| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      
Zakładki:
Ola Jakubczak - strona mojej zawodniczki
Strona Marcina Lewandowskiego 800m
czwartek, 24 marca 2011
Życie biegowe wiosną 2011

Nazbierało się nieco przerwy w pisaniu. Wszystko przez wyjazdy i masę pracy. Pisząc teksty w kilka miejsc, wyczerpuję inwencję, którą normalnie wyładowuję na blogu.

Po przełajach zostałem ponad tydzień w Zamościu. Czekałem na sportowe podsumowanie roku oraz drugi plebiscyt na najlepszych sportowców regionu, organizowany tym razem przez lokalną telewizję. No i oczywiście bankiet. Wszystko szło dobrze - Ola tym razem zajęła drugie miejsce. Do czasu. Kiedy odnosiliśmy jej nagrody do samochodu, 150 zaproszonych gości rzuciło się na poczęstunek. Po naszym powrocie stół był totalnie ogołocony. Tygodniowe czekanie na bankiet w moim przypadku okazało się bezcelowe, bo ani nie zostałem żadnym z laureatów, ani nie zdążyłem skubnąć niczego z pańskiego stołu ; ) Za to Ola w dwóch lokalnych plebiscytach zajęła pierwsze i drugie miejsce w wyborach na najlepszych i najpopularniejszych sportowców Zamojszczyzny. Nieźle, tym bardziej, że jeden miał formę głosowania kibiców, a drugi zaproszonych ekspertów. Ola została więc doceniona w obu gronach. Ponieważ to w dużej mierze moja zasługa, mam powody do dumy.

Po przełajach nastąpił powrót do monotonii treningu. Nasz znajomy fizjoteraputa, Tomek, zastosował zaraz po biegu ciekawy eksperymant. Oprócz regeneracyjnego masażu założył nam na nogi misternie splecione plastry, w postaci pajęczyny drobnych niteczek, ciągnących się przez całą długość nóg. Celem tego zabiegu było takie podniesienie tkanek, aby zlikwidować nadmierny ucisk, który na naczynia krwionośne wywierają napięte mięśnie i powięzie. Dzięki temu miał się poprawić przepływ krwi, a regeneracja przyspieszyć. I muszę przyznać, że to chyba zadziałało - mimo bardzo ciężkiej trasy mistrzostw Polski w kolejnych dniach nie czułem w ogóle żadnego bólu, żadnych zakwasów. Normalnie zaś po biegu ledwo chodzę. Tomek wkrótce być może otworzy prywatną praktykę, a wtedy polecam go każdemu. Wspominałem o nim wcześniej, pracuje przede wszystkim z Olą, czasami też ze mną. Ma masę pomysłów, doświadczenie (pracuje jako fizjoterapeuta) i nieszablonowe podejście do pacjenta.

Ten brak bólu po biegu pokazuje, jak duże rezerwy tkwią w sporcie poza samym treningiem. Jeśli zwykle po ciężkim biegu muszę robić 5 dni luzu, tak po przyspieszeniu odnowy wystarczą np. trzy. Do tego w kolejnych dniach nie ma straty jakości treningu. W skali rocznej może się okazać, że zyskuje się dodatkowy miesiąc treningu. Podejrzewam, że Amerykanie, którzy bardzo dbają o swoich zawodników pod tym względem, bardzo dużo zyskują właśnie na sprawach potreningowych. Ich niesamowite wyniki to efekt dobrej strategii w doborze treningu, odnowy i pozbywaniu się słabych stron u każdego zawodnika. To ostatnie to np. poprawa biomechaniki ruchu. W tym kierunku staram się wiele robić w tym roku, uwzględniając ciekawe sugestie Tomka i innych zaprzyjaźnionych fachowców i pasjonatów. Zobaczymy, czy efekty będą widoczne w sezonie. Na pewno są widoczne w samopoczuciu na wiosnę i w prędkościach biegowych. Jak wspominałem, w tym roku jestem bardzo mocny szybkościowo, rytmowo, technicznie. Na krótkich odcinkach, przebieżkach jestem w stanie już teraz uzyskiwać prędkości nieosiągalne w poprzednich latach nawet w szczycie sezonu. Czuję się też bardzo luźno na spokojnych rozbieganiach, biegając w tempie np. 4:20/km. To samopoczucie jest dużo lepsze niż rok temu na, powiedzmy, 4:50/km.

Co z samym treningiem? Wraz ze zmianą pogody nastąpiły zmiany w stosowanych bodźcach. Przede wszystkim zacząłem wprowadzać element, którego nie było zimą: treningi na bardzo dużej wentylacji płuc, w formie choćby dłuższych interwałów. Czyli typowe treningi wydolnościowe, które powinny mocno podbijać formę. Poza tym utrzymałem wiele rodzajów krótkich zabaw biegowych, stosowanych przez ostatnie kilka miesięcy.

Takim dłuższym bieganiem był wykonany w Zamoścu interwał 3x3km. To był mój pierwszy w tym roku dłuższy, mocny trening. Biegałem go w tempie 3:25-3:15/km. O tej porze roku nigdy nie robiłem tego typu bodźców tak szybko. Jeśli osiągałem ten poziom prędkości, to miesiąc później. Spodziewam się dużego progresu w kolejnych tygodniach i coraz lepszego samopoczucia. Następnym poważniejszym startem będą mistrzostwa Polski na 10 000m, 3 maja. W tym roku skupiam się na dystansach krótszych, ale przy okazji spróbuję poprawić życiówkę na 10km. Przed tą dyszką prawdopodobnie zaliczymy z Olą jakiś start kontrolny, pewne przymiarki już są, ale zobaczymy, co wyjdzie z tego w praniu.

Mówiąc ogólnie, jest dobrze. Pogoda coraz przyjemniejsza (chociaż dzisiaj strasznie wieje), dzień coraz dłuższy, samopoczucie coraz lepsze, treningi coraz szybsze. Zgodnie z planem zimą uniknąłem kłopotów zdrowotnych i zaczynam wiosnę w takim stanie, w jaki celowałem: będąc zdrowym, szybkim, silnym, ogólnie wytrzymałym. Podobnie Ola. Na to nałożymy teraz specyficzny trening, planowany pod kątem konkretnych startów - i poczekamy na efekty.

Do zobaczenia na biegach!

sobota, 12 marca 2011
Mistrzostwa Polski w Biegach Przełajowych

Oboje z Olą jesteśmy świeżo po starcie w dzisiejszych Mistrzostwach Polski w Biegach Przełajowym. Uczucia mamy mieszane.  Starty wypadły przyzwoicie, ale pozostał lekki niedosyt. Ola zajęła 4 miejsce w biegu na dystansie długim, ja byłem 14 na dystansie krótkim, zdobywając brązowy medal w klasyfikacji drużynowej.

Poszedłem na pierwszy ogień, startując przed Olą. Cudów się nie spodziewałem, nie jestem bowiem mocny na błocie. Biegam dynamicznie, sprężyście, potrzebuję odpowiedniej nawierzchni, żeby wejść na dobre obroty. W błocie tracę połowę swoich zalet, technika podupada. W Zamościu okazało się, że trasa była piekielnie ciężka. Spodziewałem się twardszej nawierzchni. 1/3 część pętli, którą przebiegaliśmy czterokrotnie, prowadziła przez dawną fosę otaczającą mury obronne. Zbiegało się do środka, biegło kilkaset metrów wąwozem, potem wybiegało.

Cała fosa była niesamowicie błotnista, to było prawdziwe bagno. I podbiegi, i zbiegi były bardzo strome. W dół zbiegało się na dwa etapy, podbiegało jednym, niesamowicie stromym podbiegiem. Nie wiem jednak co było gorsze. Zbiegi były niebezpieczne jak cholera. Pod nasypaną świeżo warstwą piasku kryło się rumowisko cegieł. Wpadając z całą prędkością na zbieg, trafiało się stopą na piasek, pod nim zaś na niewidoczne, ruchome cegły. Mogło to być zabójcze dla nóg, łatwo było się połamać przy odrobinie pecha. Gdy bedę miał dostep do aparatu, zamieszczę zdjęcie moich wkrętów w butach, to kompletnie pogięty metal, zjechany na kamieniach.

Po dwóch zbiegach wpadało się w płaskie błoto, no i na końcu fosy ów koszmarny podbieg. Ja pokonywałem go cztery razy, Ola sześć. Było na nim i mięsiste błoto, i stromizna, i zakręt na końcu. Ogólnie mówiąc, zrobiłem swoje, liczyłem, że może wejdę w dziesiątkę przy odrobinie szczęścia, ale 14 miejsce to i tak nieźle. Takie same miałem 2 lata temu w Olszynie. I wtedy, i teraz wystarczyło do brązu w drużynie. To był główny cel mojego startu, wspomóc drużynę, wywalczyć medal. Udało się, chociaż do srebra zabrakło jednego (!) punktu.

U Oli na długim dystansie zebrały się wszystkie najgroźniejsze rywalki. Zwyciężczyni miała jechać na mistrzostwa świata w przełajach, odbywające się w marcu w Hiszpanii. Z tego względu Ola zaryzykowała start na dłuższym, bardziej niebezpiecznym dla niej dystansie. A skoro wystartowała, to w tym roku postanowiliśmy, że nie ma czajenia się na drugie czy trzecie miejsce. Ola miała naciskać faworytkę, Kasię Kowalską, rzucić wyzwanie. Dokładnie tak zrobiła - trzy pierwsze pętle obie dziewczyny przebiegły ramię w ramię, raz Ola, raz Kasia podkręcały tempo. Przewaga nad trzecią zawodniczką sięgała 60m, drugie tyle nad czwartą. Trasa i tempo zmogły jednak Olę. Zaryzykowała walkę o zwycięstwo i zapłaciła za to utratą medalu. Na kolejnych okrążeniach osłabła mięśniowo, usztywniła się, puściła, doszły ją stopniowo dwie kolejne dziewczyny. Ola jest nieco rozczarowana, ja dość zadowolony. Tak należy biegać, jeśli mierzy się w wysokie cele. Raz się przegra, raz się wygra, ale walczy się o coś. Tego Oli czasami brakowało, teraz udowodniła, że nie boi się wyzwań.

Kolejne tygodnie to przygotowanie do mistrzostw Polski na 10 000m. Dwa pierwsze starty, w hali i przełajach, były nieco wariackie, bez specyficznego treningu. Tym razem czeka nas 1,5 miesiąca porządnej pracy w dobrej pogodzie. Powinniśmy nadrobić braki tempowe i przygotować się na bardzo dobre bieganie. Czy się uda? Zobaczymy.

21:44, plathman
Link Komentarze (11) »
niedziela, 06 marca 2011
Halowe Mistrzostwa Europy i inne wyczyny

Dopiero co zakończyły się Halowe Mistrzostwa Europy, odbywające się w tym roku w Paryżu. Ponieważ dopiero co skończyłem ogladać transmisję, a dzisiejsze biegi były dla Polaków niezwykle udane, wypada napisać parę słów komentarza.

Najpierw małe wprowadzenie dla niezorientowanych. Otóż hala daje biegaczom niezwykle atrakcyjną furtkę. Nie każdy wie, jak wygląda szkolenie naszych najlepszych zawodników na poziomie krajowym. Liczą się mianowicie medale. Nieważne co, gdzie, jak, nie ma tu żadnej innej polityki, krótko czy dalekowzrocznej - masz medal dużej imprezy, otrzymujesz szkolenie. Takie szkolenie to bardzo ważna rzecz - pozwala biegaczom trenować w bardzo dobrych warunkach, szczególnie zimą. Dla wielu z nich takie obozy, np. w górach, są przełomowym momentem kariery. Jako przykład mogę podać siostrę Oli, Anię Jakubczak, trzykrotną finalistkę Igrzysk Olimpijskich w biegu na 1500m. Jej kariera nabrała rozpędu wiele lat temu właśnie po obozie w górach w USA. Poprawiła wtedy życiówkę o 10 sekund i awansowała do ścisłej euopejskiej czołówki.

Sęk w tym, że Polski Związek Lekkiej Atletyki bardzo niechętnie wydaje pieniądze na biegaczy na średnich i długich dystsansach. Wiadomo, potrzeby bankietowe są w PZLA zawsze bardzo duże ; ) Nie pomaga fakt, że szef szkolenia i prezes są związani od zawsze ze sprintem. Jedyną szansą na sensowne przygotowania dla naszych "dłuższych" biegaczy jest więc zdobycie medalu dużej międzynarodowej imprezy. No i hala to ogromna szansa. Po pierwsze, są to mistrzostwa Europy, więc z rywalizacji odpada cały tabun niezykle trudnych do pokonania Afrykanów. Nie wszyscy, bo trafiają się przykre wyjątki. Bardzo negatywnym przykładem jest tu Azerbejdżan, który okazyjnie kupił za petrodolary cała zgraję Etiopczyków i wystawia ich na europejskich zawodach. Po jaką cholerę dopuszcza się takie dzikie kraje do Mistrzostw Europy, nie wiem (gdzie Azerbejdżan, a gdzie Europa?). Taki przemalowany Azer był m.in. drugi w Paryżu w biegu na 3000m.

Ale do rzeczy - w mistrzostwach Europy rywalizacja nie jest tak ostra jak w Mistrzostwach Świata czy Igrzyskach Olimpijskich, tym bardziej, że część mocnych Europejczyków odpuszcza halę. No i druga szalenie ważna sprawa - w hali w grę wchodzi taktyka. Tego nie ma w takim stopniu na stadionie, gdzie bieżnia jest szeroka, można wyprzedzać swobodnie. Wystarczy biec z całej siły i nie zastanawiać się wiele. Natomiast w hali rozgrywka robi się bardzo emocjonująca, trzeba myśleć, bo proste są krótkie i wąskie, co chwila mamy wiraż. Można na tym wiele wygrać, można wiele stracić. Stadion jest więc w większym stopniu dla tych, którzy nie bawią się w kombinowanie, po prostu pędzą do mety z całą prędkością. Hala to zaś bieganie i taktyka w jednym, zupełnie inny rodzaj biegania.

W związku z tym dla części naszych zawodników te mistrzostwa to niepowtarzalna szansa na dobry występ i "wskoczenie" w szkolenie na dobrym poziomie, co może kompletnie zmienić bieg kariery. Chwała tym, którzy potrafią z takich okazji skorzystać i błysnąć na hali w Europie.

Wczoraj marnie pod względem taktycznym pobiegły dwie nasze dziewczyny na 1500m - Renata Pliś i Sylwia Ejdys. Przyjechały na zawody z dwoma najlepszymi czasami w Europie, skończyło się na 4 i ostatnim miejscu w finale. Renia nie biegła w sumie źle, spokojnie ustawiła się na końcu stawki, oszczędzała siły i kontrolowała sytuację. Przegapiła jednak przyspieszenie, rywalki uciekły. Sylwia natomiast wdała się w jakieś niepotrzebne przepychanki, kosztujące ją tylko wiele sił i nerwów.

Dzisiaj natomiast mieliśmy przykład tego, jaką zabójczą bronią może być na hali taktyka. Pokazał to przede wszystkim Bartosz Nowicki, zdobywająć brązowy medal biegu na 1500m. Rozegrał to fantastycznie. Zaraz po starcie ustawił się zgrabnie na drugiej pozycji i tam biegł aż do ostatniego okrążenia, nie przepychając się, nie kombinując. Na finiszu mocno zaatakował go Niemiec Carsten Schlangen. Bartek bardzo sprytnie zmusił go jednak do szerokiego obiegania, co kosztuje zawodnika i sporo sił, i stratę nerwów. Gdyby Niemiec odczekał i zaatakował po pierwszym torze, mogłoby być różnie, bo jego zyciówka jest mocniejsza od Bartka o dobrych kilka sekund. Ale nasz biegacz rozprowadził go jak kompletnego żółtodzioba, stworzył lekką presję, zmuszając do schodzenia coraz bardziej w bok - bez żadnego kontaktu fizycznego! Było to pierwszorzędne i  Niemiec pękł, nie dał rady wyprzedzić. Lepiej nie można było pobiec w tym taktycznym, generalnie wolnym biegu na szybki finisz, poza oczywiście zwycięstwem.

Przy okazji warto zwrócić uwagę na Turka, który prowadził cały bieg (w hali nie wieje, więc nie ma się czym przejmować) i przywiezie do domu srebrny medal. Kompletnie dali zaś ciała dwaj Hiszpanie. Jeden z nich zwyciężył, ale drugi, dysponujący najlepszą życiówką, w stawce był daleko, zupełnie nie mógł się odnaleźć w tym bieganiu, gdzie trzeba było trochę taktycznie pokombinować. Trzeci zniknął kompletnie z tyłu, a spodziewałem się, że całe podium może być hiszpańskie.

Lekkim zgrzytem było w transmisji przedstawienie Bartosza jako Rosjankę ; ) I jeszcze  refleksja bardziej społeczna niż sportowa: i chłopaki z biegu na 800m, i Bartosz Nowicki, i nasze dziewczyny (Lidia Chojecka oraz Anna Rogowska), prezentowali się bardzo dobrze na podium. Młodzi, przystojni, uśmiechnięci - czy może być lepsza promocja kraju? Bardzo korzystnie wyróżniali się na tle niektórych sportowców z innych krajów, wygladających jak napakowane roboty.

Bartek ciachnął więc brąz, świetna robota - i miejmy nadzieję, że to będzie dla niego prawdziwy zwrot kariery. Przy okazji warto przypomnieć, że dobrych kilka lat temu był on młodzieżowym mistrzem Europy na tym samym dystansie.

Druga taktyczna mistrzyni dzisiejszego dnia to Lidia Chojecka. Taka sama sytuacja - wolny bieg, pierwszy kilometr wręcz w spacerowym tempie. Lidia nie zawiodła, cały czas biegła po pierwszym torze, nie nadrabiając dystansu. W decydującym momencie znalazła się zaś nagle w samym czubie i ku zaskoczeniu wszystkich, na ostatnie kółko wbiegła jako pierwsza. Surowej szybkości nie wystarczyło na dowiezienie zwycięstwa, ale jest brązowy medal. Lidia Chojecka bardzo dobrze biega w hali, ma tych medali całkiem spory pęczek. To jest kwestia i budowy ciała, i sprytu taktycznego, i pewien czynnik psychologiczny. Kiedy zawodnik uwierzy, że coś jest jego silną stroną, już na starcie czuje się w takich warunkach mocniejszy.

Wreszcie 800m, które w ostatnich trzech latach stało się eksportową polską konkurencją. Tutaj taktycznie błysnął Adam Kszczot, z którym miałem niedawno przyjemność ścigać się w mistrzostwach Polski. Dwa pierwsze okrążenia biegł z tyłu, bardzo prawidłowo. I podobnie jak Lidka - nagle w połowie dystansu znalazł się w samym czubie, kontrolując sytuację. Marcin Lewandowski był w gorszej sytuacji, biegł co prawda od wewnątrz, nie nadrabiając, ale za to kompletnie zablokowany. Miał jednak kupę szczęścia - po przypadkowym kontakcie na ziemię padł jak ścięty prowadzący Hiszpan. Padł bardzo kulturalnie, za krawężnik, nie przewracając nikogo. Z takiej okazji Marcin nie mógł nie skorzystać, na ostatnie kółko wbiegł jako drugi, za atakującym agresywnie Adamem - i w takiej kolejności dobiegli do mety. Pierwsze i drugie miejsce dla Polski, niesamowita sprawa!

_____________________________________________________________________________

Teraz z innej beczki - Ola wygrała dzisiaj bieg na 10km w Radomiu. Trasa podobno atestowana, podobno, bo w regulaminie tego nie ma, tak Oli powiedział organizator. Nie jest łatwa, są długie, ciężkie podbiegi, do tego pogoda nie dopisała, mocno wiało i padał śnieg. W tych warunkach Ola już po pierwszym kilometrze wyszła na prowadzenie i wygrała zdecydowanie, z przewagą ponad 20 sekund. Co najbardziej pozytywne, biegła cały czas zupełnie na luzie, z bardzo dobrym samopoczuciem i dużą rezerwą. Czas 34:39, życiówka na ulicy, blisko życiówki ze stadionu. Dwa lata temu Ola również tam wygrała, miała jednak czas o minutę gorszy, a do tego, jak się okazało, wtedy trasa była krótsza o ponad 200m.

Widać więc, że forma Oli ciągle rośnie. Samopoczucie jest bardzo dobrze. Swoje zrobiły i korekty treningu, które wprowadziłem w tym roku, i ciężka praca, którą rok temu wykonaliśmy w USA. Coś czuję, że ten rok będzie dla nas najlepszym w historii... ; ) Pierwsze medale z hali są już w kieszeni, a za tydzień mistrzostwa Polski w biegu przełajowym. To ważna dla nas impreza, klub wystawia m.in równą, męską drużynę, która ma szanse medalowe, i w której składzie jestem.

Oboje z Ola czujemy się bardzo dobrze. To nie jest jeszcze forma, jaką mamy nadzieję uzyskać latem, nie biegaliśmy na razie żadnych bardzo szybkich treningów, ale gdy samopoczucie jest dobre, bieg staje się przyjemnością. Do zawodów podchodzimy więc pozytywnie, a co z tego wyjdzie - zobaczymy. Jedynym minusem jest to, że Zamość jest kompletnie zasypany śniegiem! Ale dla nas to dobrze, gorzej dla tych, którzy przygotowywali się w upale w RPA ; )

No i jeszcze jedno - znowu ta koszmarna podróż PKP. Bite 13 godzin ze Słupska do Zamościa. Całe szczęście, że inne imprezy mistrzowskie bedą w tym roku znacznie bliżej mnie - Bydgoszcz, Lidzbark Warmiński, Piła. Zeszły rok był pod tym względem straszny - miałem na koncie wyjazdy m.in. do Sosnowca, Krakowa, Bielska-Białej... Dalej ode mnie już być nie może.

Ogólnie mówiąc - 2011 jest na razie bardzo dobrym rokiem. Jak wiadomo, jest to ostatni rok przed końcem świata, więc odbieramy go tym pozytywniej ; )

19:52, plathman , Zawody
Link Komentarze (7) »
środa, 02 marca 2011
Jak teraz trenuję - marzec 2011

Po opisach perypetii wszelkiego rodzaju czas wrócić do istoty bloga, do jego rdzenia - treningu biegowego. Co jakiś czas próbuję w treningu czegoś nowego, niektórzy mogą być w tym zagubieni. Aby więc czytelnicy mogli być na bieżąco, a może i skorzystać z tego, co ja wymyślam, przedstawię dzisiaj zarys tego, jak wygląda moje bieganie w tej chwili. Do tego rodzaju treningu doprowadziły mnie lata doświadczeń, prób i błędów. Muszę jednak zauważyć, że jest to program skrojony konkretnie pode mnie, zindywidualizowany w maksymalnym stopniu. Nie każdy skorzysta na kopiowaniu mojego podejścia.

Gdy zajmuję sie trenowaniem kogoś, tworzę dla niego oddzielny, indywidualny system. Gdy trenuję 10 osób, trzeba mówić o 10  różnych systemach treningowych. One mają wiele punktów wspólnych, niektóre rodzaje treningów i pewne zasady się powtarzają, cyklicznie wracają - ale każdy system jest zupełnie inny. To jest coś, co nazywam  prawdziwym COACHINGIEM, sztuką wygrzebania z każdego jego maksymalnego potencjału biegowego.

Najpierw rys historyczny - w latach 2001-2005 trenowałem pod okiem trenera z W-wy, Grzegorza Wrony. W polskich warunkach jest to bardzo dobry trener, jeden z lepszych, jakich spotkałem. Wiele się w tym czasie nauczyłem, ale i popełniłem sporo błędów, np. biegając zbyt szybko w niektórych okresach, zbyt mało w innych, zbyt wiele w kolejnych itd. Moja współpraca z trenerem od początku była dość luźna, oparta na dyskusji, zaufaniu, sporej swobodzie. Bardzo wiele rozmawiałem z trenerem o bieganiu w ogóle, zasadach treningu. Z czasem coraz bardziej chciałem się wyrwać z rygorów polskiej szkoły treningowej, zerwać z pewnymi schematami; założyć, można rzec, własną szkołę. Lata 2005-2006 to był okres treningu już samotnie, bez osobistej kontroli trenera, ale jeszcze z konsultacjami, coraz luźniejszymi i rzadszymi. Od 2007 trener nie miał wpływu w ogóle na to, co robiłem. W tym czasie przeszedłem też od biegania tylko 800m do eksperymentów na długich dystansach, aż do maratonu włącznie.

Lata 2006-2007 to próby łączenia pewnych elementów polskiej szkoły z innymi podejściami do treningu, generalnie nieudane. Od 2008 nastąpił kompletny reset, opcja zerowa - zerwałem z wszelkimi przyzwyczajeniami, schematami, wyuczonymi zasadami - i zacząłem budować własny system zupełnie od zera. 2008 i 2009 to dla mnie lata bardzo dobre pod względem biegowym. Od lipca 2009 do października 2010 spróbowałem kolejnej zmiany w podejściu do treningu. I tu właśnie dochodzimy do sytuacji bieżącej. Ten ponad rok ostatniego eksperymentu to był trening oparty o  surowe wytrzymałościowe podejście, który zupełnie nie sprawdził się w stosunku do mnie. Jako zawodnik jestem typem w dużej mierze szybkościowym, wychodzącym z biegania 800m. Trening typowo wytrzymałościowy zabił moje najmocniejsze cechy i doprowadził mnie do największej zapaści wynikowej od początku treningu.

Na czym polega podejście wytrzymałościowe? Po pierwsze, polecam lekturę moich planów treningowych, które udostępniam na portalu maratonypolskie.pl (link). Sporo tam piszę o podejściu szybkościowym, wytrzymałościowym i różnych typach biegaczy. Jest to owoc moich dziesięcioletnich studiów nad treningiem biegowym, wsparty doświadczeniami na sobie i kilkuletnim doświadczeniem w trenowaniu innych. Całość opiera się na założeniu, że istnieją dwa fizjologiczne bieguny: szybkościowy i wytrzymałościowy. Każdy zawodnik jest typem bliższym jednemu lub drugiemu, w różnym stopniu. Za absolutny biegun szybkościowy można uznać np. Usaina Bolta, za biegun wytrzymałościowy - pewnie jakiegoś biegacza dystansów ultra. Te "bieguny" wynikają z fizjologicznych różnic w budowie mięśni u różnych biegaczy, za czym idą różnice w całej wewnętrznej maszynerii, biegowym silniku.

Trening nieodpowiednio dobrany, nawet jeśli będzie prawidłowy pod względem technicznym, nie przyniesie zawodnikowi korzyści. To spotkało mnie rok temu, gdy zaatakowałem swój organizm treningiem czysto wytrzymałościowym. Kiedy oglądam swój dzienniczek treningowy z poprzedniego roku, technicznie nie mogę sobie nic zarzucić, poza jakimiś mało istotnymi drobiazgami. Trening wygląda sensownie, zgrabnie i logicznie. Problem jest jeden - to nie działało, co odczuwałem nie tylko w wynikach biegów, ale i ogólnym samopoczuciu (na to wszystko nałożyły się drobiazgi zdrowotne, w rodzaju niedostatku sodu w diecie).

Sprowadzając to do prostej wykładni, podejście wytrzymałościowe polega na treningu o dużej objętości i przewadze treningów relizowanych metodą ciągłą. Trening szybkościowy to mniejsza objętość, większa intensywność, duży udział metody przerywanej, czyli różnego rodzaju odcinków, zabaw biegowych, interwałów. Oczywiście istnieje nieskończenie wiele wariantów treningu rozpiętego pomiędzy dwoma biegunami. Cała sztuka polega na tym, aby go odpowiednio dobrać i złożyć w cykle zgodne z prawidłami sztuki.

Od listopada 2010 trenuję już bez eksperymentów godzących w rdzeń mojego biegowego istnienia, czyli nie próbuję igonorować tego, jakim typem biegacza jestem. Trening bardzo mocno uwzględnia aspekt szybkościowy. Przy tym staram się jednak zachować zasady, jakie sformułowałem wcześniej. Ponieważ trenuję do dystansów wytrzymałościowych, do których paliwo organizm syntezuje na drodze przemian głównie tlenowych, trening również musi być  przeważająco tlenowy. Mówiąc prosto, mój obecny trening to próba pogodzenia odpowiedniego pobudzenia wytrzymałościowego z odpowiednim pobudzeniem mięśniowym. Czyli trening tlenowy przy użyciu sporej dawki wyższych prędkości.

Oznacza to przede wszystkim mniejszą łączną objętość treningu. Unikam wejścia w bardzo wysokie objętości i bardzo długich biegów. Jak zauważyłem w poprzednich latach, okazyjne, krótkie wejścia w bardzo wysoki kilometraż nie szkodzą nawet typom szybkościowym, a niektórym mogą wydatnie pomóc. To spotkało mnie, gdy w 2008 roku po dwóch tygodniach na objętości 192 i 166km, zrobiłem życiówkę w biegu na 1000m i wypadłem nieźle w biegu na 800m. W tej chwili jednak nie stosuję takich uderzeń, m.in. dlatego, że uznałem, iż moje ogólne przygotowanie tlenowe, ta baza tlenowa, podstawa, jest już na odpowiednio dobrym poziomie. Mam za sobą 10 lat treningu i pewnie 40 tysięcy wybieganych kilometrów. Sama objętość łagodnego treningu niewiele mi pomoże, a może zaszkodzić, ponieważ ma wpływ na ogólne zmęczenie organizmu.

4 lata temu zacząłem pojedyncze eksperymenty z dużą objętością i wiele z nich uznaję za bardzo korzystne, ale na obecnym etapie treningu próbuję osiągnąć progres innymi metodami. Tym bardziej, że zmieniłem nieco swoje cele - bardzo długie biegi, typu półmaraton czy maraton znikają ze sfery mojego zainteresowania. Jeśli czasami w nich wystartuję, to tylko dla przyjemności.

Więc konkrety: mój obecny trening to objętość zwykle 90-100km tygodniowo, mniej w tygodniach startowych. Biegam zasadniczo raz dziennie, dwa razy w tygodniu staram się dodatkowo chodzić na zajęcia na sali, co nie zawsze się udaje (w poprzednich 2 tygodniach nie byłem ani razu). Wieczorami jako drugą jednostkę treningową dorzucam ćwiczenia ogólnej siły i sprawności, rozciąganie - wtedy, gdy mam czas i ochotę. Czasami jest to 4 x w tygodniu, czasami ani razu. Objętość jednej biegowej jednostki treningowej to zwykle 60-80 minut. Krócej niż 60 minut nie ćwiczę, poza tygodniami startowymi. 90% moich treningów to 60-70 minut biegania, zakładam jednak, że gdy się ociepli i puści śnieg, będę okazyjnie wychodził na dłuższe treningi, do 90 minut. Wtedy moja tygodniowa objętość może osiagać czasami nawet 120-130km.

Zimą stosowałem nawet 6 zabaw biegowych w jednym tygodniu. Były to indywidualnie skrojone pode mnie kombinacje interwałów, przyspieszeń, zrywów. Większość bardzo łagodna, właściwie zimą nie robiłem żadnego rodzaju treningu, który powodowałby głęboką zadyszkę, dużą wentylację. Przykłady takich treningów? Np. 50x40 sekund, przerwa 20 sekund spacer. Abo 30x1' przerwa 30 sekund trucht. Albo 70 x 20 sekund, przerwa 20 sekund trucht. Kombinacji jest wiele i wiele stosowałem, najczęściej nie licząc tych odcinków, tylko ustawiając timer i odpowiedni czas trwania wysiłku. Frakcja interwałowa trwa zwykle 40-50 minut, rozgrzewka i schłodzenie to łącznie 15-30 minut. Trudno tutaj opisać zasady, jakimi się kieruję przy planowaniu konkretnego bodźca, jest ich zbyt wiele, różnych dla każdego biegacza. Ola stosuje np. zupełnie inny plan treningowy, zupełnie innę liczbę bodźców (nie więcej niż 3 zabawy w tygodniu), zupełnie inne odcinki i przerwy.

Tu jednak czas na nieco inne spojrzenie na mój trening. Otóż o ile w poprzednich latach skupiałem się na wydolnościowym zagadnieniu treningu, tak teraz bardziej zwracam uwagę na aspekt mięśniowy. Jedno ma zresztą wpływ na drugie - im ciało mięśniowo sprawniejsze, tym wydolność wyższa, bo lepsza jest gospodarka dostępnymi zasobami, lepsze odzyskiwanie energii w biegu. Mam zupełnie inne niż konwencjonalne podejście do treningu siły. Siłę buduję poprzez szybkość. Nie stosuję żadnego konwencjonalnego treningu siły - ani siłowni, ani skipów czy wieloskoków, zrezygnowałem nawet (u siebie) ze stosowanych wcześniej podbiegów i skoczności. Jest to jak najbardziej zgodne z fizjologią człowieka oraz mechniką ruchu, nie ma tu jednak miejsca na dyskusję nad tym zagadnieniem. Jedyne treningi siłowe, jakie robię, to core stability i ćwiczenia rytmu - pozwalające wzmacniać mięśnie nie angażowane bezpośrednio w bieg, poprawiające sylwetkę, koordynację, równoważace napięcie mięśni. Sa one dość trudne dla większości ludzi, np. w grupie, która trenuje ze mną na sali, nikt nie potrafi wykonać ich dobrze.

Ale, jest tu duże ALE. Otóż cały mój trening wykonuję w tej chwili na asfalcie lub tartanie - w cienkich, kompletnie nieamortyzowanych butach. 95% treningów robię w butach typu startowego, bez kompletnie żadnej amortyzacji, to muszę bardzo wyraźnie zaznaczyć. Jest to jak najbardziej świadome i obejmuje np. bardzo agresywne, krótkie sprinty, wykonywane w takich butach na maksymalnie twardej nawierzchni. Nie mam żadnych kontuzji, żadnych bóli, przeciążeń, ale tylko dlatego, że tego typu trening aplikuję świadomie i stopniowo. To jest moja siła, obciążenie mięśniowe jest tu bardzo duże. Pracuję nad tym, aby usprawnić cały aparat ruchu,  poprawić technikę biegu, sprężystość, kompletnie unikam butów ciężkich, amortyzowanych, w jakikolwiek sposób wspierających mięśnie. To jest trening mięśniowo dużo cięższy niż np. banalna siła na siłowni. To jest tylko 90 kilometrów tygodniowo, ale w dużej mierze dość szybkich, realizowanych bez żadnej amortyzacji, na bardzo twardej nawierzchni. W ten sposób nie da się biegać 200km tygodniowo, przynajmniej nie od razu.

Tylko czasami zakładam buty cięższe, na jakieś regeneracyjne truchtanie, może raz na dwa tygodnie, kiedy mięśnie są mocno zmęczone. Drepczę wtedy w tempie 5:00/km i wolniej. Swoją drogą, dziwi mnie, że wiele osób nie widzi sprzeczności w tym, że np. wykonują wieloskoki - czyli trening, który ma bardzo mocno skasować mięśnie, wstrzasnąć nimi do ostatniego włókna - a równoczesnie w takim treningu używają mocno amortyzowanych butów. Albo dajemy sobie w kość, albo rezgnujemy z tego rodzaju treningów. Próba równoczesnego pobudzania i amortyzowania wydaje mi się naprawdę dziwna.

Na razie to podejście sprawdza się bardzo dobrze. Moje samopoczucie jest znakomite. Prędkości treningowe - bardzo wysokie w sensie subiektywnym. Dzisiaj np. biegałem na stadionie interwał 5x1200m. Zaczynam to najczęściej od progresywnej rozgrzewki. I tak dzisiaj rozgrzewka to były 3km w tempie 4:22-3:58-3:39/km. W tempie 4:00/km biegnę na kompletnym rozluźnieniu, niemal stojąc. Zakładam, że te prędkości jeszcze będą rosły, w miarę uzyskiwania coraz wyższej formy, poprawy pogody i zrzucania kolejnych ciuchów. Same odcinki nie były powalające dla ewentualnego obserwatora z zewnątrz, tempo 3:20-3:10/km. Dla większości wyczynowców to jest śmiech na sali, ale to jest trening dobrany dla mnie w tym konkretnym dniu. Biegałem to na, jak to nazywam, kontrolowanej zadyszce, na dużym luzie, dbając o prawidłową technikę, z doskonałym samopoczuciem. Dwa ostatnie odcinki w kolcach. Na koniec biegałem jeszcze 6x100m w kolcach, bardzo dynamicznie, bardzo technicznie, bardzo szybko.

Spodziewam się, że ten typ treningu nie tylko przygotuje mnie na bardzo dobre bieganie dystansów 800-5000m. Zakładam, że również na dystansach dłuższych będę w stanie biegać szybciej niż miało to miejsce np. rok temu, przy użyciu treningu typowo wytrzymałościowego.  Ten rodzaj treningu jest bowiem dostosowany do mojej fizjologii. Czy się sprawdzi? Zobaczymy. Na razie wszystko gra, a czuję się jak młody bóg, co stanowi ogromną zmianę w stosunku do treningu z zeszłego roku. Dwa tygodnie temu zgarnąłem pierwszy indywidualny medal mistrzostw Polski, nie stosując przed tym startem żadnego treningu specyficznego.

Na koniec jeszcze uwaga techniczna, na temat butów, w których dzisiaj biegałem. Otóż były to Kalenji Eliofeet, dostępne w Decathlonie. Chcę zwrócić waszą uwagę na ten model. To jest próba wejścia Decathlonu w rynek "biegania naturalnego". Są to proste, lekkie, amortyzowane w minimalnym stopniu, niesamowicie dynamiczne buty, mogące spokojnie służyć za startówki. Co w nich wyjątkowego? Cena. Te buty w wersji podstawowej kosztują ok. 150zł, ale w większości Decathlonów można je dostać w przecenie za 70-80zł (sam je kupiłem chyba za 69,99zł)! Sytuacja na rynku biegowym wygląda tak, że żadna firma, ani żadne utrzymujace się z reklam medium nie przyzna, że w butach za 70zł można skutecznie trenować i startować. Tymczasem tak jest, ja biegam w tego typu butach cały czas. Mam też modele innych marek, Nike czy Puma, tego samego typu, minimalistyczne, ale kupionie w USA za grosze. Bieganie w modelach za 500zł i więcej to dla mnie szaleństwo. To jest tylko nabijanie kieszeni wielkim koncernom. Rok temu na rynku pojawiły się buty za ponad 700zł - toż to dojenie w najczystej postaci! Bardzo szybko przeceniono je o 300-400zł, ale z pewnością pewne grono naiwnych dało się na taki but złapać. Tymczasem but tego typu można mieć w Decathlonie za 70zł...

Stosowanie tego typu butów wymaga oczywiście rozsądku, odpowiedniego treningu, mniejszej objętości, stopniowego przygotowania mięśni, pewnego planu działania. Generalnie jednak trening biegowy w szerszym kontekście również wymaga używania głowy.

Można mi zarzucić, że sam realizuję tu politykę wielkich firm, bo Ola jest ambasadorem marki Kalenji. Mogę więc tylko powiedzieć - ja kupiłem Eliofeet własnoręcznie w Decathlonie Piaseczno za 69,99 albo 79,99, nie pamiętam dokładnie, i w nich biegam, bardzo  to sobie chwaląc. Ola przebiegła w nich trzy półmaratony. Jeśli ktokolwiek znajdzie jakieś buty w porównywalnej cenie, które mi się spodobają - chętnie o nich napiszę. Aha, Eliofeet mają jedną wadę - są zapinane na rzep. Jak na razie nigdy mnie to nie zawiodło, ale podchodzę do rzepów z pewną nieufnością.

Tak jak Michał Smalec biegał w butach za 30zł z Lidla, ja śmigam w dwa razy droższych Eliofeetach z Decathlonu. Potraktujcie to jako manifestację światopoglądową ; ) Wydawanie 500zł na buty jest dla mnie chore. Oczywiście mogę zrozumieć, że dla kogoś to są grosze, ale tak czy inaczej wolałbym wydać te pieniądze w pożyteczniejszy sposób. Tym bardziej, że uważam, że w moich butach za 70zł jestem w stanie trenować skuteczniej niż w jakichkolwiek za 500.

niedziela, 27 lutego 2011
Plebiscyt i honory

Tydzień po mistrzostwach Polski okazał się bardzo intensywny. Razem z Olą i jej starszą siostrą, Anią, pojechaliśmy do Zamościa, na ogłoszenie wyników plebiscytu na najlepszych i najpopularniejszych sportowców Zamojszczyzny roku 2010. Jest on organizowany przez "Tygodnik Zamojski", najsilniejszą lokalną gazetę w regionie. Jak może niektórzy pamiętają, rok temu Ola zwyciężyła. Tym razem było jeszcze lepiej.

Na gali okazało się, że:

 

- Ola po raz drugi z rzędu została najpopularniejszą sportsmenką Zamojszczyzny

- Ania zajęła trzecie miejsce

- ja zająłem drugie miejsce w głosowaniu na najlepszych i najpopularniejszych trenerów regionu

 

Można powiedzieć, że zgarnęliśmy całą pulę. O ile wyróżnienie dla dziewczyn nie było zaskoczeniem, tak moje drugie miejsce to zupełny szok. Poza Olą (i sobą) nie mam w tym regionie żadnego podopiecznego czy żadnej podopiecznej. Przeważyło jednak drugie z rzędu zwycięstwo Oli, które wywindowało mnie wysoko na liście. To zresztą efekty nie tylko samych sukcesów Oli, ale też odpowiedniego podejścia do kibiców. Ola udzielała się w lokalnych mediach, papierowych i elektronicznych, udzielała wywiadów, spotykała z kibicami. Takie rzeczy się docenia. To nie jest zawodniczka, którą raz w roku ogląda się w telewizji. Można ją spotkać na treningu przy zamojskiej obwodnicy, na stadionie, w sklepie. Można spytać o trening, czy nawet przebiec się razem.

 

Ola na bankiecie plebiscytowym. Te wielkie butle, puchary i torby to część nagród, którymi ją obsypano (i w pewnym stopniu również mnie). Znalazł się tam m.in. voucher na wycieczkę do Turcji oraz na weekend w W-wie w hotelu Fryderyk Chopin.

 

Przed samą galą plebiscytową byliśmy razem na jednym z takich spotkań - z młodzieżą z miejscowego społecznego liceum. Ani, Ola i ja. Było bardzo sympatycznie, uczniowie mogli się przekonać, że sportowcy umieją mówić, a nawet pisać. Młodzież była zorientowana w sporcie, co sprawdziła Ania, czujnie zadając pytanie o to, czy wiedzą, jakiej długości jest dystans maratoński. Odpowiadaliśmy też na pytania dotyczące codziennego życia, wyjazdów, stresu przed zawodami itp.

Można powiedzieć, że ostatni tydzień to dla mnie spora nowość. Do tej pory trenowałem raczej w cieniu, tymczasem teraz w ciągu kilku dni spadło na mnie sporo zaskoczeń i publicznych spotkań. Medal mistrzostw Polski, wywiady, autografy (brakowało wizyt w zakładach pracy), wysokie miejsce w plebiscycie, bankiet, spotkania z miejscowymi notablami. Po mistrzostwach Polski w biegach przełajowych, ktore odbędą się właśnie w Zamościu za dwa tygodnie, mamy umówione kolejne spotkanie, tym razem w ratuszu. Będzie to sportowe podsumowanie poprzedniego roku u prezydenta miasta.

W tym wszystkim najmniej przyjemne jest to, że nadal trzeba trenować i biegać ; ) Pogoda ostatnich dni nie zachęcała do tego. Był straszny mróz, a po starcie w hali cały czas lekko dokuczało mi gardło i oskrzela, wszystko było podrażnione. Treningowo tydzień był bardzo luźny, z jednym dniem wolnym, bez żadnego mocnego akcentu, jedynie z akcentami szybkościowymi. Nie stosowałem nic intensywnego z obawy o drogi oddechowe. Bieganie na głębokiej zadyszce w takich warunkach pogodowych (silny mróz) to samobójstwo. Dzisiaj jestem już w Słupsku, robię jeszcze jeden spokojny trening, a od jutra wejście w solidniejsze bieganie. Pogoda się powoli poprawia, ale nadal jest dużo sniegu. Tym razem napadało również w Zamościu u Oli.

Od jutra wracam też na zajęcia w sali. Dzwonił do mnie znajomy trener ze Słupska z informacją, że mój medal wywołał pozytywny bodziec u chłopaków i dziewczyn, z którymi ćwiczę. Prowadzę z nimi zajęcia rozgrzewkowe i ćwiczenia sprawnościowo-siłowe. Przy okazji tłumaczę, do czego potrzebne są niektóre dziwaczne wygibasy, które prezentuję. Medal w hali był dla nich potwierdzeniem, że to w jakiś sposób działa.

 

Tak wygląda mój medal mistrzostw Polski. Oczywiście w reklamówce wręczanej na podium nie zabrakło nieśmiertelnego długopisu. Nie było koszulki, za to miniaturowy oszczep - gadżet od sponsora.

 

Tydzień był wyrwany z życia, było mało czasu na trening i odpoczynek. To bywa trudne dla sportowca. Udało się jednak przetrwać bezboleśnie. Teraz mam już tylko nadzieję, że będzie w końcu ciepło i da się coraz bardziej podbijać formę.

Aha, jeszcze jedna ciekawostka. W Zamościu spotkałem się zaprzyjaźnionym fizjoterapeutą, Tomkiem. Od marca będzie on szerzej współpracował z Agrosem Zamość. Tomek przejrzał mój aparat ruchu, podpowiedział, gdzie jestem szczególnie słaby. W Spale nagrałem na video bieg swój i Oli, analiza wykazuje u mnie niepotrzebne cofanie bioder w momencie lądowania. Nad tym będę starał się pracować, bo to są straty prędkości i mocy.

poniedziałek, 21 lutego 2011
Halowe mistrzostwa Polski - raport

Halowe Mistrzostwa Polski w Spale przeszły do historii - tym razem z moim i Oli skromnym udziałem. Okazały się dla nas bardzo udaną imprezą, mimo dość partyzanckiego podejścia do tych startów. Przywieźliśmy dwa brązowe medale - Ola na 3000m, ja na 800m. Dla mnie jest to pierwszy indywidualny medal mistrzostw Polski seniorów, dla Oli już piąty (wszystkie pod moją opieką trenerską). Dodatkowo Ola zajęła 5 miejsce w biegu na 1500m, ja krótko po pierwszym starcie treningowo zaatakowałem 3000m, zajmując 12 miejsce. Patrząc okiem statystyka, przywieźliśmy trzy życiówki z czterech biegów. Przede wszystkim dlatego, że w hali startujemy bardzo rzadko, a na 3000m w hali oboje debiutowaliśmy. Na uwagę zasługuje jednak wynik Oli na trójkę, niewiele słabszy niż jej życiówka ze stadionu.

Warto wspomnieć, że Spała powitała nas zaskakująco ciepłą pogoda i brakiem śniegu. Ponieważ u mnie zima jest sroga, byłem zaskoczony, wrażenie takie, jak gdybym przyjechał z innego klimatu. Już w sobotę pogoda się zmieniła. Zima podąża za mną krok w krok. Zaatakował mróz i śnieg. Oczywiście na hali nie było to problemem, ale rozruch oraz rozgrzewkę zrobiłem jednak na zewnątrz. W środku było duszno i bardzo sucho, do takich warunków w tym roku nie jestem przywyczajony. Mróz, wiatr, śnieg - jak najbardziej.

Na pierwszy ogień szła Ola. Jej bieg niemal od początku do końca prowadziła Kasia Broniatowska. Tempo było równe, solidne, może nie zabójcze, ale przyzwoite. Pierwszy kilometr 3:11, drugi 3:14. Potem 600m czajenia - i ostatnie 400m szaleńczego wyścigu. Ostatni kilometr wyszedł Oli w 3:01, ostatnie 400m w 66 sekund. Całkiem przyzwoicie. Mimo tego, że nie biegaliśmy treningów w kolcach, Ola szybkościowo nie odstawała od dziewczyn, które ostatnie tygodnie spędzały, przygotowujac się w cieple w Spale czy RPA. Prawdę mówiąc, w zasięgu było nawet złoto. 250m przed metą Ola bardzo mocno ruszyła, ale wyprzedzając tuż przed ciasnym zakrętem, została zatrzymana przez rywalkę, dostała łokciem, straciła rytm i impet, wytraciła prędkość, została kilka kroków z tyłu, co przy tej prędkości i zmęczeniu było już nie do nadrobienia. Widać to bardzo dobrze na filmie, który nagrałem. Czas Oli - 9:26.90, jej życiówka ze stadionu jest mocniejsza tylko o dwie sekundy.

Podobnie w Oli wykonaniu wyglądał bieg na 1500m - można jej na siłę zarzucić drobne błędy taktyczne, które zadecydowały o takim, a nie innym miejscu. Taka jest jednak specyfika biegania w hali, nie startowaliśmy w niej od wielu lat i ciężko oczekiwać pełnej perfekcji. 1500m kobiet było bardzo wolne, niewiele wolniejsze od 3000m. Pierwszy kilometr w 3:06, przy tym dystansie to jest jak spacer. W momencie decydującego ataku Ola była zablokowana, zanim mogła ruszyć, rywalki były już daleko. Ostatnie 200m Oli to 30,87 - bardzo dobra prędkość. Rywalki były jednak klasowe, trzy z nich wystąpią w halowych mistrzostwach Europy w Paryżu. Ostateczny czas Oli - 4:28.06, piąte miejsce, halowa życiówka, ale dużo wolniej niż najlepszy czas ze stadionu.

 

Podium 3000m kobiet, od lewej: Kasia Broniatowska, Sandra Michalak, Ola

 

No i moje biegi. Przyznam szczerze, że 800m to była perfekcyjna egzekucja. Wiedziałem, że jest szansa na medal. Na liście moja życiówka dawała mi teoretycznie trzecie miejsce, problem w tym, że ustanowiłem ją ponad 5 lat temu i od tego czasu nie biegałem tak szybko. Co więcej, 4 miesiące temu machnąłem maraton w Dębnie, co chyba nieco zmyliło rywali. Nie spodziewali się, że mogę depnąć tak mocno. Wspominałem jednak o tym, że ostatnio pod względem szybkościowym czułem się bardzo dobrze. Maraton mi nie zaszkodził, odpoczynek był solidny.

Od razu po starcie bardzo mocno ruszył Artur Ostrowski, mający nadzieję na zrobienie minimum na HME w Paryżu. Za nim Adam Kszczot, medalista mistrzostw Europy na stadionie. Ja zostałem z tyłu, ruszając dość spokojnie. Był moment, w którym zastanawiałem się, czy nie wyprzedzić zawodników przede mną i nie spróbować gonić prowadzącej dwójki. Musiałbym jednak obiegać całą grupę, do tego tempo pierwszych 200m było naprawdę szybkie, a ja nie czułem jakiejś powalającej mocy w nogach. Ciasne wiraże hali w Spale również nie zachęcały do takiego ryzyka. Szybko doszedłem więc do wniosku, że walczę o 3 miejsce i na tym się skupiłem. Po 350m z ostatniego miejsca przeszedłem na czwarte. Grupa zachowywała się dokładnie tak jak przewidziałem - po szybkim początku nastąpiło mocne zwolnienie. Odcinek miedzy 350 a 500m to był spacer, ja to wykorzystałem. Wiraż przebiegłem na czwartym miejscu, a tuż po zejściu z nachylenia, 360m przed metą, ruszyłem z całej siły.

Dokładnie tak wyglądał jeden z wariantów taktycznych, które rozważałem przed biegiem. W momencie, kiedy rywale mają największy kryzys, bo mocne tempo z początku zaczyna dawać się we znaki, a do mety jeszcze zbyt daleko, żeby już finiszować, ja zaskoczyłem atakiem i długim finiszem. Na mecie zawodnik z czwartego miejsca powiedział, że miałem szczęście, że tak z zaskoczenia uciekłem. Szczęście nie miało z tym jednak nic wspólnego, to się nazywa taktyka i umiejętne wykorzystanie swoich mocnych stron. Nie miałem ochoty na loterię z udziałem łokci, jaka miałaby miejsce na ostatnim kółku. Wtedy można przegrać, nawet będąc najszybszym. Na 50m prostej zrobiłem więc momentalnie 10-15 metrów przewagi, zostało tylko wytrzymanie tego tempa na ostatnich 300m, co na 800m nie jest proste. Udało się jednak, w razie jakiegoś niespodziewanego ataku miałem jeszcze na ostatniej prostej dodatkowe przełożenie w zapasie. Rywalom pozostała walka o 4 miejsce.

Mój czas to 1:53,3. Los jak zwykle miał jednak dla mnie niepodziankę - w czasie naszego biegu padła aparatura, pomiar odbywał się na zegarki sędziowskie. Sędziów to mocno zaskoczyło, po biegu jeden z nich przyszedł do mnie pytać, które miejsce zająłem. Jak zmierzyłem sobie kilka razy na nagraniu wideo, mój rzeczywisty czas to ok. 1:53:13, oczywiście z uwzględnieniem drobnych odchyleń statystycznych. Nie ma to wielkiego znaczenia, zresztą w Spale niejeden raz biegałem szybciej w starych czasach, ale zawsze  trochę szkoda. Myślę, że przy równym, odpowiednio prowadzonym biegu jestem w tej chwili w stanie pobiec 1:51.50, co oznacza bardzo dobrą dyspozycję. Oczywiście trzeba to widzieć w szerszym kontekście - maraton kilka miesięcy temu, ostatnie przygotowania w śniegu i lodzie, kolce miałem na nogach jedynie dwukrotnie w czasie przebieżek. Powtórzę jednak - odzyskałem siły po kiepskim poprzednim sezonie, szybkościowo czuję się bardzo dobrze. W takim stanie 1:53-1:52 biegam w każdych warunkach, o każdej porze dnia i nocy, czy bieg jest szybki czy wolny. Wspominałem, że w tym roku bardziej skupię się na krótszych dystansach i dobry występ na 800m to efekt tego.

 

Na podium, od lewej: Artur Ostrowski, Adam Kszczot, ja

No i sprawa, która wzbudziła największą sensację: 30 minut odpoczynku i start na 3000m. Przyznam, że ta przerwa była nieco krótka - 20 minut zajęło mi jakiekolwiek dojście do siebie po 800m. Dopiero w ostatnich 10 minutach zacząłem czuć się odrobinę lepiej. 800m tak czy inaczej jest potężnym uderzeniem kwasu mlekowego do krwi, co powoduje różne sensacje, z zawrotami głowy łącznie. Ja zaś od 800m zdążyłem się mocno odzwyczaić. Postanowiłem się jednak nie rozczulać nad sobą - start to czas pracy, wtedy nie czas na relaks. Dla mnie był to i dobry trening pod przełaje, niewykonalny w domu z powodu śniegu, i ciekawy eksperyment treningowy, i próba własnych możliwości. To rozwiązanie treningowe wziąłem z repertuaru niektórych trenerów amerykańskich. Wypadło przyzwoicie. 8:47.79 to moja świeża halowa życiówka. Pobiegłem i tak ciut za ostrożnie, 8:40 było do złamania. Bieg był jednak szybki, rywale uciekli, po pierwszym kilometrze nie miałem więc z nikim kontaktu, dopiero na ostatnim kółku dogoniłem słabnącego rywala. Nie było impulsu zmuszającego zmęczone mięśnie do większego wysiłku. Co więcej - rozwiązał mi się w biegu but, dodatkowy czynnik rozpraszający, miałem świadomość, że może spaść mi ze stopy w każdej chwili. Po tym biegu czułem się lepiej niż po 800m. Moje międzyczasy: 2:52-2:59-2:56. Oceniam, że na 3000m w tej chwili tak czy inaczej jestem w lepszej dyspozycji niż w szczycie poprzedniego sezonu. Biorąc pod uwagę specyfikę przygotowań, to bardzo optymistyczne.

Wnioski końcowe - jest dobrze. Jesteśmy z Olą w tej dobrej sytuacji, że nasz start miał miejsce z marszu, bez jakiegokolwiek przygotowania startowego. Nie ma więc po czym odpoczywać, robimy 3-4 dni luźne i trenujemy dalej. Nadal bez wielkiego pośpiechu, z głową - i mamy nadzieję, że w sezonie letnim będzie jeszcze lepiej niż w hali.

Dziekuję za wszystkie gratulacje!

17:20, plathman
Link Komentarze (16) »
środa, 16 lutego 2011
Wyniki, wyniki, przygotowania

Chwaliłem ostatnio Polaków, ale żeby nie rozpłynąć się w tych pochwałach zanadto, szybki zimny prysznic. Przeglądałem wyniki z halowych mitingów w USA. Biegali w nich głównie studenci, głównie Amerykanie, chociaż oczywiście trafiają się i inne nacje, z Kenijczykami włącznie. Co więcej, amerykański typowy student ma 23 lata w chwili kończenia uczelni. Są to więc wyniki młodych chłopaków. Zerknijcie w te linki, jeśli macie mocne nerwy:

Bieg na 5000m

Bieg na 3000m (trzeba przewinąć do ostatecznych wyników)

Bieg na 3000m kobiet (też przewinąć)

 

Jak widać z powyższego, wyniki, które u nas wydają się kosmicznymi, tam są osiągane na halowym mityngu studenckim! Hala ma 300m, więc jest nieregulaminowa, wśród studentów trafiaja sie też wyczynowcy, ale mimo wszystko - to robi wrażenie. Co ważniejsze, tam nie ma "zająców", to były biegi tzw. czajone. Na 5000m ten chłopak ze Stanfordu rąbnął ostatnie 200m lekko poniżej 25 sekund (!). Oni sie po prostu czaili, biegli taktycznie, po czym skończyli jak widac. Na tym mityngu dobre wyniki padły również we wszystkich innych konkurencjach, a tego typu mityngi odbyły sie w poprzedni weekend cztery. Oczywiście wybrałem ten ze względu na natłok tych mocnych ludzi. Moja wcale nie taka słaba życiówka na 3000m ze stadionu dałaby mi tam 39 miejsce - mówimy o jednym mityngu. To może nauczyć człowieka pokory.

Jutro ruszam w podróż do Spały. Połączenia są koszmarne, muszę to rozłożyć na dwa dni jazdy. Pogoda w ostatnich dniach była bardzo niekorzystna. Zimno jak cholera, na asfalcie warstwa lodu, w terenie śnieg, a co gorsza - lodowaty wiatr ze wschodu. Był tak przejmujący, że bez problemu przewiewał mnie na wskroś, chociaż miałem na sobie rekordową ilość warstw ubrań. Tak grubo ubrany nie biegałem jeszcze w życiu. To oczywiście ma swój wpływ na technikę, prędkość, luz w biegu.

Od końca listopada wszystkie treningi łupię na asfalcie, w cieniutkich, mało amortyzowanych butach. Nie mam problemów z kontuzjami, nawet niewiele co mnie boli. Parę dni temu dokuczało mi lekkie napięcie ścięgna przy kolanie, ale poleżałem na macie z kolcami, po kolei różnymi partiami mięsni - i przeszło.

Od tygodnia nie robię nic poza rozbieganiami i przebieżkami. Teraz oczywiście równie już nic nie zrobię, przed startem. W poniedziałek biegałem wspomniany przebieżkowy interwał na hali: 30x 45 metrów, przerwa 25 metrów trucht. Na tych 45 metrach musiałem się rozpędzić i wyhamować. Ciekawe doświadczenie.

No i teraz pozostaje pytanie - co z tego wyjdzie ciekawego w Spale? Na liście 800m jest rekordowa ilość mocnych zawodników. Pięciu takich, którzy mają życiówki grubo poniżej 1:50, nie licząc mnie. Niestety, moja życiówka jest najstarsza. Cieszę się jednak, że wreszcie będę mógł zrzucić te warstwy ciuchów i przebiec się półnago po suchym tartanie w kolcach.

21:16, plathman , Zawody
Link Komentarze (13) »
niedziela, 13 lutego 2011
Dobre starty Polaków w hali

No i wykrakałem. Wczoraj wspomniałem o dobrych startach Polaków w hali, tymczasem dzisiaj nadeszły jeszcze lepsze. Nic nie zapowiadało tego wstrząsu. Spokojnie siedziałem u rodziców przy cieście i herbacie, gdy nagle któryś z bawiących się pilotem domowników trafił na transmisję mityngu. Najpierw w Gent w Belgii, potem w Karlsruhe w Niemczech. No i się zaczęło!

Po pierwsze, Bartosz Nowicki pobił halowy rekord Polski na 1500m (czego nie zauważył żaden z komentatorów). Wynik 3:38,90 jest o 0,06 sekundy lepszy niż czas Pawła Czapiewskiego sprzed kilku lat. Pamiętam, że wynik Czapiego był wtedy dużym zaskoczeniem. Wynik Bartka aż tak nie zaskakuje, bo na stadionie ma on życiówkę o sekundę lepszą. Tym niemniej - hala to nieco inne bieganie, duże gratulacje! Nie spodziewałem się tak dobrego biegu, chociaż w poprzednim mityngu Bartek wygrał swój bieg z czasem 3:40 z kawałkiem.

Drugi wynik tygodnia to czas Sylwii Ejdys na 3000m. W poprzednim starcie tak sobie poszło jej 1500m, tym razem świetny wynik: 8:43,22 i drugie miejsce w dobrym mitingu. Rekord Polski Lidii Chojeckiej jest lepszy o 5 sekund, a w tym samym biegu Lidia uzyskała również bardzo dobry wynik, jej najlepszy od dłuższego czasu: 8:46,55. I kolejny  dobry wynik - Łukasz Parszczyński na 3000m - 7:54,29. Do halowego rekordu Polski, ustanowionego kilka lat temu przez mojego treningowego partnera i współlokatora, Yareda Shegumo rodem z Etiopii, zabrakło tylko 0,2 sekundy!

Edycja - zapomniałem dodać najlepsze wyniki w historii Marcina Lewandowskiego na 600m i Huberta Pokropa na 200m z przeszkodami. O ile 2000m z przeszkodami to dystans halowy mocno egzotyczny (za mojego życia nie pamiętam rozegrania tej konkurencji gdziekolwiek, a widok biegaczy skaczących w hali był dość dziwaczny), tak 600m na hali w 1:16 budzi duży respekt.

Jest tez spora grupa zawodników i zawodniczek, którzy są o włos od minimum na HME, np Mateusz Demczyszak, Kasia Broniatowska i Danuta Urbanik na 1500m czy Adam Czerwiński na 800m.

Z wymienionych wyżej największe szanse na medal halowych mistrzostw Europy daję zdecydowanie Sylwii. Przy takiej formie i finiszu jest szansa nawet na złoto. Mężczyźni będą mieli dużo trudniejsze zadanie, bo u nich konkurencja jest większa, te czasy mogą nawet nie dać finałów. Ale przy odrobinie szczęścia równie dobrze mogą dać wysokie miejsce - szczególnie w przypadku Bartka Nowickiego, który dysponuje dobrym finiszem. Mam teraz tylko nadzieję, że nie wykraczę tego, o czym pisałem wczoraj - chorób, wynikających z gwałtownej zmiany klimatu z upalnego RPA na lodowatą Polskę. Dwa lata temu pech dopadł Sylwię Ejdys - dosłownie kilka dni przed mistrzostwami świata na hali zmogła ją grypa.

Na dzisiejsze mitingi nie mogę bardzo narzekać - było ciekawie, była walka, były dobre miejsca i biegi Polaków. Jedynym zgrzytem w transmisji z Gent był komentarz Marka Jóźwika, który kompletnie nie ma pojęcia o konkurencjach biegowych i co chwila był czymś zaskakiwany, plótł też niesamowite głupoty. Ale dzięki temu przynajmniej do transmisji doszedł element humorystyczny.

Generalnie - bardzo dobry weekend dla polskich biegaczy. A już za tydzień wszyscy zetrą się w mistrzostwach Polski.

19:10, plathman , Zawody
Link Dodaj komentarz »
Powrót zimy

Było już tak pięknie, a jest tak źle. Już byłem w ogródku, witając się z gąską, gdy nagle się wszystko popsuło niewąsko. Otóż po kilku dniach, gdy biegałem w wysokiej, przyjemnej temperaturze, teraz się w zimie arktycznej nurzę.

Nastąpiło nagłe i niemiłe odwrócenie pogody. Kilka dni było świetnie: całkiem ciepło, bezśnieżnie, bezstresowo. Trenowałem z dużym zadowoleniem. Opracowałem plan przygotowania się do halowego startu w mistrzostwach Polski. Kluczowym elementem planu był niedzielny trening z prędkością biegu na 800m. Nic wielkiego czy trudnego, jakiś bieg ciągły w trupa i 4x200m na maksa. Miało mnie to przygotować na szok związany z gwałtownym wzrostem poziomu mleczanu na tym dystansie. Niestety, trening nieaktualny - po kilku dniach wichur urywających głowę spadło z 10cm śniegu. Miasto jest kompletnie zasypane, wygląda na to, że do połowy marca pozostaje mi tylko tupanie w zaspach. Do tego mróz, lodowaty wiatr, ślisko itd.

Mistrzostwa Polski są w przyszły weekend. Nie podchodziłem do nich z jakimś wielkim stresem czy wygórowanymi oczekiwaniami. Byłem jednak zadowolony z tego, że można było kilka dni pobiegać w przyzwoitych warunkach. Zawsze to i pod względem fizycznym, i psychicznym, inne bieganie. Czułem się dobrze fizycznie i mogłem podejrzewać, że jestem w stanie pobiec całkiem przyzwoicie. W tej chwili pozostaje mi start z jeszcze mniejszym stresem. Co z tego wyjdzie, to wyjdzie, mam nadzieję, że coś pozytywnego.

Jestem dobrze przygotowany szybkościowo i pod względem ogólnej wytrzymałości. To, czego mi brakuje, to specyficznego, szybszego treningu oraz obiegania w kolcach. Nie wspominając, oczywiście, obiegania na hali. Na ciasnych wirażach nie biegłem od 6 lat, kto wie, jak to zniosę ; )

Specyfiką mojego zimowego treningu w kraju jest unikanie treningów na dużej wentylacji. Czyli, mówiąc wprost, takich, na których zadyszka jest bardzo duża, płuca wyplute, oskrzela rozżarzone do czerwoności. Nie biegam tak, bo oszczędzam drogi oddechowe, z którymi w przeszłości miałem sporo problemów. Dzięki temu udaje mi się uniknąć zimą infekcji. Jakiekolwiek zapalenie w drogach oddechowych to wredna sprawa dla biegacza. Stan zapalny w oskrzelach potrafi tlić się miesiącami, upośledzając sprawność przepływu powietrza i stanowiąc ognisko zapalne innych problemów. Nie pomogą tu antybiotyki, witaminy, żadne bajery. W latach problemów używałem nawet wziewnych leków przeciwzapalnych - nie ma szans, raz zakażone oskrzela nie dają się łatwo wyleczyć. Dlatego wśród biegaczy narciarskich jest tak duży odsetek astmatyków. Dziwię się, że ktokolwiek jest w stanie znieść bieganie na maxa w kilkunastostopniowym mrozie bez uszczerbku na zdrowiu, czyli że w ogóle są tacy, których astma się nie ima. Ja zaleczyłem się w ciepłych krajach, teraz nie dopuszczam do sytuacji, kiedy znowu trzeba będzie leczyć.

Oszczędzam się, co oczywiście w kontekście startów w hali jest moim słabym punktem. Zgłosiłem się na 800m i 3000m. O ile osiemsetkę jakoś przelecę, nawet siłą rozpędu, to już 3km mogą być przykrym doświadczeniem. Ale nie uprzedzajmy faktów, zobaczymy.

W ostatnich dniach można było śledzić całkiem ciekawe wyniki polskich zawodników i zawodniczek w hali. Wróciła duża grupa naszych biegaczy, szykujących się w RPA. Wyścigani w ciepełku, nie zazdroszczę im zderzenia z powrotem zimy. Niektórzy próbują to przeczekać nie wychodząc z hali w Spale, ale to żadne rozwiązanie. To miejsce jest tak przesiaknięte zarazkami, że bezpieczniej byłoby położyć się nago w lesie i liczyć na to, że zahartowany organizm nie da się złamać.

Skąd tak dobre wyniki naszych? Otóż częściową odpowiedzią są odbywające się wkrótce halowe mistrzostwa Europy. Jest to impreza, na którą minima są najniższe z najniższych. Mistrzostwa Europy same w sobie są imprezą mniejszej rangi niż mistrzostwa świata. Natomiast halowe mistrzostwa Europy są podrzędne w stosunku do tych "normalnych", odbywających się na stadionie. Stąd HME to najbardziej niszowa impreza mistrzowska, jaka może się zdarzyć. To zaś oznacza, że minima są niskie, a szansa ich zrobienia wysoka. Medal mistrzostw Europy to przecież medal, czy to zawody niszowe czy nie. Stąd i taki wysyp wyników naszych ścigaczy - wielu z nich atakuje HME. W tym roku poziom biegów na hali jest niemal tak wysoki jak normalnie na stadionie. To, z mojego punktu widzenia, niekorzystne - trudniej będzie zająć dobre miejsce w mistrzostwach, po przygotowaniu w śniegach Pomorza.

Mistrzostwa Europy mam jednak zamiar oglądać, trzymając kciuki za kolegów i koleżanki.

Ta zima mogła być naprawde dobra i w niektórych regionach była. Ale jak na złość, w moich okolicach od początku było źle. Wyjątkowo duże opady, śnieg topniał jeszcze pod koniec stycznia, gdy reszta kraju od dawna cieszyła się wiosenną pogodą. Ledwo stopniało - znowu spadło.

Ostatnie dni biegania to u mnie narastające zmęczenie. Biegam sporo, po raz pierwszy od września przekroczę w tym tygodniu 100km objętości. Cały czas stosuję dość eksperymentalny system zabaw biegowych/interwałów. Miałem w tym roku trenowac zupełnie klasycznie, nie mogłem sią jednak powtrzymać. Natura eksperymentatora jest trudna do zwalczenia. Naprawdę spodziewam się jednak, że będzie to miało pozytywny wpływ na moją formę.

Na razie zaczynam ostatni tydzień przed mistrzostwami Polski. Być może w poniedziałek zrobię jakąś namiastkę przygotowania startowego na sali - interwał na prostej o długości 40m ; ) Trzymajcie kciuki!

wtorek, 08 lutego 2011
Karolina Jarzyńska

Dzisiejszy wpis jest sprowokowany wydarzeniem z ostatnich dni: Karolina Jarzyńska pobiła rekord Polski w półmaratonie, biegnąc w Japonii 1:10:36 i zajmując drugie miejsce. Well done! Gratulacje!

Teraz szybka analiza. Po pierwsze, wynik jest obiektywnie bardzo dobry. Karolina poprawiła swój własny rekord o ponad minutę. 1:10:36 jest wynikiem bardzo wysokiej klasy w Europie. W zeszłym roku dokładnie taki czas Węgierki Aniko Kalovics dał jej 10 miejsce na listach europejskich. Nie jest to jeszcze absolutny światowy top, do tego brakuje Karolinie jakichś dwóch minut. W zeszłym roku 1:10:36 lub szybciej pobiegło 76 zawodniczek, oczywiście głównie z Afryki. Ale spójrzmy na to w odpowiedniej perspektywnie: po raz pierwszy od nie wiadomo kiedy zastanawiamy się, czy Polka w długich biegach już jest na szczycie, czy jeszcze nieco jej brakuje. Rozmawiamy o niej w kontekście naprawdę szybkiego biegania. To samo w sobie jest znamienne. Niespodziewanie wyrosła nam w Polsce zawodniczka bardzo wysokiej klasy. Poza nią w tej chwili nie ma w Polsce żadnej innej klasowej biegaczki ulicznej, oczywiście biorąc pod uwagę skalę światową.

Tak się składa, że znam Karolinę dość dobrze. Jest ona znakomitym przykładem tego, jak upór i cierpliwa praca zostają sowicie nagrodzone. Otóż dziewczyna była obecna w biegowym światku od bardzo, bardzo dawna. Przez długie lata była zawodniczką przeciętną. Czasami zdobyła jakiś medal mistrzostw Polski, czasami nie - ale zawsze gdzieś tam się przewijała. Nikt nie zwracał na niej większej uwagi, bo zawsze było sporo mocniejszych, podobno bardziej utalentowanych dziewczyn. Karolina była stałym graczem na planszy, ale nigdy pierwszolanowym. Kiedy zerkniemy w tabele, zobaczymy, że jej pierwszy wynik na 5000m, odnotowany w bazie PZLA, pochodzi z 1999 roku. To oznacza już 12 lat biegania długich dystansów!

Pierwszy wynik na 10 000m - z 2001 roku. W 2002 roku ustanowiła życiówkę, której nie mogła poprawić przez kolejne 4 lata. Podobnie na piątkę - miała 5 lat bez życiówki. 5 lat biegania na poziomie zauważalnym, ale przeciętnym. Wiekszość rywalek zdążyła się wykruszyć, poddać. W międzyczasie Karolina skończyła studia na AWF we Wrocławiu, przez chwilę pracowała w szkole - ale ani razu nie porzuciła marzeń o szybkim bieganiu. Cały czas pracowała, inwestowała w siebie każdą złotówkę. Obóz w USA, obóz w Etiopii, obóz w Polsce. Powoli, powoli zaczynała się przebijać. Od początku kariery kilkakrotnie zmieniała trenerów. Ostatnie sukcesy przyszły przy współpracy ze Zbigniewem Nadolskim.

W 2007 roku udanie zadebiutowała w półmaratonie, ale już pierwszy maraton w Warszawie był katastrofą. Karolina celowała w okolice 2:30, a po strasznym kryzysie z trudem złamała 2:50. Ale nadal się nie poddała. Dwa lata później bariera 2:30 w końcu pękła, podczas maratonu we Frankfurcie.

Ktoś mógłby być zaskoczony, skąd się wzięła ta zawodniczka. Ona tymczasem nie wyskoczyła znienacka. Na sukces pracowała latami ciężkiej pracy, wieloma porażkami, wyrzeczeniami. Rok temu podczas mistrzostw Europy w Barcelonie nie ukończył maratonu, była załamana. W przeciwieństwie do innych zawodników nie drażniła jednak kibiców kolejnymi biegami zaraz po tym. Wszyscy znamy inne historie: oto jakiś zawodnik przygotował się do mistrzostw na koszt kraju, biegu taktycznie nie ukończył, tłumacząc sie kontuzją, a wkrótce startował w komercyjnych maratonach za dobre pieniądze, w doskonałym zdrowiu. Karolina zrobiła inaczej: przełknęła porażkę, odpoczęła, wystartowała w pojedynczych, małych biegach, ale przede wszystkim - trenowała do kolejnej próby. No i jest kolejna próba, bardzo udana.

 

Karolina Jarzyńska, Agnieszka Ciołek, Ola Jakubczak

Bieg Św. Dominika w Gdańsku w 2009 roku: prowadzi w żółtej koszulce Karolina Jarzyńska. Obok niej Agnieszka Ciołek. Za Karoliną widoczna w zielonej koszulce Ola.

 

To, co mi się podobało u niej od pewnego czasu, to fakt, że nie stała się typową, zaczłapaną zawodniczką uliczną. Tu znowu typowa historia rodem z Polski - po odniesieniu sukcesu zawodniczka czy zawodnik zaczynają jak szaleni startować w jednym biegu za drugim, składając na dom, samochód. Rozsądek odchodzi na drugi plan. Po pewym czasie osuwają się w przeciętność. Tymczasem Karolina zadbała o to, żeby nie stracić szybkości, techniki. Startowała w krosie, na bieżni. Dopiero 2 lata temu ustanowiła rekord życiowy na 1500m na bieżni - już w czasie, gdy biegała maraton. Która inna maratonka tak robi? Na pewno tego typu zawodniczką była Dorota Gruca - i temu zawdzięczała sukcesy. Podobnie biega wiele dziewczyn na świecie. Ale kto oprócz nielicznych myśli u nas o startach na 1500m, kiedy wchodzi w maraton?

Karolina ma dobre warunki fizyczne do biegów długich na ulicy: jest dość niska, o mocnej budowie. Dzięki temu nie ma problemów z kontuzjami. Jest to typ somatyczny o raczej krótkich kończynach, silnych mięsniach - coś w stylu Kenenisy Bekele. Na ulicę, do biegów długich - idealny.

W cieniu Karoliny stoi jej trener, Zbyszek Nadolski. Z dala od kłótni, z dala od polskiego podwórka, kadr narodowych, profitów, punktów i ministerialnych pieniędzy. Sam biegał maraton w 2:11, a teraz robi to, co mu wychodzi: trenuje innych. Opócz Karoliny miał pod swoją opieką m.in. Grażynę Syrek, maratonkę z wynikiem 2:26, czy Justynę Lesman, bardzo dobrze biegającą na 1500 i 3000m. Można powiedzieć, że ma więcej sukcesów niż połowa trenerów polskiej kadry, nie pcha się jednak na afisz. Co więcej - trener Nadolski jest szalenie sympatycznym człowiekiem. To się bardzo rzuca w oczy w naszym kraju. To jest szczupły, przystojny facet, który jest ciągle uśmiechnięty, zadowolony, przyjazny. Bardzo różni się od wielu naszych trenerów, czyli niesympatycznych, wiecznie wykrzywionych typów o nalanych twarzach, podejrzliwie łypiących wkoło przepitymi, przekrwionymi oczkami. Tu mamy człowieka, który przypomina mi poznanych trenerów z USA czy różnych krajów europejskich: otwarty, sympatyczny.

Jestem więc pierwszy, który szczerze cieszy się z tego rekordu Polski. Tym bardziej, że wytrwałość Karoliny i to, jak toczy się jej kariera, przypomina mi to, czego sam jako trener chcę dokonać z Olą: ciepliwie robić swoje, nie przejmując się krytyką czy porażkami. Stopniowo wspinać się coraz wyżej, licząc na to, że w końcu przyjdą efekty pracy, rzucające na kolana.

Gratulacje!

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 45