| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
Zakładki:
Ola Jakubczak - strona mojej zawodniczki
Strona Marcina Lewandowskiego 800m
niedziela, 05 czerwca 2011
Raport majowo-czerwcowy
Czas na porządne podsumowanie tego, co zdarzyło się w ostatnich dwóch tygodniach. A działo się wiele: treningi, starty, wyjazdy, zwycięstwa, porażki... Biegowa machina ruszyła na całego. O mały włos nie połamałbym się też podczas treningu.
Poprzedni wpis zatrzymał się na moim dość optymistycznym starcie w Gdańsku, było to samotne 800m.  Kolejny tydzień upłynął spokojnie, z jednym wyjątkiem. Otóż środa 25 maja była dniem, kiedy omal nie zakończyłem swojego sezonu w najgłupszy możliwy sposób. Biegałem odcinki na stadionie, nic ciężkiego, 10x200m. Po ośmiu z nich, zrobiłem dłuższą przerwę w truchcie, aby dojść do siebie i dwa ostatnie porządnie zasunąć. No i zasunąłem.

Truchtam, truchtam, do linii startu brakowało mi może ze 40m, kiedy znienacka zahaczyłem wkrętem w podeszwie o tartan. Zdrzało mi się to już wcześniej, chwila nieuwagi, dekoncentracji, nogi zmęczone, więc ciągną się blisko podłoża. Ponieważ tartan jest szorstki, nie ma poślizgu, każde potknięcie w kolcach to jest albo raptowne zatrzymanie się, albo od razu upadek. Tym razem poleciałem kompletnie bezładnie. Jestem pewien, że Leszek Blanik nie wykonałby takich ruchów nawet po latach ćwiczeń. Otóż wyrzuciło mnie jakoś w powietrze, obróciło bokiem, ponownie zahaczyłem podeszwą o tartan - wyprostowaną nogą - potem runąłem w parter, przekoziołkowałem i ległem na wznak. Co było najgorsze - to uderzenie wyprostowaną nogą w tartan, kiedy byłem ustawiony bokiem. Od strony technicznej po prostu wylądowałem butem na tartanie, ale wkręty trzymały się mocno. W lesie nogi rozjechałyby mi się, zrobiłbym może szpagat i pojechał na zszywanie krocza ; ) Tutaj było inaczej: wkręty zaklinowały się na tartanie i cała siła uderzenia (znaczna) poszła na nogę. Ponieważ leciałem zupełnie zdezorientowany, nie napiąłem mięśni, w żaden sposób tego nie zamortyzowałem. Noga wygięła się w łuk w bok, w stawie kolanowym, w płaszczyźnie, która na pewno nie jest naturalna. Całe uderzenie przyjęły więzadła z boku kolana. Ból był tak potężny, że byłem pewien, że mam je pozrywane, z początku w ogóle nie mogłem się ruszyć. okazało się jednak, że wytrzymały, nie wiem, jakim cudem.

Do dzisiaj czuję lekki ból, przez kolejne kilka dni noga była i obolała, i pospinana, np. przy wyproście czułem bój jakby naderwanej łydki. Udało się jednak, ale jestem pewien, że tak niebezpiecznie nie upadłem jeszcze nigdy. Co najlepsze - na równej powierzchni, podczas pięknej pogody, w trakcie świńskiego truchtu! Od razu po tym, kiedy zorientowałem się, że ruszam noga swobodnie, doceniłem fakt bycia zdrowym na co dzień.

Z lekko sztywna nogą w weekend broniłem tytułu w biegu ulicznym na milę. W zeszłym roku był to mój pierwszy start, zwycięski, który wprowadził mnie w bardzo kiepski sezon. Tym razem był to czwarty weekend startowy, ale nie udało się wygrać - byłem drugi! Miejmy nadzieję, że to dobra zapowiedź zwycięskiego sezonu ; ) Gwoli przypomnienia - w tym biegu najpierw leci się 6km krosu, po bardzo ciężkiej trasie. Potem 10 najlepszych ściga się w biegu na milę. W tym roku dużo bardziej niz rok temu musiałem spiąć się na krosie: pobiegłem minutę szybciej, żeby wejść do dziesiątki. Tym razem też mój najgroźniejszy lokalny rywal na takich dystansach, Leszek Zblewski, przyjął podobną do mojej taktykę, nie forsował tempa, oszczędzał się na tych 6km.

Sama mila tez wyglądała kompletnie inaczej. Rok temu było wolno, z długim, zabójczym finiszem. Tym razem od początku było bardzo szybko. Na prowadzenie ruszył Damian Pieterczyk (życiówka 3:44 na 1500m, dużo lepsza od mojej), bardzo mocno poprowadził pierwsze 600m pod wiatr, za co później zapłacił osłabnięciem w drugiej połowie dystansu. Po nim zmianę dał klubowy podopieczny Leszka Zblewskiego, Mateusz Kąkol, który starał się, aby tempo pozostało szybkie. To była taktyka na zmęczenie mnie przed finiszem. Prawie się nie udało.

Kiedy wyszliśmy na ostatnia prostą, do mety było 400m, a nas zostało czterech: Leszek Zblewski, Bartosz Mazerski, Mateusz Kąkol i ja. Kontrolowałem w pełni tempo, czułem się dobrze i szykowałem na mocny finisz. Tym razem rozegrałem to jednak nie najlepiej. Na 350m do mety zaatakował mocno Bartosz Mazerski. I tu mój błąd: zamiast utrzymać się za nim i poczekać, od razu skontrowałem, to znaczy zaatakowałem jeszcze mocniej. Wyszedłem na prowadzenie i kolejne 200m zasunąłem z całej siły. Rywale odpadli od razu na kilkanaście metrów, z jednym wyjątkiem. Leszek Zblewski, który ma na swoim koncie zwycięskie mile uliczne na całym świecie, życiówkę 3:37 na 1500m oraz uczestnictwo w zawodach Golden Ligue, utrzymał się za mną. Na ostatnich 100m poczułem, że ten atak był zbyt szybki, zbyt mocny, że nie utrzymam tego rytmu do końca. I wtedy Leszek zaatakował, wyskoczył mi zza placów. Na metę wpadł metr przede mną. On pierwszy, ja drugi, odwrotnie niż rok wcześniej.

.
Finisz

W tym czasie, kiedy ja biegałem milę, Ola startowała w wyścigu na 4,2km w Hrubieszowie, również na ulicy. Wygrała zdecydowanie, przebiegła dystans ze średnia prędkością 3:18/km, na krętej i pagórkowatej trasie. A dokładna prędkość zna stąd, że od pewnego czasu testuje nowy GPS Kalenji, Keymaze 700. Też się tym bawiłem, ciekawa zabawka, szczególnie na bieganie w terenie. Problem w tym, że mając coś takiego na reku ciężko się skoncentrować na samym biegu, wciąż jest pokusa sprawdzania bieżącej prędkości, tętna i tym podobnych bajerów. Dlatego ja wolę biegać ze zwykłym Timexem. Ale wrażenie po tym, kiedy w domu w komputerze GPS rzuca trasę treningu na zdjęcie satelitarne okolic - super. Za jakiś czas wrzucę może na bloga recenzję tego sprzętu.

Ola swój start pobiegła generalnie dużo za mocno w stosunku do planów, miała za zadanie oszczędzać siły, zamiast tego trzasnęła rekord trasy i wygrała z dużą przewagą. Tymczasem w poniedziałek wieczorem dowiedzieliśmy się, że jest szansa na start w mityngu Enea Cup w Bydgoszczy. Trudno to było zaplanować wcześniej, bo organizator nie chciał dać jednoznacznej odpowiedzi, czy będziemy na liście, czy nie. Okazało się zresztą, że o ile Olę w końcu przyjęto (pod warunkiem, że sama zapłaci za dojazd i nocleg) na 3000m, dla mnie zabraklo miejsca nawet w drugiej serii biegu na 800m. Dostałem za to ofertę przyjechania jako "zając" i zgodziłem się.

Piątek upłynął więc pod znakiem biegów w Bydgoszczy. Ja startowałem jako pierwszy. Zrobiłem swoje, miałem poprowadzić 400m biegu w tempie 53,0 sekundy i dobiec do 600m poniżej 1:20. Nacisk był na równe tempo, bo to jest zwykle problemem pacemakerów. Mnie się udało wycelować praktycznie idealnie, 400m było w tempie 53,02, całość w równym tempie. Nie dobiegłem jednak do 600m. W Bydgoszczy mocno wiało, szczególnie po wyjściu z wirażu po 100m i po 500m. Wbiegając w wiatr na drugim okrążeniu, straciłem masę sił i juz po 550 metrach zaczął mnie wyprzedzać pierwszy zawodnik. Zbiegłem więc na trawę po przebiegnięciu 560m. Efektem mojego prowadzenia było 9 życiówek i 4 osoby poniżej bariery 1:50. Do tego kilka najlepszych wyników w sezonie oraz minimum na mistrzostwa świata juniorów młodszych jednego z zawodników. Wszyscy byli więc zadowoleni. Ja również - był to dla mnie dobry trening, który uzupełniłem później jeszcze odcinkami bieganymi na bocznym stadionie.

Ola tym razem mocno zawiodła - przybiegła na 10 miejscu, z czasem 9:30, gorszym o 6 sekund od jej niezbyt wyśrubowanej życiówki. Przez 1600m trzymała tempo na ok. 9:05-9:10, potem kompletnie osłabła. Przyczyny tego są obecnie analizowane. Wspominałem jednak kiedyś, że to jest najgorsza strona bycia trenerem: można zawodnika przygotować od strony fizycznej, ale zawiedzie coś innego. Trener nie wejdzie zaś na stadion, żeby pobiec zamiast podopiecznego. Na pewno jest to najgorszy start Oli od dłuższego czasu, a okazja na dobry wynik była niepowtarzalna.

W Bydgoszczy fantastyczny bieg w wykonaniu Adama Kszczota i Marcina Lewandowskiego. Mimo silnego, zimnego wiatru obaj stworzyli znakomite widowisko. No i takiego szybkiego biegania w Polsce nie było od bardzo dawna.

Wczoraj wróciłem do domu i na kolejny weekend zapowiadają się kolejne ciekawe biegi. Tym razem prawdopodobnie pojedziemy za granicę, żeby startować na bieżni. Ja na dystansach 800/1500m, Ola na 5000/1500m. Nie jest to jednak do końca dograne, dlatego nie znam jeszcze szczegółów.



14:56, plathman , Zawody
Link Komentarze (8) »
niedziela, 22 maja 2011
Krótkie starty na koniec maja

Im bliżej końca maja, tym pełniej rozwija się sezon startów na bieżni. Oboje z Olą mieliśmy pracowity weekend, oboje biegaliśmy - i u obojga forma idzie w górę.

Ja startowałem wczoraj w biegu na 800m w Gdańsku. I właściwie mam w związku z nim same dobre wiadomości. Po pierwsze, kontuzjowana ostatnio noga coraz bardziej puszcza i mogłem normalnie biec. Po drugie, forma pnie się coraz wyżej. Wczoraj w samotnym biegu pobiegłem 1.52,43. To najszybciej od 2 lat, a dużym czynnikiem w tym biegu był silny wiatr, gdyby nie on, mogło być jeszcze z sekundę szybciej. Bieg przyspieszono też o 15 minut, nie byłem do końca rozgrzany, nie zdążyłem zrobić zaplanowanej serii pobudzających przebieżek. No i po trzecie - kombinacja zmiany pogody i tabletek na alergię złamała wreszcie mój kaszel. Po biegu oskrzela są tylko trochę podrażnione, czyli mogę normalnie startować i wszystko tu gra.

 

Ola podczas akademickich zawodów w Łodzi biegła wczoraj na dystansie 1500m. Zajęła 3 miejsce z czasem 4.21,76. Był to dla niej pierwszy w tym roku start na bieżni, poza za biegiem na 10 000m w Lidzbarku.  Co więcej, ponieważ w sferze zainteresowań Oli leżą głównie biegi długie, nie trenowała w ogóle pod tak krótkie dystanse. Jeszcze w poniedziałek robiła długi, ciężki interwał o dużej objętości. W tej chwili jej trening jest nastawiony głównie na 5000m i mamy nadzieję, że będzie okazja do szybkiego biegu na tym dystansie. 1500m wydało się więc Oli piekielnie szybkie. Podobnie jak ja w pierwszych startach, nie była w stanie wejść na bardzo wysoki pułap kwasowego zmęczenia. Mimo wszystko - wynik jest niezły. Dzisiaj Ola, dosłownie przed kilkoma minutami, startowała w biegu na 800m, zajmując 4 miejsce, przegrywając trzecie o 0,04 sekundy, jej czas to 2:08.

Jestem zadowolony ze swojej decyzji skupienia się na krótszych dystansach. Ten trening leży mi dużo bardziej, sprawia większą przyjemność. Po pierwszych typowo średniodystansowych startach i treningach byłem przerażony - ból i głębia zmęczenia na tych dystansach jest straszna. Naprawdę zapomniałem, jak to boli. Powoli czuję jednak, że nogi odnajdują właściwy rytm i pojawia się coraz większa moc. Wczoraj to jeszcze nie była bardzo wysoka forma, ciągle brakuje mi rezerwy kwasowej na ostatnich 200m dystansu. Mimo wszystko jednak zupełnie inne było samopoczucie w połowie dystansu. Pierwsze 400m przebiegnięte w 55 sekund było odczuwane jako luźne - wreszcie.

Wydawać by się mogło, że skoro 3 lata startowałem na dystansach długich, powinienem czuć się najlepiej na finiszu biegu na 800m, że tu nie powinno być problemu. Tak jednak nie jest, biegi średnie to dość zdradliwa kombinacja wytrzymałości, szybkości i siły. Ostatnie 200m biegu to płynięcie na bardzo wysokim poziomie kwasu mlekowego, grzęźnięcie w potężnym, narastającym zmęczeniu. Ogólna wytrzymałość jest tylko wstępnym etapem przygotowania do tego rodzaju wysiłku. Ktoś, kto nie jest przyzwyczajony do wysokich poziomów kwasu, pod koniec zwolni, choćby był wspaniałym długodystansowcem. Poza tym uderzenie mleczanu do mózgu jest potężne. Po pierwszym biegu odczułem to koszmarnie, wczoraj było trochę lepiej. Nadal jednak jest to uczucie niemal zejścia z tego świata. C ciekawe, po samym biegu zatrzymuję się i przez chwilę wszystko jest OK. Organizm potrzebuje kilku minut, żeby przepompować wysyconą kwasem krew z pracujących mięśni (głównie nóg) do całego krwiobiegu. W momencie kiedy ten poziom rośnie i kwasowa fala dociera do mózgu, to jest odczuwalne jak uderzenie młotem. Momentalnie robi się ciemno przed oczami, w głowie się kręci, z całego ciała promieniuje dziwny ból, a jego epicentrum jest w coraz bardziej piekących, jakby poparzonych oskrzelach i płucach. Wczoraj więc też dogorywałem dobrych kilka minut.

To uczucie jest stopniowo coraz lepiej znoszone przez organizm. Kiedy biegałem biegi średnie długo i regularnie, nie miałem po biegu nigdy takiego zejścia, był ból, ale dużo łatwiejszy do zniesienia. Teraz przypominam to sobie od nowa, ciężka sprawa, ale progres jest tu błyskawiczny. Spodziewam się więc bardzo szybkiego wzrostu formy.

Trzeba też wiedzieć i pamiętać, że kluczem do dobrego 800m jest w moim wypadku przede wszystkim szybkość. Wytrzymałościowo jestem mocny, kwasowo też szybko się poprawię. Barierą zawsze była jednak prędkość. Jeśli będę w stanie w tym roku przy lotnym starcie złamać 23 sekundy w biegu na 200m - na 800m nie ma barier tego, jak szybko mogę pobiec. W innym przypadku podczas pierwszego okrążenia w tempie 52-53 sekundy zmęczenie jest zbyt duże, usztywnienie zbyt duże. Przy poziomach bliskich maksymalnej szybkości zużycie energii wzrasta ogromnie, tutaj musi być pewna rezerwa. Nad tym więc pracuję cały czas. A przy tym szybkość u średniodystansowca jest wymagana przy niskiej masie mięśniowej. Tu nie można mieć zbędnych kilogramów. One mogą dać siłę na bardzo mocne przyspieszenia, ale po kilkunastu sekundach biegu każdy zbędny gram mięśni zaczyna łapczywie pożerać cenny tlen - i nie starcza go do mety.

Mój trening cały czas jest więc dość unikalny. Nie robię żadnej konwencjonalnej tzw. siły - jedynie ćwiczenia wyrównujące, korygujące postawę. Szybkość wymaga też precyzyjnego manewrowania odpoczynkiem - włókna mięśniowe odpowiedzialne za generowanie dużej mocy potrzebują i mocnego pobudzenia, i odpoczynku dużo dłuższego niż te bardziej wytrzymałościowe. Stąd pod 800m ciężko trenować na bardzo dużej objętości. Wręcz przeciwnie, ważne jest bardzo mocne odpuszczenie w odpowiednim momencie. Równocześnie trzeba zaś dbać o to, by za bardzo nie spadł poziom ogólnej wytrzymałości. To jest więc ciągły, precyzyjny balans. Moim plusem jest to, że ja już tu byłem. Wiem, jaki poziom formy i jakie bodźce są potrzebne, aby na 800m biegać poniżej 1:50. Wiem, czego szukam, za czym gonię. Kiedyś wyglądało to inaczej - trenowałem ciężko, ale nie miałem tej świadomości, co muszę konkretnie robić. Czy mam szybciej biegać odcinki, czy robić ich więcej, czy skracać przerwy, a może biegać ogólnie więcej lub więcej czasu spędzać na siłowni? Teraz nie mam takich dylematów, do szczytu formy podążam prostą, jasną drogą.



czwartek, 19 maja 2011
Bieganie w maju 2011
Wszyscy, którzy myślą, że pochłonęło mnie lato, mylą się. Zresztą - do lata jak na razie daleko. Co prawda pani Pogodynka twierdzi, że nadchodzą upały, ale jak na razie mamy tylko huśtawkę klimatyczną. W ostatnim tygodniu przeżyłem i upał, i zimno, i wichury, i ulewny deszcz. W tej chwili też pada.

Ostatni tydzień biegowo nie był udany. To naciągnięcie mięśnia, o którym wspominałem, okazało się gorsze, niż ktokolwiek mógł się spodziewać. Właściwie pozytywne jest tylko to, że owo naciągnięcie nie ma nic wspólnego z naciągnięciem. Tak, tak. Wylazła z tego stara kontuzja okolic nerwu kulszowego. To jakiś rodzaj przykurczu nie wiadomo czego. Związane jest to u mnie z szybkim bieganiem. Nie, żebym teraz biegał jakoś wyjątkowo szybko, ale przynajmniej próbuję. W tych okolicach miednicznych zawsze coś się u mnie działo - a to pachwina szarpnie takim bólem, że oczy mgłą zachodzą, a to jakby biodro, a to niby kulszowy... Miałem sezony, że z powodu bólu ledwo chodziłem, szczególnie po szybkim biegu.

Ta odmiana też mi już się zdarzyła w początkach tego bloga, podczas pobytu w Hiszpanii. Ostatni tydzień sporo się więc obijałem, biegałem rozbiegania, robiłem wolne - i to wszystko. Próbowałem też okrutnych metod zaradczych: biczowanie, przypalanie gorącym prętem, upuszczanie krwi, rozpędzanie się i uderzanie głową z całej siły w ścianę... I nic! A bardziej serio... otóż rzeczywistość niewiele od tego odbiegała. Całe moje działanie skupiało się na mięśniach i erwach okolicy tylnej. Poza rozciąganiem próbowałem np. siadania na macie z kolcami - masakra! Leżeć się da, ale siadając wbija się te kolce całym ciężarem.  Siadałem też na piłeczce golfowej, w taki sposób, aby ona ucisnęła nerw w pośladku, boli to strasznie. Brzmi to dwuznacznie, ale jest uznana metoda terapeutyczną, tylko w poważnych miejscach nie używa się piłeczki golfowej, a Niezwykle Skomplikowanych Przyrządów.

No i wygląda na to, że w końcu znalazłem odpowiednia metodę. To ćwiczenie, które pokazał mi znajomy fizjoterapeuta wiele lat temu. Jest to ćwiczenie relaksacji poizometrycznej, robione w tak sposób, że w leżeniu na plecach dociąga się ugiętą w kolanie nogę kolanem do przeciwległej piersi. W tej pozycji oporuje się kolanem w kierunku przeciwnym do nacisku. Mam gdzieś zdjęcie, jak będę zainteresowani, podrzucę. Co ciekawe, tego ćwiczenia nie polecał mi inny magik od kontuzji, więc przestałem robić. Twierdził, że wyłamuje mi to panewkę ze stawu biodrowego, bo ruch jest zbyt naturalny. Ale cóż, najwyraźniej na mnie działają tylko ruchy nienaturalne.

Mogłem więc zacząć biegać z nieco mniejszym bólem, mam nadzieję, że stopniowo minie to zupełnie. Po okresie bezczynności zrobiłem 5x200m dośc mocno w kolcach, a w sobotę przełamuję się podczas kolejnego startu. To moje drugie podejście do 800m w tym sezonie. Biegnę w Gdańsku i zobaczymy, jak wyjdzie.

Na bieżnię wraca też Ola - jedzie na mistrzostwa Polski AZS, gdzie biegnie na bardzo krótkich dla niej teraz dystansach: 1500 i 800m. PO ostatnich latach treningów i startów będzie to dla niej jak sprint, bardzo pożyteczny sprint. Spodziewam się dobrego występu.

Zdradzę jeszcze, dlaczego ostatnio piszę rzadziej - otóż trwają prace nad nowym blogiem. Platforma blox jest kiepska, nie ma co tego ukrywać. Dlatego powstaje właśnie wypasiona wersja mojego bloga. Potrwa to jeszcze trochę, ale ilość funkcji, wygoda, możliwość przeszukiwania i sprawdzania starych wpisów będzie niewiarygodna. Pojawią się też porządne galerie oraz regularne artykuły, ilustrowane zdjęciami. Pora odejśc od metody chałupniczej. Wpisów na blogu jest tak wiele, że odnalezienie czegoś konkretnego jest niemożliwe nawet dla mnie, mimo istniejących kategorii. Testowałem już wstępne wersje nowej wersji i to jest jak przesiadka z malucha do lamborghini. Ale jeszcze to potrwa. W każdym razie znajdą się tam wszystkie moje projekty: blog, działalność trenerska, strona poświęcona Oli. Być może wrzucę też część swoich artykułów, zamieszczanych w różnych miejscach sieci.

Zapowiadam więc, a na razie pozostańmy przy tej przaśnej wersji - tylko dla koneserów!

 A poniżej opisywane ćwiczenie. Może nie widać bardzo dokładnie, a ja nieco odchylam się w bok, ale powinno to dać wyobrażenie o jego wykonaniu. Kolano idzie w kierunku przeciwległej piersi. Napięcie izometryczne uzyskujemy, oporując lekko kolanem w kierunku przeciwnym niż dociągamy. Przytrzymujemy 8 sekund, rozluźniamy i dociągamy dalej. Powtarzamy kilkukrotnie w serii i nawet kilkukrotnie w ciągu dnia. U mnie to ćwiczenie działa cuda na tzw. bóle kulszowe:

 

czwartek, 12 maja 2011
Początek sezonu na bieżni

Minęło parę kolejnych dni treningów i startów. Po biegu w Lidzbarku odpoczywałem tylko dwa dni, po czym wystartowałem w lokalnym mityngu w Gdańsku. Jestem dość zadowolony, choć nie wszystko ułożyło się tak, jak miało.

W Gdańsku potwornie wiało i było zimno. W związku z tym zweryfikowałem pierwotny plan, który zakładał, że biegnę 1000m mocno od początku. Postanowiłem schować się i bardzo mocno pobiec tylko ostatnie 200m, bez względu na wcześniejsze tempo. Tak też zrobiłem i okazuje sie, że nie jest źle. Bieg było nieco szarpany, mimo wszystko w miarę szybki, tłoczno, przepychanki, do 800m dotarłem na 4 miejscu, z czasem 2:02. Wtedy zszedłem na drugi tor i depnąłem mocno, na ostatniej setce wyszedłem na prowadzenie i wycisnąłem z tego jeszcze sekundę przewagi nad drugim. Ostatnie 200m w ok. 27,0, z tego wiraż częściowo pod wiatr i po drugim torze. To nie jest najgorzej, ostateczny wynik 2.29,35. Po dwóch godzinach wystartowałem jeszcze na 1500m. Poprowadziłem bieg w równym tempie i lekko przyspieszoną końcówką koledze z klubu ze Słupska. Niestety, założonego czasu nie pobiegł, ja skończyłem w 4:07.

Co zaś poszło nie tak? Otóż ten mocny finisz połączony z chłodem i nieodpowiednio rozgrzanymi mięśniami zaowocował naciągnięciem mięśnia dwugłowego. Spodziewałem się, że minie mi to w ciągu 2-3 dni, ale na razie trzyma i w związku z tym w najbliższy weekend prawie na pewno nie wystartuję, chociaż miałem zamiar zaatakować 3000m. Poza tym wszystko układało sie dobrze, przetarłem sie tym startem i chociaż nie czułem się porywająco dobrze, widać było, że powoli nogi zaczynają dobrze kręcić w średniodystansowym rytmie.

Co niesamowite, po kilku dniach strasznego zimna przyszły nagle tropikalne upały. Jeszcze w sobotę w Gdańsku zmarzłem na kość, ubrany po szyję, a już w poniedziałek biegłem rozbieganie bez koszulki, w upale ponad 30 stopni. Straszna pogoda. Takie skoki temperatur kompletnie mnie rozbijają.

No i kolejna sprawa - w poprzednich latach odpuściłem bieganie średnich dystansów m.in. ze względu na problemy z oskrzelami. W biegach długich wentylacja nie jest tak duża i nie miałem żadnych kłopotów. Wystarczył jednak jeden bieg na 800m w przenikliwym zimnie i zaczęło się od nowa. Problemy objawiają się koszmarnym kaszlem, właściwie nie mogę zaczerpnąć oddechu. To zaś często zmienia się w stan zapalny, chorobę i ogólne rozłożenie. Po biegu w Gdańsku, gdzie także było zimno, nie spałem praktycznie całą noc, cały czas kaszel, gardło zdarte kompletnie. W kolejnych dniach udało mi się to powoli wygasić. 5 dni po biegu prawie w ogóle nie kaszlę. Jest zauważalna różnica po zastosowaniu tabletek na alergię i mam nadzieję, że kombinacja tych tabletek, cieplejszej pogody i deszczów, które może oczyszczą powietrze, sprawią, że dam radę. Ale na razie w Słuspku nie padało od tygodni, było zimno, teraz upał, cały czas huraganowe wiatry, ale ani kropli deszczu. Te oskrzela martwią mnie najbardziej w kontekście sezonu. Z wszystkim innym dam radę, na to nie pomagało mi nic. Parę lat temu brałem przecież nawet leki na astmę i wtedy to też niewiele dawało.

W ostatnich dniach biegam więc tylko rozbiegania w upale, zmagając się z naciągniętym mięśniem. Katuję go wszelkimi dostępnymi metodami. To jest prawdopodobnie potężny przykurcz, rozciągam to, masuję kijkiem, uciskam, byłem też u ukraińskiego masażysty, który w Słupsku prowadzi praktykę, zajmując się masażem pleców i nastawianiem kręgosłupa. Na razie uraz jednak trzyma.

11:25, plathman , Zawody
Link Komentarze (3) »
piątek, 06 maja 2011
Uwagi taktyczne

Po ostatnich zawodch w Lidzbarku, ale też i w ogólnym kontekście, przyszło mi do głowy trochę luźnych myśli. Wrzcuam je więc na bloga, jako rodzaj felietonu.

Zacznijmy od biegu Oli na mistrzostwach na 10 000m. Zdobyła trzecie srebro z rzędu na tym dystansie, a po biegu zastanawialiśmy się oboje, czy byłaby w stanie pobiec szybciej i czy wytrzymałaby gwałtowne szarpnięcie tempa, gdyby chciała gonić uciekającą Iwonę. I tu pojawia się pewien problem. Otóż po tylu medalach Ola wydaje sie niesłychanie doświadczoną zawodniczką biegów długich, znającą dobrze swój organizm i wyzwania biegu na 10km. Tymczasem te mistrzostwa były jej... trzecim biegiem w życiu na dystansie 10 000m na bieżni! Trzy biegi, trzy medale, trzy życiówki.

Ten zaskakujący fakt pokazuje, z jak wielu względów bieganie w Polsce długich biegów jest trudne. Zawodniczka taka jak Ola nie ma gdzie się sprawdzić, nie ma gdzie pobiec tych długich biegów choćby w celu nabrania doświadczenia. W sezonie jest ten jeden, jedyny start na tym dystansie na bieżni, a na docelowej, najważniejszej imprezie ryzykuje się znacznie trudniej. W tym roku Ola podjęła ryzyko w biegu przełajowym, pobiegła w piekielnie mocnym tempie - i zapłaciła za to utratą medalu. Tymczasem taka strata to dla polskiego zawodnika czasami dramat: oznacza brak stypendium sportowego, czasami utratę zainteresowania wspierających podmiotów. Rozliczanie z wyników odbywa się w ten sposób, że jeśli w jednym roku sportowiec wygra wszystko, co jest do wygrania, ale rok później z powodu np. problemów zdrowotnych opuści mistrzostwa Polski, nagle traci wszelkie wsparcie.

Dobrze ten paradoks pokazał na mistrzostwach przypadek Artura Kozłowkiego. To jeden z najlepszych polskich długodystansowców, medali mistrzostw Polski ma pęczek. W zeszłym roku miał problemy zdrowotne i opuścił mistrzostwa. I co się okazuje w tym roku? Otóż działacze postanowili skasować go na 50zł dodatkowej opłaty za... brak minimum dopuszczeniowego do mistrzostw Polski. Mimimum jest bowiem ważne tylko rok, a na 10 000m w sezonie jest jeden, jedyny start. Opuścisz go - nie ma minimum. Ten drobiazg dobrze pokazuje trudności piętrzące się przed zawodnikami. Dopóki wszystko gra, to wszystko gra, ale jak się wali - to również wszystko.

Ja z Olą realizuję pewne wieloletnie założenia treningowe, pewien długodystansowy plan. Na razie idzie to bardzo dobrze. Progres jest regularny. Chociaż wiele zawodniczek poprawia się czasami szybciej, skokami, równie wiele nagle znika ze sceny, nękane kontuzjami czy stagnacją wynikową. Ola gdy wchodzi na jakiś poziom, to już na nim zostaje. Nawet gdy w zeszłym roku pojawiły się problemy z mięśniami, potrafiła robić życiówki lub biegać na poziomie poprzednich. W treningu wykorzystuję najlepsze doświadczenia różnych szkół biegowych, nie ma tu miejsca na wypalenie czy przetrenowanie. Cały czas jednak jest jakiś niedosyt, wciąż wydaje się, że można było szybciej, lepiej. Nie wolno zapominać, że dojrzewanie do wyników to nie tylko rozwój fizyczny, ale psychiczny. Pewne prędkości muszą przestać szokować, biegacz nie może bać się tego, że biegnie mocno, może zbyt mocno. To jest szczególnie ważne w biegach długich, tutaj przyspieszenie we wstępnej fazie biegu może oznaczać kryzys, który pojawi się dopiero kilka kilometrów dalej. I tak wracamy do doświadczenia i poznania własnego organizmu.

Są oczywiście biegi uliczne i można powiedzieć, że Ola ma doświadczenie w tym rodzaju wyścigu. To jest i tak, i nie. Wykorzystujemy ulicę, choćby dlatego, że nie ma innej możliwości startu na długim dystansie. To jest jednak bieganie mocno różniące się od bieżni. Na bieżni w kolcach technika jest inna, inny krok biegania, sposób odbicia. Co więcej, inna jest taktyka: biegnie się szeroko, w zmiennym, nowym otoczeniu. Ten, kto nie startuje na bieżni, nie potrafi zrozumieć, jak destrukcyjny wpływ na wynik ma kręcenie ciągłych, monotonnych kółek. Prowadzenie biegu na ulicy jest łatwe, natomiast bieg na czele stawki na bieżni to duży stres, duża trudność. Na bieżni są dokładne międzyczasy, jest wąsko, a jeśli wieje, to co chwila biegnie się pod wiatr, więc wysiłek jest zmienny, rwany. Kolejne kółka powodują psychiczne znużenie, a kiedy w takim momencie zza pleców wyskoczy rywalka, zmieniając gwałtownie rytm biegu, bardzo trudno jest odpowiedzieć. Ulica jest więc przydatna jako powiększanie doświadczenia, ale nie jest ostatecznym rozwiązaniem.

Przykład Oli pokazuje, jak ważna w treningu jest długofalowa strategia. Kiedy zaczynaliśmy 3-4 lata temu bieganie długich dystansów, miałem już wtedy wizję tego, jakie treningi Ola będzie robić w kolejnych latach. Drobiazgi się zmieniały, testowaliśmy różne rozwiązania, ale ogólna ścieżka jest cały czas ta sama. Kilka lat temu Ola, biegnąc na zawodach 3000m w 10:01, nie bardzo wierzyła, gdy zapewniałem ją, że wkrótce takie odcinki będzie bez specjalnego wysiłku biegać na treningu kilka razy. Ten progres i tak jest wolniejszy niż bym chciał, ale mimo wszystko porównanie treningów rok po roku, porównanie tętna, pomiarów kwasu mlekowego - naprawdę robi to wrażenie. A nie można próbować tego przyspieszać na siłę, trening reaguje po prostu na zmiany zachodzące w organizmie.

Ola podczas biegu w Lidzbarku, biegnie za siostrą Anią

 

6 lat temu Ola, jeszcze jako zawodniczka średniodystansowa, trenująca u innego trenera, biegła na treningu 2x4km w tempie ok. 3:50/km - i był to dla niej wysiłek niemal maksymalny. Zrobiła to z trudem, na bardzo wysokim poziomie kwasu, niemal umierając z wysiłku. Kiedy zaczynaliśmy trening, wszelkie pomiary pokazywały, że jej ogólna tlenowa wytrzymałość jest na bardzo słabym poziomie. To jest ta cecha, której trening trwa bardzo długo. W tej chwili robimy treningi, gdzie 4km w tempie ok. 3:50/km jest rodzajem odpoczynku pomiędzy mocniejszymi przyspieszeniami. Różnica jest tu gigantyczna. Równocześnie cały czas dbałem, i jest to elementem planu, aby Ola nie straciła surowej szybkości, dynamiki, przyspieszenia. Założyłem, że w przyszłości to będzie element, dzięki któremu będzie wygrywała biegi. Tak już jest, a będzie to widoczne tym lepiej, im bardziej będzie rosła jej wytrzymałość. W Polsce właściwie nie ma dziewczyny, która jest w stanie na końcówce długodystansowego biegu pobiec ostatnie 200m poniżej 30 sekund. Z Olą dążymy do tego, żeby tak było.

Progres jest, organizm cały czas się zmienia, a my robimy swoje, nie oglądając się za bardzo na innych. Co z tego wyniknie? Zobaczymy. Wspiera nas klub Agros, miasto Zamość, Kalenji zapewnia Oli sprzęt - i idziemy do przodu. Treningowo według mnie Ola już w tej chwili jest przygotowana na szybszą dyszkę, ale do kolejnego startu na tym dystansie na bieżni trzeba czekać... rok. Pozostaje więc ulica. Na razie jednak zaczyna się sezon biegów na bieżni, jeśli będzie okazja, Ola spróbuje zaatakować swoje życiówki na wszystkich krótszych dystansach.

Jeśli chodzi o mnie, nastawiam się na najbliższe tygodnie na łagodny, tlenowy trening oraz mocne akcenty w postaci treningowych startów. Jeśli będzie okazja, pobiegnę nawet dwa, trzy dystanse jednego dnia. W treningu nie potrafię sięgnąć tak głęboko, jak podczas zawodów. Ostatni start pokazał zaś, że odzwyczaiłem się nieco od średniodystansowego bólu. Uwierzcie, chociaż w Lidzbarku pobiegłem wolno, cierpiałem po biegu strasznie. Myślę, że główny w tym udział pogody, to straszne zimno wyziębiło mięśnie i było brutalne dla układu oddechowego. Dało mi to jednak do myślenia. W biegach krótszych wygrywa ten, kto na finiszu, mimo potężnego bólu i protestów wszystkich układów organizmie jest w stanie rzucić na szalę ostatnie rezerwy i przyspieszyć. Tę zdolność kiedyś posiadałem, teraz zaś organizm mocno protestuje. Dlatego potrzebuję krótkich, brutalnych startów, różnych sposobów rozgrywania biegów, odświeżenia starych doświadczeń

Ja w Lidzbarku. Nie mam za wiele swoich zdjęć, a te, które pstryknęła mi Ola, nie wyszły, bo nie zdążyłem zmienić jej ustawień w aparacie. Pstrykane były więc na trybie nocmy, m.in. ISO 3200! To jest najlepsze, co udało mi się wyciągnąć. Dobrze pokazuje dynamikę biegu na 800m

 

Kiedy myślę o ostatnim starcie, aż ciężko mi uwierzyć, jak kiepsko taktycznie pobiegłem. Wystartowałem niby mocno, ale zbyt wolno, aby znaleźć się na czele, zostałem zamknięty w środku, kiedy było zwolnienie. O ile pierwsze 150m było szybkie, tak na następnych 150m nastąpiło monstrualne zwolnienie, tam uciekły 2-3 sekundy. A ja nic nie mogłem zrobić, musiałem wygrzebać się spomiędzy otaczających mnie zawodników, niemal się zatrzymując - i ruszyć prawie od zera. W biegach długich takie zmiany tempa, szarpanie, raczej nie występują, za bardzo przyzwyczaiłem się do równych biegów i lekko narastającego dyskomfortu.

Wkrótce więc kolejne doniesienia, a od czasu do czasu - nieco przemyśleń związanych z treningiem "od kuchni".

wtorek, 03 maja 2011
Mistrzostwa Polski na 10 000m, Lidzbark Warmiński

Jako najszybszy blog w Polsce zamieszczam jeszcze gorącą relację z mistrzostw Polski na 10 000m, które odbyły się właśnie w Lidzbarku Warmińskim. Jestem jedynym przedstawicielem mediów (oprócz regionalnych), który zjawił się w tym zagubionym wśród lasów miasteczku. Na razie będzie jednak bez zdjęć, bo chociaż pstryknąłem ich ok. 600, nie zabrałem kabla USB. Do tego internet w Lidzbarku chodzi w bardzo niespiesznym tempie.

Jak wszystkim wiadomo, na mistrzostwach Ola startowała na dystansie 10 tysięcy metrów, ja natomiast na towarzyszącym mityngu biegłem dystans 800m. Wyjazd zakończył się przyjemnie, po raz kolejny jest duży sukces Oli. Trzeci raz z rzędu zdobyła srebrny medal mistrzostw Polski na 10 000m! Niedługo trzeba będzie założyć sklep jubilerski z tymi srebrami. Nie udało się zdobyć pierwszego złota, ale trzeci rok z rzędu jest solidna, bardzo dobra życiówka: 33:56,30. Pękła wreszcie bariera 34 minut, to już jest u dziewczyn naprawdę niezłe bieganie. Ola rozwija się w równym rytmie, bez przerw, przeszkód, przetrenowania, spokojnie i wciąż do przodu, w czym widzę również moją skromną zasługę.

Po raz trzeci z rzędu złoto zdobyła inna rywalka, co roku zaskakuje Olę ktoś nowy. Tym razem była to Iwona Lewandowska, która pokazała, że niedawny bardzo dobry wynik w półmaratonie nie był przypadkiem.

Jak to się rozgrywało? Zacznijmy od tego, że pogoda nie sprzyjała bieganiu. Było potwornie zimno! Temperatura niewiele przekraczała 0 stopni, to mogło być 5-6 stopni na plusie. Co gorsza, wiał silny, lodowaty wiatr, dosłownie zmrażający mięśnie na kamień. W tych warunkach bieg męski był bardzo wolny. Podobnie zresztą moja 800-tka. Wygrałem ten bieg bez specjalnych problemów, ale wykręciłem strasznie słaby czas: 1.55,27. Spodziewałem się, że w dobrych warunkach pobiegnę 1:51, może 1:52. Było dużo gorzej, ale jednak do tak szybkiego biegania konieczne jest ciepło. Pierwszy raz w życiu biegłem 800m w rękawiczkach, rękawkach, nogawkach i opasce na uszy! I tak jednak niemal zamarzałem. Mięśnie kompletnie nie chciały pracować w dynamicznym tempie. Gdyby to było gdzieś na miejscu, odpuściłbym ten start. Ale jechać taki kawał i nawet nie pobiec? Zrobiłem więc swoje, przetarłem się. Oskrzela pieką mnie do teraz od zimnego powietrza.

Tym większy podziw dla dziewczyn, ktore biegły 10km. Miały trochę więcej dystansu, żeby się rozgrzać, ale i tak start nie należał do przyjemności. Na pierwszych kilometrach na zmianę prowadziła Ola Jawor i Iwona Lewandowska. Rywalkom zależało na mocnym tempie, i ze względu na zrobienie życiówek i na to, że Ola ma z tej stawki najbardziej piorunujący finisz.

Ola usadowiła się komfortowo na 3-4 miejscu i biegła spokojnie swoje, obok siostry Ani. Przełom nastąpił w okolicach 4 kilometra. Z zaskoczenia bardzo mocno zaatakowała Iwona Lewandowska. Sam lubię rozgrywać biegi w ten sposób, więc wiem, jakie to deprymujace i demotywujące dla rywali, o ile oczywiście wystarczy sił do mety. Zanim Ola zorientowała się, co się dzieje, zanim mogła za wirażem przejść do przodu stawki, Iwona była 50 metrów przed wszystkimi i pędziła bardzo mocno. To rozstrzygnęło bieg. Ola próbowała gonić, chwilami pomagały jej inne dziewczyny, ale Iwona nie zwolniła, nie miała kryzysu, w mocnym tempie dotarła do mety. Ola dłuższy czas ciągnęła za sobą resztę czołówki, dopiero na ostatnich kilometrach razem z Anią oderwały się, we dwójkę, rozstrzygając obecność na podium. Wtedy też ciężko już było myśleć o gonieniu, zaczęło się szachowanie w walce o srebro. Dwie siostry dotarły razem do 300m przed metą, gdzie Ola zaatakowała bardzo mocno, biegnąc od razu sprintem. Momentalnie zrobiła kilka metrów przewagi i nie oddała jej do końca. No i jest - trzecie srebro z rzędu, trzecia życiowka z rzędu.

Ola stwierdziła, że cały czas czuła się bardzo dobrze, nie miała żadnego kryzysu, po biegu nic jej nie boli. Ze mną trochę gorzej, dokucza mi kaszel po sprincie na zimno, przemarzłem też potwornie oglądając biegi, więc mięśnie nie są w zbyt dobrym stanie. Już niemal zapomniałem, jak boli 800m - a boli bardzo mocno. To chwila, dwie minuty cierpienia, ale jednak jest to nieporównywalnie głębsze niż męczarnia podczas długiego biegu. Na mecie boli głowa, ciemno w oczach, płuca palą jak wypełnione gorącą lawą. Stanowczo potrzebuję treningowych startów, żeby przyzwyczaić się ponownie do tego uczucia, dlatego pewnie już w weekend wystartuję znowu. Chyba że pogoda się nie poprawi, na razie na biegi średnie jest za zimno. Ale i tak było lepiej niż na południu kraju, gdzie spadł śnieg...

Bieg męski był wolny od początku. Pierwsze kilometry były w tempie 3:03, 3:00. Dla porównania, rok temu, kiedy zacząłem w tym tempie, byłem daleko w tyle. Teraz czołówka stłoczyła się i przez kilka kilometrów biegło razem kilkanaście osób. Na zmianę prowadzili głównie Łukasz Kujawski i Krystian Zalewski. Potem grupka stopniowo topniała, ale przełom nastąpił dopiero kilometr przed metą. Na długi, bardzo mocny atak zdecydował się Tomasz Szymkowiak. Zaskoczył rywali i dobiegł do mety niezagrożony, na ostatniej prostej machając swobodnie do nielicznej publiczności. Na drugim miejscu Radek Kłeczek, na trzecim Łukasz Kujawski. Dopiero czwarty jeden z faworytów do złota, Artur Kozłowski.

Całe zawody odbywały się w dość chałupniczej atmosferze. Dzień przed biegiem nie działało biuro zawodów, choć tak było w regulaminie, a nawet dwie godziny przed mityngiem nikt nie wiedział, czy np. do biegu na 800m trzeba jeszcze potwierdzić zgłoszenie. Generalnie organizatorzy byli kompletnie zagubieni. Co gorsza, jak zwykle mocno zadziałał Polski Związek Lekkiej Atletyki. Smutni panowie w szarych swetrach zrobili bez wątpienia największe widowisko. Co najmniej kilka osób nie zostało dopuszczonych do startu ze względu na drobne braki proceduralne, na ogół zresztą wynikające z winy samego PZLA. Dobrze wiem, jak to działa, bo dzień przed końcem zgłoszeń wydawało się, że i Ola nie będzie mogła wystartować. Otóż zmęczony życiem facet od regulaminów zakwestionował badania lekarskie Oli. Chore jest już samo to, że od dorosłej zawodniczki wymaga się jakiegoś papierowego śmiecia. Jako dorośli biegamy na własną odpowiedzialność, tak jest w każdym cywilizowanym kraju. Każdy, niekoniecznie mądry obywatel może mieć legalnie dzieci czy wsadzić głowę pod pociąg, nie może natomiast przebiec się na kawałku stadionu, bo gromadka działaczy, aby uzasadnić swe bezmyślne trwanie, wydala z siebie kolejne absurdalne przepisy. 

Co gorsza, przyczepiono się do kompletnej pierdoły - tego, że lekarz, który przybił pieczątkę, nie ma uprawnień do badania osób powyżej 21 roku życia. Rozumiecie to? Lekarz jak najbardziej sportowy, regularna pieczątka, tylko działaczowi nie pasuje. Następnym razem będzie to musiał być koniecznie lekarz o brązowych oczach. A znajdź teraz człowieku fachowca z odpowiednią pieczątką! Nie ma takiej opcji. Nie ma żadnej listy takowych, bo jest ochrona danych osobowych. Obdzwoń więc wszystkich lekarzy w całym kraju, może przypadkiem trafisz na tego, który ma odpowiedni dla PZLA papier, o ile powie Ci prawdę. I wiadomość o tym dostajemy dzień przed końcem zgłoszeń, chociaż papierki leżały w PZLA miesiąc. No ale rozumiecie, w takim wielkim, poważnym związku jest wiele rzeczy do zrobienia, bankiety, wyjazdy, autografy - pewnie czasu nie mieli... Całe szczęście, że załatwiając wszystko na ostatnią chwilę, goniąc jak szaleni, po dwóch dniach stresu i dziesiątkach telefonów zdążyliśmy skompletować makulaturę pół godziny przed końcem zgłoszeń. Inni nie mieli tego szczęścia.

Jeden z chłopaków jechał 12 godzin spod Wrocławia, mając ustne zapewnienie smutnego pana od regulaminów, że wszystko gra w jego papierach i będzie zgłoszony. Na miejscu powiedziano mu, że jednak nie gra. Mógł się spakować i wracać drugie 12 godzin... Podobnie skończył się ten wyjazd dla kilku osób. I co najlepsze - do startu nie dopuszczono broniącej tytułu mistrzyni Polski Agnieszki Ciołek, również czepiając się do czegoś w papierach! Ciężko tu nie zakląć - dziewczyna jest mistrzynią Polski i nie może pobiec w mistrzostwach, bo jakiś postkomunistyczny aparatczyk z przegranym życiem tak postanowił. To się nazywa popularyzacja sportu po polsku! Jedź, zawodniku cały dzień na drugi koniec Polski, a tam Ci powiedzą, że nie, bo NIE. Działacz ma władzę i nie zawaha się jej użyć.

PZLA nie zawodzi i zawsze zapewnia wspaniałe atrakcje pozasportowe. Zmieniają się prezesi, prezydencci, upadł nawet Fidel (zresztą ze schodów), wykończono ben Ladena -  a w PZLA bez zmian. Trzeba chyba modlić się, aby to pokolenie nieudacznych działaczy jak najszybciej wyciągnęło stare kopyta. Nawet to jednak nie daje nadziei - jak muchy do miodu ciągną do państwowych pieniędzy kolejni młodzi "działacze", zapowiadając wielkie zmiany, po czym po przyspawaniu do stolka szybko tracą kontakt z rzeczywistością. Jakimś tam bossem został rok temu Piotr Haczek, podobno młody i kompetentny. Jak widać, a właściwie nie widać, został kolejnym smutnym panem, dla którego nic nie można zrobić, bo wiecie, rozumiecie, przepisy, nie jego działka, nie jego problem... Najpierw sami wymyślamy kretyńskie regulaminy, a potem biadolimy, że nie można dopuścić do startu, bo przepisy mówią to czy to. Tym razem nas to nie dotknęło - ale mogło.

I jeszcze zmiana klimatu, kolejna dobra wiadomość na koniec - w czerwcu szukajcie Oli na okładce pisma "Bieganie"! Dostępne w Empikach.



23:05, plathman , Zawody
Link Komentarze (14) »
środa, 27 kwietnia 2011
Szybka akcja

Minęło tylko parę dni, a zaszły duże zmiany. Oj, solidne. U Oli bez zmian, ale u mnie... Ho, ho!

Otóż dokonałem szybkiej akcji: zrezygnowałem ze startu w mistrzostwach Polski na 10 000m, odbywających się 3 maja w Lidzbarku Warmińskim. Zamiast tego biegnę tego samego dnia i w tym samym miejscu 800m podczas towarzyszącego zawodom mityngu. A co! To jest moja elastyczność; jak trzeba, to opędzę maraton, jak trzeba pobiegnę dla klubu w sztafecie 4x400m. Nie można się zamykać w gettcie jednego dystansu.

A bardziej serio: od pewnego czasu sygnalizowałem na blogu, że w tym roku interesują mnie krótsze dystanse. Pierwotny plan zakładał trening pod nie, z okazyjnymi startami na dłuższych. 10 000m w Lidzbarku miało być takim właśnie treningowym długim startem, z założeniem, że wypadnę w miarę przyzwoicie, może nawet pobiję życiówkę. W ostatnich miesiącach miałem jednak sporo czasu na przemyślenia i ostatecznie postanowiłem w tym roku ponownie zaatakować na poważnie dystanse średnie, 800-3000m, rezygnując na razie kompletnie z dłuższych startów.

Wszystko zaczęło się po maratonie w Dębnie. Powiedzmy jasno, to była trauma. I nie chodzi ani o zmęczenie, ani o cienki wynik. Po prostu maraton okazał się dla mnie śmiertelnie nudnym biegiem. Ponad 2,5 godziny ciągałem się po jakichś wioskach i lesie, z tymi samymi pięcioma kibicami co dziesięć kilometrów. Szczekające psy, monotonia, koleiny w asfalcie, te niekończące się kilometry - zabiło mnie to. Jest tylko jedna rzecz nudniejsza: sam trening do tego diabelstwa. Mnie po prostu psychicznie i fizycznie męczy długie bieganie, duża objętość, trening oparty nie o potężne jednostkowe zmęczenie, a raczej ciągłe, narastające znużenie. To, co mnie cieszy, to ogromne prędkości, maksymalne przyspieszenia, wysokie obroty silnika, krótka, brutalna walka, uderzenie kwasu mlekowego do mózgu, przypominające upojenie narkotyczne. Czyli wyścig na bieżni, szybka akcja, coś się dzieje, łokcie w ruchu, szybkie myślenie taktyczne, szybkie reakcje.

Po maratonie zacząłem się więc zastanawiać, na ile kręci mnie idea, że całe moje dalsze życie i kolejne biegi to będzie takie nużące człapanie. Postanowiłem na jakiś czas pobawić sie nieco innym treningiem. Popracowałem nad szybkością i odkryłem, że nie jest z nią tak źle, jak się spodziewałem. W międzyczasie wystartowałem w mistrzostwach Polski na hali na 800m, zdobywając brązowy medal. Zacząłem się zastanawiać, jak głębokie mogą być moje rezerwy szybkościowe i czy jednak nie będzie dla mnie większą frajdą trening w tym kierunku. Przez ostatnie miesiące łączyłem ogólny trening wytrzymałościowy z bardzo dynamicznym, krótkim treningiem szybkości. Zaniedbałem pośrednie intensywności, wytrzymałość specyficzną pod biegi typu 5-10km. Widać to było podczas ostatniego startu w Szczecinku, kiepskie samopoczucie, czas mocno treningowy. To się bardzo szybko zaczęło poprawiać po tym starcie, dosłownie na każdym treningu biegałem szybciej i szybciej, ale już połknąłem przynętę treningu pod krótsze dystanse.

Swój udział w tym miały sukcesy Marcina Lewandowskiego i Adama Kszczota. Kiedy oglądałem ich w biegach na 800m, zazdrościłem tej prędkości, tego dystansu, zastanawiając się, co ja robię w jakimś pokręconym maratonie.

Impulsów do zmiany było więcej. Kilku znajomych trenerów (w tym mój były trener) od dłuższego czasu namawiało mnie do krótszych biegów. Mój styl, krok biegowy dużo lepiej sprawdza się na bieżni, przy dużych prędkościach, niż na ulicy. Zmieniałem go pod ulicę, ale idzie to bardzo powoli. Do tego od zeszłego roku dużo myślę i pracuję nad postawą ciała, balansem, zagadnieniami siły, widzianej z innej perspektywy niż standardowa. Najłatwiej eksperymentować, nagrywać, kombinować i sprawdzać to w krótkich, szybkich biegach, tu zmiany są najbardziej widoczne. Co więcej, interesuje mnie, na ile można poprawić szybkość u tak zaawansowanego zawodnika jak ja. Na ile jest to genetyka, na ile praca idąca w kilku kierunkach jednocześnie.

Co więcej, od pewnego czasu mam sporo pomysłów treningowych dotyczących biegów średnich. Nie bardzo zaś miałem co z nimi zrobić. Współpracuję ze sporą grupką biegaczy, ale głównie amatorów, zainteresowanych dystansami od 5km wzwyż. Nawet tych paru młodych chłopaków, którzy korzystają z moich rad, przygotowując się do wyścigów na bieżni, interesują bardziej dystanse 1500-5000m. Na typowe średniodystansowe bieganie jestem jedynym kandydatem w mojej grupie ; )

Do długich biegów nie za bardzo mam też gdzie trenować. Krótkie treningi dość łatwo wcisnę na stadion czy na moją prostą przy cmentarzu, gorzej z np. długimi rozbieganiami. Przez całą zimę nie mam gdzie tego robić, latem bywa lepiej, ale nie zawsze.

Tak to więc wygląda: co najmniej do sierpniowych mistrzostw Polski rezygnuję z dłuższych dystansów. Nie wykluczam jakiegoś startu na 5km, ale skupiam się przede wszystkim na dystansach od 800m do 3000m. Najbliższe przetarcie, pierwszy start na otwarcie sezonu - już za tydzień. Po nim w kolejny weekend mogę znowu startować, po dyszce musiałbym odpoczywać dużo dłużej.

Wczoraj zrobiłem już pierwszy typowy trening pod 800m. Przyznam, że dał mi sporo do myślenia. Okazało się, że długodystansowa transformacja organizmu zaszła dalej niż się spodziewałem. Długofalowym celem treningowym była stopniowa zmiana metabolizmu, przerobienie silnika z wysokowęglowodanowego potwora na bardziej wydajny mechanizm tłuszczowo-węglowodanowy. To pozwala na bieganie na nieco niższych obrotach dużo dłużej, dalej. Równocześnie jednak zmniejsza się kwasowa rezerwa mocy, czyli zdolność do bardzo dużego przyspieszenia przy wysokim poziomie kwasu mlekowego we krwi.

Wczoraj okazało się, że moja kwasowa rezerwa mocy jest niższa niż zakładałem. Ogólna wytrzymałość tlenowa jest na bardzo dobrym poziomie, to jest moja silna strona. Taki był zresztą jeden z wariantów treningu. Zakładałem, że nawet gdybym zrezygnował z biegów długich, to dzięki długodystansowemu treningowi wrócę do krótszych biegów z potężym zapasem wytrzymałości. I to się sprawdza. Ale kwasowo... Wczoraj biegałem prosty, mocny trening: 400m + 300m + 200m.  Krótkie, szybkie, brutalne bieganie, które powtarzam czasami, gdy po okresie łagodnego treningu potrzebuję silnego wstrząsu szybkościowego i kwasowego. Poprzedzone to było progresywną, intensywną rozgrzewką: 4km z narastającą prędkością, zacząłem na 4:20/km, skończyłem na 3:20/km.

Same odcinki biegałem w potężnym, kręcącym wietrze, co pewnie miało wpływ na prędkości. Samopoczucie było jednak ciężkawe. Pod koniec mocno odczuwałem typowe kwasowe sensacje - uczucie plątających się nóg, zaburzenie rytmu biegu. Co najdziwniejsze jednak, bardzo niski (relatywnie) był poziom kwasu mlekowego we krwi. Wyniósł on 11,1 mmol. Jak na taki trening to bardzo mało, kiedyś bez problemu dochodziłem w okolice 20mmol. Jest więc nad czym pracować. A same prędkości: 54,2 - 39,5 - 25,5 sekundy. Nic nadzwyczajnego, zwyczajna średniodystansowa orka.

Poprzedni mocny trening był bodźcem wydolnościowym, dostosowanym do możliwości mojego organizmu. Było to 40x200m, na bardzo krótkich, 20-sekundowych przerwach. Tempo 35-34 sekundy. Zadyszka na tym była kosmiczna, jak zwykle rzęziłem niczym palacz z wieloletnim stażem. Poziom kwasu jednak malutki - 5mmol. Na tego typu treningach jestem bardzo mocny i ten rodzaj bodźca bedę nadal szeroko wykorzystywał w pracy tlenowej. Pozwala mi to na uzyskiwanie całkiem wysokich prędkości, dobrej adaptacji mięśniowej, na niskim zmęczeniu kwasowym.

Zmiana dystansu startowego podziałała na mnie od razu pozytywnie. Lepiej czuję się na treningu, nie mam w perspektywie męczarni na 25 kółkach na stadionie. Mocno zmieniła się pogoda - w ciągu kilku dni przeszedłem od biegania w czapce i rękawiczkach do śmigania w koszulce na ramiączkach i krótkich spodenkach. Wczoraj  męczarnie przeżywała Ola, biegając w pełnym słońcu (temperatura na stadionowym zegarze: 32 stopnie!) dłuższy trening długodystansowy, na przerwach tak krótkich, że nie miała czasu się nawet napić. Ja łupnąłem swoje 400-300-200 - i mogłem relaksować się na słońcu.

Czas więc na duże prędkości, duże intensywności, niezwykle intensywne doznania. Na maraton przyjdzie jeszcze czas.

poniedziałek, 18 kwietnia 2011
Wiosenne bieganie

Wiosna w pełni, zaczyna się więc przyjemne i poważniejsze bieganie. W ostatnich dniach wiele się działo, czas na raport.

Po pierwsze, wczoraj pojechałem z Olą na jeden z pierwszych startów ulicznych w tym roku - do Szczecinka na memoriał W. Osińskiego. Bieg na dystansie 10km miał być i rodzajem przetarcia, i bardzo mocnym treningiem jednocześnie. Pobiegliśmy go tylko po lekkim rozluźnieniu w treningu - w tygodniu nie było bardzo mocnego biegania, tylko krótka zabawa biegowa, ale objętość pozostała ta sama. U mnie nawet była najwyższa od kilku tygodni. Start wypadł nieźle u Oli - zajęła 3 miejsce z czasem 34:48. Przegrała z dwiema Ukrainkami. Do 9km biegły razem w dość spokojnym tempie. Na ostatnim kilometrze rywalki zrobiły bardzo mocne szarpnięcie, Ola nie była jeszcze na tyle wyścigana, aby móc to wytrzymać. Taka jednak była rola tego startu, przełamanie pewnej bariery fizycznej, trudnej do osiągnięcia w treningu.

Mój bieg wyglądał zdecydowanie gorzej. Nie spodziewałem się cudów, bo w treningu jestem jeszcze daleko w polu, ale miałem nadzieję, że pobiegnę minutę szybciej. Mimo tego, że w tym roku nastawiam się zdecydowanie na krótkie dystanse, byłem zaskoczony tym, jak ciężko mi się biegło. Tempo wolne i równe od początku do końca, z wyjątkiem ostatniego kilometra, na którym mocno przyspieszyłem. Ostatecznie bieg był więc dla mnie mocnym biegiem ciągłym, ukończyłem z czasem 33:18. Przed startem na 10000m na bieżni nie wygląda to najlepiej, ale wiele zyskam samym odpuszczeniem przed startem. Na wypoczętych mięśniach biegam dużo szybciej niż na zmęczeniu, wciąż więc mam nadzieję, że na dyszkę będę w stanie zaatakować barierę 31 minut. Zobaczę jednak, jak pójdą najbliższe dwa mocne treningi.

Start biegu w Szczecinku

 

Co w ostatnich dniach działo się w treningu? Ano nic spektakularnego. To nadal dość spokojne bieganie. Z mocniejszych rzeczy biegałem 6x1km, w dość spacerowym tempie 3:10-3:00/km. Poza tym to samo co w poprzednich tygodniach - sporo luźnego biegania, sporo akcentów szybkościowych. Ostatnie 2 tygodnie to głównie stopniowe przyzwyczajanie nóg do biegania w kolcach, co idzie dość dobrze. Na starcie pobiegłem nie tak wiele szybciej od Oli, ale i w treningu nie ma wielkiej różnicy, ona biega niewiele wolniej ode mnie. Weszła na wysokie obroty zdecydowanie szybciej, ja się rozkręcam bardzo powoli.

Wiele działo się ostatnio w biegach ulicznych na całym świecie. To głównie maratony, ale nie tylko. W marcu bardzo szybka dyszka w wykonaniu kobiet w Poznaniu. Katarzyna Kowalska mocno złamała 33 minuty, potem pobiegła 1:11 w połówce. A jeszcze tydzień wcześniej podczas przełajów przez pierwsze kilometry biegu bardzo mocno naciskała ją Ola, za co później zapłaciła kompletnym wyczerpaniem i utratą medalowej pozycji. Po wynikach Kasi widać jednak, że to tempo było piekielnie szybkie. Na przełajach ciężko to było obiektywnie ocenić, ze względu na trudność trasy. W każdym razie prawdopodobnie pierwsze 4km po drodze w biegu na 8km były u kobiet szybsze niż w biegu na samym dystansie 4km.

W półmaratonie warszawskim padły niezłe wyniki, chociaż w tym samym czasie można je było ocenić w kontekście innych biegów. Najlepszy Polak pobiegł 1:02, tymczasem w Stanach Galen Rupp ponad dwie minuty szybciej. Mimo wszystko wydawało się, że maraton w wykonaniu Polaków może wyglądać na wiosnę bardzo dobrze. Padały nawet wypowiedzi ze strony zawodników i trenerów: o rekordzie Polski, o niemal pewnych fantastycznych wynikach. Rzeczywistość jak zwykle okazała się gorsza. Na rozgrzewkę były mistrzostwa Polski w Dębnie, gdzie medale zostały rozdane przy rekordowo słabych czasach. Dość powiedzieć, że 17 pierwszych kobiet tegorocznego maratonu w Londynie miałoby medal mistrzostw Polski w kategorii męskiej. To pokazuje skalę upadku mistrzostw Polski.

Przy okazji można porównać poziom biegów długich do poziomu biegów średnich. Sam zdobyłem w tym roku halowy medal mistrzostw Polski na 800m z dość słabym wynikiem. Ale mimo wszystko żadna kobieta nie byłaby w stanie ze mną powalczyć - mój czas był lepszy niż rekord świata kobiet i na hali, i na stadionie. Można powiedzieć, że poważniejsze bieganie zaczyna się u mężczyzn wtedy, gdy biegają szybciej niż rekord świata kobiet. W maratonie jest to poziom 2:15. Oczywiście maraton to specyficzna konkurencja, ale jak byśmy na to nie patrzyli, to poziom naszych mistrzostw był straszny. Osobiście uważam, że mistrzostwa kraju to impreza, która nie powinna odbywać się na peryferiach, w maleńkich miasteczkach. Miejsce na nie jest w dużych miastach, w połączeniu z dużymi biegami i dobrym nagłośnieniem całości. Tymczasem polityka PZLA jest odwrotna - ładują niemal wszystkie mistrzostwa na jakichś kompletnych zadupiach. Mistrzostwa Polski na 10000m są w tym roku w Lidzbarku Warmińskim. Jedne z mistrzostw młodzieżowych - w miejscowości o malowniczej nazwie Białe Błota. Tak, to się nazywa dobry marketing, przenieść mistrzostwa Polski na kompletne peryferia i zapomnieć.

Przy okazji przypomnę, że jedne z najlepiej zorganizowanych mistrzostw Polski seniorów w ostatnim dziesięcioleciu odbyły się bez wątpienia w Szczecinie. Była tam liczna publiczność i cała oprawa na bardzo dobrym poziomie. Małe miejscowości nie mają szans na taką organizację - w nieszczęsnej Olszynie (przełaje 3 lata temu) nie było śladu kibica, a zawodnicy mieszkali na początku marca w nieogrzewanych, drewnianych domkach kempingowych (sic!).

Ale dość dygresji - wczoraj nasi biegali maraton w Wiedniu i cudu nie było: z trzech startujących zawodników elity dwóch nie ukończyło biegu, jeden pobiegł 2 minuty wolniej od życiówki. Marzenia o rekordzie Polski zostały dość brutalnie rozwiane.

Na świecie elita ścigała się w Paryżu i Londynie, a dzisiaj również w Bostonie. Tam można było oglądać grad niesamowitych czasów, zaczynających się od poziomu 2:04 u mężczyzn i 2:19 u kobiet. Najlepszy maratończyk z Londynu po drodze zdobyłby złoty medal mistrzostw Polski na 10km - to jest niesamowite.

Na szczęście juz niedługo zaczynają się biegi na bieżni. Przyznam szcezerze, że oglądanie maratonu średnio mnie pociąga. Gapić się przed dwie godziny na to, jak grupa (zwykle identycznie wygladających Kenijczyków) biegnie i nic się nie dzieje, to ponad moje siły. Na bieżni jest akcja, krew, pot i łzy. Dlatego bardzo cieszy mnie zbliżający się sezon tartanowy.

 

10:31, plathman , Zawody
Link Komentarze (18) »
czwartek, 07 kwietnia 2011
Bieganie przed Wielkanocą

Zamieszanie związane z moim ostatnim wpisem nieco ucichło, sprzedawcy gadżetów przestali protestować w komentarzach - czyli czas wrócić do wpisów treningowych. Ale zanim do tego przejdę, jeszcze krótka recenzja. Otóż 1,5 tygodnia po wpisie na moim blogu ukazał się tekst w "Wyborczej", poświęcony naturalnemu bieganiu. Przyjmuję to za dowód na siłę oddziaływania mojego bloga - redaktory czytają i się inspirują ; ) Tekst jak tekst, da się czytać, tylko jedno mnie rozwaliło.

Otóż autor z jednej strony pisze o naturalnym bieganiu, a z drugiej na końcu, wśród garści porad, daje nieśmiertelną wskazówkę: "zmieniaj buty co 800km". Otóż wymiana butów co 800km (jeszcze jakiś czas temu było to 1000km, a jak znam życie, słupki sprzedaży spadną, zacznie się lansowanie wymiany co 600km) to propaganda wymyślona przez działy marketingu firm obuwniczych. Aby sprzedać więcej, wymyślili co następuje: "po 1000km systemy amortyzacji są zużyte i przestają spełniać swoją rolę". OK, i tak nikt tego nie sprawdzi, więc przyjmijmy to na wiarę. Ale po co w takim razie wymiana butów co 800km w modelach "naturalnych", ostentacyjnie ignorujących modę na amortyzację? To najwyraźniej pozostanie tajemnicą autora tekstu.

Powtórzę: ja rąbię w butach treningi aż do ich śmierci klinicznej. Bezapelacyjnie i do końca - ich albo mojego. 5 tysięcy przebiegu to norma. Biegam jeszcze np. w prostych Nike, kupionych na wyprzedaży w Stanach 4 lata temu. Za cholerę nie mogę tych butów zajechać. Taką samą sytuację mam z Woolfami, tanią marką. Ich startówki na początku dostały minusa, bo po 100km biegów po asfalcie podeszwa była już mocno starta. Postanowiłem więc dobić je na rozbieganiach i wyrzucić. A tu niespodzianka - biegam, biegam i ani dziurki, wszystko się pięknie trzyma, chyba prędzej zetrę nogi niż te buty.

Koniec dygresji technologicznej.

Co w treningu? Naprawdę muszę ponarzekać na pogodę. W tym roku jestem niebywale tolerancyjny i bez zmrużenia oka znoszę wiele. Ale to, co się dzieje w ostatnich 2 tygodniach, to jest jakiś skandal. Rząd powinien zająć się tym, a nie wyzwalaniem ropy naftowej w Libii. Otóż przez wybrzeże przetaczają się jakieś apokaliptyczne huragany, z okazyjnym akompaniamentem w postaci ulew. Jeden za drugim. Wiatr jest tak silny, że naprawdę ciężko zdziałać cokolwiek. Biega się jak na bieżni mechanicznej - niby kręcę nogami, a efekt komunikacyjny nie następuje, nadal tkwię w tym samym miejscu. Myślę, że to kara boska za POPiSy na naszej scenie politycznej.

W tych warunkach robię co mogę, aby zagrozić najlepszym Kenijczykom. Zaczęło mi się wreszcie solidne bieganie na stadionie. W zeszłą niedzielę przyjęło to postać interwału 30x300m, na dość krótkich przerwach. W środę na jeszcze zmęczonych nogach biegłem 3x3km - tu było apogeum huraganu, nie licząc dzisiejszego dnia, kiedy robiłem tylko rozbieganie. Ciężko ocenić rzeczywistą moc tego treningu, w wietrze kręciłem cały czas w okolicach 3:20/km, generalnie w trupa. Sporą część tych treningów robię już w kolcach, co mocno odczuwają łydki. W Słupsku biegam po najtwardszej z możliwych nawierzchni, startowym, olimpijskim mondo. Jest to piekielnie szybkie, ale twarde jak diabli. Mnie to jednak nie rusza.

Na przełomie marca i kwietnia dopadło mnie coś w stylu przeziębienia. Ciężko to nazwać, prawdopodobnie nieco mnie przewiało, a na to nałożyło się ocieplenie i początki alergii, zawsze nieprzyjemne. Drapało w gardle, nos zatkany, ale objawy nie były typowe dla infekcji. Przez 4 dni zrobiłem 2 razy wolne i 2 treningi luźne. Bezlitośnie wykorzystuję każdą okazję do dnia wolnego. Wolne to ten element treningu, który wychodzi mi zdecydowanie najlepiej.

Ogólna forma jest cały czas bardzo dobra. Są dni gorsze, właśnie ten przełom miesięcy był kiepski, poza objawami kataropodobnymi czułem się ogólnie marnie. Akurat jakoś w tym czasie biegałem na stadionie 6x1200m - i rzeźbiłem w tempie 3:10/km. To nawet w wietrze jest bardzo wolne bieganie. Ale przeżyłem. Kolejne dni są coraz lepsze. Jest wyraźna różnica w stosunku do np. poprzedniego roku. Takie rozbieganie - biegam z nogi na nogę, podziwiając krajobrazy przysypiając, a pomiar na leśnej, krosowej drodze, koszmarnie rozjeżdżonej przez ciężarówki z drzewem i zabłoconej, pokazuje prędkości rzędu 4:36/km. Kiedy wchodzę na stadion na rozgrzewkę, zwykle już pierwszy kilometr jest poniżej 4:20/km - tyle jest warte to leśne bieganie po przeniesieniu na badzo dobrą nawierzchnię. Niedawno biegałem moją ulubioną progresywną rozgrzewkę w tempie 4:18 - 3:51 - 3:31. To chyba było przed tym krótkim interwałem. No to jest rozgrzewka! 3km w niecałe 12 minut, trochę zadyszki na koniec i poczucie mocy! Niedługo będe musiał robić 4km, żeby ta rozgrzewka nie trwała zbyt krótko.

W trenigu pojawił mi się długi interwał, typowe wydolnościowe bieganie, bardzo nieprzyjemne dla mnie. Takie 3x3km to dla mnie najtrudniejszy bodziec, szczególnie na zmęczonych nogach. Do tego cały czas praca szybkościowa, trochę zaniedbałem tylko ogólną sprawność. W przyszłym tygodniu przyjeżdża do mnie Ola i szlif do mistrzostw Polski na 10 000m zrobimy już razem. Ola jak zwykle w dobrej formie, samopoczucie dziesięć, nastawienie optymistyczne.

Prawdę mówiąc odczuwam sporą niechęć do biegania dyszki na stadionie, ale podchodzę do tego tak, że jak przetrwam dyszkę, to przetrwam wszystko. Machnę dyszkę i zacznie się prawdziwy sezon, speed, kwiaty we włosach, wiatr w uszach i muchy w zębach.

P.S. W ten weekend maraton w Dębnie. Biegnie Michał Smalec, tajna broń cechu aptekarzy. Cała Polska trzyma kciuki i zespół redakcyjny mojego bloga również.

niedziela, 27 marca 2011
Technologiczna ściema

Bieganie to prosty sport, jest to często przywoływana zaleta tej aktywności. Wkładasz, człeku, byle jakie buty, wciągasz podarte porcięta, rozciągniętą koszulkę - i już jesteś biegaczem. Istnieje jednak tendencja do komplikowania tej prostoty. Z jednej strony biegacze szukają czegoś, co mimo braków kondycyjnych da im iluzoryczną przewagę, pozwoli urwać kolejne sekundy. A z drugiej - firmom sportowym trudno sprzedawać proste rzeczy w niskich cenach, kombinuja więc, jak mogą.

Powiedzmy, takie buty biegowe. Jest powszechnie wiadomą rzeczą, że ich wyprodukowanie w Chinach, a następnie transport do Europy to kwestia dosłownie kilku, kilkunastu złotych na parze. Dlatego żeby uzasadnić windowanie cen, producenci od lat wmawiali biegaczom, że pakują do butów jakieś kosmiczne technologie rodem z NASA, bez których bieganie byłoby praktycznie niemożliwe. To trwało latami, w końcu buty zostały tak opakowane tymi "systemami", że bieganie w nich stało się praktycznie niemożliwe. Liczba kontuzji wzrosła do tego stopnia, że trudno było utrzymać mit genialnych, wspomagających wszystko systemów.

Co się więc stało? Już o tym pisałem - odtrąbiono powrót do natury. Specjaliści z Nike, a za nimi inne firmy, triumfalnie ogłosili, że po kilkudziesięciu latach badań doszli do niesamowicie odkrywczego wniosku: systemy są jednak niepotrzebne. Innymi słowy: to wszystko, co pakowali przez dziesięciolecia do butów, windując ceny w stratosferę, można rozbić o kant przysłowiowego wiadomo czego.

Specjaliści nie byliby jednak specjalistami, gdyby tego wniosku, który powinien kompletnie pogrzebać ich wiarygodność, nie opakowali w odpowiednią ideologię. Gładko przeszli nad tematem systemów do porządku dziennego i ogłosili nową strategię: otóż od teraz buty są robione tak, żeby niczego nie naruszać w mechanice ruchu, nie psuć tego, co stworzyła ewolucja. Czyli projektujemy buty tak, żeby zachowywały się, jakby ich nie było. Wszystko pięknie, tylko za te "naturalne" buty... zaśpiewano jeszcze wyższe ceny!

Ostatnio rekordy bezczelności bije firma Ecco. Skąd się wzięli, nie wiadomo, nie słyszałem wcześniej, żeby jakikolwiek wyczynowy zawodnik biegał w butach tej firmy. Ale sami mienią się specjalistami od projektowania butów biegowych - być może, załóżmy optymistycznie, że to prawda. Ecco szybko zwietrzyło interes i gładko podpięło sie pod nurt "naturalnego biegania". Zaczęli reklamować swój produkt, model a jakże - naturalny! - sprzedawany za jedyne... 700zł z hakiem. No moi drodzy, ktoś tu chyba upadł na głowę. Pomijam już wszelkie kontrowersje na temat rzeczywistej technologicznej wartości tych butów - ale skoro coś jest proste i naturalne, a wyprodukowanie tego kosztuje w Chinach miseczkę ryżu, to dlaczego to kosztuje w sklepie niemal tyle, ile najniższa krajowa pensja? 700zł za but, który wedle progpagandy producentów, powinno się wymieniać najlepiej co 800km, czyli w przypadku dość ambitnego biegacza - co dwa miesiące? Ktoś tu chyba na głowę upadł!

Zwykle nie staram się dyskredytowac żadnego biznesu - każdy chce zarabiać, ma do tego prawo. Ale istnieje pewna granica przyzwoitości. Wmawianie ludziom, że za 700zł dostaną coś, co jest o wiele lepsze niż podobny produkt za 100zł - to według mnie przekracza tę granicę. Złapać jelenii, którzy wydadzą te 700zł, potem szybka obniżka do, powiedzmy, 400zł - i sprzedawanie tego samego jako niesamowitą okazję, nadal z trzycyfrową lub wyższą marżą. To jest model biznesu, którego nie aprobuję. Co gorsza, zanika rzeczowa dyskusja na ten temat. W tej chwili nie ma żadnego obiektywnego medium biegowego, portale i gazety są uzależnione od reklamodawców, stąd nie pamiętam, żebym gdziekolwiek przeczytał jakąś negatywną recenzję czegokolwiek. Czasami, dla porządku, pojawi się w tekście jakieś zastrzeżenie, typu - że sznurówki są za krótkie, co ma pokazywać: patrzcie, jacy jesteśmy obiektywni, skrytykowaliśmy sznurówki!

Prawda jest taka, że buty za 100zł w praktyce nie różnią się niczym od butów za 700zł. Być może te za 700 wcale nie są złe - ale po cholerę przepłacać siedmiokrotnie? Ja do tego mam możliwość porównania cenów butów w Polsce do cen w USA. Tam rynek jest zdrowy i konkurencyjny, więc bez problemu można kupić but za 20-30 dolarów. A takiego za 250 dolarów nie widziałem, chociaż rozgladałem się uważnie.

Obalmy kolejny mit - ja nie wymieniam butów co 800km. Biegam w nich tak długo, aż się rozpadną. 4-5 tysięcy kilometrów to norma. Ba, dopiero gdy przesiadłem się na tanie, proste modele, przestały mi w końcu dokuczać uporczywe bóle stóp, przez kilka lat mocno ograniczające mój trening.

Na końcu tekstu w ramach wspierania zdrowego rozsądku podam kilka przykładów tanich butów. Bo mając kontakt z moimi zawodnikami, widzę, że oni czasami dają się łapać na obuwniczą propagandę, zaczyna się pojawiać myślenie, że jak coś kosztuje 700zł, to musi być super, hiper, mega. To jest dokładnie to, o co chodzi producentom.

Powiem jeszcze tak: widzę sens kupowania droższych modeli, jeśli firma, która zaśpiewa te ceny, robi dobrą robotę, jeśli chodzi o sport. Wtedy, jeśli kogoś stać - dlaczego ma nie wspierać pożytecznej firmy, wspierającej naszych, dającej naszym ludziom pracę?  W USA  np. Nike robi bardzo dobrą robotę - tworzą wyczynowe grupy, wspierają swoich sportowców. W Polsce jest z tym gorzej, ale Nike przynajmniej stworzył ścieżki biegowe, to jest już coś. Co robi takie Ecco, poza żądaniem horrendalnych cen za swoje buty? Nie słyszałem o żadnej pozytywnej inicjatywie tej firmy. Dotyczy to też kilku innych drogich marek. A jeśli chodzi o Nike, to ogromnym minusem jest dla mnie to, że ta firma wspiera polskich piłkarzy, czyli żałosnych, sprzedających mecze pseudosportowców.

_______________________________________________________________________________

Kolejna sprawa - od niedawna niezwykle popularna jest tzw. odzież uciskowa. To kolejny przykład wciskania po kosmicznych cenach zupełnie zbędnej biegaczowi technologii. Zastanawiało mnie to od dawna. Przyglądałem się wyczynowym biegaczom, którzy nosili te uciskowe skarpety. Co mnie dziwiło - gdy wygasały kontrakty reklamowe, nagle przestali je ubierać.

Ale to jeszcze nic, poczytajcie ten tekst, po angielsku: link To jest wiarygodny amerykański portal, który poza pieniędzmi reklamodawców widzi też inne sprawy. Streszczę pokrótce wnioski tego artykułu: nie ma żadnych naukowych dowodów, że odzież uciskowa pomaga w czymkolwiek, zyski są głównie psychologiczne (efekt placebo), a noszenie tego typu rzeczy może powodować problemy z krążeniem, bóle mięśni, bóle brzucha i różne dolegliwości neurologiczne, ze względu na ciągły, nienaturalny ucisk. Leczenie tego może trwać miesiącami.

Oczywiście producentom nie przeszkadza to w powtarzaniu śpiewki o niewiarygodnych zyskach, jakie zapewniają te uciskowe wdzianka, przyspieszona regeneracja, cuda na kiju. Ceny: wielokrotność cen zwykłych ubrań, a jakże, chociaż jest to szyte w Chinach po zawstydzających stawkach. Ha, ha, powiedzcie to Kenijczykom, na pewno się ucieszą, gdy się dowiedzą, że mogą biegać jeszcze szybciej, gdy włożą na siebie taki bajer ; )

Uważam, że w tej marketingowej sieczce nie ma co wariować. Sam ubieram ciasne zarękawki i czasami nagolenniki na bieg, ale nie po to, żeby cokolwiek zyskać, tylko żeby było mi ciepło i wygodnie. Kupuję też buty marketingowo mocnych marek, jeśli mi odpowiadają i złapię je w dobrej cenie. Aktualnie biegam na zmianę w Pumach, Kalenji i Woolfach, na bieżni używam kolców Adidasa i Saucony. Ubrania mam praktycznie wszystkich producentów. w większości kupione w Stanach.

Ale w związku z promocją zdrowego rozsądku polecam uwadze poniższe buty, zupełnie naturalne i dalekie od kosmicznych cen rzędu 700zł (klikalne linki):

1. Kalenji Eliofeet z Decathlonu: 159zł, w przecenie czasami nawet 60-70zł:

Biegam w nich, mają swoje drobne wady, ale to jak najbardziej prosty, tani but do "naturalnego" biegania. Kalenji to partner sprzętowy mojej zawodniczki, Oli Jakubczak. Do wyboru w co najmniej kilkunastu kolorach. Dużą zaleta Decathlonu jest brak jakichkolwiek trudności, jeśli chodzi o reklamację produktów, w innych sklepach to zmora.

2. Austriacka marka Woolf, cena ok. 100-120zł

Nie wiem, czy można je jeszcze dostać w Polsce, 2 lata temu były. Mam jedną wysłużoną parę model Firewoolf. Podeszwa wyciera się dość szybko na asfalcie, startowałem w nich parę razy, teraz używam do rozbiegań. Kilkaset kilometrów już przetrwały.

3. Buty Do-win, 120zł

Sprzedaje je polska firma Polanik. Firma według mnie warta wsparcia, bo sama wspiera polskich zawodników. Wspiera też reżimowy związek sportowy, czyli PZLA, ale to nie wina producenta, że PZLA jest, jaki jest. Buty to produkt chiński, wyglądają na skopiowany model Adidasa. Jeszcze ich nie próbowałem, ale mocno mnie zainteresowały, wyglądają bardzo dobrze. Podobnie kolce i inne modele tej marki. To może być dobry strzał w rynek.

4. Buty Joma, cena 150-250zł

To hiszpańska firma, która pokazuje, jak się robi etyczny biznes. Ceny dość niskie, do tego mocno wspierają własnych zawodników. W Jomie biega cała hiszpańska elita i ich reprezentacja. Miałem jeden  model tej firmy, zachwycić mnie może nie zachwycił, ale za 100zł nie ma co wybrzydzać, to był prosty, tani but. W Polsce do kupienia tanio na allegro, link do oryginalnego sklepu, gdzie ceny są wyższe.

Do tego wszystkiego można dodać różne tanie modele znanych marek, do kupienia np. w marketach. Jeśli się poszuka, dobre buty spokojnie kupi się za 150zł. Warto polować na wyprzedaże: mój tata kupił bardzo fajne, proste buty Pumy za 167zł, biegał z nich już kilka maratonów, nie ma zastrzeżeń.

A kapitalistycznym wyzyskiwaczom mówimy stanowcze NIE.

 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 45