| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Zakładki:
Ola Jakubczak - strona mojej zawodniczki
Strona Marcina Lewandowskiego 800m
niedziela, 16 maja 2010
Bieg w Inowrocławiu i kolejne cele

Wczoraj i przedwczoraj wyjazdowo - biegałem półmaraton, o którym wspomniałem, Kruszwica - Inowrocław. Wyjazd z rodzinny, byłem z tatą i z Olą. Start ostatecznie zmieniłem w mocniejszy trening. Ola walczyła i pobiegła 5 sekund wolniej od życiówki.

Pogoda nas nie rozpieszczała, chociaż chyba i tak była lepsza niż w niektórych częściach kraju, gdzie odwołuje się mityngi i różne imprezy ze względu na deszcz i zimno. W piątek lało, całą noc również. W sobotę rano wyjrzałem za okno i nie mogłem uwierzyć, że to połowa maja - na niebie ciemne chmury, zimno, lodowaty wiatr. Jak na Greylandii.

Przed biegiem założyłem, że zaczynam spokojnie ten półmaraton i zobaczę, co będzie. Prognozy nie były porywające, bo wciąż nie mogę złapać dobrych obrotów, a dzień przed biegiem czułem się do tego stopnia słabo, że zrobiłem tylko 5km rozruchu i wróciłem do domu. Zacząłem zgodnie z planem - bardzo luźno, ale nie czułem się najlepiej, przede wszystkim bolały mnie nogi. Biegłem w tempie na 1:12 do 8km, potem postanowiłem nie cisnąć na siłę, zwolniłem, zaczekałem na Olę i z nią dobiegłem do końca, w tempie szybszego biegu ciągłego.

Ola planowo miała wystartować z czołówką i też zobaczyć, jak będzie. Czołówka zaczęła jednak wściekle mocno, początkowe tempo biegu było na 1:13 u kobiet. Ola zaczęła więc wolno, w tempie 3:42/km, a potem powoli doganiała kolejne dziewczyny. Od 10km biegliśmy razem i podkręcaliśmy tempo, licząc na życiówkę. Warunki nie były jednak sprzyjające, a Ola też nie czuła jakiegoś porywającego luzu, tym bardziej, że po MP na 10 000m przeszła dość mocne przeziębienie. Druga połowa trasy była zdecydowanie trudniejsza niż pierwsza, mocniej wiało, był też jeden ciężki podbieg. Pod koniec Ola biegła na 5 pozycji wśród kobiet i mieliśmy kilkanaście metrów przed sobą Ukrainkę. Chcieliśmy przyspieszyć i wyprzedzić, ale Olę zaczęły łapać z zimna skurcze w mięśniach dwugłowych, dobiegliśmy więc w tym samym tempie, średnio 3:39/km. Życiówka nie padła, co nas dosyć rozczarowało.

Półmaraton miał być testem wytrzymałości i siły, ostatecznie był testem czego innego. Po pierwsze, pokazał, że bez pełnej formy pod krótsze dystanse również w długich biegach nie ma czego szukać. Trochę inaczej wygląda sprawa z maratonem, ale żeby dobrze biegać 10km/połówkę, trzeba być w naprawdę dobrej formie pod biegi krótkie. Szczególnie dotyczy to typów szybkościowych, takich jak ja czy Ola. Co znamienne, 3 tygodnie przed swoją życiówką w półmaratonie pobiegłem dobry wynik w biegu na 800m, a jeszcze tydzień wcześniej - życiówkę na 1000m. W naszym przypadku bez uzyskania pełnej mocy silnika nie ma sensu jakikolwiek atak na dobre wyniki w długich biegach. Starty z samego treningu ogólnej wytrzymałości i siły wypadały nam słabo już jesienią zeszłego roku, teraz to się potwierdza - bez wysokich obrotów nie ma wysokich lotów.

Po drugie, bieg pokazał, że żeby dobrze biegać na ulicy, trzeba trenować na ulicy. To szczególnie dotyczy mnie i mojego stylu biegu, Oli w nieco mniejszym stopniu. Ja, jako typowy zwierzak przyzwyczajony do tartanu, na asfalcie czuję się bardzo niekomfortowo. Wczoraj właściwie od początku było mi jakoś twardo, nogi stukały o asfalt, nie było żadnego odbicia. Ponieważ w planie mamy start w półmaratonie w Pile we wrześniu, warto to zapamiętać.

Plany nadal pozostają bez zmian - czerwiec i początek lipca to dla nas sezon startów na bieżni. Mnie cieszy to szczególnie, w tej chwili mam trochę oddechu, zacznę wreszcie typowy, intensywny trening pod bieżnię. Psychicznie zmęczył mnie już ten trening nastawiony ciągle na ogólną poprawę zdolności tlenowych i siłowych. To ciągle był trening przyszłościowy, budujący, teraz czas na wykorzystanie tych nabytych zdolności w treningu podbijającym, wysoko energetycznym. Tym bardziej, że czuję, że z każdym kolejnym rokiem treningu łagodnego coraz trudniej jest mi wchodzić na wysokie obroty. Parę lat temu byłem tak wytrenowany do krótszych biegów, że mogłem całą zimę nie robić nic poza spokojnymi rozbieganiami. Wiosną wystarczały dosłownie 2-3 szybkie treningi i organizm przypominał sobie, jak biegać szybko. Teraz jest to trudniejsze. Kiedyś byłem piekielnie szybki na odcinkach, ale np. bieg typu 12km w tempie 3:20/km był w ogóle poza moimi wyobrażeniami, nawet 6km po 3:20. W tej chwili tego typu treningi są do zrobienia, ale jest mi trudniej na odcinkach. Ciężko godzić ogień z wodą.

Moje najbliższe plany to 3 bardzo intensywne tygodnie, a potem być może start na 3000m na memoriale Kusocińskiego - o ile znajdzie się tam dla mnie miejsce. Jeśli nie, to kolejnym startem będzie prawdopodobnie 1500m. W międzyczasie, jeśli zajdzie taka potrzeba, wystartuję gdzieś treningowo. Planuję też klasyczny dublet podczas mistrzostw Polski LZS w Zamościu - pobiegnę 1500 i 800m. Wygląda na to, że przed Mistrzostwami Polski nie będę miał okazji do żadnego startu na 5000m. Jeśli wszystko będzie OK, pobiegnę tylko 3000m na mityngu w Sopocie. Główny cel sezonu - dobry start w MP w lipcu, prawdopodobnie na 5000m i 1500m, ale wszystko może się tu zawsze zmienić.

Ola idzie trochę inną ścieżką - prawdopodobnie za 2 tygodnie pobiegnie 5000m w zawodach ligowych. Potem, jeśli PZLA nie będzie robić problemów (a co roku robi) 1500m na Kusocińskim. Dalej - może jakieś 3000m lub 5000m i dwa tygodnie przed MP już nic. Na MP dystanse prawdopodobnie takie jak moje. Potem tydzień odpoczynku - i przygotowanie do MP w półmaratonie na wrzesień. Generalnie Oli starty zakładaja więc nieco dłuższe dystanse niz u mnie.

12:41, plathman , Zawody
Link Komentarze (4) »
środa, 12 maja 2010
Trening pod bieżnię, start kontrolny

Jestem z powrotem w Słupsku, po 12-godzinnej podróży z Lublina. Nareszcie więc wizyta w domu, po prawie pięciu miesiącach. Takie jest życie sportowego nomada.

Pierwsze odczucie związane z przyjazdem nad morze było takie, że zaczęło mi się lepiej oddychać. Minęły resztki alergicznego kataru, chociaż nos nadal zatkany, odetka mi się na koniec sezonu pylenia, czyli w październiku ; ) Najwyraźniej jednak bliskość morza działa na mnie dobrze. Przy okazji zauważyłem, że wszystkie moje najlepsze wyniki w biegach długich miały miejsce na wybrzeżu lub niedużej odległości. Natomiast większość biegowych wpadek - bardziej na południu. Może to jakiś trop dla trenerów/naukowców?

Od razu po powrocie rzuciłem się w wir mocnego biegania. Wszystko dlatego, że na połowę maja  (czyli za 3 dni) planuję kontrolny start w półmaratonie. Było to zaplanowane juz wcześniej i zamierzałem pobiec ten dystans, jesli nie będzie żadnych przeciwwskazań, typu powalające zmęczenie. Otóż zmęczenie jest, ale nie powalające, dlatego półmaraton pozostaje w mocy. Ma to być test wytrzymałości i siły po treningu w góach. W treningu szybkim mam spore zaległości, jestem natomiast ciekawy, jak to będzie wyglądało na dystansie, na którym szybkość ma dużo mniejsze znaczenie.

Pierwszy mocniejszy trening zrobiłem więc dzień po powrocie, żeby zmieścić się przed startem chociaż z symbolicznym odpoczynkiem. Start jest w założeniu z normalnego treningu, ale mimo wszystko robię przed nim trzy dni luźniejsze.

Po (prawie) dyszce w Sosnowcu odpoczynek i lizanie ran trwało 4 dni. Trzeciego dnia pobiegłem lekki bieg ciągły, takie szybsze rozbieganie, chcąc sprawdzić stan organizmu. Było ciężko, czułem się zmęczony - jednak odczułem ten start. Stopa nie przeszkadzała mi prawie w ogóle. Zaraz po biegu założyłem na nią opatrunek i później w ogóle tam nie zaglądałem. Zagoiło się elegancko, chociaż chyba będzie paskudna blizna. Bieg ciągły generalnie bez historii, tempo 3:52/km, pewnie nie powali to nikogo.

Piątego dnia po starcie biegłem pierwszy mocniejszy trening: 6km w tempie 3:19/km + 6x1km w tempie 3:15/km, na bardzo krótkich przerwach. To był długi trening na prędkościach w okolicach półmaratońskich. Prędkość była słaba, nie ma co ukrywać, ale częściowo można ją usprawiedliwiać fatalną pogodą - było gorąco, a do tego deszczowo, straszna wilgoć. To jest zawsze nieprzyjemne połaczenie dla biegacza. Czułem się ociężały, zmęczony mięsniowo, ale ogólnie trening był luźny. To nie są intensywności, które są w stanie mnie zabić.

Weekend spędziliśmy z Olą wyjazdowo - w Lublinie, gdzie spędziliśmy dwa dni, zwiedzając i odpoczywając. Stamtąd jechałem do siebie i we wtorek biegłem kolejny akcent: 6x1200m. To już było biegane w okolicach 3:00/km. Przyznam szczerze, że czułem się fatalnie, ciężki oddech, cięzkie mięśnie. Może to po podróży, zobaczymy. Na pewno jednak mam duże braki jeśli chodzi o wytrenowanie wysokich szybkości na długich odcinkach. To jest to, czego brakowało mi w USA, gdzie musiałem biegać wolno ze względu na wysokość. Spodziewam się, że po 3 tygodniach intensywnego treningu interwałowego będę jak nowo narodzony. Na razie 3:00/km zdecydowanie nie jest komfortową prędkością.

Nie wiem, czy zostało to przez wsystkich zauważone: na maratonachpolskich.pl ukazały się kolejne odcinki mojego Poradnika Początkującego Biegacza. Szczególnej uwadze polecam przedostatni odcinek: "Jak być swoim własnym trenerem". Starałem się tam dość prosto wyjaśnić podstawowe zagadnienia metodyki treningu.

Trening samego siebie to bardzo trudne wyzwanie, wiem to po sobie. Bardzo trudno jest opanować tendencję albo do nadmiernego wykańczania się, albo do zbytniego oszczędzania. Ja mam akurat to drugie - wydaje mi się, że za rzadko wychodzę w treningu poza strefę komfortu. Nawet ten wczorajszy wtorek, to nie było to, co kiedyś. Kiedyś cisnąłem, choćby świat się walił i palił, teraz w momencie, gdy robi się zbyt ciężko, lekko zwalniam lub skracam trening. Do pewnego stopnia na pewno jest to związane ze zmianą ogólnego charakteru treningu. Gdy biegałem głównie biegi średnie, byłem przywyczajony do bólu biegu na bardzo wysokim poziomie kwasu. Zaś biegu długie to w większości pobyt w strefie względnego komfortu. W najbliższych tygodniach zamierzam jednak przykręcić sobie śrubę, bo czerwiec i początek lipca to dla mnie sezon startów na bieżni i chciałbym zaatakować wszystkie życiówki od 1500m wzwyż. Na razie jednak testuję się w półmaratonie.

22:20, plathman
Link Komentarze (6) »
wtorek, 04 maja 2010
Kilka myśli po 10km

Jak pewnie wszyscy zauważyli, na moim blogu jest mało o treningu Oli. Jest to w pełni świadome działanie, a nie efekt przeoczenia lub lekceważenia. Ja jestem typem gruboskórnym - otwartym na uwagi, ale mówiąc brutalnie - niewiele mnie obchodzi, czy mój trening komuś się podoba czy nie i jak są oceniane moje wyniki. Głównym motywem mojego biegania jest poznanie siebie i swoich granicznych możliwości. To jest motywacja czysto duchowa, wewnętrzna, nawet rodzaj medytacji i samoumartwiania w pewnym sensie, droga do doskonałości, stairway to heaven, higway to hell. Ale wielu zawodników nie lubi być na świeczniku - nie lubią pokazywać, jak trenują, bo czują wtedy na sobie presję innych. Np. "tak mocno trenujesz, a tak słabo biegasz". Ola należy do zawodniczek, które wolą pokazywać efekty swojego treningu, a nie sam proces. Ja zaś pokazuję proces i z ciekawością czekam, jakie z tego wychodzą wyniki oraz jakie płyną wnioski.

O treningu Oli piszę więc i będę pisał bardziej w sensie ogólnym i przeszłym - co robiła i jaki to przyniosło efekt. Co robi teraz - tutaj możecie byc pewni, że jej trening, chociaż różny od mojego, opiera się na bardzo podobnej konstrukcji. Świadomie planuję go w ten sposób, żebyśmy mogli biegać razem. Nawet na stadionie, gdy biegamy oddzielnie, najczęściej robimy takie same odcinki. Ewentualnie Ola biega subiektywnie mocniej lub słabiej, ma trochę inne przerwy. To są detale, często kluczowe, ale detale.

Mamy więc drugi dzień po biegu na 10 000m. Jakie wnioski? Wczoraj nie biegałem, bo stopa na to nie pozwoliła, Ola zrobiła luźne 60 minut. Dzisiaj oboje wyszliśmy na kolejne 60 minut + płotki, sprinty pod górkę. Co ciekawe, czuję się nieprzyzwoicie dobrze. Rok temu po tym samym biegu cały tydzień byłem rozbity. Tym razem w ogóle nie zrobiło to na mnie wrażenia. Moja ocena jest taka, że po prostu jestem daleki od najwyższej formy i ciężko mi wejść na bardzo wysokie obroty. Zapowiedź tego widziałem już w Stanach - robiłem treningi, na których strasznie sie męczyłem, ale kontrolne pomiary kwasu mlekowego pokazywały, że wszystko to jest na bardzo dużej rezerwie. Jestem typem, który wolno dochodzi do formy, nie miałem też okazji do bardzo szybkiego biegania, co jest u mnie niezbedne do podbicia biegowej dyspozycji. Do końca maja nie mam żadnych ważnych startów, bedzie więc trochę okazji, żeby to nadrobić.

Jedyne, co poza stopą dokucza mi po tej dyszce, to straszne zakwasy łydek. Jest to zaskakujące - i to samo miała Ola po środowym treningu w kolcach. A przecież biegaliśmy naprawdę wiele, żeby się do tego rodzaju bólu przygotować. Wydaje się więc, że jest to efekt biegania w USA po specyficznej nawierzchni, tym gumowym, dziwnym tartanie robionym ze starych opon. Mechanika pracy na takiej nawierzchni jest inna niż na normalnym tartanie, przystosowaliśmy się do gumy, a w Polsce musimy biegać inaczej - stąd te bóle. Być może stąd też wzięła się moja uszkodzona stopa, bo nigdy wcześniej nie miałem w tych kolcach takich problemów. Ale kolejne starty powinny być już bezproblemowe.

Najgorsze w tym wyjeździe były podróże, niczym dorożką w średniowieczu. Do Sosnowca - 9 godzin, z powrotem jeszcze więcej. Byliśmy kompletnie wykończeni. Za kilka dni czeka mnie 13-14 godzin podróży do Słupska. Polska to jest naprawdę dziwny kraj, podejrzewam, że podróże w takim np. Afganistanie odbywają się z podobną prędkością i w porównywalnym komforcie. Dzisiaj głośno o zatrzymanych pociągach Interregio, to efekt konfliktów w beznadziejnie zarządzanej i mającej potworny przerost zatrudnienia PKP. W sobotę jechaliśmy częściowo zamojskim PKS-em, który bardzo inteligentnie na trasę zamiast autobusu podstawił maleńki, ciasny busik, przez co ludzie stali (!) kilka godzin ściśnięci jak sardynki w puszce. Droga z powrotem - autobusem, ale takim rzęchem, że bałem, że się rozpadnie w czasie jazdy. Dodatkową atrakcją były przesiąkające z silnika spaliny.

To są takie detale, które w Polsce mają bardzo duży wpływ na biegowe wyniki. Równocześnie to problemy, które są obce biegaczom w normalnych krajach. Co z tego, że przepracujemy solidnie pół roku, jeśli potem forma zostanie w śmierdzących pociągach i autobusach, zagubiona w wielogodzinnych podróżach w upale? Ta bardzo inteligentna polityka doprowadzila do tego, co przez kilkaset lat nie udało się nikomu: ani Krzyżakom, ani gestapo, ani Axelowi Springerowi: Polacy modlą się, żeby weszli Niemcy, przynajmniej na tory. Ja też się modlę. Niemcy, przybywajcie na ratunek!

poniedziałek, 03 maja 2010
Mistrzostwa Polski na 10km, Sosnowiec 2010

No to jesteśmy po starcie. Uczucia są mieszane. Wiadomością dnia jest informacja, że Ola zdobyła srebrny medal, przy okazji o 20 sekund poprawiając życiowkę! Ja swojego biegu nie ukończyłem.

Ale po kolei. Oli bieg wygladał w ten sposób, że bardzo mocno od startu ruszyła Agnieszka Ciołek. To zawodniczka, która do tej pory była bardzo mocna głównie na 5000m. Pierwszy kilometr ruszyła w 3:17, drugi ok. 3:20 - i dalej cały czas trzymała to tempo. Przez pierwsze 2km towarzyszyły jej 4 dziewczyny: Słowaczka Beresova, Agnieszka Jerzyk, Iwona Lewandowska oraz Ola. Po 2 km Agnieszka zaczęła się odrywać. W tym momencie Ola musiała zdecydować, czy ryzykuje i biegnie mocno za nią, czy zostaje z dziewczynami w grupie.

Pierwsze okrążenia, biegną od prawej: Agnieszka Ciołek, Katerina Beresova, Agnieszka Jerzyk, Iwona Lewandowska, Ola, Agnieszka Gortel

 

Ola powiedziała mi później, że nie czuła się zbyt dobrze, dlatego wolała wybrać wariant ostrożniejszy. Brakowało jej lekkości biegu, co prawdopodobnie jest efektem ciężkiego treningu w górach. Schowała się więc za Słowaczką - i tutaj zaczęły się szachy. Agnieszka biegła z przodu niezagrożona, oderwała się bardzo mocno, dopiero pod koniec zaczęła zwalniać. Natomiast o pozostałe dwa medale walczyły trzy dziewczyny, czając się za plecami Słowaczki. Tempo było bardzo wolne, ale żadna z dziewczyn nie chciała ryzykować prowadzenia. Dlatego dopiero 400m przed metą zaatakowała Ola. Iwona Lewandowska odpadła trochę wcześniej, ale za plecami Oli czaiła się do końca Agnieszka Jerzyk. O ile wcześniej bieg był bardzo taktyczny, tak ostatnie kółko było piekielnie mocne. Przedostatni kilometr Ola miała w 3:31, ostatni - w 3:13, przyspieszając tylko ostatnie okrążenie. Podkręcała każdą setkę, ale Agnieszka Jerzyk walczyła do końca i przegrała tylko o niecałą sekundę.

Założenie taktyczne było takie, że Ola miała pilnować rywalki, trzymać się za ich plecami. Po górach nasza wczesna forma była wielką niewiadomą, a do tego wielkim atutem Oli jest szybkość. Ponieważ zaś ona nie lubi biec na czele biegu, a 10km jest dla niej dystansem wciąż bardzo długim, plan był taki, że Ola czepia sie rywalek, ile może, i na końcu atakuje. Jeśli czułaby się dobrze, miała walczyć o złoto. Jeśli okazałoby się, że któraś rywalka idzie bardzo mocnym tempem, Ola miala zrobić wszystko, żeby walczyć o srebro. Czas był dla nas wartością drugorzędną - tutaj walka szła o miejsca. Dlatego gdy tempo w środku mocno spadło, Ola nie forsowała go. Pod tym względem zrobiła więc to, co zaplanowaliśmy.

Oboje trochę żałujemy, że nie spróbowała iść mocno za Agnieszką. Ale sezon jest długi i będzie jeszcze wiele okazji do szybkich biegów, na razie planem była zdobycz medalowa i z niej bardzo się cieszymy.



Potem przyszła kolej na mnie. Tutaj plan był zupełnie inny: złapać się rywali i trzymać, ile wlezie. Priorytetem nie było miejsce, ale dobry czas. Pierwsze 3km były OK - biegłem w tempie na złamanie 30 minut. Nie czułem się jednak dobrze. Potem tempo zaczęło spadać - na 5km było już zbyt wolno na złamanie 30, chociaż nadal biegłem na dobrą życiówkę. Sama czołówka zaczęła w szaleńczym tempie, w drugiej połowie większość z nich pozwalniała albo poschodziła z trasy. Nas biegło trzech do 5km: Kamil Kędzierski, Irlandczyk oraz ja.

Wkrótce jednak Irlandczyk osłabł, a Kamil zaczął podkręcać tempo i zostałem sam. Biegło mi się coraz gorzej i prawdopodobnie bardzo mocno zwolniłem, nie znałem jednak międzyczasów. Bieg był dość zabawny, bo gdy doszła mnie czołówka, próbowałem utrzymać się z nimi - najpierw przebiegłem jedno okrążenie z liderami, potem dwa okrążenia z kolejną grupą. To było jednak zbyt mocne tempo i puściłem ich. Zostałem znowu sam, a tempo szło w dół. W pewnym momencie dogoniłem i wyprzedziłem Kamila Kędzierskiego, ale ten po chwili zszedł z bieżni.

W drugiej połowie zaczęły się też dla mnie potężne problemy ze stopą: kolce zdarły mi z nogi kawał skóry, miałem w bucie otwartą ranę. Z początku nie było to wielkim problemem, ale jakieś 3km przed metą ból był na tyle mocny, że zacząłem utykać. Próbowałem przeliczyć na jaki czas biegnę (nie znałem międzyczasów, bo Ola siedziała na kontroli antydopingowej), a kiedy w końcu doszedłem do wniosku, że nie ma już szans na życiówkę, doszedłem do wniosku, że nie ma co ryzykować poważniejszej kontuzji - i zszedłem. Nie jestem z tego bardzo dumny, ale czasami trzeba kierować się w biegach rozsądkiem. To była decyzja skalkulowana.

Krótkie wnioski po naszych startach: nadal jest zmęczenie po górach. Oddechowo, wydolnościowo oboje czuliśmy się bardzo dobrze. Problemem jest zmęczenie nóg, ociężałość mięśni. To efekt po pierwsze 4 miesięcy górek, mało który trening robiliśmy na płaskim, a po drugie - braku odpowiednich szybkości treningowych. Z powodu braku tlenu oraz gorąca nie biegaliśmy na treningach bardzo szybko, w związku z tym przy wysokich prędkościach biegu nie było luzu mięśniowego, na tych obrotach się krztusiliśmy. Spodziewam się, że jest to efekt przejściowy, takie ryzyko było wkalkulowane w późny powrót. Co gorsze, nie do końca przystosowaliśmy się wciąż do różnicy czasu i klimatu - strasznie sie pocimy przy wysokiej wilgotności, a w dzień łapie nas straszna senność. Dzisiaj pierwszy raz w życiu w dzień startu spałem wcześniej w dzień - zwykle nie pozwalaja na to emocje, dzisiaj zmęczenie przeważyło.

Późny powrót na start był pewnym ryzykiem - chcieliśmy siedzieć w górach jak najdłużej, żeby wykonana praca procentowała przez cały sezon. Spodziewałem się zmęczenia, ale liczyłem, że wykonamy plan minimum - czyli ja zrobię chociaż minimalną życiówkę, a Ola zdobędzie medal. Medal jest, życiówki nie ma, ale dramatu z tego nie robię. Moim celem od początku były dystanse krótsze, 10 000m miało być dla mnie treningiem psychiki. Jeśli bowiem wytrzyma się taki dystans, krótsze biegi są już łatwe.

Wracamy więc jutro do Zamościa, kończymy aklimatyzację, odpoczywamy - i pracujemy dalej bez zmiany planów. A na razie gratuluję Oli i jestem dumny z jej medalu. Dziękuję też wszystkim czytelnikom i kibicom za wsparcie i doping!

A dla lubiących ostre klimaty, zdjęcie mojej nogi po biegu, jako dowód tego, że jednak trochę pocierpiałem:



 

00:08, plathman , Zawody
Link Komentarze (8) »
czwartek, 29 kwietnia 2010
Aklimatyzacja i badania krwi

Zostały trzy dni do pierwszego w tym roku startu. Na razie nastroje mało bojowe - oboje z Olą czujemy się bardzo marnie. Było to spodziewane i mam nadzieję, że za trzy dni przejdzie, ale mimo wszystko na razie uczucie niemiłe.

Co sie dzieje? Po pierwsze, dokucza zmiana czasu. Już prawie, prawie jest OK, ale nadal nie do końca. Przez pierwsze dwa dwa dni nie mogliśmy w ogóle spać w nocy, a w dzień chodziliśmy jak zombie. To efekt tego, że organizm żył jeszcze czasem nowomeksykańskim. Minęły 4 dni i teoretycznie śpimy już prawie normalnie, ale nadal do południa coś jest nie tak z samopoczuciem. Trochę lepiej wieczorem, ale tylko trochę.

W związku z marną aklimatyzacją gorsza jest regeneracja i ogólny stan fizyczny. Oddechowo czujemy się dobrze, ale mięśniowo - strasznie. Nogi jak z waty, biegniemy jak połamani, kompletny brak sił. To nawet ciężko opisać, ale uczucie jest takie, jakby robiło sie wszystko z rozładowanym akumulatorem.

Co dalej? Odczuliśmy dotkliwie zmianę klimatu, przede wszystkim wilgotność. Na treningach pot leje się ze mnie jak w saunie i czuję, jakbym oddychał watą. Po 4 miesiącach w powietrzu suchym jak krakersy Polska wydaje się krajem zwrotnikowym. Co gorsza, akurat w kraju jakieś dziwne prądy - pierwszego dnia było wilgotno i gorąco, drugiego i trzeciego - wilgotno i zimno, a dziś znowu gorąco. Do tego strasznie wieje (myślałem, że w Nowym Meksyku to są wiatry, ale Zamość w niczym mu nie ustępuje).

Ale to wcale nie koniec!  Otóż od razu po powrocie dostałem alergii na coś, pewnie skumulowało się i zmęczenie, i ogólne zapylenie. Dla alergika nie ma nic gorszego niż początek sezonu, a ja ten początek przeżywam trzeci raz w tym roku. Najpierw w Las Cruces, potem w Albuquerque, bo tam wszystko kwitnie miesiąc później, teraz znowu w Polsce. Katar, załzawione oczy, nos kompletnie zatkany, kichanie, smarkanie... Koszmar.

No i na domiar złego, dzisiaj robiłem badania krwi - i pani doktor tak mi się jakoś wrednie wkłuła w żyłę, że spuchło mi całe przedramię. Nie mogę wyprostować ręki. Jak więc widać, jestem w szczycie formy ; ) Nic, tylko biec po życiówkę.

Nie poddajemy sie jednak tak łatwo, prawda? Mam jeszcze dwa dni odpoczynku, trzy noce do przespania - i liczę, że wszystko się wyprostuje. Podróż do Sosnowca potrwa 8 godzin - a to tak blisko, to prawie połowa drogi na koniec USA, z trzema przesiadkami! Ale to jeszcze nic, najszybsza podróż do Słupska z Zamościa to 13 godzin autobusem. Czuję się, jakbym żył w średniowieczu, w 13 godzin mogę przecież dolecieć do Nowego Jorku i połowę drogi z powrotem.

Co ciekawe, badania krwi po górach nie wyszły tak, jak się można spodziewać. Zwykle oczekuje się wzrostu poziomu żelaza, hemobglobiny, krwinek, hematokrytu. No to u mnie wszystko poszło w dół : ) Ale nie ma się co przejmować - jestem w posiadaniu wyników badań krwi paru Kenijczyków z okresu szczytu formy - i u nich zakrawa to na ciężką anemię. Po prostu w treningu wytrzymałościowym często zdarza sie, że w układzie krwionośnym pojawia się więcej krwi - właśnie pod wpływem treningowych bodźców. W związku z tym wydolność ogólnie jest większa, ale stężenie drobinek w centymetrze sześciennym płynu mniejsze. To tak jak rozpuścić cukier w litrze wody, albo w dwóch. Stężenie zależy od ilości płynu. Rzadsza krew lepiej prześlizguje się przez naczynia. Wszystko i tak wyjdzie w praniu, zobaczę, jak będzie się biegło zawody w sezonie.

Moje szczegółowe wyniki to hematokryt 42, czerwone krwinki 5.0, hemoglobina 14.4, żelazo 152. Co ciekawe, spodziewałem sie wzrostu krwinek (tak to jest u Kenijczyjków), ale nic takiego nie nastąpiło. Wszystkie minerały dokładnie w środku normy. Jedyne, co podchodzi pod sam szczyt normy (oprócz żelaza) to nasycenie krwinek hemoglobiną. Tutaj prawie przekraczam limity. To znaczy, że mam małe, ale bojowe, napakowane hemoglobiną krwinki, które swobodnie przeskakują sobie naczyniami, a jak się zmęczą, to w magazynie jest dostatecznie dużo żelaza, żeby je serwisować. Przynajmniej tak to sobie tłumaczę ; ) W każdym razie nie popadam, jak niektórzy biegacze, w fobię tego, że koniecznie trzeba mieć kosmiczny hematokryt i hemoglobinę. W bieganiu, jak wiadomo, ważny jest luz, a tego mi nie brakuje ; ) Dlatego najbliższe dwa dni tylko truchtam, a w niedzielę idę w trupa, żeby bohatersko polec w boju.

Przede mną długi sezon i prędzej czy później jakiś rekord padnie. Ale tym wpisem chciałbym zaznaczyć, jak to jest, aklimatyzować się po pobycie w innym klimacie. A jest naprawdę nieprzyjemnie.

poniedziałek, 26 kwietnia 2010
W Polsce

Jestem już w kraju. Jeszcze przed wyjazdem próbowałem wstawić wpis na blog, ale przypadkowo mi się usunął, a nie miałem już czasu, żeby pisać od nowa. Stąd przerwa w publikacji.

Mówiąc w skrócie - pobyt w USA już za nami. Trochę szkoda, ale równocześnie chcieliśmy już pobyć w Polsce. Zaczyna się sezon i wreszcie starty. Sam trening, bez startu w zawodach, jest dla nas strasznie nudny i ciężki psychicznie. Teraz to sie skończy i dostaniemy startów aż nadto ; )

Pobyt w Stanach oceniam bardzo pozytywnie. Pod względem mozliwości treningowych to jest niebo a ziemia, szczególnie zimą. Ale różnice są nawet przy takiej pogodzie - W Stanach zaczynaliśmy biec i nie martwiliśmy się niczym. Przebiegasz przez ulicę i nawet specjalnie się nie rozglądasz, bo pieszy jest święty i wszystkie samochody się zatrzymują. Psy biegające luzem? Nie spotkaliśmy ani jednego. Zdarzały się pojedyczne przypadki w Las Cruces, gdzie biegaliśmy po pustyni na skraju miasta, ale w Albuquerque ani jednego. W Polsce pod tym względem jest inaczej, trening jest więc inny pod względem psychicznym. To już nie jest taki pełen luz, gdzie tylko się rozpędzamy i nic więcej nie jest ważne.

Pod względem treningowym wszystko OK. W ciągu prawie 4 miesięcy miałem tylko 1 dzień wolny, teraz trafił się drugi w czasie podróży. Biegałem najwięcej w życiu, ćwiczyłem najwięcej w życiu i najwięcej się rozciągałem. Żadnych problemów. Jestem bardzo ciekawy swojego i Oli startu na 10km. Co do siebie, to chciałbym w końcu złamać 30 minut na 10km. Każdy ma jakąś swoją okrągłą liczbę do połamania. U mnie marzeniem jest 30. Problemem jest to, że do tempa 3:00/km za bardzo nie byłem w stanie zbliżyć się na treningu, co sugeruje kłopoty. No ale trening był w górach. Na ostatnim biegałem 4x2km, w tempie 3:16/km, tylko ostatni kilometr w 3:07. No ale było to w butach (nogi miałem wciąż obolałe po kolcach i nie chciałem ryzykować kontuzji na bardzo twardym stadionie) i przy bardzo silnym wietrze. Zobaczymy więc, na razie odpoczywamy i próbujemy przystosować się do zmiany czasu.

Podróż bez większych problemów. Lot z Albuquerque do Minneapolis, stamtąd do Amsterdamu i Warszawy. Z Warszawy bus do Zamościa. Razem 25 godzin, a na nogach chyba 36. Ani minuty snu. Za to w Zamościu spałem do 11 z kawałkiem. Dzisiaj biegaliśmy rozbieganie, bardzo wolno, 60 minut człapania. Ciężko przy takiej prędkości znaleźć jakieś różnice w samopoczuciu. Może tylko to, że nogi ciężkie po tej podróży, a powietrze inne, wilgotne ,a co gorsza - pełne much, muszek. W górach tego nie ma.

Jutro jadę z Olą do Lublina na spotkanie samorządowców z najlepszymi sportowcami. Jadę jako trener, nie jako biegacz : / No i aż do startu na 10km odpoczywamy, tylko w środę krótkie, szybkie odcinki na rozruszanie nóg. Poza tym - człapanie.

środa, 21 kwietnia 2010
Interwał

Dzisiaj kilka zdań na temat treningu interwałowego. Tak się bowiem składa, że moje ostatnie dwa treningi to właśnie klasyczny germański interwał jeszcze sprzed wojny. 20x300m z przerwą 30 sekund truchtu i 20x400m z przerwą 45s truchtu.

Interwał, wbrew temu, co sądzi wielu, nie jest treningiem beztlenowym. Wręcz przeciwnie - został zaplanowany i przemyślany po to, żeby maksymalnie podbijać wytrzymałość tlenową organizmu, przynosząc równocześnie wiele innych korzystnych adaptacji treningowych. Można biegać interwały długie, np. 5x1600m albo 4x2km, albo 3x3km, można biegac krótkie, typu 40x200m czy 20x400m. Spotyka się też interwały średniej długości, np 10x600m czy 6x800m, ja też stosuję autorskie kombinacje interwałów krótkich, długich, średnich oraz biegów ciągłych. Wszystkie te odcinki biega się dość szybko: z prędkością wyścigu na 10km aż do prędkości pod 3km. Interwał jest treningiem, który można bezpiecznie stosować cały rok, pamiętać trzeba tylko o dwóch sprawach.

Po pierwsze, interwał jest treningiem tlenowym i nie jest biegany "w trupa". Po drugie, nieodłaczną częścią interwału jest przerwa - planuje się ją tak samo dokładnie jak prędkość i czas trwania treningu. Im dłuższy interwał, tym rola przerwy spada. I wreszcie: interwał odbywa się na niepełnym odpoczynku, trening na pełnym wypoczynku to powtórzenia lub odcinki.

Interwał pozwala nie tylko podbić wytrzymałość tlenową. Zapewnia również odpowiednia prędkość na treningu, co ma znaczenie dla układu nerwowo-mięśniowego. Nowoczesny interwał trenuje też management kwasu mlekowego, czyli jego tolerancję oraz usuwanie z organizmu w trakcie wysiłku.

W ostatnich latach bardzo rzadko biegaliśmy z Olą krótkie interwały. Teraz to się zmieniło, krótki interwał dał nam możliwość osiągnięcia w górach wyższych prędkości niż interwał długi. Przy okazji jednak okazało się, że wcale nie jest to trening łatwy.

Podstawowym błędem w bieganiu interwałów jest zbyt długa przerwa oraz zbyt szybkie odcinki. Poziom kwasu mlekowego jest wtedy zbyt wysoki. Klasyczne krótkie interwały biega się na bardzo krótkiej i aktywnej przerwie, czyli w truchcie. Wspominałem kiedyś o tym, że trenowanie krótkich odcinków może spowodować adaptację nie do biegu, a do bardzo szybkiego odpoczynku. Unikniemy tego właśnie dzięki aktywnej przerwie, trucht w przerwie sprawia, że cały czas jesteśmy w ruchu, a łączna prędkość interwału i przerw jest zaskakująco wysoka.

Przyznam szczerze, że dawno żaden trening tak mnie nie wykończył jak te dwa ostatnie. Był to potężny bodziec tlenowy, ale przede wszystkim - mięśniowy. Moje łydki, które już dochodziły do siebie, ponownie są kompletnie rozbite. Wczoraj i dzisiaj biegałem na ogromnym zmęczeniu.20x400m to był koszmar. To jest trening o tyle ciężki, że czas trwania wysiłku jest długi, zarówno w przypadku pojedynczego odcinka, jak i całości (8km szybko). Nie udało mi się do końca utrzymać aktywnej przerwy, po pierwsze, z powodu bólu nóg, po drugie z powodu koszmarnego upału. Straciłem na tym treningu chyba ze 3 litry wody z ciała. Prędkości nie były bardzo szybkie - ok. 75 sekund, ale przy krótkiej przerwie, upale i niedostatku tlenu w powietrzu było to wystarczająco, żeby posłać mnie na dno.

Po każdym mocnym treningu w górach wydaje mi się, że już gorzej być nie może i za każdym razem udowadniam sobie, że jest to jednak możliwe.

Co jednak ciekawe, moje tętno się po tym uspokoiło - wczoraj wieczorem zmierzyłem 31 uderzeń, prawie jak w Polsce, przy ciśnieniu 105/62 - ale w pozycji leżącej, zauważyłem, że w siedzącej jest wyraźnie wyższe. Dzisiaj byłem tak zmęczony, że spałem w dzień 2 godziny, co zdarza mi się bardzo, bardzo rzadko. Łydki są tak zarąbane, że mimo masażu, gorącej kąpieli i uleczniczych ucisków odezwała mi się stopa - znak, że podświadomie oszczędzam łydki w biegu i zmieniam nieco styl.

W czwartek biegam ostatni mocny trening w górach, a później trzymamy już tylko kciuki za wulkan, aby przepuścił nas do Polski. Pobyt tutaj minął błyskawicznie.

niedziela, 18 kwietnia 2010
Kłopoty lotnicze

Forma powoli rośnie. Powoli, bardzo powoli zaczynam się czuć lepiej. Ograniczenie objętości treningów, dodanie szybszych akcentów oraz odpuszczenie górek (biegamy w tej chwili prawie cały czas po twardym, po asfalcie, ale w mniej pofałdowanym miejscu - chociaż górki nadal tam są) powoli zaczyna mnie napędzać. Po ostatnim interwale biegało mi się bardzo przyjemnie łagodne treningi. Czasami z Olą zaczynamy nawet przyspieszać - najszybszy ostatnio pomiar na rozbieganiu to 4:21/km - ale było to na odcinku dość mocno w dół.

Wczoraj w Albuquerque wzięliśmy udział w mszy za Polaków poległych w Katyniu oraz w niedawnej katastrofie lotniczej. Było to wydarzenie specjalnie dla miejscowej Polonii - w poczcie honorowym z polską flagą szedł były maratończyk, mieszkający tu na stałe Antoni Niemczak. Mimo powagi wydarzenia nie zabrakło akcentu humorystycznego: ciemnoskóry amerykański organista śpiewał po polsku "Bogurodzicę", w niewiarygodny sposób przekręcając wyrazy. Wyobrażałem sobie, że polscy rycerze, którzy śpiewali tę samą pieśń pod Grunwaldem, przewracają się w grobach ; )

Msza była okazją do pierwszego spotkania z przebywającymi tu polskimi biegaczami. A właściwie - drugą okazją. Kilka dni temu przypadkowo wpadliśmy na siebie na stadionie. Na miejscu jest trener Zbigniew Nadolski z Poznania (były maratończyk z życiówką 2:13) wraz ze swoją zawodniczką, najszybszą obecnie polską maratonką, Karoliną Jarzyńską (świeżo upieczoną rekordzistką Polski w półmaratonie), a oprócz nich trener Robert Leszczyński ze Szczecina, ze średniodystansowcami Agnieszką Leszczyńską i Bartoszem Nowickim. Po mszy pojechaliśmy z Olą na małe przyjęcie u Antoniego Niemczaka, obejrzeliśmy też hotel, w którym mieszkają polscy biegacze - bardzo przyjemne miejsce. Poniżej na zdjęciu: trener Nadolski, Bartek Nowicki i Ola:

To, że zaczyna się nam biegać coraz szybciej i lepiej, to dobry znak. Ale niepodziewane kłopoty nadeszły od strony "technicznej". Wybuch wulkanu na Islandii spowodował zawieszenie większości lotów z USA do Europy. My mamy wylot za kilka dni, a nie wiadomo, czy uda się wrócić zgodnie z planem. To taka złośliwość losu - wszystko inne poszło dobrze, ale najwyraźniej nie można się obejść bez jakiejś wpadki. Najgorsze jest to, że powrót był zaplanowany dokładnie pod kątem Mistrzostw Polski na 10 000m. Mieliśmy mieć odpowiedni czas na odpoczynek i przestawienie się na europejski czas. Co teraz z tym będzie? Nie wiadomo. Najgorszą opcja jest niestartowanie w tych zawodach w ogóle.

Na koniec akcent optymistyczny - dzisiaj w Wiedniu znakomite wyniki Polaków w maratonie. 2:10 Heniek Szost i Adam Draczyński, 2:13 Mariusz Gizyński.  2:16 Błażej Brzeziński Michał Kaczmarek. Dwóch pierwszych pobiegło najszybsze czasy polskich zawodników od siedmiu lat. Gratulujemy!

czwartek, 15 kwietnia 2010
Ryszard Ksieniewicz

Wiadomości jest kilka, w większości złe. Nie pisałem nic o wypadku lotniczym w Smoleńsku - na ten temat napisano już wszędzie wystarczająco wiele. Ostatnio jednak sport doznał kolejnej straty - w Słupsku zmarł trener Ryszard Ksieniewicz. To nazwisko pewnie niewielu z Was coś mówi. Otóż trener Ksieniewicz, zwany przez zawodników "Ksieniem" był trenerem wieloboju i rzutów w klubie SKLA Słupsk, a wiele lat temu również zawodnikiem w tych konkurencjach, m.in. rekordzistą Polski. Bardzo go lubiłem, był to jeden z najżyczliwszych polskich trenerów, jakich znałem. Często spotykaliśmy się na stadionie w Słupsku. Zawsze był zainteresowany moją formą i planami startowymi, zawsze miał jakieś dobre słowo. Jako trener konkurencji technicznych często doradzał mi w sprawach techniki biegu. Było to szalenie przydatne, z tego względu, że jedną z najgorszych stron trenowania samemu jest niemożność obejrzenia się z boku. Trener Ksieniewicz podpowiadał mi więc, że a to krok nie taki, a to że się pochylam lub nie tak pracuję rękami.

Był człowiekiem aktywnym, mimo swoich 77 lat. Na stadion zawsze przyjeżdżał rowerem i spędzał tam wiele godzin, siedząc na krzesełku i instruując swoich zawodników. Zastanawiam się, czy jego śmierć nie miała związku z wypadkiem w Rosji, być może był to nadmiar stresu dla wrażliwego człowieka. Ja na pewno będę o nim pamiętał.

.............

W Stanach w tej chwili ciepło, wygląda na to, że te niedawne ochłodzenia odeszły na dobre. Chociaż na weekend znowu zapowiadana jest marna pogoda, silny wiatr i burze. Na razie jednak pełnia lata - 25 stopni w cieniu, bardzo przyjemnie, czasami aż za gorąco. Na treningach ogormne straty płynów. Dzisiaj jedziemy z Ola na stadion i biegamy krótki, intensywny interwał: 20x300m z 30-sekundową przerwą.

Ostatnio dla celów badawczych mierzę sobie ciśnienie i tętno, żeby zobaczyć, jaki jest wpływ biegania na tej wysokości na organizm. I dziwna sprawa. Zacznijmy od tego, że moje normalne tętno to jakieś 30-32 uderzenia, mierzone wieczorem w łóżku. Po przyjeździe tutaj było trochę wyższe - 34-35 uderzeń. Teraz zaś pomiary wychodzą zaskakujace - wieczorami mam regularnie 39-42 uderzenia. Do tego, co ciekawe, bardzo niskie tętno. O ile zwykle w Polsce mam mniej więcej 125/75, tak tutaj regularnie wychodza mi pomiary takie jak wczoraj: 109/52. Nie mam pojęcia, czym to jest spowodowane, muszę poczytać na ten temat. Mam roboczo różne hipotezy - przemęczenie, odwodnienie, niedobór soli związany z dużą utratą płynów...

Ola ma nieco inne objawy - tętno jej nie wzrosło, a mocno spadło. To prawdopodobnie pozytywny efekt treningu wytrzymałościowego, mięsień sercowy jest mocniejszy. O ile jej normalne tętno spoczynkowe wynosiło wieczorem sporo powyżej 50 uderzeń, tak teraz dochodzi nawet do 42. Ciśnienie Ola ma od zawsze niskie, pomiary typu 96/56 nie są rzadkością.

Samopoczucie jest ostatnio lepsze, ale nadal nie powala. Ostro masuję się Kijkiem, mam cały czas silne bóle łydek - a dziś długi trening w kolcach. Ola ma natomiast problemy z mięśniem krawieckim, to taki długi mięsień z przodu uda. Problemy to może za duże słowo, chodzi o nadmierne napięcie, przez co sztywnieje jej noga i ma problemy przy długich, szybkich biegach. Na szczęście źródło tego zostało w końcu zlokalizowane. Co jakiś czas miała tego typu dolegliwości - bóle z boku kolana, skurcze w czasie półmaratonu (np. w Kościanie rok temu ledwo dobiegła do mety). Szukałem źrodeł tego z atlasem anatomicznym w ręku. W końcu udało się zlokalizować pierwotne napięcie, które jest w okolicach kolca biodrowego, na przedniej części uda. Ola w tamtym miejscu jest mocno pospinana, ciężko jej się rozciągnąć, to ewidentna blokada. Zaś cały miesięń krawiecki jest napięty jak struna, a uciski i masaż Kijkiem powodują straszliwy ból. Na szczęście ten ból zmniejsza napięcie mięśnia i rozluźnia nogę. Często jest tak, że ból w jednej części ciała spowodowany jest problemem w zupełnie innym miejscu.

Jesteśmy bardzo zadowoleni z pobytu tutaj. Czas szybko minął, zrobiliśmy ogromną pracę treningową, nie do wykonania w Polsce w naszych miastach, szczególnie w taką zimę, jaka była w tym roku. Nie mieliśmy żadnych problemów zdrowotnych, mnie zdarzył sie jeden dzień przerwy. Za 2 tygodnie będziemy już w Polsce. Mam nadzieję na dobry start w Mistrzostwach Polski na 10 000m, ale przede wszystkim - na udany cały dalszy sezon. Dla mnie start na 10km jest teraz zależny od tego, czy uda mi się odpowiednio szybko złapać dobre obroty, luz w biegu. Na razie szybkościowo i mięśniowo czuję się wciąż mocno ociężały, niezgrabny, nieefektywny. Jeśli zdążę odpocząć, oczywiście cały czas porządnie biegając, bedzie na pewno dobrze. Jeśli nie - moc przyjdzie później. W zeszłym roku rozkręcałem się długo, dopiero w czerwcu zacząłem szybciej kręcić nogami. Mam nadzieję, że tym razem będzie lepiej.

17:29, plathman
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 12 kwietnia 2010
Mocne bieganie i pieski preriowe

Ostatni tydzień był luźny, jak wspomniałem. Jego ukoronowaniem był zaś dłuższy, mocny odcinek, ktory miał mi dać porównanie, jak się mają prędkości naszych treningów do naszej finalnej mocy. Teoretycznie zakładam bowiem, że z prędkością, z jaką biegamy odcinki 3-5 minut, powinniśmy przebiec 3-4km w trakcie treningu i nawet 5km w trakcie zawodów.

Biegliśmy więc dziś mocne 3km + 5x300m, wszystko w kolcach. Tak się trafiło, że zdarzył nam się najgorętszy dzień naszego pobytu - potworny upał, skwar. To niesamowite - 4 dni temu biegłem trening w czapce, pełnym, zimowym ubraniu, rękawiczkach - i trząsłem się z zimna. Dziś zaś - w słońcu lekko 35 stopni, na stadionie koszmarna patelnia, ani chmury na niebie, niewiarygodny skwar. Nie było więc łatwo. Pobiegłem 9:11 na 3km, spodziewałem się, że powinienem mocniej zatakować 9 minut, ale w sumie jak na warunki i ostatnie samopoczucie, byłem zadowolony. Na tego typu treningach jestem zawsze dużo słabszy niż podczas zawodów, a tutaj w górach jestem w ogóle jakiś słaby. Zacząłem bardzo spokojnie, z powodu pomyłki z zerknięciem na zegarek w trakcie biegu. Moje czasy: 3:08-3:03-2:59. Ostatni kilometr przebiegłem szybciej niz jakikolwiek odcinek tu w górach, nie jest więc najgorzej. 300-tki zacząłem na 46 sekund, ostatnia 41 - jest coraz lepiej, ale jeszcze daleko do pełnej mocy.

To, co jest dla mnie ciężkie do zniesienia, to nawierzchnia, po której biegamy. To nie jest tartan - to taka gumowa, tartanopodobna nawierzchnia ze zmielonych starych opon. Normalnie jest twarda jak kamień, ale na naszym stadionie Amerykanie napakowali warstwę chyba z 10 centymetrów. W rezultacie niby jest to twarde, ale równocześnie grube, więc nie ma odbicia, to jakby pochłania energię, jak wielka podeszwa z pianki W butach jest wszystko jedno, nie czuje się różnicy, ale w kolcach - koszmar, zero odbicia. Jest to jedna z przyczyn, dlaczego mam wciąż zmasakrowane łydki i po schodach schodzę tyłem.

Oto moje dwie fotki: jedna w trakcie, na ostatnim kilometrze, druga po:

Oli trening poszedł również bardzo dobrze, właściwie sporo lepiej niż mnie. Mimo fatalnego ostatnio samopoczucia, nie jest więc najgorzej. Efekty szybszego biegania na tej wysokości są jednak nieprzyjemne: straszne pieczenie w płucach, kaszel. Mnie mocno złapała alergia: kichanie, katar, łzawienie. To efekt nie tylko braku tlenu, ale przede wszystkim piekielnie suchego powietrza. Dzisiejsza wilgotność w Albuqerque to było 8% - ale na tym stadionie w słońcu mogło być nawet gorzej. To było jak bieganie w suchej saunie.

Popołudniu zrobiłem zaś ciekawy wypad: robiłem zdjęcia pieskom preriowym. To przesympatyczne zwierzątka, wyglądające jak jakaś dziwna, przerośnięta krzyżówka chomika i wiewiórki. Na sama myśl, że Winnetou i jego kumple łapali je, obdzierali ze skóry, piekli i zjadali, robi mi się słabo.

Piesków jest tu masa, a ponieważ zrobiło się gorąco, wychodzą całymi tabunami. Najbliższa norka jest kilkanaście metrów od naszego miejsca zamieszkania, a cała kolonia - kilkaset metrów dalej. Kusiłem dziś pieski ciastkami - i udało się. Na początku nieufne, wszystkie czmychnęły do norek, tylko czujki wystawiały noski. Potem strażnicy wyszli i czujnie węszyli dookoła. W końcu towarzystwo rozluźniło się i śmielej zaczęło aportować moje ciasteczka, nie zwracając uwagi na stukot migawki. Oto efekty:

06:14, plathman
Link Komentarze (4) »
1 ... 6 , 7 , 8 , 9 , 10 ... 45