| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
Zakładki:
Ola Jakubczak - strona mojej zawodniczki
Strona Marcina Lewandowskiego 800m
środa, 31 sierpnia 2011
Wakacyjne bieganie

Zaniedbałem ostatnio pisanie o sprawach treningowych. Nie będę ukrywał, że miało to związek z pewnym spadkiem motywacji treningowej. Mistrzostwa Polski nie były dla mnie zbyt udane. A co najważniejsze - start na 800m postawił pod znakiem zapytania całą moją tegoroczną strategię. Założyłem, że startuję na dystansie 800m, bo to lubię, najłatwiej mi się przygotować, do tego jest to dystans, na którym odniosłem największe sukcesy. Na mistrzostwach okazało się, że nawet jeśli jestem w stanie przygotować się na niezły wynik, to straciłem w ostatnich latach "depnięcie" - to przyspieszenia na końcowych metrach, kluczowe na średnich dystansach. Moje przyspieszenie jest wystarczające w dłuższych biegach (tam, gdzie jestem w stanie dotrwać do finiszu), ale na 800m - nic z tego, to jest zupełnie inna prędkość.

To jest zresztą duże zagadnienie - czym innym jest bardzo mocne ostatnie 200m przyspieszane ze strefy względnego komfortu, jak w biegach długich, a czym innym to samo w biegu na 800m, odbywające się na bardzo dużym zmęczeniu kwasowym i mięśniowym. Opisałem kiedyś taką teorię, że ta umiejętność to domena biegaczy młodych, których układ nerwowy jest w stanie znieść wysokie skoki poziomu mleczanu we krwi. Być może coś w tym jest, chociaż jest sporo przykładów bardzo dobrych 800-metrowców, startujących dług po 30-tce.

Na początku sezonu, kiedy bardzo mocno poprawiałem się szybkościowo, wydawało mi się, że mogę rywalizować niemal z każdym w Polsce. Okazało się, że jest inaczej - w taktycznym, bardzo wolnym biegu podczas mistrzostw okazałem się dużo za wolny na finiszu. Szybko pojawiło się więc pytanie - czy 800m to jeszcze dystans dla mnie?

Ogólnie mówiąc, musiałem zresetować całe swoje plany i założenia, przemyśleć je od początku. Szybko doszedłem do wniosku, że tak czy inaczej moją przyszłością jest trening tlenowy, który wykonuję od dłuższego czasu. Czy dokładam do tego specyficzną pracę do dystansu 800m, czy idę w bieganie dłuższych dystansów, to wytrzymałościowa podstawa jest podobna. Niczego więc nie przesądzając, biegałem ostatnio cały czas w tlenie, czasami tylko pozwalając sobie na wolne lub nieco mniejsze zaangażowanie biegowe.

Trening do biegów średnich ma jedną, podstawową wadę - otóż sezon trwa w gruncie rzeczy krótko. W tej chwili nie mam przed sobą żadnych sensownych startów na bieżni, poza ligą lekkoatletyczną. Choćby z tego względu ciężko się motywować - trenować, ale do czego? Ja jestem zadaniowcem, wytyczam cel i go realizuję, trening bez konkretu robi się nudny.

Od pewnego czasu jestem w Zamościu - i tutaj cały czas jest gorąco. To nie pozwalało mi się na pełne skupienie na treningu, naprawdę trudno biegać np. długie biegi w ciągłym upale. Na Pomorzu deszcz, zimno, wiatr, a tutaj non stop upał. Dopiero od paru dni zrobiło się nieco chłodniej - ale nadal w okolicach 25 stopni lub lepiej.

Krótko po mistrzostwach zrobiłem tydzień sporego luzu. Jechałem na wesele, długa podróż, do tego zmęczenie startami i zniechęcenie - nie chciało mi się robić niczego konkretnego. Biegałem więc to, co akurat było pod ręką, to, co biegali inni i w miarę mi pasowało. Bodajże w czwartek po mistrzostwach na treningu w pełnym słońcu pobiegłem 2x4km w tempie od 3:45 do 3:25/km. Dzień później: 3x4km w podobnym tempie. Te treningi oraz kolejne pokazały mi po raz kolejny, że pod względem wytrzymałościowym jestem przygotowany bardzo dobrze. Prędkość 3:40/km to dla mnie spacer, czy biegnę pięć kilometrów czy dwadzieścia. Jedynym problemem przy dłuższych wysiłkach jest zmęczenie mięśniowe - kilka miesięcy śmigałem głównie szybkie, dynamiczne bodźce, podnosząc się mocno na palcach, w kolcach. Bieganie długo w średnim tempie, przy innym ustawieniu stopy, męczyło mnie mięśniowo i psychicznie - ale mimo wszystko pod tym względem jest zaskakująco dobrze.

Potem spróbowałem nieco mocniejszych, wytrzymałościowych bodźców. Ciekawiło mnie, jak po paru miesiącach treningu opartego głównie o krótkie odcinki poradzę sobie na dłuższym dystansie. Już w Zamościu biegałem najpierw 5x1km - w tempie od 2:59 do 2:47. Dość pozytywny bodziec. Co prawda dokuczał mi żołądek i w okolicach 3:00/km nie czułem się w pełni komfortowo, ale depnięcie na 2:47 nie było problemem. Tu zresztą uwaga, że dzisiaj zrobiłem podobny trening, przed startem w weekend. Podobny w sensie mentalnym - biegałem 10x300m w tempie ok. 48 sekund i nie czułem się za dobrze. Ostatni jednak przyspieszyłem bez wielkiego spinania na 40 sekund, co mocno mnie zaskoczyło. Być może chodzi tu o jakiś rodzaj zmęczenia mięśniowego - dopiero podnosząc się bardziej na palce, wybijając dynamiczniej, zaczynam czuć się dobrze? Kto wie.

Drugim szybkim, wytrzymałościowym bodźcem było 2x3km, biegane parę dni temu. Tu znowu pozytywne zaskoczenie: pobiegłem to w tempie 3:11 i 3:10/km i na tych prędkościach czułem się bardzo luźno. Największym problemem było to, że biegałem w zapadających ciemnościach i nad murawą zaczynały się unosić chmary muszek. Jedna prosta to był koszmar - biegłem z zamkniętymi oczami, połykając całe stada tego robactwa - i tak co okrążenie. Gdyby nie to, spokojnie pobiegłbym nawet mocniej, chociaż nie było takiej potrzeby. Na koniec trzasnąłem po ciemku kilka 200-tek.

Liga lekkoatletyczna jest za 2 tygodnie i na niej pobiegnę prawdopodobnie 800m. Natomiast w ten weekend będę chyba w Lublinie, startując na przetarcie w biegu na 3000m. Kolega z klubu biegnie, przebiegnę się z nim, a że trójki w tym roku nie biegałem, ciekawi mnie, jak się będę czuł. Co potem? Zabijcie mnie, ale nie wiem. Mam różne plany, różne przymiarki, niektóre dość wariackie. Na razie jednak mam starty na bieżni. Pobiegnę te 3000m, potem 800m, chętnie zaatakowałbym 5000m, ale nie bardzo mam gdzie. Przydałoby się też poprawić tegoroczny wynik na 1000m, ale czy będzie okazja? Zobaczymy.

Fizycznie czuję się dobrze, nic mi nie dolega. Postaram się wkrótce napisać coś na temat odbywających się mistrzostw świata - nie każdy jest w stanie wszystko wyłapać, zrobię więc jakąś syntezę.

poniedziałek, 22 sierpnia 2011
Testy do zajechania - but marki Woolf

Czas dziś na kolejny wpis bolesny dla działów marketingu firm obuwniczych. Jak wiadomo, wmawiają one ludziom, że buty do biegania należy wymieniać co kilkaset kilometrów. Powód: a bo to jakaś pianka się zbija, a to utrata jakichś tam właściwości. Generalnie wiadomo, o co chodzi: o to, żeby ludzie kupowali nowe buty kilka razy w roku, a nie raz na kilka lat. Bo kosztowne kampanie reklamowe trzeba jakoś sfinansować, podobnie jak wille i jachty właścicieli całego tego przybytku.

Nie mówię, że to źle, jeśli ktoś chce dorzucać się do limuzyn bogaczy, jego sprawa. Ja się kieruję nieco inną filozofią. Biegam po twardym, po miękkim, jak wypadnie, butów nie zmieniam, dopóki się kompletnie nie rozpadną. Kontuzje dopadały mnie głównie po modelach z tzw. wyższej półki, czyli drogich butach napakowanych różnym badziewiem, noszącym szumną nazwę "systemów".

Dzisiaj chciałbym przedstawić tekst, będący requiem dla butów marki Woolf, w których biegałem 3-4 lata. To tania marka, a buty były startowe, pozbawione jakiegokolwiek wsparcia, amortyzacji i tym podobnych dziwnych wymysłów. Proszę wybaczyć, że mój test jest brutalnym bieganiem aż do kompletnego wyniszczenia.  Jeśli ktoś chce marketingowej laurki, pisanej pod dyktando firm obuwniczych, po przebiegnięciu w butach kilku kilometrów, albo i wcale - niech się uda na komercyjny portal. U mnie jest brutalnie i bez znieczulenia.

Krótko przed wyrzuceniem buty wyglądały tak:

To całkiem dobry wygląd i teoretycznie mógłbym w nich jeszcze biegać. Poszły do kosza z dwóch powodów: raz, że podeszwa była już mocno starta i odczuwałem w nich każdy kamień (w Szklarskiej na rozbieganiach czasami straszyłem towarzystwo, wydzierając się znienacka i wyskakując nagle w górę, gdy kamień wbijał się w me delikatne podeszwy), dwa, że w kolejce do wykończenia czeka kilka innych par, a miejsca w szafie brak.

Niech Was nie zmylą te podarte fragmenty w okolicach zapiętka. To pozostałości po operacji usunięcia usztywnienia w tym bucie, którą przeprowadziłem parę lat temu. Gdyby nie to, jedynym problemem z wierzchu byłyby te rozdarcia w połowie śródstopia. Przyjrzyjmy się zresztą cholewce z bliska:

Z tej strony jest znośnie. Tu zresztą szybka dygresja: zauważyłem, że siateczka najbardziej ulega uszkodzeniu, gdy zostaje zmoczona.  Wiele nawet drogich butów to buble, które rozdzierają się po kilku treningach, wystarczy przebiec po mokrej trawie, w deszczu czy po błocie. Buciki z tych zdjęć były eksploatowane w najbardziej ekstremalnych warunkach, zimą, wiosną i latem, po miękkim, po twardym, błocie, kamieniach i co tylko przyjdzie Wam na myśl. Oto gorsza, wewnętrzna strona cholewki:

To wygląda już nieco gorzej, prawda? Ale trzymało się jeszcze znośnie.

Ponieważ te buty były z definicji startowymi, z początku biegałem w nich po asfalcie. Przyznam, że nie byłem nastawiony zbyt optymistycznie: po kilkudziesięciu kilometrach na asfalcie podeszwa mocno się starła. Wystarczyło kilka ulicznych startów. Wtedy doszedłem do wniosku, że szybko je dobiję i wyrzucę. Ale to szybko przeciągnęło się na kilka lat.

A teraz rzut oka na podeszwę:

I to jest destrukcja, prawda?! Niektórzy byli zszokowani, widząc takie buty na moich nogach. Ale to tylko niektórzy, ci bardziej wyrobieni sprzętowo. Nawet na poziomie polskiej biegowej czołówki spotykam bowiem nieco uboższych biegaczy, nie mających kontraktów sprzętowych, którzy również doprowadzają obuwie do takiego stanu. Są to często goście prezentujący wysoki poziom, w tym da się biegać.

Możemy się przyjrzeć z bliska ściemie nazywanej "mostkiem przetaczającym", który to element ma wspomagać ruch stopy. W jednym bucie jakoś to jeszcze wygląda:

Mostek jest oczywiście złamany, podeszwa starta - ale ogólne wrażenie pozytywne. Tu znowu dygresja: najlepiej biega mi się w butach pozbawionych tych plastikowych elementów, a jeśli takowe posiadają, to moc łapię wtedy, gdy owa cudowna część pęknie. W każdym bucie przychodzi to prędzej lub później. A oto drugi, mamy tutaj przepiękny przykład biegowej destrukcji. Zapewniam, że nie tłukłem ich młotkiem, nie wlokłem za samochodem, tylko biegałem, nawet bez wielkiego przytupu, dociskając sprzęt do podłoża moją skromną masą:

Dla tych, którzy nie dowierzają, zbliżenie. Tak, to jest słynny mostek wspomagający przetaczanie:

Najwyraźniej moje przetaczanie było zbyt intensywne ; )

No i jeszcze rzut okiem na startą podeszwę z przodu, nie można nawet rozpoznać za bardzo wzoru bieżnika:

Ogólnie oceniam te buciki pozytywnie. Pobiegałem, rozpadły się, wytrwały te 3-4 lata. Ciężko mi nawet oceniać, ile mogłem konkretnie w nich pobiec, ale na pewno było to kilka tysięcy kilometrów. Moja złota myśl na koniec jest taka: sprzęt nie biega. Biegają silne nogi i silna cała reszta. O wyniku oraz zdrowiu decyduje trening, pot przelany w czasie biegania, a nie to, jak często zmienia się buty i w jakim modelu się biega.

Za kilka lat kolejny test, większej częstotliwości destrukcji nie jestem w stanie utrzymać ; ) A mówiąc bardziej serio, to mam na wylocie jeszcze ze dwie pary, jedną prawdopodobnie dokończę w ciągu najbliższych tygodni, to buty, które były już dwukrotnie łatane.

niedziela, 14 sierpnia 2011
Letnie Mistrzostwa Polski 2011
Wczoraj w nocy wróciłem z tegorocznych mistrzostw Polski. Startowałem w biegu na 800m oraz 1500m. Był to dla mnie powrót po kilku latach do startów na dystansach średnich. Nie wypadło to ani szczególnie dobrze, ani bardzo źle. Ot, przeciętnie, trochę rozczarowująco.
Zacznijmy jednak od tego, że coraz bardziej mam dość wyjazdów na tego typu imprezy. To się naprawdę robi nudne, przychodzi kolejny rok i kolejny raz muszę pisać to samo. To wciąż ten sam radosny folklor (z chwalebnymi wyjątkami takimi jak mistrzostwa w Bielsku-Białej rok temu). 10 sekund po tym, gdy zobaczyłem, gdzie mam mieszkać, chciałem wracać. Niektórych może kręci obskurna bursa, czteroosobowy pokój, całonocny ryk i walenie drzwiami na korytarzu oraz zagrzybiona łazienka wspólna dla całego piętra. Mnie to już nie bawi. W moim wieku liczy się komfort, pościel z jedwabiu, masaż stóp, manicure, barek z szampanem, kawior - i tym podobne, niezbędne do przetrwania elementy ; )

Jak widać po tym opisie, polityka zachęcania młodzieży do uprawiania sportu nadal jest na tym samym etapie. Kogo dzisiaj nie obrzydzą takie warunki, w czasach, gdy dzieciaki jeżdżą na obozy językowe czy sportowe po całym świecie, stykając się z cywilizacją? W takim syfie nie mieszkałem dawno, oj dawno. Podczas jednej nocy, kiedy do pokoju dokwaterowano mi chrapiącego jak nosorożec młociarza, w trybie awaryjnym musiałem na własną rękę załatwiać sobie dodatkowy pokój, żeby uszczknąć choć kilka godzin snu. Tak, tak, nie mylicie się, na takich imprezach nie dość, że płaci się słono za byle co, to jeszcze nie ma się wpływu na to, z kim się będzie mieszkać.

Przyszło w końcu do biegania. Po tym, gdy parę dni wcześniej poprawiłem po 6 latach życiówkę w biegu na 1500m, spodziewałem się, że zaznaczę swoją obecność bardziej wyraźnie. Ale gdzie tam! Jak wielu z Was pamięta, w tym roku zacząłem znowu zabawę z dystansem 800m. Oj, trudna jest ta moja miłość do tej konkurencji, trudna. Bieg był niemiłosiernie wolny od początku, czego się zresztą spodziewałem. Pierwsze okrążenie przebiegłem na końcu stawki, w tempie 59 s na 400m. Spacerek. A przynajmniej w teorii, bo wcale nie czułem wielkiego luzu. Tu zresztą potrzebny jest rys sytuacyjny. Otóż w Bydgoszczy przez te 3 dni niemal bez przerwy lało. Nie było zimno, ale bardzo mokro. W czasie biegu na 800m nie padało, ale nawierzchnia była nasiąknięta wodą, zebrały się nawet kałuże. W takich warunkach zmienia się mechanika biegu, jak to zwykle bywa - na moją niekorzyść. Normalnie biegam na stadionie na palcach w dynamiczny, lekko skaczący sposób jak antylopa Bongo. Nawet moje obuwie jest do tego przystosowane, na dystansach 800/1500m startuję w półsprinterskich, usztywnionych kolcach bez pięty. Im twardsza nawierzchnia, tym czuję się lepiej. Oczywiście po takim biegu łydki później bolą, ale przy mocnych mięśniach i stopach można w ten sposób wiele wycisnąć. Problem w tym, że gdy robi się miękko, ten styl biegu staje się kompletnie nieefektywny. I tak też było w Bydgoszczy, podczas obu moich startów.

Mój plan taktyczny na 800m był prosty - 500m biec z tyłu, potem wyprzedzać. Problem w tym, że na ten sam pomysł wpadli wszyscy. 300m do mety zaczęło się więc przyspieszenie. Skakałem jak antylopa Bongo, i trzymałem się w stawce, ale kiedy na ostatnich 200m tempo przeszło do szaleńczego sprintu, doszedłem do wniosku, że chyba zostanę przy maratonie ; ) Nie pobiegłem jakoś bardzo źle: pierwsze okrążenie w 59 sekund, drugie w 55, więc przyspieszenie było. Sęk w tym, że to przyspieszenie było niewystarczające na tak krótkim dystansie. W rezultacie nie awansowałem do finału, a do tego kompletnie wyprułem się z energii. Po dniu przerwy biegłem na 1500m i tam nasiąknięta nawierzchnia i lekko zmęczone mięśnie to już było za dużo. Bieg był fajny, w równym tempie. Po 1km, który przebiegłem w tempie 2:33-2:34, czułem się bardzo dobrze oddechowo. Na ostatnich 300m chciałem zasunąć. Ale nie zasunąłem. Dobiegłem w mniej więcej tym samym tempie, kończąc mistrzostwa na 10 miejscu z czasem 3:50 z małym kawałkiem.

I tu jest teraz dylemat. Niewątpliwie okazuje się, że przy powrocie do treningu typowego dla 800m nie zanotowałem żadnego wielkiego progresu. OK, jest życiówka na 1500m, ale na pewno poprawiłbym ją lepiej 2 lata temu, kiedy biłem rekordy na 3000m i 5000m, to kwestia odpowiedniego biegu. Powrót do korzeni okazuje się piekielnie trudny. Jestem w stanie wytrzymać nawet dość szybki bieg, ale po raz kolejny zauważyłem, że nie mam tego, co jest kluczowe na dystansach średnich: na dużym zmęczeniu mięśniowym i kwasowym nie jestem w stanie mocno przyspieszyć na końcówce. Tu jest paradoks, że chociaż jestem teoretycznie wytrzymalszy, organizm na tyle się zmienił w ostatnich latach, że już nie toleruje tego rodzaju zmęczenia. Co więc robić? Męczyć dalej biegi średnie? A może pobawić się znowu w długie?

Moją odpowiedzią będzie prawdopodobnie trening bardziej pod biegi typu 3-5km, ale z regularnymi startami na dystansach średnich. Trening pod dystanse dłuższe niż 5km strasznie męczy mnie psychicznie, do tego czuję dużą niechęć. Długie biegi, duża objętość - nie bawi mnie to, raczej nudzi. Będę się więc starał znaleźć tu jakiś kompromis.

Bydgoszcz nie była też szczęśliwa dla Oli. Nie ukończyła bardzo dobrego, szybkiego biegu na 5000m, chociaż biegła długo w tempie na życiówkę. Potem pobiegła nieźle na 1500m, notując najlepszy wynik w sezonie, 4:20 z małym kawałkiem, przy wolnym, taktycznym biegu. Generalnie jednak w grę wchodziły tu pewne czynniki psychiczne decydujące o takim a nie innym przebiegu rywalizacji.

Ogólnie mówiąc - mistrzostwa wypadły demotywująco, z wielu względów. Potrzebuję teraz nowego bodźca, nowego wyzwania. Ale nadal jestem w grze.



15:34, plathman , Zawody
Link Komentarze (4) »
sobota, 06 sierpnia 2011
Życiówka na 1500m!

Nastąpiła lekka wakacyjna przerwa w kolejnych wpisach. Ma to niewątpliwie związek ze zbliżającymi się Mistrzostwami Polski na bieżni. Skupiłem się na treningu, ostatnio na odpuszczaniu, zabrakło determinacji, aby opowiadać o tym na blogu. Tym bardziej cieszę się, że mogę dzisiaj przekazać dobrą wiadomość. Otóż po 6 latach niemocy poprawiłem swoją życiówkę w biegu na 1500m!

Start miał miejsce w Sopocie, podczas memoriału Janusza Sidły. Trójmiasto jest dla mnie wyjątkowo szczęśliwe. Z Gdańska mam życiówkę na dystansie 800m; z Sopotu, z tego samego memoriału, z 3000m. Teraz doszło do tego 1500m, a są to trzy moje najlepsze życiówki: 800m, 1500m, 3000m.

Nie zrobiłem jakiegoś wielkiego progresu, poprawiłem się o 0,17 sekundy, od teraz moja życiówka to 3:47,72. Wynik cieszy mnie jednak z kilku dodatkowych powodów. Po pierwsze, poprzedni rekord ustanowiłem w swoim najlepszym sezonie, podczas którego biegałem bardzo dobrze 800m. Po drugie, start wyszedł dość niespodziewanie. Cały mój trening nastawiony był ostatnio na dystans 800m i miałem spore wątpliwości, czy wytrzymam szybki bieg na 1500m. Po trzecie, był to pierwszy start od miesiąca, pierwszy po obozie, nie czułem więc jeszcze wielkiej mocy. Nogi były nieco drewniane, a do tego doszła krótka, ale nieprzyjemna podróż pociągiem - było tak tłoczno, że 2,5 godziny (30 minut opóźnienia na trasie 130km) spędziłem na podłodze w okolicach toalety. Do tego sauna w środku.

Pobiegłem rozsądnie, zupełnie inaczej niż 1,5 miesiąca temu w Szwecji. Przez pierwsze 400m byłem ostatni, bieg był zresztą bardzo szybki, zwycięzca zanotował czas 3:39. Ja cały czas powtarzałem sobie: "spokojnie, spokojnie". Wiedziałem, że pierwsze 800m to będzie dla mnie spacer. I tak było, pokonałem je w ok. 2:01. Kolejne kółko to było odczuwalne zwolnienie, ale nie szalałem, wiedziałem, że nadrobię to na finiszu, jeśli starczy sił. 1200m w 3:03 z dużym kawałkiem, no i ostatnie 300m w 44 sekundy. Wielkiej mocy na finiszu nie było, ale udało się nieco przyspieszyć i wyprzedzić jeszcze dwie osoby.

6 lat czekałem na tę życiówkę, w tym czasie miałem bodajże kilkanaście biegów na poniżej 3:50. Oczywiście już teraz czuję niedosyt, bo gdybym miał w nogach 2-3 starty z rzędu lub dobry, mocny trening pod 1500m, myślę, że była szansa na wyraźnie szybciej. No ale życiówka to życiówka, nie ma co tu dyskutować.

Startowała też Ola, ale jej poszło bardzo słabo. 4:25 to dla niej kiepski wynik. Myślę jednak, że jest to efekt braku startów i ciężkiej, dwumiesięcznej pracy z myślą o 5km i dystansach dłuższych. Za 5 dni Ola biegnie 5000m podczas mistrzostw Polski i start na 1500m miał być przetarciem przed tym ważnym biegiem. Pierwotnie na mityngu miała być rozegrana mila i spodziewałem się spokojnego biegu, wiadomość o bardzo szybkim wyścigu wywołała lekki niepokój. Nie byłem pewien, czy Ola dobrze to zniesie i moje obawy okazały się uzasadnione. Trzymała się z tyłu stawki, a i tak pierwsze 400m było za szybkie co najmniej o 2-3 sekundy. Na finiszu zabrakło jej mocy. Zwyciężczyni, Renata Pliś pobiegła 4:05, robiąc minimum  na mistrzostwa świata.

To ja w czasie biegu, gonię:

01:45, plathman , Zawody
Link Komentarze (8) »
czwartek, 21 lipca 2011
No i prawie po obozie
Został ostatni dzień obozu, ostatni dzień kaźni, katowania, morderczej pracy... A tak naprawdę od wczoraj nie wyszedłem na trening, bo ciągle leje. Ile zaś można ćwiczyć na sali?

Przyznam szczerze, że ten wyjazd mocno mnie podbudował, tak fizycznie, jak i psychicznie. Po niepewnych startach w pierwszej części sezonu, kiedy stanąłem na jednym poziomie i nic się nie ruszało, w moje serce zaczęła wkradać się niepewność. Może coś nie gra? Może jestem za mało wytrzymały? Może za mało silny? Może zbyt wolny? Tymczasem należy po prostu robić swoje, dbając o urozmaicenie i ogólna równowagę treningu, a jak wiadomo, kijem Wisły się nie zawróci. Wyniki jeśli mają przyjść, to przyjdą, jeśli nie, to nie.

Ogólnie mówiąc, w treningu w Szklarskiej Porębie okazało się, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Testowałem się najpierw na długich odcinkach, tym treningu 2x3km. Prędkości, które uzyskałem, były praktycznie najwyższe w historii, do tego w kiepskiej pogodzie. Tutaj nie ma więc do czego się czepić. Dalej - atakowałem dwie górskie trasy. One pokazały mi, że wytrzymałościowo i siłowo jestem w życiowej formie. Druga z nich to podbieg na Wysoki Kamień - strasznie wredna trasa. To tylko 22-24 minuty podbiegu, ale jest coraz bardziej stromo. Wcześniej chyba tylko raz w życiu doleciałem na szczyt bez zatrzymywania, zawsze złamał mnie ostatni stok. Tym razem wleciałem na samą górę, jakbym miał doczepiony jakiś motorek. Stara trasa okazała się łatwa jak nigdy wcześniej, nawet nie pisnąłem, a już byłem na szczycie. Tutaj więc też odhaczyłem "zaliczone".

Kolejny podbudowujący trening - zasuwałem przebieżki w kolcach, 10x100m, coraz szybciej. Ostatnią przebiegłem w 11,86! Takiego czasu nie wykręciłem jeszcze nigdy, do dzisiaj wpatruję się z niedowierzaniem w dzienniczek. OK, było to z lekkiego nabiegu, sztywno, cisnąłem z całej siły, ale to jest naprawdę szybko! Z taką mocą można się brać za 800m. Czyli szybkościowo również jest dobrze.
Jest moc
Wyznaczyłem sobie za to 3 główne obszary poprawy, 3 słabsze strony. Po pierwsze, siła rąk. Tutaj jest tak sobie. Okazało się, że nie jestem w stanie podciągnąć się ani razu w szerokim uchwycie za kark. Kiedyś trzaskałem to 15 razy, jeszcze zanim zacząłem biegać. Nie jest to może umiejętność wyjątkowo potrzebna biegaczowi, ale ogólna tendencja jest taka, że ręce mam słabsze niż kiedyś i jeśli jest okazja, trzeba nad tym pracować. W Szklarskiej okazja była, bo miałem drążek, piłkę lekarską, drabinki - i wykorzystywałem to.

Drugie pole do poprawy to, niestety, rozciąganie. Piszę "niestety", bo gonię w tej materii wszystkich swoich podopiecznych, a sam się opuściłem. Z dwóch powodów. Pierwszy to lenistwo. W tym roku pracowałem nad higieną mięśni głównie przy użyciu Kijka, zaniedbałem zaś stretching. Drugi - te kilometry wybiegane w ostatnich latach. Ogólny efekt jest taki, że straciłem luz, elastyczność kroku biegowego. W obręczy biodrowej pojawiły się przykurcze, blokady. Tymczasem do biegu na 800m należy być zwinnym jak łasica i rączym jak łania. Noga w biodrze ma chodzić jak w masełku. Przy dużych szybkościach krok naturalnie się wydłuża, ale do tego trzeba mieć elastyczne ścięgna i wszystko, co tam może blokować ruch. Mierzyłem kiedyś ślady na żwirze, po zrobionej bardzo mocnej przebieżce: krok dochodził do 2,5 metra długości! Do tego nie można mieć żadnych przykurczów.

Trzeci obszar do zagospodarowania nieco mnie zdziwił. Chodzi o bardzo intensywne treningi tempowe. Otóż zakładałem, że skoro tyle lat biegałem 800m, a do tego jestem ogólnie szybki, wystarczy mi dosłownie kilka treningów i startów, żeby odbudować zdolność do pracy na bardzo dużym zakwaszeniu, zmęczeniu mięśni. Okazało się, że OK, do 1:52 odbudowuję się bardzo szybko, ale dalej to jest walka z oporem materii. Ostatnim mocnym treningiem na obozie było dla mnie 600-500-400-300-200 metrów. Typowy trening do 800m, rosnące zmęczenie i coraz wyższa prędkość. Kiedyś bardzo lubiłem tego typu treningi i ich wykonanie nie było problemem. Tym razem niespodzianka - okazało się to zdecydowanie najcięższym bodźcem obozu.

Dobrych parę lat temu, w szczycie formy, trzasnąłem to w 1:36-1:15-55-39-25. Były też różne inne proporcje, w różnych okresach, różnej formie. 600m biegane jest luźno, potem jest coraz ciężej. Ostatnie dwa odcinki to już pływanie w kwasie. Tym razem było ciężko od początku. Zacząłem luźno pierwszy odcinek i już na 200m miałem sekundę straty, chociaż zwykle zaczynam za mocno. Pobiegłem to w 1:37 i wielkiego luzu nie czułem. Nie zapowiadało się to najlepiej. Na drugim sprężyłem się w 1:16 - nie jest źle. 400m - 56,03, tutaj na ostatniej prostej biegła obok mnie płotkarka, co dało mi impuls do utrzymania tempa. Ale po tym odcinku ledwo stałem ze zmęczenia. 3 minuty i już biegnę kolejny - 41 sekund, słabo. Ostatnie 200m to bardzo zmęczone nogi i tylko 27,2 sekundy. Tutaj jest więc nad czym pracować. Specyficzne treningi pod 800m są dla mnie trudne, a przecież w tym roku nie zrobiłem prawie nic tego typu. Najpierw trenowałem z myślą o 10km, potem zmieniłem zdanie i po jednym szybszym treningu zacząłem startować na 800m, między startami nie było okazji do ciężkiego trenowania. Dopiero teraz mogę załadować w nogi nieco tej specyficznej, bardzo trudnej pracy.

Co z Olą? Ogólnie dobrze, chociaż mocno dokuczała jej pachwina. Na szczęście z Zamościa przyjechała jeszcze jedna zawodniczka, z wykształcenia masażystka. Podpowiedziała nam o przykurczu, który może powodować ten ból i zrobiła solidny masaż. Pokazała przy tym ciekawą sztuczkę - masaż stopą, który pozwala na głębsze wejście w duże mięśnie. Otóż okazało się, że jest to przykurcz w mięśniu czworogłowym - potworny ból podczas masażu, a męczę teraz Olę kilka razy dziennie. Pachwina zaczęła od razu puszczać. Przy okazji Magda zrobiła masaż Radkowi Dudyczowi, narzekającemu na pachwinę i biodro. To samo, koszmarny przykurcz czworogłowego. To typowe dla długodystansowców, biegających bardziej z całej stopy niż śródstopia, do tego trzaskających potężny kilometraż. Wczoraj mieliśmy ciekawe spotkanie, była jeszcze siostra Oli, nawzajem wszyscy po kolei ugniatali stopami nogi innych, straszny ból, straszne jęki. Ja również mam swoje problemy - znowu mocniej odezwało się lewe ścięgno Achillesa. Okazało się, że napiętą mam nie tylko łydkę, ale całe tylne pasmo - straszny przykurcz w dwugłowcu i mięśniu gruszkowatym. Również mocno nad tym pracuję.

Ola szarżuje

Co dalej ze startami? Okazało się, że bieg na koniec lipca jest nieaktualny. To oznacza, że pierwszym startem będzie dla nas obojga memoriał Sidły, 5 sierpnia w Sopocie. To jest 5 dni przed Mistrzostwami Polski. Są już pewne przymiarki, ale o konkretnym dystansie startowym zdecydujemy dopiero po treningach w domu.
piątek, 15 lipca 2011
Obóz w Szklarskiej Porębie
Czas na wiadomości ze Szklarskiej Poręby. Dotarliśmy na obóz, już ponad tydzień temu. Podróż dość ciężka, ale jakoś minęła. Na miejscu od razu przystąpiliśmy do działań.

 

Kilka szybkich uwag na początek. Po pierwsze, Szklarska to już nie jest to ciche miasteczko co kiedyś. Import szrotu z Niemiec i innych krajów Zachodu dotarł i tutaj. Na ulicach panuje duży ruch, ciężko dobiec ze stadionu na Regle, w powietrzu zamiast górskiego aromatu czuć smród spalin. Jeśli dodamy do tego kręcących się wszędzie bez celu turystów, okaże się, że przebiegnięcie przez miasto to spore wyzwanie.

Po drugie - jak zwykle mamy trochę pecha do pogody. Tak jest chyba w całym kraju, ale nie poprawia to ani trochę ogólnego nastroju. W tydzień przerobiliśmy kilka stref klimatycznych. Było i upalnie i sucho, i upalnie i wilgotno, i ulewne deszcze, i potężne wichury. Najgorzej, gdy w nocy lało, a w dzień robiło się gorąco - wtedy wilgoć dosłownie zabija, biegnie się jak w saunie. I tak jednak trafialiśmy o tyle dobrze, że najcięższe treningi biegaliśmy w chłodzie. Lepsze to niż upał. Raz co prawda było zimno, padał deszcz i wiało, ale jakoś przetrwaliśmy.

Regle nadal są przyjemnym miejscem do biegania, ale rabunkowa gospodarka leśna dotarła i tutaj. Kiedy pada, ciężarówki wywożące drewno zamieniają nawierzchnię w błotnistą breję. Przy okazji odkryłem duży minus biegania w cieniutkim, nieamortyzowanych butach: na górskich szlakach czuć każdy kamyk. Co kilkaset metrów podskakuję z bólu, gdy w podeszwę wbije mi się coś wyjątkowo twardego.

Poza tym wszystko gra i trenuje się przyjemnie. Bardzo dużym plusem jest obecność innych biegaczy. Nie nudzi się nam na rozgrzewkach, rozruchach i innych manewrach wykonywanych na stadionie. Zawsze jest na kim zawiesić oko lub pod kogo podczepić się podczas biegu. Dla nas, przyzwyczajonych do samotnych zmagań, jest to bardzo miła odmiana.

Nocujemy, niestety, kawałek od głównego ośrodka sportowego, na posiłki dochodzimy. Przy stole siedzimy z Radkiem Dudyczem. On podobnie jak ja zajmuje się m.in. treningiem zawodników amatorskich, wymieniliśmy więc sporo ciekawych spostrzeżeń.

Sam trening jest prosty: w łeb i na maxa ; ) Co ciekawe, najbardziej dało nam w kość nie mocne stadionowe bieganie, a górska wycieczka. Wybraliśmy się na nią w jednym z luźnych dni. To trasa niebieskim szlakiem z Regli w kierunku Schroniska Pod Łabskim Szczytem, potem żółtym na Śnieżne Kotły, potem Drogą Przyjaźni w kierunku Schroniska na Hali Szrenickiej. Następnie zbieg w dół w kierunku wodospadu i ośrodka, razem dokładnie 18km, ale pokonywane w ponad 2 godziny. Cały problem polega na tym, żeby całość trasy przebiec. Nie każdy jest w stanie to zrobić, bo podbiegi są bardzo trudne. Pierwsze 45 minut to bieg praktycznie cały czas pod stromą górkę. Płuca błagają o tlen, nogi rozsadza z bólu. Na zbiegu - jeszcze gorzej. Mięśnie czworogłowe i przyczepy w okolicach bioder pracują na granicy wytrzymałości. Efektem wycieczki były kosmiczne zakwasy. Olę trzymały jedynie 3 dni, ja odczuwam je nadal, chociaż minęło już pięć. Do tego skatowałem się na drążku i podczas rzutów piłką lekarską, więc ostatnie kilka dni to głównie wspomnienie wszechogarniającego bólu wszystkiego. Schodzić ze schodów musiałem bokiem, co wywoływało wesołość u zaprzyjaźnionych biegaczy i trenerów.

Był jeszcze jeden powód bólu - wybrałem się z Radkiem Dudyczem do okolicznego szamana, ukraińskiego kręgarzo-masażysty. Tego typu zabiegi odbywam regularnie, ale ten specjalista okazał się wyjątkowym rzeźnikiem. Po pierwsze, jest byłym zapaśnikiem, potężnym chłopem o dłoniach jak bochny chleba. Po drugie, stosuje bardzo inwazyjne metody. Akupresura - owszem, przechodziłem to, stosuję nawet regularnie sam na sobie. Ale nie tak - on po prostu wyszukiwał bolesne punkty i wbijał w nie palce z całej siły, niemal przebijając ciało na wylot. Jako pierwszy wszedł Radek i jego dzikie wrzaski nieco mnie zaniepokoiły. Okazało się, że ja krzyczałem jeszcze gorzej. Poza uciskami i nastawianiem kręgosłupa spotkałem się z czymś nowym: gość kładzie pacjentowi ręcznik na plecy i tłucze go z całej siły otwartą dłonią. Siła uderzenia jest podobna do opadającego na plecy z dużą prędkością kloca drewna. Po wyjściu z gabinetu jest się w stanie lekkiego oszołomienia. Przyznam jednak, że uciski łydek, podczas których omal nie wyskoczyłem oknem z bólu, bardzo mi pomogły na ból ścięgna Achillesa. Robię to samo od dawna, ale dużo lżej. Teraz wziąłem się za równie inwazyjne rozluźnianie mięśni. Na Achillesa naprawdę mi pomaga.

Same treningi jakoś mijają, raz łatwiej, raz trudniej. Tak ciężko nie trenowałem od 1,5 roku, czyli od czasu pobytu w USA. Codziennie dwa treningi. Drugie bieganie jest jednak w okresie między startami (i w ogóle w tym roku) krótsze niż w poprzednich latach: ja kręcę standardowe 6km, Ola 8km. Kiedy jestem zmęczony, biegam bardzo wolno (rekordowo wolne rozbieganie momentami przebiegało po 5.30/km), ale kiedy wszystko gra, śmigamy z narastającą prędkością, zaczynając gdzieś od 4:15/km,  ja ostatnie kilometry biegnę w tempie 3:50-3:40/km.

Naprawdę ciężkie dni były na razie trzy. Ola biega zupełnie innym rozkładem, głownie w oparciu o długi interwał, ja mam swój plan. Pierwszy akcent: rano 2x3km dość mocno, popołudniu 8x300m w tempie 47-43 sekundy. 2x3km przebiegłem średnio po 3:14 i 3:12/km, z czego byłem zadowolony. Tego dnia było bowiem chłodno i bardzo wietrznie.

Drugi mój akcent: 30x200m z przerwą 30 sekund. Tempo całkiem wysokie, 33-32 sekundy. Zadyszka potężna, ostatni odcinek w 30 sekund bez specjalnego dociskania. No i dzisiejsze bieganie: 4x1km w tempie od 2:56 do 2:48. W trakcie krótkiego interwału padało i wiało, a dzisiaj tylko wiało - ale jak! Wichura była tak straszna, że myśleliśmy o przełożeniu tego treningu. Ola biegała bardzo trudny trening w zmiennym tempie: 1500m + 3km + 1500m + 3km + 1500m. Ja również kręciłem, nie mogliśmy więc ustawić się tak, żeby mieć wiatr w plecy. Ostatecznie jednak zrobiliśmy, walcząc z potężnymi podmuchami i mamy to za sobą. Popołudniu byc może poćwiczę na sali lub siłowni. Po tym zaś 3 dni względnego luzu, treningi tlenowe, chociaż czasami z elementami przyspieszeń.

Co dalej? Zostało nam kilka kolejnych dni obozu. Zastanawiamy się nad startem na bieżni pod koniec lipca. W Polsce jednak nic nie ma w tym terminie, a za granicę będzie nam ciężko wyjechać. Jeśli to nie wyjdzie, pierwszym startem będzie memoriał Janusza Sidły w Sopocie, 5 sierpnia. A potem - mistrzostwa Polski.
niedziela, 03 lipca 2011
Szklarska czeka
Czerwiec trzasnął, lipiec leci, szybko mija sezon. Ja już żałuję, że nie trwa dłużej, że nie ma więcej okazji do startów. Chciałbym wystartować na kilku dystansach, tymczasem zablokowałem się na 800m. Chcę poprawić najlepszy tegoroczny wynik, tymczasem ostatnio jak w zegarku notuję kolejne starty wszystkie na tym samym poziomie.

Wczoraj startowałem po raz ostatni w tej części sezonu, w Białogardzie. Ponownie na 800m i bieg ten wyglądał tak samo jak kilka ostatnich. Czyli biegłem mocno, odważnie, zrobiłem dobry bieg paru chłopakom, a sam osłabłem i ukończyłem w czasie 1.52. Kompletnie zablokowałem się na poziomie 1.52-1.53, ani dobrym, ani słabym i nie mogę z niego ruszyć.

Wczoraj pogoda była najlepsza w tym sezonie. Było trochę zimno, podczas mojego biegu zaczął padać lekki deszcze, ale wreszcie nie wiało mocno. Miałem nawet "zająca" (dzięki, Marcin!). Kolega poprowadził pierwsze 300m, zawsze jest to jakaś pomoc psychiczna. Ponieważ jednak jego życiówka na 400m jest słabsza od mojego idealnego międzyczasu w połowie biegu na 800m, wiele nie mógł zdziałać. Pierwsze 200m wystrzelił jak szalony, miałem duże problemy z dogonieniem go, na mojego nosa biegłem trochę zbyt mocno. Po 300m zaczęło go jednak strasznie stawiać, wyprzedziłem i ruszyłem mocno. 400m minąłem podobno w czasie 54 sekund, czyli tak, jak założyłem. Potem jednak było gorzej. Między 400m a 600m czułem, że tempo siada, ale niewiele mogłem z tym zrobić. 200m do mety minęło mnie dwóch zawodników, utrzymałem się za nimi i na ostatnich 120m chciałem mocno zaatakować. Niestety, tu zaczęło się kompletne płynięcie, nogi jak kołki, ledwo dotoczyłem się do mety. Dokładny wynik to bodajże 1.52,71, zwycięzca pobiegł sekundę szybciej. Mówiąc ogólnie, to nie był mój najlepszy dzień. Nogi nie pracowały jak należy, czułem to już na rozgrzewce i przebieżkach. Może to efekt chłodu, może czego innego. Cisnąłem, na ile mogłem tego dnia, po raz kolejny padło 1.52. Robię swoje i czekam na kolejne biegi z myślą, że w końcu wskoczę na wyższy poziom.

Za 2 dni wybieramy się z Olą na obóz do Szklarskiej Poręby - po 6 latach przerwy! Oczywiście dojazd jak to bywa w naszym cywilizowanym kraju: Ola ma 26 godzin jazdy pociągiem, a jak wymyśli sobie dobre przesiadki, zmieści się w 16. Ja mam 13 godzin PKS-em. Widać więc, że to poważna wyprawa, porównywalna z przelotem na sam koniec USA, z dwiema przesiadkami. Cieszymy się jednak, nie było nas w Szklarskiej kawał czasu, będzie okazja zrobienia dobrego treningu i, miejmy nadzieję, poprawy wyników w sierpniu.

Treningowo ostatnio nie działo się nic wielkiego. Ola wpadła w dobry rytm treningowy, ponieważ nigdzie nie startuje. Ja przed Białogardem trenowałem bardzo łagodnie, dopiero teraz będzie okazja na nieco większe wyzwania.

Nie pisałem wcześniej, tymczasem sporo działo się na bieżniach całego świata. W Polsce znakomity bieg Polaków na 1500m podczas memoriału Kusocińskiego. Czterech poniżej 3:40 i życiówki pobite o  8-10 sekund! Według mnie to pokazuje, czym jest dobry bieg, w mocnym tempie, z zającem, w mocnej stawce, w dobrej pogodzie, w obecności dopingującej publiczności. Można wtedy naprawdę przeskoczyć dwa poziomy wyżej, to nie jest to samo, co samotne ciśnięcie w wietrze, zimnie, na jakimś malutkim, lokalnym stadionie. Taki Szymon Krawczyk z Piły zrobił tam genialny postęp. Najpierw w tym roku pobiegł na 800m 1.48 w biegu, który prowadziłem w Bydgoszczy. Dobra stawka, dobre prowadzenie - i wynik padł. Potem w Szczecinie to fenomenalne 1500m - życiówkę miał chyba nawet słabszą od mojej, w okolicach 3.48, pobiegł zaś... 3.38! 10 sekund progresu, to jest niemal niespotykane. To pokazuje, jak duży progres można zrobić, gdy wszystko zagra idealnie. Na taki idealny bieg sam cały czas czekam ; )

W USA odbyły się mistrzostwa najmocniejszego poza Kenią i Etiopią biegowego kraju świata. Wcześniej zaś studenckie mistrzostwa NCAA. W obu imprezach miały miejsce wspaniałe biegi na 800m, zakończone wynikami 1.44. Oba dzięki odważnemu biegaczowi, który nazywa się Charles Jock. Ten czarnoskóry chłopak nie boi się biegania, bardzo mi się to podoba. Zaczyna piekielnie mocno i jest w stanie dowieźć wynik do końca. Dlaczego, kurcze, ja tak nie mogę? Otóż różnica jest zasadnicza - on jest piekielnie szybki, czego mi brakuje. W biegu na 800m, kiedy prowadzi się samemu bieg, trzeba zacząć zawsze nieco mocniej niż oczekiwane średnie tempo. Bardzo trudne, niemal niemożliwe, jest utrzymanie równego tempa samotnie na tym dystansie. To kwestia fizjologii i psychiki. O wiele łatwiej zrobić to w przeważająco tlenowych wyścigach od 3km wzwyż. Na 800m ma się do czynienia z bardzo wysokimi poziomami kwasu mlekowego we krwi, to zmienia cały charakter wyścigu. Generalnie - trzeba zacząć mocno, bo 2-3 sekundy zawsze gdzieś uciekną na dystansie.

No i to jest problem. Do tego trzeba być piekielnie szybkim, mieć bardzo duży zapas szybkości. Ów Charles Jock w sztafecie 4x400m biegał poniżej 45 sekund. Ja zaś jestem dość wolny, jestem takim typowym średniodystansowcem, który jest dość szybki, ale nie zabójczo, i dość wytrzymały, ale nie zabójczo. Wszystkie swoje najlepsze wyniki pobiegłem w biegach równych lub takich, gdzie drugie 400m było zdecydowanie szybsze od pierwszego. Muszę zacząć dość spokojnie, wtedy jestem w stanie bardzo dużo nadgonić. Tymczasem bieganie samotne wymaga odwrotnej taktyki, to zaś się u mnie nie sprawdza. Czy teraz w Białogardzie, czy wcześniej w Toruniu, miałem bardzo szybkie pierwsze 200m i kompletnie słabłem na finiszu. A równocześnie samotnie nie da się pobiec tak, że zaczyna się wolno i kończy szybko. Wtedy straty czasowe gdzieś na dystansie są bardzo duże, a jesli na finiszu nie ma kogo gonić, to nie ma cienia szansy na nadrobienie tego, fizjologia jest tu bezlitosna.

Mój plan na samotne bieganie był taki - na tyle poprawić szybkość, żeby być w stanie pobiec 400m w 47 sekund. Z tego otwierając bieg na 800m w 52-53 sekundy, czyli szybciej od oczekiwanej średniej, biegnę bardzo luźno, z dużym zapasem. A wytrzymałość pozwala na ukończenie startu w dobrym czasie. Ale sęk w tym, że ja na chwilę obecną nie jestem w stanie złamać nawet 50s na 400m. Braki szybkościowe oraz mocy beztlenowej są u mnie duże po 3 latach długich dystansów. Pierwsze postępy dawały nadzieję na kolejne mocne skoki, ale w tej chwil rozbiłem się o barierę nie do przejścia. Kolejne tygodnie to będzie atakowanie tej bariery.

Kiedy biegam typowy trening przedstartowy do 800m, 5x200m mocno, w tej chwili jestem w stanie przy średniej w okolicy 27 sekund ukończyć ostatni odcinek w 25,5. To powinno w idealnym biegu wystarczyć na wynik 1.50-1.49. Tymczasem w szczycie formy przy średniej 26 sekund kończyłem na 24,1. Wtedy pobiegłem 1.48 i na pewno byłem w stanie pobiec 1.47, może nawet 1.46 z dużym kawałkiem. To jest ta różnica. Szacuję, że żeby pobiec 1:45 na 800m, na takim treningu należy utrzymać średnią 25 sekund i być w stanie skończyć w 23. Wyliczenia te są dobrane pod zawodnika mojego typu, ani bardzo szybkiego, ani zabójczo wytrzymałego. Oczywiście pomijam tu całe przygotowanie do tego, to jest taki ostateczny szlif, sprawdzian szybkościowych i kwasowych możliwości. Pytanie brzmi też - jak dojść do tego poziomu? No i tutaj zaczynają się problemy.

Wczoraj zadałem sobie pytanie - czego brakuje mi, żeby pobiec szybciej? Nie, żeby pobiec 1:50, bo to jest kwestia biegu, pogody i samopoczucia w konkretnym dniu, ale żeby pobiec 1.47-1.48. Mam kilka pomysłów, ale nie mam wiele czasu na ich realizację. Dlatego jestem dopiero w fazie planowania konkretnego treningu na najbliższe 3 tygodnie.
11:16, plathman
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 20 czerwca 2011
Kolejne starty i kaszel
Po wyjeździe do Szwecji nie było wiele czasu na odpoczynek. Ja miałem cztery, Ola pięć dni odpoczynku. W tym czasie poza luźnymi rozbieganiami i akcentami szybkości (przebieżki, sprinty), niczego poważnego nie robiliśmy. Jest teraz czas na starty, nie na trening. Okazji do biegania jest coraz mniej, w pierwszej części sezonu został praktycznie tylko jeden weekend na bieżni, za 2 tygodnie, bo za tydzień niczego nie ma. W Polsce jest memoriał Kusocińskiego i mistrzostwa Polski juniorów, poza tymi imprezami pustka. Nawet na  ulicy nie ma niczego w pobliżu, gdyby było inaczej, Ola by pewnie startowała.

Mój start poszedł ostatnio na pierwszy ogień. Biegałem już w piątek, podczas zawodów w Toruniu. Muszę przyznać, że bardzo dobrze się czułem. Kolejne starty robią swoje, organizm się adaptuje. Wysokie prędkości zaczynam osiągać bez problemu. Niestety, w Toruniu nie dopisała pogoda - koszmarnie wiało. To był zresztą dzień, kiedy wiało mocno niemal w całej Polsce. Już na rozgrzewce widziałem, że o dobry wynik będzie bardzo trudno. Nie miałem jednak nic do stracenia, skoro jechałem tyle godzin. Wystartowałem i od pierwszych metrów wyszedłem na prowadzenie. Poprowadziłem pod wiatr cały bieg, z wyjątkiem... ostatnich 5 metrów. Tam bowiem zza pleców wyskoczył mi rywal i wygrał o 0,04 sekundy. Miał idealny bieg, podobnie zresztą jak reszta stawki, zając od pierwszego do ostatniego metra.

Tempo był z początku zbyt mocne. Byłem zaskoczony, że aż tak poprawiła mi się motoryka - pierwsze 200m w 26,0 sekundy pod wiatr i czułem się kompletnie luźno. Potem jednak zwolniłem, a najwięcej straciłem na ostatnim wirażu, gdzie wiało najmocniej. Ostateczny wynik: 1.53,56. Nie najgorzej, ale daleko do poprawy najlepszego tegorocznego czasu. Przy okazji okazało się, że dobry, prowadzony bieg z mocnymi rywalami miał miejsce w Warszawie - szkoda, że tam nie pojechałem, bo zastanawiałem się nad taka opcją.

W sobotę miałem dzień przerwy, wyszedłem tylko na 30 minut truchtu. I kolejny start w niedzielę - Koszalin. Biegłem tam drugi raz w życiu i muszę stwierdzić, że jakoś tam się kiepsko startuje. Po pierwsze, pogoda znowu wariowała - najpierw lunął ulewny deszcz, straszny wiatr, zastanawiałem się, czy w ogóle startować. Potrzebowałem tego jednak, bo chociaż coraz lepiej czuję się w pojedynczym biegu na 800m, to start dzień po dniu to wciąż duży szok, jestem mocno rozbity. A na mistrzostwa Polski trzeba umieć pobiec trzy dni z rzędu. Dlatego nastawiałem się w Koszalinie na walkę ze zmęczeniem, czas był sprawą drugorzędną.

Tuz przed rozgrzewką pogoda zmieniła się diametralnie: wyszło słońce, zrobiło się właściwie gorąco. Trochę wiało, ale nie aż tak mocno. Tym razem największa przeszkoda w szybkim bieganiu był nasiąknięty wodą tartan. Nie lubię takiej nawierzchni, podobnie jak na crossie, tracę wtedy swoje elastyczne odbicie z palców. No ale co robić - pobiegłem najmocniej jak mogłem. Założenia były jednak inne. Ponieważ w ostatnich samotnych biegach zwalniałem na końcówce, tutaj założyłem, że zaczynam luźno, bez patrzenia na czas. Tak też zrobiłem i wyszło z kolei bardzo wolno: pierwsze 600m w 1:27. Ostatnie 200m przyspieszyłem, ale bez jakiegoś piorunującego finiszu, skończyłem tylko na 1:55,03. Po Lidzbarku był to najwolniejszy bieg w sezonie. Założenia treningowe zostały jednak spełnione. Wygrałem bieg z dużą przewagą, biegnąc znowu samotnie od początku do końca.

Ola w sobotę pobiegła w W-wie na 5km. Pogoda znowu była kapryśna, wiało i padał deszcz. Zaraz po starcie na prowadzenie wyszły 4 Polki: Ola, jej siostra Ania, Agnieszka Ciołek (zeszłoroczna mistrzyni Polski na 10000m) oraz Iwona Lewandowska (tegoroczna mistrzyni Polski na 10000m). Agnieszka, która na finiszu nie jest zbyt mocna, chciała narzucić mocne tempo, aby zgubić rywalki na trasie. Okazało się to jednak zabójcze dla całej czwórki, pewnie po części ze względu na pogodę. Pierwszy kilometr był w tempie 3:08-3:09, czyli na wynik nawet 15:40. Dla tych, którzy nie pamiętają, przypominam, że Oli życiówka wynosi 16:22. Agnieszka teoretycznie mogła sobie pozwolić na takie tempo, bo niedawno pobiegła na bieżni 15:50. No ale na ulicy i w taka pogodę ta taktyka się nie sprawdziła. Ostatecznie dwa pierwsze miejsca zajęły biegaczki zza wschodniej granicy, które zaczęły dużo spokojniej. Ola dobiegła w czasie 16:52, bodajże na 7 miejscu.

Tym razem jednak nie mam do niej żadnej pretensji. Ten bieg był jednym z mniej ważnych startów. One służą obieganiu się, zdobywaniu doświadczenia, poznawania swoich możliwości. Kobiety w naszym kraju rzadko mają okazję startować na 5km, Ola w tym roku biegła ten dystans tylko tydzień wcześniej w Szwecji. Tutaj miała więc biec z czołówką, bez żadnych specjalnych założeń, po prostu hartować się w walce. Tak też zrobiła, a że w drugiej połowie mocno zwolniła? Cóż, tym razem zwolniła, następnym razem dobiegnie w tym tempie.

W trakcie tych ostatnich startów wyszła bardzo ważna dla mnie rzecz. Wspominałem o moim kaszlu - koszmar. Po biegu mam takie ataki, że niemal się duszę. Do tego po Szwecji to nie przeszło nawet po 5 dniach. Nie mogłem normalnie spać, ba nie mogłem normalnie egzystować. W związku z tym okazało się, że muszę wrócić do leków, które kiedyś używałem - wziewne środki przeciwko astmie. Nie lubię tego, bo jestem niemal pewny, że po nich dużo częściej mam dziwne kołatania serca, gdy jestem mocno zmęczony. Ale nie było wyjścia. Kaszel nadal mi dokucza, ale jest o połowę łagodniejszy i po biegu przechodzi po 2 dniach. Przy okazji doszukałem się i to mi pomogło w decyzji, że leki te nie są na liście środków dopingujących. Każdy pamięta aferę z Justyna Kowalczyk I Marit Bjoergen. Nie wiem, co bierze ta Bjoergen, ale te podstawowe leki na astmę w tej chwili nie niosą ze sobą nawet konieczności informowania kogokolwiek o ich używaniu. Może jakieś mocne sterydy, ale te nie. Tym bardziej więc biorę, bo ulga jest duża. Nie mam żadnych duszności ani problemów w czasie biegu - muszę się jednak sztachnąć po, żeby złagodzić ataki kaszlu. A i tak jest to masakra, ostatniej nocy znowu niewiele spałem.

Robię też coś nowego - inhalację z solanki. Kupiłem specjalne urządzenie, które wtłacza prosto do oskrzeli mgiełkę wodno-solankową. Czyli siedzę sobie na kanapie z maska na twarzy i wdycham powietrze z sanatorium. W tej chwili mam sól z Iwonicza, ale poluje na niejaka Zabłocką Mgiełkę Solankową. Podobno po kilku tygodniach sprawia to cuda. Ja nie czuję jeszcze różnicy, poza tym, że kaszel zrobił mi się słony ; )

Musze jednak chwytać się rozpaczliwych metod, bo ten kaszel dosłownie mnie wykańcza. I psychicznie, i fizycznie. Nie mogę spać, nie mogę nawet normalnie rozmawiać. Ma potworne zakwasy w mięśniach brzucha. Kiedy wchodzę do pomieszczenia z klimatyzacją, niemal wypluwam oskrzela. Fizycznie w tej chwili nic mi nie dolega, forma jest coraz wyższa, ale kaszel kompletnie mnie rozstraja. Mam nadzieję, że kombinacja leków i solanki załatwi ten problem.

A poza tym wszystko gra.



15:35, plathman , Zawody
Link Komentarze (3) »
wtorek, 14 czerwca 2011
Grand Prix Szwecji
Kolejny weekend startów za nami. Tym razem, jak wspominałem, zawitaliśmy do Szwecji. Razem z Ola wzięliśmy udział w dwóch mitingach Grand Prix Szwecji: w Goeteborgu oraz małej miejscowości Hassleholm. Pod względem sportowym nie był to wyjazd jakoś mocno zapadający w pamięć, chociaż zrobiliśmy najlepsze wyniki w sezonie. Pod każdym innym - było niesamowicie.

Najpierw krótko o biegach. Sobota to dla mnie start na 800m, dla Oli 5000m. Ja poszedłem na pierwszy ogień. Bieg miał być mocno poprowadzony - i taki był. Moja taktyka była prosta: biec równym tempem od początku do końca, na ostatniej 200-tce wyprzedzać. Sprawdziło to tylko w 2/3. Czego zabrakło? Oczywiście fazy wyprzedzania ; )

Dwie sprawy były dla mnie zaskoczeniem. Po pierwsze, tzw. "calling". Otóż zawsze 20 minut przed startem zawodnicy są wzywani na tzw. bramkę, gdzie odbywa się sprawdzanie listy obecności i numerów. W Szwecji - również długości wkrętów w kolcach. Normalnie w takim miejscu można kontynuować rozgrzewkę. Niestety, w Goeteborgu zebrano nas w jednym miejscu i przed 20 minut staliśmy, czekając na wyjście na stadion. Nie było możliwości praktycznie zrobienia czegokolwiek. W związku z tym straciłem możliwość wykonania przed biegiem zwyczajowej serii przebieżek. Zrobiłem jedną, tuz przed startem. Na stadion weszliśmy bowiem jakieś dwie minuty przed biegiem.

Tym bardziej chciałem więc zacząć spokojnie, nie będąc dobrze dogrzanym. Ale oto druga niepokojąca sprawa: na liście było nas czternastu, w biegu na 800m to jest prawdziwy tłum, regulaminowo normalnie startuje 8 zawodników, w skrajnych przypadkach nie więcej niż 12. No i jeszcze słowo o pogodzie. Ponieważ start było o 13:10, było pełne słońce i mocno wiało. Temperatura bardzo dobra, przeszkadzał tylko wiatr.

Po starcie wszystko wyglądało OK. Pierwsze 400m przebiegłem w 54 sekund, nastawiałem się właśnie na takie, równe tempo. Biegłem na końcu, potem zacząłem powoli się przesuwać. Na 200m do mety czułem się bardzo dobrze. Tu jednak bieg przestał iść zgodnie z planem. Utknąłem w tłoku. Zostałem otoczony słabnącymi zawodnikami i w żaden sposób nie mogłem ich ominąć. Zbiegłem nawet na trzeci tor, nadrabiając na wirażu sporo dystansu. Przede mną biegł jednak jakiś młody Szwed, który robił dokładnie to samo i cały czas zabiegał mi drogę. Minąłem go dopiero 50m przed metą, już po czwartym torze. Generalnie więc czułem się dobrze i dużo straciłem na tej końcówce, nie byłem w stanie w ogóle normalnie finiszować. Wynikiem byłem jednak mocno rozczarowany. Ola łapała mi ręcznie 1:50, liczyłem więc chociaż na 1:51, skończyło się na 1:52,10. Niby najszybciej w sezonie, ale niewiele szybciej, no i generalnie jak dla mnie wynik bardzo słaby.

Potem bieg Oli. Tu od początku nastawienie było na walkę o wygraną. Z góry wiadomo było, że bieg nie będzie szybki. Ba, był nawet bardzo wolny. W walce liczyły się właściwie tylko trzy dziewczyny: Ola oraz Szwedka i biegaczka z Erytrei, obie z mocniejszymi życiówkami. momentami Ola prowadziła stawkę, czego nie chciałem, szczególnie w wietrzną pogodę. Potem schowała się i czekała na finisz. Tymczasem ciemnoskóra zawodniczka z Afryki cały czas śledziła każdy krok Oli, w niej upatrując najgroźniejszego przeciwnika. Przez cały bieg była o pół kroku za nią.

Na 350m do mety Ola mocno zaatakowała - trochę za wcześnie. Ciemnoskóra za nią. Obie oderwały się od stawki, Szwedka próbowała trzymać, ale szybko traciła dystans. Na 200m do mety biegaczka z Erytrei skontrowała Olę, ruszyła jeszcze mocniej. Na ostatnia prostą wpadły razem, ale tam Ola usztywniła się bardzo mocno, zgubiła rytm i przegrała o kilka metrów. Szwedka była kolejne 10 metrów dalej. Czyli - drugie miejsce i czas 16:37, najlepszy w sezonie, ale ogólnie słaby.

Dzień później start w Hassleholm. Tu pogoda była znacznie gorsza, było dużo cieplej i bardzo silny wiatr. Moje 1500m było najmocniejszą konkurencją. U Oli na tym samym dystansie pojawiła się jej pogromczyni z Goeteborga. Dziewczyny tym razem biegły pierwsze. Znowu wszystko rozegrało się podobnie: bardzo wolne tempo, potem prowadzenie Oli, szalony finisz, przegrana - tym razem o 0,1 sekundy. W Hassleholm Ola bardziej słuchała moich rad i lepiej wyglądała na finiszu. Niepotrzebnie jednak prowadziła ten bieg, wiało mocno. Ola tłumaczył asie tym, że tempo było naprawdę wolne. W rezultacie była jednak dla dziewczyny z Erytrei idealnym zającem.

Bieg męski - prowadził doświadczony zawodnik, Szwed rodem z Somalii, z najlepszą życiówką w stawce.Jego zadaniem było przebiec 1000m w 2:27 i poprowadzić stawkę aż do 1200m. Nie dał jednak rady, tłumacząc to silnym wiatrem. Zszedł z bieżni tuż przed 1km, który został osiągnięty w tempie 2:30. Ja miałem 2:33. Ponownie największym problemem oprócz wiatru była liczba startujących - 20 osób! Puszczano nas z dwóch rzędów, tym bardziej, że stadion miał tylko 6 torów. Na pierwszej prostej zostałem zboksowany i spadłem na koniec stawki. Na kolejnej prostej ruszyłem jednak mocno do przodu, ustawiając się na 6-7 pozycji. Tym razem jednak zwyczajnie zabrakło sił. Pisałem wcześniej o tym, że mam problemy z bieganiem na dużym zmęczeniu kwasowym, to efekt uboczny 3 lat treningu pod długie dystanse. W tej chwili jeden bieg wytrzymuje już nieźle. Drugi dzień później okazał się zbyt ciężki. Pierwsze 800m biegłem mocno, odważnie, potem słabłem coraz bardziej, problemem było narastające uczucie ciężkości nóg. Ostatnie okrążenie było koszmarnie wolne. Ostateczny czas: 3:54,27, najszybciej w tym roku, ale generalnie bardzo słabo.

To jednak nie koniec startów. Otóż Ola, która w tym roku miała straszną ochotę spróbować dystansu 3000m z przeszkodami, dostała na miejscu ofertę" zającowania" na przeszkodach Miała przebiec 1km w tempie 3:20. Mimo kompletnego braku doświadczenia, zdecydowaliśmy się na ten bieg. Poprzednie starty Oli były wolne i nie czuła się zmęczona. Ostatecznie poprowadziła 1500m w tempie nieco szybszym od założonego. Z przeszkodami nie miała problemu. Gorzej z rowem z wodą. Pierwszy skok - to była katastrofa, Ola zawahała się, zwolniła i omal nie utopiła, wpadając w najgłębszą wodę. Drugi sok - znacznie lepszy. A za trzecim razem wskoczyła do wody jak rasowa przeszkodówka.

Pewny problemem był brak odpowiedniego obuwia, zwykłe kolce Oli mocno ślizgały się na belce, poza tym nasiąkły mocno wodą, co przeszkadzało w biegu. Poza tym jednak start wypadł pozytywnie i jeśli będzie okazja, Ola pewnie w tym roku przebiegnie cały dystans przeszkodowy.

Teraz o wrażeniach pozasportowych. Szwecja to piękny kraj, czysty, zadbany, ludzie uśmiechnięci i przyjaźni. Ja przede wszystkim zwracałem jednak uwagę na organizacje zawodów. Brutalna prawda jest taka, że po startach na tych mitingach, które nie były jakimiś wielkimi zawodami, kompletnie odechciewa się biegać w Polsce. Wielokrotnie pisałem o tym, że u nas zawodnik traktowany jest jak intruz. O biegi trzeba niemal prosić, dochodzą wydatki na transport, kłopotliwe podróże, noclegi. W Szwecji jest od tym względem cywilizacja. Organizator mityngu zapewniał noclegi w luksusowym hotelu, odbiór z lotniska i dowóz z powrotem, dowóz na stadion, wszelkie drobiazgi typu napoje, kawa, herbata, numerki, posiłki. Zawodnik martwi się tylko tym, żeby się rozgrzać i dobrze pobiec. Każdy bieg miała opłacanego pacemakera, podczas gdy w takiej Bydgoszczy na zająca składali się zawodnicy z własnej kieszeni. Tych biegów było zaś sporo, w Goeteborgu były 4 męskie biegi na 800m, wszystkie z zającami. W takich warunkach można uzyskiwać wyniki. Prędzej czy później pogoda, forma i samopoczucie zgraja się na tyle, że wynik padnie.

W Hassleholm w hotelu mieszkałem w pokoju z angielskim milerem i on opowiadał to samo: duże zawody w Anglii to 6-10 biegów męskich na 800m, każdy z zającem. Niestety, jesteśmy pod tym względem nawet nie trzecim, ale czwartym czy piątym światem.

Łyknęliśmy więc kawałek wielkiego świata, teraz brutalny powrót do codzienności. W kolejny weekend pobiegnę na którymś z lokalnych mityngów, mam do wyboru aż trzy: w piątek, sobotę i niedzielę. Ola startuje na 5km na ulicy, w biegu Ursynowa w Warszawie.

P.S. W Goteborgu miałem okazje poznać czytelnika mojego bloga - pozdrowienia Gregory i dzięki za zdjęcia!

P.S.2 Niestety, po dwóch biegach znowu koszmarnie dokucza mi kaszel. Jest bardzo źle, nie wiem, co z tym zrobię.
P.S.3 W Szwecji w zawodach na biezni są nagrody finansowe - u nas jak zwykle biega się za uścisk dłoni prezesa.
11:58, plathman , Zawody
Link Komentarze (8) »
piątek, 10 czerwca 2011
Weekendowe starty

Krótki wpis, z kronikarskiego obowiązku. Jutro i pojutrze razem z Olą biegamy w Szwecji: w Goeteborgu i Hasslehoelm. Najpierw w sobotę ja 800m, Ola 5000m, potem w niedzielę oboje 1500m. Relację z wyjazdu zamieszczę po powrocie, ale już teraz mogę powiedzieć, że jest super. Po takim wyjeździe można tylko płakać, gdy na co dzień trzeba startować w polskich mityngach, gdzie zawodnik traktowany jest jak zbędny element przedstawienia.

Jeśli ktoś ma dostęp do szwedzkiej telewizji, to transmisja z Goeteborga na pewno bedzie ; ) Obsada 800m jest mistrzowska, są nawet biegacze z poziomu 1:43. Ja jednak startuję w drugiej, słabszej serii, która powinna być dla mnie idealna. Wczoraj było deszczowo, dzisiaj słonecznie i wietrznie. Biegamy na kameralnym stadioniku, który organizatorzy ozdobili flagami państw, z których zawodnicy startują w mityngu. Z Polski jesteśmy tylko my dwoje i jakiś skoczek, a mimo to przy samym wejściu łopocze wielka biało-czerwona flaga.

Ostatnie moje treningi były najszybsze w tym roku. Nadal jednak brakuje trochę do formy z najlepszych czasów. W tygodniu startu na 800m zwykle robię prosty i tradycyjny trening tempowy, 4-5x200m. W najlepszych czasach ostatnią potrafiłem pobiec w 24,1 sekundy. Tym razem było tylko 25,43. Mimo wszystko liczę na udany występ.

Trzymajcie kciuki!

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 45