś odcinki i zobaczymy, co z tego wyjdzie.

Na jesień biegałem w Hiszpanii milę. Była kupa Marokańczyków, a ja dopiero wchodziłem w trening, przybiegłem więc daleko, ale co ciekawe, bieg był rozgrywany na prostej! 400m, potem nawrot o 180 stopni, za jakąś beczką i znowu. Myślałem, że się wykończę. Biegałem też cross 10km, po torze motocyklowym, w błocie po kostki, rzeź potworna, ale ciekawa, w Polsce nie robi się takich biegów.

W tej chwili jestem trochę skołowany, nie wiem, co będzie na wiosnę, nawet w jakim kraju będę.

Obserwowałem tutaj biegaczy hiszpańskich, no i jest ciekawy ich trening. Bardzo podobny do mojego, tylko że chłopaki, nawet zupełni amatorzy, zasuwają jak wściekli! Oto przykłady treningów: gość, który biega 3.57 na 1500m, śmiga fartlek (w listopadzie!) 3 km w 9.20, 2 km w 6.10, 1 km w 3.00! Albo Victor, mój kumpel, 34 lata, amator, zasunął w listopadzie w deszczu i błocie 3 x (2km-1km) na przerwie 2-3 minuty, w 6.40-3.15! Niezły amator, co?

Albo kolejny, 3.53 na 1500m, pracujący, robił ostatnio 20 x 200m w butach, 31-30sekund, przerwa 1 minuta. A w Polsce, kurcze, zawodnicy wyczynowi drżą przed trenowaniem i boją się mocnego treningu. Najmocniejsi Hiszpanie oprócz tego, że nigdy nie człapią wolniej niż 4 minuty na km, przy kilometrażu tygodniowym 160-180km, śmigają odcinki na bardzo krótkich przerwach. Taka jest tendencja na świecie, skracać przerwy wypoczynkowe. [edit 2008: ale z głową, żeby te treningi nie były beztlenowym żyłowaniem]

Podsumowanie poprzedniego roku cz.2

W maju przyszedł czas na Akademickie Mistrzostwa Polski w Poznaniu. Miła impreza, ale czasem uciążliwa pod względem logistyczno-bytowym. Nie wyspałem się, do tego dopadła mnie alergia, w związku z nagłym ociepleniem - no i pierwszego dnia kompromitacja, bo niemal dosłownie umarłem po 900m biegu na 1500 i dobiegłem ostatni w czasie... 3.58! Czegoś takiego nie przeżyłem jeszcze w swojej karierze.

Następnego dnia znowu porażka, bo w człapanym biegu na 800m (gdzie oczywiście wlokłem się na końcu, 59 sekund pierwsze 400m) przyleciałem 6ty, z czasem jakoś niewiele ponad 1.52, przegrywając ze wszystkimi znajomymi: Michałem Bernardellim, Tomkiem Marksem, Marcinem Sądejem, Bartkiem Nowickim (z którym wygrałem tydzień wcześniej) i Łukaszem Jóźwiakiem. A ostatniego dnia jakoś wycisnąłem z siebie 49,5s w sztafecie 4 x 400m, ale to już były ostatnie rezerwy.

Potem przyszedł czas na ligę lekkoatletyczną. Niestety, dopadł mnie bolesny uraz - naciągnięcie jakiegoś ścięgna w pachwinie, ciągnęło się to potem przez prawie cały sezon. Bolało jak cholera, dzień przed ligą nie moglem zrobić nawet przebieżki. Ale bieg jakoś poszedł, prowadziliśmy z chłopakami na zmiany. Niestety, Początek był już zbyt wolny. Wpadliśmy na metę prawie razem w 4 osoby. Najlepiej wyszedł na tym Michał, który prowadził ostatnie 300m i wygrał, ja bylem czwarty w 1.50,55. Łukasz, który poszedł na pierwsze 300m, zarżnął się i doleciał gdzieś z tyłu. No i znowu przegrałem z Bartkiem Nowickim i Marcinem Sądejem! Potem jeszcze sztafeta 4x400m.

Czas na zemstę nadszedł szybko, bo oto na początku czerwca odbył się festiwal sztafet w Bydgoszczy. Oczywiście jako zawodnicy krajowi biegaliśmy drugą serie, wnerwiłem się nie na żarty, bo akurat dochodziłem do dużej formy. Ale kto by tam w Polsce dał komuś szansę na szybki bieg... Choć tutaj ciężko narzekać na sam początek. Juniorzy wycięli pierwsze 200m w 24-25 sekund, ja biegłem na końcu, zaskoczony tym tempem. No, ale potem było zwolnienie, wyszedłem do przodu i wygrałem w 1.50,15. Szkoda, ze nie miałem się z kim ścigać na ostatniej prostej, bo poprawiłbym życiówkę, która wtedy wynosiła 1.49,99.

Potem był Memoriał Kusocińskiego, oczywiście znowu druga seria. Bylem wnerwiony i zdemotywowany, przegrałem z Łukaszem i niesamowicie szybkim juniorem, Marcinem Lewandowskim, pobiegłem znowu 1.50.

Sporo było już tych startów, ale dopiero w tym momencie zacząłem się porządnie rozkręcać. Na mityngu w Warszawie, biegając w potwornym wietrze, wygrałem wreszcie z Michałem Bernardellim, z wynikiem 1.50,80. Wcześniej przegrywałem z nim wszystko, co tylko możliwe, od 4 lat! Zresztą u boku Michała zaczynałem swoje pierwsze treningi biegowe, jeszcze w klubie AZS Uniwersytetu Warszawskiego.

No i Mistrzostwa Polski. Było nieźle, w 3 dni zrobiłem 3 życiówki i pierwszy raz biegłem w ścisłym finale 800m, ale to nie było do końca to. Pierwszego dnia 1.49,80 w eliminacjach, zupełnie na luzie. No i drugiego dnia porażka, pobiegłem co prawda życiówkę 1.49,26, ale miałem kiepski dzień, czułem się totalnie rozbity i bylem ostatni w finale. Szkoda. Była szansa na co najmniej 5 miejsce, bo na ostatniej prostej mocno ruszyłem wolnym torem, ale kolega z boku wbiegł przede mnie, zaburzył mój rytm, musiałem wyhamować i nie zdołałem już przyspieszyć. Ostatniego dnia na swoją prośbę pobiegłem nieplanowane 1500m i wreszcie wymęczyłem trochę bardziej przyzwoitą życiówkę na tym dystansie - 3.47,89. To był ciężki dzień, łydki mocno obolałe, ból głowy, duże zmęczenie dwoma poprzednimi startami.

No i dopiero po tym eksplodowałem z formą. W kolejnym tygodniu miałem 3 dni wolne, bo przeziębiłem się fatalnie, pojechałem do Gdańska, złapałem luz i jest - 1.48,31! Wygrałem z Tomkiem Marksem, Bartkiem Nowickim, prawdziwym Kenijczykiem, prawie udało mi się dopaść polskiego Etiopczyka Yareda na ostatniej prostej.

Tydzień później prowadziłem bieg Mirkowi Formeli. W deszczowy poranek, na mokrej bieżni w Bielsku-Białej wycisnąłem 1000m w 2.24,08. Mirek pobiegł 3.39, swój najszybszy bieg w sezonie. Ale nie miał się z kim ścigać, wiec ciężko było mu się zmusić do szybszego biegu i jeszcze lepszego czasu.

Potem był obóz w Szklarskiej, 2 tygodnie w Zamościu i pojechałem z wielkimi nadziejami do Miedzyzdrojów, gdzie miał być szykowany wielki bieg na 800m. To miała być moja eksplozja formy z mocnymi rywalami, w szybkim tempie. Oczywiście, jak to w Polsce bywa, biegu nie było, choć przygotowałem naprawdę znakomitą formę. Wygrałem bieg zdecydowanie, uciekając mocnym chłopakom na finiszu, pobiegłem znowu coś niewiele ponad 1.50, za mną Łukasz Jóźwiak i Irek Sekretarski, ale co z tego, jak to znowu tylko 1.50... Potem byłem już kompletnie zdołowany. Pobiegłem sam 1.50 w Gdańsku, wygrałem. Wygrałem też 1500m w Białogardzie, znowu z mocnego finiszu, 54s ostatnie 400m, wyprzedzając Damiana Pieterczyka. Czas 3.53. Potem mocne 1.48,52 w Krakowie na lidze, 3 miejsce za Czapim i Yaredem. Dalej: 1.51 w Kutnie, zwycięstwo... no i koniec sezonu.



Podsumowanie poprzedniego roku

Cóż, zacznę od tego, że mam świetnego trenera. Grzegorz Wrona mieszka i trenuje w Warszawie, wychował już całą masę zawodników. Co najlepsze, nie zdarza mu się "psuć" biegacza, co jest nagminne u innych szkoleniowców. Potrafi z niczego wyczarować coś, to znaczy - największą pokrakę doprowadzić do przyzwoitego wyniku. Ja zresztą, zaczynając trening sportowy, również nie byłem, mówiąc oględnie, gigantem fizycznym. Trener Wrona jest nie tylko dobrym szkoleniowcem - lubię go również jako człowieka. Niewiele ma wspólnego z typowym polskim trenerem - podpitym, niechlujnym burakiem z brzuszkiem, latającym po boisku z gwizdkiem.

Mój trening jest o tyle ciekawy, że zgodny w dużej mierze z tym, co się robi na świecie obecnie. Czytam wiele na temat biegania, wypowiedzi znanych trenerów, treningi znanych zawodników, no i mój trening jest na tle tego, co robią giganci światowego biegania - logiczny, poukładany, a także w miarę skuteczny.

Opiera się na polskim systemie tlenowej zabawy biegowej. Biegam masę takich zabaw, polegających na kontrolowanym przeplataniu odcinków przyspieszeń i zwolnień, zimą wolniej, latem szybciej, skracając przerwy, czasem intensywnie, czasem bardzo ładująco. Obecnie, w okresie przygotowawczym, śmigam takie treningi zabawowe, przykładowo:

3-6 razy 4 minuty, przerwa 2-3 minuty w truchcie.

10-15 razy 40 sekund, przerwa 1 minuta w truchcie.

8-12 razy 2 minuty, przerwa 1.30-2 minuty w truchcie.

10-12 razy 1,5 minuty, przerwa 2 minuty w truchcie.

Jest to trening przyjemny, bo niezbyt monotonny, prędkości reguluje się w tym okresie samodzielnie, kontrolując samopoczucie. Nie mam zbyt wielu "czystych" rozbiegań, które są w opinii mojego trenera zbyt monotonne. Jeśli już biegam rozbieganie, to na ogół z narastającą prędkością, kończąc szybko, biegnąc połowę w tzw. drugim zakresie, czyli nadal tlenowo, ale dość intensywnie.

Poza tym oczywiście treningi siły. Obecnie nie robię "tradycyjnej" siły biegowej w postaci skipów i wieloskoków, bo trochę boję się o swój kręgosłup. Śmigam podbiegi, np. 10 razy 200m, powrót w truchcie, poza tym siłę ogólną, gdzie rąbię brzuch-grzbiet-nogi-ręce. Ciekawą formą siły jest skoczność, np. hopy do piasku lub 5-7-skoki z lądowaniem w piasku. A także masa przebieżek, zwykle bardzo swobodnie, tylko po to, żeby rozruszać organizm.

Każdy początkujący musi pamiętać o tym, żeby nie wchodzić na siłę na wysokie intensywności treningu, raczej dbać na początku o ogólne wybieganie w tlenie, a także sprawność i rozciąganie. Właściwie robiona ogólna sprawność czyni cuda, sprawia, że człowiek jest wyluzowany w biegu, nie biega sztywno i ma siłę na przyspieszenie na końcu dystansu. Tymczasem widzę na biegach całą masą sztywniaków, którzy piłują na treningu odcinki, mając ewidentne braki w podstawowej wytrzymałości tlenowej, a potem rzeźbią na końcówce, wyprzedzani po kolei przez wszystkich. Nie tędy droga, panowie!

No ale dobrze, zajmijmy się podsumowaniem sezonu. To, czego brakowało mi w zeszłym roku, to oczywiście szybkie starty. W Polsce jakoś tak bowiem jest, że gdy organizuje się dobre biegi, to na siłę wciska się tam obcokrajowców. Co za głupota, prawda? Mając do wyboru słabego obcokrajowca i obiecującego swojego, organizator mityngu w Polsce wciska obcokrajowca, bo tak na niego działa magia zagranicznego nazwiska. Tymczasem w innych krajach wygląda to zupełnie inaczej! W Stanach obcokrajowcy są wkładani do serii na końcu, jak już wyczerpie się zapas "swoich". Jeśli ktoś ogląda zawody Golden League w Oslo, to zauważy, że Norwegowie zawsze dokoptują do składu jakichś swoich. A u nas? Nic. Od 4 lat biegam na mityngu Żylewicza w Gdańsku, zawsze w drugiej serii. W tym roku po raz pierwszy dostałem wreszcie szansę w pierwszej i zrobiłem życiówkę - 1.48,31. Tylko że na początku sezonu byłem przygotowany na jeszcze szybsze bieganie, wtedy tej szansy nie było.

Zacząłem zeszłoroczny sezon startem w Szczecinie, gdzie w ulewie ścigałem się z Bartkiem Nowickim, wygrałem z czasem 1.51,37, Bartek był tuż za mną. Ale wiecie co, chyba opiszę resztę w kolejnym wątku, żeby ten nie był za długi.

Powrót po kontuzji

Hello! Jest to blog sportowy, biegowy, pisany przez biegacza dla biegaczy i nie tylko. Mam zamiar skrobnąć co nieco czasem o swoim treningu, który doprowadził mnie m.in. do wyniku 1.48,31 na 800m. Poza tym czasem dorzucę coś o treningu innych zawodników, czasem przetłumaczę coś z piśmiennictwa zachodniego, co u nas jest kompletnie nieznane itd.

Wracam teraz do biegania po kontuzji, bo w grudniu straciłem 3 tygodnie z powodu rwy kulszowej. Wkurzające, a jakże, ale nie straciłem tego czasu zupełnie, bo katowałem się ćwiczeniami i jazdą na rowerze. Rwa to paskudna rzecz, a najbardziej wkurza mnie fakt, że nabawiłem się jej akurat w Hiszpanii, gdzie powinno być ciepło i przyjaźnie. Tak, bo siedzę właśnie w Hiszpanii i trenuję, przecież nie ma sensu zarzynać się w Polsce na lodzie i śniegu... [edit 2008 - rwa okazała się nie być rwą, a przewklekłym napięciem mięśni, którego ostatecznie pozbyłem się dopiero 2-3 lata później, dzięki odpowiednim ćwiczeniom rozciągającym]

Co więc o treningu? Od dwóch tygodni jestem już na normalnych obrotach. Wczoraj zacząłem od 4km progresywnej rozgrzewki, tempo kolejnych kilometrów to 4.34-4.14-3.52-3.47. Potem biegałem 5 x 1km w postaci zabawy biegowej, na 500-metrowej bieżni żużlowej, bo ostatnio trochę padało i wszędzie poza stadionem jest tu błoto. Przerwa to 500m w truchcie, wychodziło jakieś 2.45, wolno, ale nie jestem jeszcze w formie do szybszego biegania przerw. No i prędkości odcinków to 3.37 - 3.32, również bez szaleństw. Pulsometr, którego czasem używam, pokazywał mi nawet, że w tym momencie jest to dla mnie już początek "trzeciego" zakresu. No, ale cóż, jeszcze tydzień temu, po kontuzji, wchodziłem w trzeci zakres tętna już przy prędkości 3.55/km... Po bieganiu zrobiłem 2km schłodzenia, rozciąganie (o którym wielu biegaczy niestety zapomina), trochę ćwiczeń rozluźniających i... do domu.

Niedawno usłyszałem cudowną wiadomość: skreślono mnie z kadry narodowej, do której dopiero co awansowałem. Postanowiono zmienić kryteria naboru, nie licząc się z tym, że pod zaplanowane wcześniej obozy sportowe ustawiłem cały swój pobyt w Hiszpanii oraz wylot do Polski. Teraz właściwie nie mam po co wracać.

No cóż, być może w kolejnych postach skomentuję polski system szkolenia, polegający m.in. na wpychaniu swoich pupili na odpowiednio eksponowane miejsca. Zawodnik taki jak ja, nie będący niczyim pupilem, nie jest w stanie tego przeskoczyć. Chyba że będę tak zdecydowanie lepszy od całej konkurencji, że nie będzie tu miejsca na jakiekolwiek machinacje. Ale to oczywiście nie jest takie proste. Jeśli więc nic się nie zmieni, nie wrócę do Polski w marcu, jak planowałem, a może w maju albo czerwcu albo nawet lipcu, kto wie. Spróbuję przygotować się do biegania tutaj.

Pozdrowienia dla wszystkich trenujących w zimnie, wietrze i śniegu. Wiem, co to za koszmar.

1 ... 41 , 42 , 43 , 44 , 45