| < Wrzesień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
Ola Jakubczak - strona mojej zawodniczki
Strona Marcina Lewandowskiego 800m
piątek, 06 stycznia 2012
Nowa strona

Tym, którzy wciąż trafiają do mojego bloga tutaj, przypominam o nowej stronie.

Aktualizacje bloga robione są zwykle co najmniej raz w tygodniu.

Tagi: nagorpl
16:25, plathman
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 24 listopada 2011
Nowe wpisy

Blog jest w nowym miejscu, ale działa. Tu link do ostatniej notki: link do ostatniej notki.

10:05, plathman
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 25 października 2011
Nowy blog!
Po wielu miesiącach prób i testów uroczyście otwieram wersję testową mojej nowej strony internetowej. Tak dobrego, bogatego bloga nie ma nikt - ani prezydent, ani papież, ani nawet przewodniczący Komunistycznej Partii Chin.

Zanim klikniecie na adres nowej strony, zachęcam do zapoznania się z niniejszym tekstem. Wyjaśnię w nim co, jak i dlaczego. Po przeczytaniu jest szansa, że nie zginiecie w otchłaniach wieloletniej treści.

Blog w nowym miejscu jest kontynuacją mojego starego bloga, obecnego w internecie od stycznia 2006 roku - czyli już niemal 6 lat. Zawiera całą treść, która ukazała się do tej pory, pokazaną w dużo bardziej atrakcyjny i wygodny sposób. Nowe wpisy będą się ukazywały już tylko w nowym miejscu, na starym blogu zamieszczę ewentualnie zajawki i informacje o kolejnych wpisach.

Nowa wersja jest tak wypasiona, że nie wiem, od czego zacząć ; ) Zawdzięczam to mojemu kumplowi-informatykowi, Grześkowi, który męczył się i nadal męczy nad unikalnym silnikiem strony. To nie jest gotowy szablon, tylko blog stworzony od zera, od pierwszego do ostatniego bita autorski. Wiele opcji jest jeszcze nieuaktywnionych - będę miał czym zaskakiwać czytelników w przyszłości. Gdyby ktoś chciał skontaktować się z Grzesiem, służę odpowiednimi danymi.

Główną ideą bloga było wygodniejsze pokazanie treści, którą gromadzę tu od lat oraz zebranie w jednym miejscu wszystkich moich projektów i tekstów. To się będzie dokonywało stopniowo. Stare wpisy są skopiowane, ale jeszcze nie wszystkie podłączone do odpowiednich kategorii, nie oznaczone odpowiednimi słowami-kluczami. Jest trochę dziur - prawie nie ma artykułów, niewiele zestawów ćwiczeń, mało zdjęć w galerii. Ale mimo wszystko daję czytelnikowi dostęp do potężnej bazy danych, zbioru ponad 400 notek, artykułów, felietonów.

Zachęcam wszystkich do rejestrowania się jako użytkownicy. To nie wiąże się z żadnymi obowiązkami, a daje dostęp do kilku ciekawych opcji. Łatwiej jest dzięki temu śledzić nowe wpisy. Informacje o nich oraz o nowych komentarzach można otrzymać bezpośrednio na skrzynkę pocztową. Wstawiane komentarze zalogowanych użytkowników publikowane są od razu, bez moderacji, możliwe jest też zarządzanie nimi - usuwanie czy poprawianie. W przyszłości będzie możliwe np. skontaktowanie się z autorem interesującego Was komentarza.

Blog zawiera też mini bazę danych, dotyczącą startów i wyników moich oraz Oli. Wyniki biegów oraz posty można obejrzeć na mapie, łatwo też nawigować np. od wyniku do opowiadającego o nim wpisu na blogu. Nie wszystko jest tu jeszcze powiązane ze sobą, ale z dnia na dzień coraz więcej. Proszę sobie wyobrazić, jaka to praca: połączenie ze sobą wszelkich możliwych wpisów, komentarzy, wyników, co daje dziesiątki tysięcy kombinacji, różnych ścieżek dostępu do zawartej tu treści.

Atrakcyjną sprawą jest możliwość zamieszczania bardzo dużych, wyraźnych zdjęć, filmów video, różnego rodzaju plików multimedialnych. Wykorzystam to w przyszłości np. do prezentacji ćwiczeń. W tej chwili w dziale "Trening" na dobry początek zamieszczam dwa zestawy ćwiczeń Core Stability, z dokładnym opisem. To treningowa pomoc dla każdego.

W środkowej kolumnie będę przypominał starsze ważne teksty, które na starym blogu znikały gdzieś w cyber-otchłani. Niektóre z nich są zaskakująco aktualne nawet po kilku latach.

Zapraszam więc od oglądania i komentowania. Prace nad stroną trwają nadal, w kolejnych zmianach na pewno uwzględnię ciekawe pomysły moich czytelników. A w kolejnych wpisach raz na jakiś czas będę prezentował możliwości nowego bloga. Jest ich tyle, że wielu sam jeszcze nie ogarniam.
Wchodźcie: Nagor.pl
20:05, plathman
Link Komentarze (2) »
wtorek, 18 października 2011
Zabójcze serdelki
Chyba mało kto zauważył, że w ostatnich dniach dokonano niezwykłego odkrycia naukowego, rzucającego nowe światło na rekordowe wyniki oraz regenerację powysiłkową. Okazuje się, że biegowy świat przez kilkadziesiąt lat żył w błędzie i niewiedzy. Kto dokonał przewrotu? My, Polacy! A konkretnie "Gazeta Wyborcza". Nie wiem jak Wy, ale ja uważam, że za takie odkrycie powinno się nominować niestrudzonych poszukiwaczy prawdy z "GW' co najmniej do nagrody Nobla.

Już wyjaśniam, na czym polega rewolucja. Otóż autorka daje rady maratończykom i naukowo wyjaśnia, dlaczego bolą ich nogi po przebiegnięciu ponad 42 kilometrów. Oto cytat z gazetowego wydania sprzed paru dni:

"Bolesność mięśni, którą odczuwamy po intensywnym wyścigu jest w dużej mierze skutkiem nagromadzenia wody. Nogi puchną, zaczynają wyglądać jak serdelki. Jeśli nie dopuścimy do tego stanu - płyny nie będą wywoływać ciśnienia na zakończenia nerwowe pod skórą. Bolesność będzie mniejsza, będzie trwała krócej. Jak temu zapobiegać? Jeśli myślałeś kiedykolwiek o spodniach kompresyjnych albo podkolanówkach - to jest powód dla którego warto je kupić. Mogą to być również po prostu ciasne legginsy, które nie pozwolą wodzie gromadzić się w mięśniach."

Mocne, prawda? Tak mocne, że czytając to, omal nie udławiłem się popijaną do lektury herbatą. Oto wieloletnie mity obalone! Spisek fizjologów i trenerów ujawniony! I jest cudowne lekarstwo: owe kompresyjne podkolanówki.

Do tej pory przekupione autorytety wmawiały biegaczom, że jednym z gorszych skutków maratonu jest bardzo głębokie odwodnienie organizmu. Stąd liczne kampanie reklamowe wszelkich nawadniaczy, izotoników, napojów różnej maści. Dzięki Gazecie Wyborczej wiemy już, że to oszustwo. Po maratonie nie tylko nie dochodzi do żadnego odwodnienia, ba - dzieje się coś przeciwnego i o wiele gorszego! Podstępna woda spływa do nóg i - jak to naukowo wyjaśnia autorka - sprawia, że nabierają serdelkowatego kształtu. W tym momencie przypomniałem sobie liczne obrazy, potwierdzające tę tezę. Oto Haile Gebrsellassie po ustanowieniu rekordu świata w maratonie udziela wywiadu. Widzom zapada w pamięci wstrząsający obraz Etiopczyka chwiejącego się na... zaraz, zaraz, czy to serdelki?! Nie, to jego napuchnięte jak balony nogi!

Oto Kenijczyk Patrick Makau, kolejny rekordzista, nie zostaje wpuszczony do samolotu odlatującego do Afryki. Powód: jego wielkie, serdelkowate nogi nie mieszczą się w drzwiach wejściowych...

A wystarczyło za jedyne 350 zł kupić skarpetki kompresyjne!

Przy okazji warto zauważyć, że Gazeta Wyborcza całą swoja politykę dostosowuje do najnowszych odkryć. Do niedawna obok serii artykułów o bieganiu ukazywały się tam reklamy napoju nawadniającego w czasie wysiłku. Skoro jednak odwodnienie nie jest przyczyną kłopotów biegaczy, tylko serdelki - tfu, tfu! - chciałem powiedzieć: nadmiar wody, jakżeby ta miłująca prawdę redakcja mogła nadal reklamować coś takiego? Przecież to logiczne, że skoro przyczyną bólu po biegu jest nadmiar wody, to im mniej wypijemy, tym ból będzie mniejszy. Stąd tylko krok do odkrycia, że nogi muszą najmniej boleć po maratonie na Saharze!

Wyborcza lojalnie nie reklamuje już więc napojów nawadniających. Kampania reklamowa się skończyła, a my wiemy, że to nie działa. Teraz czas na reklamy skarpetek kompresyjnych i wycieczek na Saharę. Koniec ery odwodnienia - nadchodzi era serdelkowatości!


P.S. Jak powinna wyglądać pierwsza pomoc po maratonie? Odpowiedź: założenie opaski uciskowej na nogi, aby zapobiec gromadzeniu się w nich wody.
poniedziałek, 17 października 2011
Ładowanie odpoczynkiem
Już od czasów nazaretańskich wiadomo, że nic nie działa tak ożywczo jak dobry cykl: ukrzyżowanie, śmierć, zmartwychwstanie. Nie inaczej jest w treningu biegowym, który jest przecież alegorią całego życia. Ciągle idziemy naprzód, upadamy i podnosimy się, wciąż mamy nadzieję, na to, że staniemy się lepszymi. Czasami walczymy dla samej przyjemności walki, bez konkretnego celu. Wciąż w biegu.

Szukając nowych źródeł inspiracji treningowej, postanowiłem sięgnąć do korzeni kultury, czyli Biblii. Amerykański maratończyk Ryan Hall twierdzi, że trenuje go sam Bóg - i skubaniec pobiegł 2:04 w maratonie, co z tego, że z wiatrem? Niektórzy zresztą uważają, że dmuchało prosto z niebios. Może Ryan, mogę i ja - odwołałem się do wspomnianego na początku cyklu i jestem właśnie w fazie biegowego zmartwychwstawania. Wcześniej zostałem ukrzyżowany, oczywiście przez samego siebie. Morderczy cykl treningów i startów doprowadził do tego, że byłem wrakiem. Wyjście na trening stawało się męczarnią, przy byle truchcie czułem jakby ktoś (z pewnością sam diabeł) doczepił mi do nóg dodatkowe obciążenie.

Odpocząłem więc całe 15 dni, dając tym samym dobry przykład wszystkim fanatykom treningu. Tak jak po nocy przychodzi dzień, tak po treningu konieczny jest odpoczynek. A ponieważ zdarzało mi się odpuszczać już wcześniej, zauważyłem kilka faz roztrenowania.

Otóż z początku efekt odpoczynku jest wręcz przeciwny od zamierzonego. Przez pierwsze kilka dni czułem się coraz gorzej. Na pewno każdy z Was to zna - odpoczywacie, odpuszczacie, nie biegacie, a samopoczucie coraz gorsze. Jest to jak najbardziej normalne. Po dobrym treningowym ukrzyżowaniu dopiero w trakcie odpoczynku można poczuć jak bardzo jest się zmęczonym. Jest to faza pierwsza. Potem następuje nagły zwrot akcji - niesamowity luz w nogach. Po kilku wolnych dniach idąc czułem się, jakbym nie dotykał stopami ziemi. Roznosiła mnie energia. O ile wcześniej wchodziłem po schodach ciężko, powoli, oszczędzając glikogen, tak po odpuszczeniu niemal frunąłem, przeskakując po 4-5 schodków. Chciałem skakać, tańczyć, swawolić. Ktoś mniej doświadczony uznałby, że to już, trzeba zakończyć odpoczynek, cel spełniony. Ale gdzież tam!

Druga faza odpoczynku nie jest ostatnią. Owo pobudzenie to chwilowe odreagowanie organizmu, dobre jako luzowanie przed zawodami, ale nie na koniec sezonu i związane z tym przemęczenie. Kiedy przetrwa się te kilka dni euforii, znowu robi się gorzej. Zacząłem się czuć ociężale - niby nie bardzo ciężko, ale luźno też nie. Jakoś tak bez siły, bez życia. Można odnieść wrażenie, że wtedy ucieka cała forma. To błąd - to jest właściwa faza odpoczynku. Organizm już wie, że nie musi oczekiwać kolejnych bodźców treningowych i może spokojnie poświęcić się odbudowie mięśni na najgłębszym poziomie. Myślę, że nauka jeszcze tego nie sprawdziła - wiadomo, co się odbudowuje w ciągu 48 godzin od wysiłku, ale później? Ja też nie wiem, ale mam świadomość, że jest to faza konieczna. Dopiero potem przechodzi się do części ostatniej: normalizacji. Wtedy samopoczucie wraca do normy, nie ma ani nadmiernego luzu, ani specjalnego zmęczenia, ale samopoczucie jest dobre. Nogi nie są ciężkie, ale nie czuć w nich również gotowości do bicia rekordów. Tak się czują normalni, wysportowani zdrowi ludzie. Nas różni od nich tylko rosnący apetyt na bieganie.

Po tej fazie treningowo zmartwychwstałem - dzisiaj wyszedłem na pierwsze rozbieganie od 15 dni. Byłem zaskoczony. Oczekiwałem problemów, zadyszki, bólu mięśni, nic zaś takiego nie nastąpiło. Owszem, lekka ociężałość nóg, ale zamiast biec owe skromne 40 minut, bez problemu zrobiłbym dwa razy więcej. To jest wielka zaleta treningu wytrzymałości: forma nie ucieka zbyt szybko. Sam szczyt formy, rodzaj wyśrubowania, owszem. Jeśli ktoś na dychę w szczycie formy wycisnął, powiedzmy 33 minuty, to dwie minuty z tego to wyśrubowanie, efekt dobrego rozłożenia faz treningu. Ale do 35 minut dojdzie bardzo szybko bez wielkich kombinacji, zakładając oczywiście, że trenował prawidłowo. Te 35 minut to podstawowa forma, rdzeń formy. Wrócić do tego po kilkunastodniowej przerwie jest bardzo łatwo.

Teraz czekają mnie 3 tygodnie luźnego biegania, stopniowego wchodzenia w trening. A potem katorga od nowa. Tym razem mam zamiar się zawziąć. W tym roku sporo odpuszczałem, obcinałem z treningów, obijałem się, uznając, że skoro wcześniej tak dużo trenowałem, tym razem wystarczy minimum chęci i same starty. Tragedii nie było, ale wielkiego postępu również. Przyzwyczajam się więc do myśli, że żeby po 10 lat treningu zrobić duży krok naprzód, trzeba włożyć w to naprawdę wiele wysiłku. Jestem na to gotowy - przygotował mnie odpoczynek. Naładowałem się po korek.
środa, 05 października 2011
Koniec sezonu

Nadszedł październik, a wraz z nim koniec sezonu. Miałem różne plany, zastanawiałem się jeszcze nad startami na ulicy, ale w końcu doszedłem do wniosku, że na ten rok treningowy mam dość. Zmęczenie jest duże, tak psychiczne, jak i fizyczne. W tym roku mam zamiar nareszcie zrobić dobre, długie roztrenowanie - brakowało mi tego od dawna.

Warto podsumować tegoroczny sezon startów, bo był on długi, ciekawy i niezmiernie pouczający. Część celów została spełniona, część nie. Charakterystyczną cechą była wyjątkowa rozpiętość startów: pod względem dystansów (podobnie jak w ostatnich latach)  i pod względem czasu trwania (wyjątkowo duża). Startowałem na zawodach na dystansach 400m w sztafecie, 600m, 800m, 1000m, 1500m, 1 mili na ulicy, 3000m, 4km crossu, 6km crossu, 10km na ulicy, 10km na bieżni. Ale to, co wyróżniało ten sezon, to jego długość: zaczęło się startami na hali w lutym, potem przełaje w marcu, ulica w kwietniu i bardzo długi sezon na bieżni. Ostatni start miał miejsce 1 października, nigdy wcześniej nie biegałem na bieżni tak późno.

Zauważyłem po raz kolejny bardzo ciekawą rzecz: organizm nie znosi monotonii. Kiedy w zeszłym roku kończyłem starty treningiem do maratonu i maratonem, byłem kompletnie przytłoczony objętościowym treningiem. Miałem dość jakiegokolwiek długiego biegania. W tym roku postawiłem więc mocno na bieżnię, postanowiłem ścigać się głównie na dystansie 800m. Liczyłem na to, że to jedna z moich ostatnich okazji na dobre wyniki na tym dystansie, bo z wiekiem coraz trudniej utrzymać szybkość i wysoką tolerancję mleczanową. Po sezonie biegania 800m mam jednak dość również tego dystansu. Wszelkie krótkie, intensywne wysiłki mnie odrzucają, a tęsknię - co za ironia! - za objętościowym, luźnym bieganiem.

Moje cele zostały spełnione w tym względzie, że odniosłem parę drobnych sukcesów: przede wszystkim indywidualny medal mistrzostw Polski na hali i drużynowy medal mistrzostw Polski w przełajach. Po 6 latach poprawiłem też życiówkę na 1500m, uzyskując na tym dystansie ponownie 1 klasę sportową. Rozczarowaniem jest na pewno słaby występ podczas letnich mistrzostw Polski oraz brak tak dobrego wyniku na 800m, jak tego oczekiwałem. 800m mnie niestety zawiodło. Okazało się co prawda, że jestem w stanie trzymać niezłą, równą formę przez cały sezon. W lutym pobiegłem na 800m 1:53,3, a 1 października w Białogardzie, czyli kilka dni temu - 1.53,39. W międzyczasie było sporo startów na podobnym poziomie, najszybszym biegiem okazało się 1.52,10, uzyskane w Goeteborgu. Czyli w formie na 1:52-1:53 byłem cały czas.

Oczywiście podobne wyniki nie zawsze warte są tyle samo. Niektóre z nich są mocne - np. moje 1.52,43 z maja w Gdańsku, w samotnym biegu i przy silnym wietrze czy samotne 1.53,56 z Torunia, uzyskane w potężnej wichurze. Te biegi, gdybym wtedy biegł w idealnej pogodzie, w mocnej stawce, mogły być sekundę, dwie szybsze. Czułem się wtedy bardzo mocny. Podobnie w Goeteborgu, gdzie byłem zamknięty i bez możliwości ataku, po tamtym biegu spodziewałem się, że uzyskanie 1:50 to będzie formalność.

Z drugiej strony mamy jednak dwa jesienne starty: 1.52,36  Krakowie oraz te ostatnie 1:53,39 w Białogardzie. One były w bardzo dobrych warunkach i w dobrej obsadzie, gdybym w te dni miał więcej siły, była możliwość pobiegania szybciej. Tu już jednak wyraźnie brakowało mi energii.

Na koniec sezonu przysiadłem więc z kalendarzem i dzienniczkiem treningowym i zacząłem analizować biegi, treningi, zastanawiać się, czego zabrakło, co było dobre, jakie wnioski mogę wyciągnąć z tego na kolejne lata. Pod uwagę muszę też brać sezon Oli, trenowanej przeze mnie od dłuższego czasu. Ona zaczęła sezon z ogromnym impetem, zdobywając medale na hali, bardzo dobrze biegając wiosną na ulicy, potem srebrny medal MP na 10 000m i znowu poprawiona życiówka na tym dystansie. Od sierpnia zaczął się jednak jej dołek. Wpływ miały na to dwa nieudane starty na zmęczeniu po obozie w Szklarskiej Porębie: przede wszystkim 1500m w Sopocie, potem 5000m podczas Mistrzostw Polski. Po tych biegach Ola koniecznie chciała udowodnić sobie, że jest w dobrej formie. Zrobiła kilka imponujących treningów, biegając dużo szybciej od założeń. To jednak okazało się gwoździem do trumny - przyszło straszne zmęczenie, fatalne występy w półmaratonie, potem infekcje, przeziębienie. W związku z tym od początku września oboje w treningu nie robimy praktycznie nic, tylko startujemy. Mnie pozwoliło to zachować ten sam, równy poziom, Ola odbudowała się nieco i myślę, że jest teraz w formie mniej więcej na 34:30 na 10km. Zmęczenie jest jednak duże i odpuszczamy dalsze starty, być może Ola pobiegnie jeszcze coś w najbliższy weekend w swojej okolicy.

Ponieważ u nas obojga jest podobny schemat: dobra pierwsza połowa roku, słaba druga, nasuwa się przypuszczenie, że powód może być ten sam. Po pierwsze, może to być zmęczenie treningiem lub źle zaplanowana periodyzacja, dzięki której szczyt formy przyszedł zbyt wcześnie. Mam jednak ten komfort, że współpracuję z grupka biegaczy i mogę sprawdzić, czy podobny schemat powtarza się u nich, co wskazywałoby na konieczność korekty całego mojego systemu treningowego. Tak jednak nie jest, nie ma takiej reguły, niektórzy z moich zawodników cały czas biją życiówki i są w bardzo dobrej formie. Inni są w słabszej, ale spowodowanej np. problemami zdrowotnymi. Duże zmęczenie jest widoczne u tych, którzy startowali najczęściej, podobnie jak my.

Na pewno widać więc, że i ja, i Ola, mieliśmy bardzo długi sezon. Tak się najwyraźniej nie da, nie da się biegać cały czas na najwyższym poziomie: hala, przełaje, ulica, stadion, znowu ulica. W przyszłym roku trzeba z czegoś zrezygnować. Tu jednak dygresja: w tym roku taki a nie inny tok przygotowań był po części spowodowany tym, że letnie mistrzostwa Polski były bardzo późno. I nie było kiedy odpuścić, bo zaraz po nich były mistrzostwa Polski w półmaratonie. Rok temu w wakacje zrobiliśmy tydzień wolnego i na jesień dzięki temu Ola pobiła jeszcze życiówkę na  3000m na bieżni, wygrała też na luzie półmaraton w Łowiczu. W tym roku to był ciąg. Ja, z natury swej leniwszy, zrobiłem trochę dni wolnych, np. w trakcie podróży. Ola tymczasem przez cały rok miała 1 (słownie: jeden) dzień wolny. Do tego trzeba dodać fakt, że zawodnik rzadko robi precyzyjnie to, co zaplanował trening. Ola ma tendencję do zbyt mocnego biegania, większość jej akcentów była zdecydowanie za szybka w porównaniu do założeń.

Poza analizą startów przemyślałem też przygotowania i myślę, że wiem, co można było zrobić lepiej. Otóż rok temu po maratonie i po sezonie nie odpoczęliśmy dostatecznie i myślę, że to był pierwszy krok ku nadmiernemu zmęczeniu w tym roku. Ja po maratonie miałem 5 dni bez biegania, potem 2 tygodnie luźnego treningu 3-4 razy w tygodniu - w tym czasie jednak startowałem na milę, zrobiłem więc też dwa razy szybsze bodźce. Po tym czasie wróciłem do codziennego biegania. Z Olą było jeszcze gorzej, namówić ją na wolne to jest prawdziwe wyzwanie. Dostała ode mnie 2 tygodnie wolnego, ale w tym czasie biegała co drugi dzień. Cały czas była więc w dobrej dyspozycji i już na początku grudnia biegła bodajże w Bogdance bieg na ulicy, zwyciężając w dobrym czasie i samopoczuciu. Oboje nie mieliśmy więc dobrego roztrenowania, cały czas pobiegiwaliśmy. Podobnie robimy co roku, ale zeszły sezon był czasem, kiedy przetrenowaliśmy morderczą zimę w USA, a zmęczenie z tego treningu dokuczało nam cały rok. Ola zrzuciła to potem z siebie, ale u mnie można powiedzieć, że po tej rzeźni nie doszedłem do siebie do dzisiaj.

Tym razem robimy więc solidne roztrenowanie: 2-3 tygodnie kompletnie bez biegania. Wciąż przypominam sobie, że najlepszy sezon i 4 najlepsze wyniki w biegu na 800m uzyskałem w roku, kiedy pod koniec lata wyjechałem do pracy do Holandii i nie trenowałem w ogóle 1,5 miesiąca. Organizm odpoczął wtedy na tyle, że był w stanie bez problemu znieść bardzo ciężką pracę zimą. To zaś zaowocowało bardzo dobrym sezonem.

Biegacze to taki rodzaj materiału ludzkiego, który niechętnie odpoczywa. Widzę to po sobie i po moich podopiecznych. Namówić kogoś na 2 tygodnie odpoczynku to prawdziwe wyzwanie. Rwę sobie włosy z głowy z rozpaczy, ale sam jestem tylko odrobinę lepszy. Tym razem dam więc dobry przykład. Nie biegam już trzeci dzień i dobrze mi z tym, chociaż przyznam, że nie mogłem się powstrzymać przed robieniem pompek i brzuszków. To moja jedyna okazja na częściową odbudowę bicepsa ; )

Są już pewne przymiarki do przyszłego sezonu, ale dokładniejsze plany pojawią się dopiero po biegowych wakacjach. Na początku sezonu Ola wygrała bon z biura podróży, do końca roku musimy go wykorzystać na jakąś wycieczkę, prawdopodobnie odpoczniemy więc tydzień w cieplejszym klimacie. Już teraz mogę jednak powiedzieć, że na pewno nie skupię się za rok na 800m, tak jak to robiłem teraz. Ten trening jest do pewnego stopnia przyjemny, ale coraz trudniejszy do zniesienia. Warto przy tym wspomnieć o różnicy psychicznej. Otóż każde bieganie na bieżni, a szczególnie w krótszych biegach, to ogromne napięcie. Proszę tylko pomyśleć - biegnie się niemal na maxa, bo 800m to niecałe 2 minuty biegu. Lekkie rozluźnienie może dać pół sekundy straty na każdej prostej i wirażu. Na okrążeniu daje to całe 2 sekundy - przepaść! Jeśli 800m zacznie się o 2 sekundy za wolno, praktycznie pogrzebany jest dobry wynik, szczególnie w samotnym biegu. Ale jeśli zacznie się za szybko - będzie to samo. Jest tu więc duża presja wcelowania w precyzyjne międzyczasy, do tego zaś oczywiście walka ze zmęczeniem, te krótsze biegi są potwornie intensywne, wypalające płuca. Całość daje więc dużą presję przed startem i w trakcie, jest kalkulacja, jak mocno zacząć w różnych warunkach pogodowych. Przy tym cały czas się ciśnie, to jest bardzo mocne bieganie.

Efekt jest taki, że na koniec sezonu jestem kompletnie wyczerpany psychicznie. Tym bardziej, że w poprzednich latach, ucząc się biegów długich, uczyłem się rozluźnienia. Biegnąc na 10km, trzeba umieć się rozluźnić, niemal zapomnieć, że się biegnie. Na 800 i 1500m nie ma mowy o rozluźnieniu w biegu na wynik. I nie zmienia tu niczego fakt, że biegam dla przyjemności. Przyjemność mam bowiem również z wyniku i w poprawę swoich życiówek cały czas celuję. Nie mając dostępu do szybkich biegów, w większości sam atakowałem dobre czasy, co kończy się i zmęczeniem, i często porażką. Tak było np. w Toruniu, gdzie po całym dystansie nadawania tempa i robienia za tarczę osłaniającą przed wiatrem, zostałem wyprzedzony na ostatnich kilku metrach. To jest niezmiernie frustrujące. Dodajmy do tego moje problemy z oskrzelami i tygodnie kaszlu. Dla tych wszystkich powodów nieco odpuszczę ten dystans - nadal będę na nim startował, ale rzadziej i z treningu do nieco dłuższych dystansów. A jakich konkretnie - jeszcze rozważam.

Teraz zaś odpoczynek. Od biegania, ale nie od pisania. Już wkrótce, już naprawdę niedługo otwarcie mojej nowej strony internetowej. A na deser zdjęcie sprzed 1,5 tygodnia z Koszalina, gdzie prowadziłem bieg na 5000m:

piątek, 30 września 2011
Ciekawe biegowe wydarzenia ostatnich miesięcy

Z powodu galopady wydarzeń mój blog w ostatnim czasie utracił nieco swojego publicystycznego zęba. Ograniczyłem się do kronikarskiego zapisu moich i Oli biegowych przygód. Dzisiaj nadrabiam nieco zaległości. Oto kilka ostatnich niezmiernie ciekawych wydarzeń związanych z biegami na różnych dystansach. Wszystkie z moim autorskim komentarzem.

1. Rekord Polski Artura Ostrowskiego na 1500m - 3.34,35

Przyznam, że wydarzenie to kompletnie mnie zaskoczyło, podobnie jak całą biegową Polskę. Poznańska scena biegowa, z której wywodzi się Artur, jest mi dość słabo znana. Rzadko tam startuję, nie znam dobrze trenerów ani zawodników, może poza Michałem Bartoszakiem. Nie jestem więc pewien, czy za sukcesy zawodników z tamtego rejonu bardziej odpowiada tradycyjny wielkopolski kult pracy czy może łagodny jak na Polskę klimat? Fakt faktem, że Ostrowscy robią coś dobrze, skoro Artur pobiegł tak niewiarygodnie szybko, zarówno na 1500m, jak i na 800m (1.44,82).

Moje zaskoczenie trzeba umiejscowić w odpowiednim kontekście. Otóż Artur Ostrowski jeszcze rok temu był biegaczem z niezłymi, ale nie rzucającymi na kolana życiówkami. 800m biegał w czasie 1.47,52, 1500m - w 3.46,57. Co gorsza, nie poprawiał się, miał słaby poprzedni sezon. W gruncie rzeczy był niewiele szybszy ode mnie. Wystarczyło jednak kilka tygodni, a wskoczył na poziom przekraczający wyobraźnię większości polskich biegaczy.

Tu mini nota historyczna. Śledzę polskie 1500m od dawna i widziałem wielu utalentowanych, mocnych zawodników, którzy w ciągu ostatnich 10 lat z trudem łamali barierę 3:40 na tym dystansie. Przykłady: Zbigniew Graczyk, Mirosław Formela, Leszek Zblewski, ostatnio Bartosz Nowicki - z każdym z nich miałem okazję startować, znałem ich trening, ich jako ludzi. Dochodzili do 3:38-3:39, czasami jakimś niewiarygodnym fartem udawało im się prześliznąć na 3:37. Atakowali te czasy latami i nic. A nie byli to byle jacy biegacze - Graczyk piekielnie wydolny, Formela silny jak tur, Zblewski zabójczy na finiszu, Nowicki wszechstronny jak nikt inny. A tu taki Ostrowski ni z tego, ni z owego w ciągu kilku tygodni z poziomu 3:46 zjeżdża na 3:34, w rejony, gdzie żaden Polak nigdy nie postawił nogi. Niewiarygodne. Teraz tylko trzymam kciuki za więcej, bo 3:34 to jeszcze kilka sekund do światowej czołówki. Ale pierwszy krok został zrobiony.

Artur Ostrowski na podium Halowych Mistrzostw Polski. Obok Adam Kszczot i nie kto inny jak ja, z koszmarnym wytrzeszczem po przebiegnięciu 800m i 3000m w ciągu pół godziny

2. Amerykanin Galen Rupp biegnie 26:48,00 na 10 000m

O ile Ostrowski przekroczył granice marzeń Polaków, tak szczupły blondynek z Oregonu, Galen Rupp, zaskoczył cały świat. Nie, może "zaskoczył" to złe słowo. Od dawna widać było bowiem, że ten regularnie rozwijający się chłopak jest w stanie biegać bardzo szybko, nie na darmo firma Nike pompuje w jego przygotowania miliony dolarów. Co innego jednak marzyć, co innego dokonać. Rok temu Chris Solinsky jako pierwszy biały przełamał granicę 27 minut w biegu na 10 000m. Rupp czekał na swoją chwilę dłużej, ale gdy nadeszła, bariera 27 minut została totalnie strzaskana. Wynik 26:48 to kompletna abstrakcja. Wystarczy pomyśleć, że tylko dwóch Polaków w historii pobiegło 5000m szybciej niż Rupp przebiegł drugą połowę biegu na 10 00m. Nigdy biały człowiek nie był tak niewiarygodnie mocny na długim dystansie. Może wynik 2:04 Ryana Halla w maratonie to coś porównywalnego, ale został jednak uzyskany w nieregulaminowych warunkach. Tu mamy piękny bieg, niesamowity wynik, popis możliwości ludzkiego organizmu, nie tylko kenijskiego.

To, co podoba mi się w amerykańskiej metodzie trenera Alberto Salazara oraz w samym Ruppie, to ich cierpliwość i konsekwencja. Jak to stwierdzili w jednym z wywiadów: cały czas interesuje ich tylko to, żeby wykonać kolejny krok w przód. Małysz myślał tylko o dobrym jednym skoku, oni chcą się tylko chociaż trochę poprawić. I tak krok za krokiem przekroczyli czyjąkolwiek wyobraźnię. Wiem zaś, jak jest to w gruncie rzeczy trudne. Próbując zrobić ten dodatkowy kroczek, łatwo zrobić równocześnie dwa kroki do tyłu. Poprawi się szybkość, straci wytrzymałość, poprawi wytrzymałość, spada siła. Wzrośnie siła, spadnie rozluźnienie w biegu - i tak bez końca.

3. Patrick Makau bije rekord świata w maratonie, upadek Haile, powstanie Pauli Radcliffe

Maraton w Berlinie, który odbył się dosłownie kilka dni temu, przyniósł kilka doniosłych wydarzeń. Tak się składa, że mam z tego miejsca relację z pierwszej reki, bo tata biegał, mama kibicowała.

Najpierw rekord świata - w gruncie rzeczy spodziewany. Od dawna widzę bowiem, że przyszłość maratonu leży w rękach, a właściwie nogach nowej generacji biegaczy. Piekielnie szybcy, silni, potrafią biec 10km w 26 minut i w szczycie formy przechodzą do maratonu. Nie czekają jak my, starsze pokolenie, do późnego wieku. Prędzej czy później padną kolejne bariery, w tym mityczne 2 godziny. Na razie mamy poprawę rekordu o średnio pół sekundy na kilometr biegu - pomyślcie, jaka to precyzja! Wystarczy, że gdzieś tam biegacz przez chwilę poczuje się słabo, zawieje wiatr, zaświeci słońce, a te sekundy zaczną uciekać. Rekord świata, każdy rekord, wymaga doskonałych warunków, doskonałej formy, doskonałego dnia. W Berlinie była świetna pogoda, bezwietrzna; ciepło, ale nie gorąco. Makau to wykorzystał i chwała mu za to. Nie wiadomo, czy po tym sukcesie nie stanie się kolejnym z długiego szeregu Kenijczyków, którzy wystrzelali na moment, w krótkiej i błyskotliwej karierze biegli niesamowite wyniki, a potem znikali w niepamięci.

Tym bardziej należy doceniać wysiłek przedstawicieli starszej generacji. Dwoje rekordzistów świata, Paula Radcliffe i Haile Gebresellasie biegło w jednym biegu. Nie wiadomo, czy coś takiego jeszcze się kiedyś powtórzy. Oboje skończyli nieco inaczej. Haile - na tarczy. Może się wydawać, że ten spryciarz umiejętnie robi wokół siebie szum marketingowy - niby biegnie na rekord, a potem a to jakaś kolka, a to kolano, jak rok wcześniej. Szum jest, rekordu nie ma. Docenić należy jednak żywotność tego małego skubańca. Tyle lat na topie, nie wiadomo, ile lat ma naprawdę, a wciąż się trzyma, w końcu po drodze trzasnął 1:01 w półmaratonie. I chociaż ten szum medialny trochę mnie drażni, chociaż wydaje się, że wiek dopada Haile, organizm nie daje rady, to jednak za tę wytrwałość kibicuję mu z całej siły i mam nadzieję, że gdzieś, jakoś, kiedyś, da jeszcze rade pobiec niewiarygodnie szybko.

Podobnie Paula Radcliffe - ona podniosła się po przygnębiającej serii kontuzji, przerw, chorób i nieszczęść. Wydawało się, że już jest po niej. W ostatnich latach jeśli coś się o niej czytało, to tylko o kolejnej kontuzji. Tutaj się pozbierała i pobiegła bardzo szybko, chociaż dużo wolniej od swojego rekordu świata. Po międzyczasach widać, że tym razem ściana maratońska jej nie oszczędziła, cierpieć musiała niemiłosiernie - ale dotrwała i za rok walczy o swój pierwszy medal olimpijski, w wieku blisko 40 lat!

Paula Radcliffe w Berlinie

4. Bardzo dobry bieg w Berlinie Iwony Lewandowskiej - 2:30:38

W Polsce rynek biegowy rozwija się w takim kierunku, że jest dużo bełkotania o rzeczach kompletnie nieistotnych, mało ważnych biegach, sponsorowanych przez duże firmy, butach, pierdołach, marketingowej papce. Mało zaś docenienia ciężkiej pracy i dobrego wyniku, nawet jeśli nie daje on miejsca w pierwszej dziesiątce czy pięćdziesiątce na świecie. Czas to nadrobić.

Iwona Lewandowska podczas maratonu w Berlinie przeszła sama siebie. Krótki rys sytuacyjny: jeszcze rok temu odpadła z walki o medale podczas mistrzostw Polski na 10 000m. Pobiegła wtedy 35 minut z kawałkiem. W półmaratonie 1:16. Ale ma wsparcie dobrego sponsora, firmy komputerowej Action i dużą chęć do pracy. Ostatnie kilkanaście miesięcy spędziła więc głównie na obozach treningowych, w Polsce, za granicą, gdzie się tylko dało. Zasuwała tam jak wół w kieracie. I to wynik - zeszłoroczny czas z mistrzostw Polski pobiegła niemal po drodze w maratonie. Zeszłoroczną życiówkę z półmaratonu pobiła po drodze o prawie dwie minuty! W ciągu roku zrobiła niewiarygodny progres. W drugim maratonie w życiu poprawiła swój czas o prawie 12 minut - nie wiem, czy w Polsce była kiedykolwiek taka dziewczyna.

Moja Ola orientuje się w różnych forach internetowych i wygłaszanych półgębkiem opiniach, powiedziała mi więc, że po tym biegu słyszy się głównie sarkanie, że taka Lewandowska zbyt łatwo zrobiła doktorat, że jak to możliwe, że ten doktorat robi i siedzi cały czas na obozach. Ludzie, litości! Nawet jeśli zrobiła to dzięki huśtaniu się na gałęzi, nawet jeśli komuś nie podoba się kolor jej paznokci, to pobiegła świetny wynik, ma w tym roku sezon marzenie - takie rzeczy trzeba doceniać. Ja w życiu nie podejrzewałbym rok temu, że ona jest zdolna pobiec 2:30 w maratonie.Śledziłem międzyczasy w Berlinie i nie moglem uwierzyć, że ona idzie tak mocno. Ile trzeba wiary, psychicznej siły, żeby trenować jak szaleniec, a potem w maratonie wystrzelić jak z procy i po drodze pobić zeszłoroczną życiówkę w połówce o 2 minuty? Poza formą fizyczną to jest psychika ze stali. To powinien nie być powód do jęczenia, a inspiracja dla innych zawodniczek. Jak dla mnie  - wielkie brawo!

Znam przy tym dość dobrze metody pracy trenera Iwony i wiem, że nie ma tu żadnej magii. To jest monotonia do kwadratu: jeden schemat, ułożony z 50 lat temu lub więcej, powtarzany tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu, rok po roku. Trener nadzoruje i decyduje, czy w danym dniu zrobić trochę więcej czy trochę mniej, trochę szybciej czy trochę wolniej. Mnie ten rodzaj treningu wykańcza, nie miałbym psychicznej siły trenować w ten sposób. Ale jak widać, takie proste metody potrafią być zabójczo skuteczne. Tym bardziej, gdy mamy do czynienia z maratonem - tu można świrować, kombinować, ale w końcu i tak trzeba swoje przebiegać. Więc brawa dla niej i dla trenera, efekt jest znakomity.

Jest jeszcze parę spraw, o których chętnie bym napisał, ale to już w kolejnych notkach. Podsumuję też własny sezon, wyciągnę kilka wniosków - może to się komuś przyda. Na razie jutro czeka mnie jeszcze jeden bieg - w Białogardzie.

15:10, plathman
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 26 września 2011
Unikaj kłopotów!
Mamy weekend po maratonie w Warszawie i Berlinie, parę współpracujących ze mną osób startowało. W związku z tym i w związku z uzyskiwanymi wynikami przyszło mi parę ciekawych myśli do głowy.

Impulsem do tego były też komentarze do moich planów treningowych, zamieszczonych na maratonachpolskich.pl. Otóż ktoś tam narzekał, że to bez sensu pisać plan na niemal pół roku, nie sposób bowiem przewidzieć, co się wtedy zdarzy. Zgadzam się jak najbardziej. Oczywiście jednak lepiej mieć plan i lekko go modyfikować niż nie mieć w ogóle. W dłuższej perspektywie w treningu nigdy nie uniknie się jednak zdarzeń niespodziewanych, niespodziewanych kłopotów.

Można rzec, że pierwszym nakazem treningowym powinno być "unikaj problemów", czyli przekształcone "po pierwsze: nie szkodzić". Im dłużej uda się unikać problemów zakłócających spokojny trening, tym lepsze efekty, tym wyższa, trwalsza forma. Lepiej więc trenować spokojniej, cierpliwiej, ale bez przerw, kontuzji.

Ów maratoński weekend był czasem, kiedy padł ostatni z moich biegaczy, jedyny, który w tym roku nie miał żadnych problemów. Do tej pory wszystko było modelowo: robił dokładnie to, co przepisywałem, ani mniej, ani więcej, ani wolniej, ani szybciej. Efektem była stabilna, ciągle rosnąca forma i kolejne życiówki. Wydawało się, że maraton będzie kolejnym sukcesem, tymczasem po 15km dopadły go jakieś skurcze żołądkowe i pobiegł wyraźnie wolniej niż zakładałem. Mimo tego, że był to debiut (biegacz ma 40-kilka lat), oceniałem na podstawie treningu, że 3:40 powinno pęknąć, nawet zakładając lekka ścianę. Ale nic z tego, skończyło się na 3:57 w związku z tymi bólami i skurczami żołądkowymi.

Tu dygresja: z tego typu sensacjami spotykam się nie pierwszy raz i nie ma recepty na ich uniknięcie. Wspomniany biegacz wielokrotnie testował te same napoje i żele na treningach oraz krótszych biegach, startując nawet w biegu na 25km. Nigdy nic się nie działo - aż do maratonu, gdzie problemy zaczęły się zaskakująco wcześnie. Podobnie miała Ola rok temu, podobnie mają zawodnicy nawet wysokiej klasy. W weekend rozmawiałem z Piotrem Drwalem, byłym mistrzem Polski w półmaratonie i przełajach, mieszkającym w mojej okolicy. On wspominał, że miał taki sezon, gdy cały czas męczyły go dziwne kolki, w praktycznie każdym starcie, nic nie mógł na to poradzić. Pytam: - i co z tym zrobiłeś, jak się tego pozbyłeś? A on, że nie wie, w pewnym momencie samo zniknęło.

Moja teoria jest taka, że nawet znane i dobrze tolerowane pokarmy mogą zostać odrzucone przez żołądek, gdy zaczyna się pewna przedstartowa presja, stres, podenerwowanie. I nagle to, co wczesniej było lekiem, okazuje się niemal trucizną. Czy jest jakiś sposób na uniknięcie tego? Pewnie nie denerwować się, co jest niemal niewykonalne, szczególnie podczas pierwszych maratonów czy ważnych startów.

Unikać kłopotów - to moja mantra, którą wpajam do głów biegaczom. Z jakim skutkiem? Marnym. Oto lista problemów, które w tym roku dopadały współpracujących ze mną zawodników. W większości pomóc nie potrafili ani lekarze, ani uzdrowiciele, nic.

1. Przeziębienia, grypy, katary - normalna sprawa, nie do uniknięcia. Sęk w tym, że najczęściej dopadają biednego człowieka wtedy, gdy są najmniej spodziewane i najbardziej szkodzą, np. tuż przed startem.

2. Kontuzje: a to jedna noga krótsza od drugiej i kontuzja biodra czy kolana. A to wykręcona kostka lub przeciążone ścięgna stabilizujące ten staw. Przyczyna? Np. zmiana butów lub długi, ciężki bieg. Dalej: bolące rozcięgno, które okazuje się być ostrogą. Kręgosłup nadwyrężony podczas pracy na działce. Mięśnie brzucha naderwane w ten sam sposób. Cysta na achillesie, wymagająca operacji. Bóle stopy, wynikające z nieprawidłowej budowy, leczone wkładkami. Alergie, rozbijające trening latem.

3. Inne problemy zdrowotne: jeden z zawodników złapał ospę. Drugi miał niewytłumaczalne bóle głowy, do dzisiaj nie doszedł, skąd się wzięły. Po kilku miesiącach przeszły, ale przez ten czas trening był kompletnie rozbity. Problemy żołądkowe: od ciężkiego zatrucia, które wyeliminowało jednego z zawodników na tydzień (potem dwa tygodnie dochodził do siebie) aż do pomniejszych problemów w rodzaju tych skurczów podczas maratonu.

4. Ciąża - to akurat może nie problem, ale trening trzeba przerwać. Dwie zawodniczki, które zaczęły ze mną współpracę, musiały przerwać trening z tego powodu. A łącznie współpracowałem tylko z 4 czy 5 kobietami. Może powinienem rozwijać się w tym kierunku? Chińska medycyna uważa, że doprowadzenie organizmu do równowagi rozwiązuje wiele problemów zdrowotnych, w tym bezpłodność ; )

Powtórzę: te wszystkie przypadki losowe to jest to, co spotykało biegaczy współpracujących ze mną, w ciągu ostatniego roku. Jeśli zbierze się to do kupy, widać, że najważniejszym zaleceniem treningowym musi być dla każdego: unikaj kłopotów! W tej chwili nie znam nikogo, kto nie miałby chociaż raz w roku jakiejś wpadki. I to nie tylko domena sportu amatorskiego. Urodzonym pechowcem jest Paula Radciffe, rekordzistka świata w maratonie, która w ciągu kilku ostatnich lat zanotowała takie przypadki:

- złamana szczęka po zderzeniu z rowerzystą
- pogryzienie przez jadowitego pająka
- pogryzienie przez psa (i to w Monaco!)
- kontuzje: stopa, palec u stopy, kręgosłup, miednica
- problemy z tarczycą

Najszybszy biały maratończyk świata, Ryan Hall, zaliczył w ciągu roku przetrenowanie i pasożyta jelitowego. Podobnie jego koleżanka z reprezentacji, Shalane Flanagan.

Prawdę mówi powiedzenie, że kłopoty chodzą po ludziach.

I jeszcze na koniec krótkie uzupełnienie startowe: weekend spędziliśmy z Olą na Pomorzu. Ona wygrała przełajowy bieg w Łętowie, dookoła jeziora. Z niezwykłych przypadków zanotować warto pomylenie trasy - biegnąc za jednym z  mężczyzn, zbiegła z ogromnej górki prosto nad jezioro, a na dole okazało się, że to nie ten zakręt i trzeba wracać pod górkę. Efekt: zrobione 900m więcej, na szczęście rywalki nie były mocne i udało się i tak wygrać z dużą przewagą.

Ja jechałem prosto z Łętowa na start w Koszalinie. Tu znowu pech: ceremonia wręczania nagród tak się przedłużyła, że musiałem pędzić samochodem na łeb i szyję. Na stadion dotarłem 45 minut przed biegiem, wyskoczyłem prosto na rozgrzewkę, na miękkich nogach. Załatwienie wszelkich formalności, potem kilka minut truchtu, parę przebieżek i już start. Efekt nie był powalający: przebiegłem 600m w 1.22,92. Niby życiówka, bo do tej pory biegałem ten dystans tylko raz na hali i to wolniej, ale na treningach co najmniej kilka razy w życiu biegałem sporo szybciej. Najszybszy czas na treningu, sprzed kilku lat, to 1:20,37. A robiąc życiówkę na 800m, po drodze miałem 600m w 1:20,8. W Koszalinie mocno wiało, do tego biegło nas tylko trzech, drugi zawodnik przybiegł 10 sekund za mną. To nie pomagało, musiałem zacząć bardzo mocno, zakładając, że na odcinku od 300 do 500m sporo stracę pod wiatr. Biegłem w tempie na 1:21,00, ale na ostatnich 50m dosłownie odcięło mi zasilanie, ledwo dobiegłem. Ale to nie koniec: 50 minut przerwy i prowadziłem kolegom bieg na 5000m jako zając. Przebiegłem 3800m w tempie ok. 3:10/km. Z 5 startujących dobiegło jednak tylko dwóch ; )

Za tydzień w Białogardzie jest ostatni start w tym roku na bieżni. Prawdopodobnie będę biegał, chyba że spadnie śnieg.



niedziela, 18 września 2011
Koncowka sezonu i potrzeba wolnego

Na dobre lub nie, sezon startów zbliża się ku końcowi. Albo inaczej: sezon poważnych startów. Teraz czas na duże rozluźnienie i ewentualne eksperymentalne biegi na różnych dystansach.

Dla mnie takim eksperymentem była wczorajsza sobota. Wcześniej, na lidze lekkoatletycznej, zaliczyłem ostatni poważniejszy bieg w tym roku - start na dystansie 800m. Wypadło to dość przeciętnie - ani nie było szału, ani jakiegoś szczególnie słabego występu. Pobiegłem dokładnie na takim poziomie, jaki trzymałem w tym roku cały czas - 1:52,32. Bieg był bardzo dobry, z mocnymi rywalami, na fajnym stadionie i była to świetna okazja na poprawę tegorocznego wyniku, ale zablokowałem się na jednym poziomie i nie mogę pobiec nic szybciej. Tym bardziej, że powoli zaczęło mnie dopadać ogólne zmęczenie i ostatnio czuję się bezsilny cały czas, tak w treningu, jak i na zawodach. Dodatkowo na lidze biegłem jeszcze 2 zmianę sztafety 4x400m, co też wypadło przyzwoicie.

Wczoraj postawiłem na duże eksperymentowanie. Ponieważ względnie blisko odbywały się młodzieżowe mistrzostwa w biegu na 10 000m, postanowiłem przebiec dyszkę na bieżni. Z czystej ciekawości i dla perwersyjnej przyjemności. Jeśli chodzi o przygotowanie, to było zerowe. Od pół roku trenowałem z myślą o biegach średnich, na bardzo niskim kilometrażu, bez żadnych długich bodźców, ani długich rozbiegań, ze sporą ilością dynamicznych, krótkich treningów. Co więcej, ponieważ po lidze dopadło mnie rozprężenie i zmęczenie, zrobiłem prawie cały tydzień wolny, tylko w ostatnich dwóch dniach wychodząc na lekkie rozruchy.

Start skończył się tak, jak podpowiadał rozsądek - zszedłem z bieżni po niecałych 5km. Nie byłem gotowy na to wyzwanie ani pod względem fizycznym, ani psychicznym. Nie byłem nawet specjalnie wykończony w momencie zejścia, po prostu biegło się już ciężko, łydki zaczęły mi mocno dokuczać, a na liczniku widniała bezlitosna liczba jeszcze kilkunastu kółek do końca. To było dla mnie za wiele. Mój plan minimum zakładał pobiegnięcie minimum na przyszłoroczne mistrzostwa Polski seniorów, ale w tym momencie widziałem, że tego nie pobiegnę, nie czułem się na siłach.

Zostały mi prawdopodobnie dwa biegi na bieżni. Za tydzień, jeśli nic się nie zmieni, pobiegnę w Koszalinie, jeszcze nie wiem, na jakim dystansie. Prawdopodobnie potem poprowadzę kolegom ze Słupska bieg na 5km jako zając, po pierwszym krótszym starcie. Potem, na koniec sezonu, jest bieg w Białogardzie. Raczej nie będę atakował już 800m, więc po raz pierwszy w historii ukończę sezon z lepszym relatywnie czasem na 1500m niż 800m.

Aha, nie wspominałem jeszcze o starcie sprzed ligi. W Lublinie startowałem na dystansie 3000m. Wygrałem ten bieg, ale nie ma z niego jeszcze komunikatu, nie wiem więc dokładnie, jaki czas uzyskałem, ale prawdopodobnie 8:36. Tego dnia było gorąco, biegłem na zmiany z dwoma kolegami. Nie czułem się zbyt dobrze, w żołądku koszmarnie przelewała mi się wypita na pobudzenie kawa. Pierwotny plan zakładał, że mocno ruszam ostatni kilometr, ale kiedy ten czas nadszedł, zmieniłem zdanie. Odczekałem do ostatnich 250m. W pewnym momencie kolega z klubu mocno szarpnął i oderwał się, więc na 250m do mety byłem drugi ze stratą ok. 10 metrów. Finisz był jednak bardzo dobry, nie tylko wygrałem, ale na ostatnich 150m nadgoniłem nad słabnącym kolegą 6 sekund.

Podobnie eksperymentalne były ostatnie biegi w wykonaniu Oli. Po nieudanym starcie na 5000m pojawiły się pewne pozasportowe problemy, uniemożliwiające jej skupienie się na treningu. Założyliśmy więc, że biega na luzie, co będzie, to będzie. Mimo wszystko wydawało się, że jest szansa na dobry start w półmaratonie. Ola zrobiła w Zamościu 3 bardzo dobre, długie treningi, na szybkościach trudnych do utrzymania nawet dla mnie. To był jednak gwóźdź do trumny. Cały czas było upalnie, w pewnym momencie Ola przesadziła (wszystkie treningi biegała sporo szybciej od założeń), nałożyło się zmęczenie i odwodnienie. Kryzys przyszedł akurat na start. Półmaraton w Pile był katastrofą, Ola od pierwszego kilometra nie miała siły, nie zeszła tylko dlatego, że nie znała trasy i musiała biec do końca. Po tym kompletnie odpuściliśmy trening, robiąc na zmianę wolne i rozruchy. W Krakowie na lidze pobiegła słabe 3000m - 9.48, dużo wolniej od życiówki, która pobiła rok wcześniej na tym samym stadionie, w tych samych zawodach.

Dzisiaj startowała w półmaratonie w Łowiczu, gdzie wygrywała już dwa razy. Założenie było takie, żeby biec bardzo wolno - w formie biegu ciągłego przygotowującego do ewentualnego startu na jesień w maratonie (bieganym nie na wynik, a na zapoznanie się z dystansem). Niestety, w Łowiczu Olę poniosły ambicje, zaczęła za mocno. Skończyła na drugim miejscu, z czasem trochę lepszym niż w Pile (1:23:09), ale generalnie dla niej bardzo słabym i do tego z nie najlepszym samopoczuciem. Co gorsza, pierwszy raz w życiu od połowy dystansu zaczęły łapać ją koszmarne skurcze w łydkach, które ledwo pozwoliły dobiec do mety. Przy takim samopoczuciu prawdopodobnie zrezygnujemy z maratonu i jakiegokolwiek treningu, ewentualnie Ola wystartuje jeszcze w paru małych biegach na ulicy. Poza tym bieganie ograniczy się do robionych co drugi dzień rozruchów.

To, czego żałuję w tym sezonie, to faktu, że nie zrobiliśmy w połowie chociaż tygodnia wolnego. Taki manewr zastosowałem w zeszłym roku. Oli pozwolił on zrzucić bagaż zmęczenia i w ostatnim starcie na bieżni zrobić życiówkę na 3000m. W tym roku po MP pierwotne założenie zakładało wolne, ale potem zmieniliśmy to, niepotrzebnie. Mimo tych pojedynczych, bardzo dobrych treningów, widać narastające zmęczenie długim sezonem. Oboje startujemy bez przerwy od początku roku: hala, przełaje, ulica, 10 000m, sezon na bieżni, znowu ulica (u Oli). Pierwsze miesiące startów były bardzo dobre, potem coraz słabsze. Człowiek nie jest jednak maszyną. Po zeszłym sezonie nie zrobiliśmy odpowiednio długiej przerwy. W tym roku w listopadzie kompletnie odpuścimy na 3 tygodnie, nie robiąc w tym czasie zupełnie nic. Zastanawiam się od pewnego czasu, czy nie było przypadkiem, że życiówkę na 800m zrobiłem w sezonie, do którego przygotowywałem się po 6-tygodniowej przerwie na wyjazd do pracy do Holandii. Tak długi okres niebiegania pozwolił zregenerować się kompletnie mięśniom. W tym roku tego brakuje, od pewnego czasu czuję cały czas dziwną słabość, taki wewnętrzny brak sił. A ja i tak jestem tu rozsądny, nazbierało mi się trochę dni wolnych. Ola od stycznia nie miała ani jednego dnia wolnego, mimo wszystkich podróży, startów, zajęć (studiuje przecież zaocznie na podyplomówce).

Mimo wszystko trochę szkoda kompletnie odpuszczać już teraz, kiedy jest jeszcze trochę biegania. Dlatego trening będzie bardzo symboliczny, a od czasu do czasu jeszcze jakieś starty bez wielkiego napinania się. Sam chętnie pobiegłym na jakimś nietypowym dystansie na ulicy i bieżni, bez presji wynikowej, po prostu żeby zobaczyć, jak organizm na to reaguje.

P.S. Moja nowa strona cały czas w przygotowaniu. Praca wre. Wielki dzień zbliża się...

wtorek, 13 września 2011
Podsumowanie Mistrzostw Świata w Daegu
Minęło sporo czasu do koreańskich mistrzostw świata - to dobry dzień, aby na spokojnie przeprowadzić pobieżną analizę. Ponieważ w tym roku najważniejsza impreza sezonu była niemal na samym jego końcu, mamy też odpowiednią perspektywę, kontekst wynikowy, czasy z mityngów itd. Na razie zajmę się tylko biegami męskimi.

Zanim zacznę, zauważę jedno, co chyba umyka wielu osobom: w Daegu panował bardzo niesprzyjający uzyskiwaniu wyników klimat. Było wilgotno, gorąco, do tego spora różnica czasu. Z niepokojem obserwuję, że taka jest teraz tendencja, organizuje się mistrzostwa świata w egzotycznych miejscach, gdzie biega się ciężko. Wiele narzekano na pogodę podczas mistrzostw świata w Helsinkach kilka lat temu, ale panujący tam chłód zapewnił znakomite wyniki (proszę spojrzeć np. na 10 000m kobiet). Daegu, Osaka, nawet Ateny - to zupełnie inne bieganie, szczególnie dla Europejczyków.


800m w Daegu
i polskie 800m


Męskie 800m to konkurencja, która dostarczyła nam najwięcej radości w Korei. Trzeba to jasno powiedzieć: dwóch Polaków w finale biegu na 800m to niesamowite osiągnięcie. Jeszcze do niedawna wydawało się to wręcz nie do pomyślenia. Zabrakło medalu, ale proszę spojrzeć na obsadę tego biegu: rekordzista świata Rudisha, fenomen, jakiego jeszcze nie widziano, lepszy nawet od Kipketera. Dalej: Kaki, piąty zawodnik w ponad 100-letniej nowożytnej historii biegu na tym dystansie. Niesamowity Borżakowski, mistrz olimpijski, podobnie jak dwaj poprzedni życiówka poniżej 1:43. Plus cała plejada młodych, szybkich zawodników z całego globu - USA, Etiopia, Kenia... Gdyby ktoś powiedział mi 5 lat temu, że w takim gronie dwóch Polaków będzie walczyło o medale jak równi z równymi, roześmiałbym się w głos.

To prowadzi nas do szybkiego pytania: co się do cholery dzieje, że nasi biegają tak szybko? Mamy Marcina Lewandowskiego, mistrza Europy i 4 zawodnika mistrzostw świata, mamy Adama Kszczota, który kilka dni temu pobiegł niesamowity wynik w Rieti - 1:43,30. Ale to nie koniec - po mistrzostwach świata w osłupienie wprawił wszystkich Artur Ostrowski, biegnąc na mityngu w Niemczech 1.44,82 i ścinając swój rekord życiowy o prawie 3 sekundy. I to jeszcze nie koniec: jest jeszcze Szymon Krawczyk, który prawie połamał 1:47, jest paru innych zawodników, ten rok dla polskiego 800m jest wręcz nierealny.

Zwrócę uwagę na dwie kwestie, raczej niedostrzegalne dla laika. Pierwsza jest treningowa. Otóż 5 lat temu, w 2006 roku, mało znany junior Marcin Lewandowski pobił rekord Polski w swojej kategorii wiekowej, biegnąc 1:46,69, co kompletnie zszokowało wtedy całe biegowe środowisko. W kolejnych latach Marcin jeszcze mocno poprawiał ten wynik. Wtedy zaczęła też świecić trenerska gwiazda jego brata Tomka (chociaż praca pod te osiągnięcia zaczęła się kilka lat wcześniej). Tomek został trenerem kadrowym, a na ciekawie prowadzonej stronie internetowej prezentował m.in. kompletny trening Marcina. Myślę, że dzięki temu w Polsce zrozumiano, jak ważny jest trening tlenowy, wytrzymałościowy. Tomasz Lewandowski to trener z nieco innej bajki niż typowy polski ochlapus w dresie. Bywa na konferencjach na całym świecie, dogaduje się bez problemu po angielsku, może bez kompleksów stawać obok największych trenerskich gwiazd ze świata. I kiedy inni trenerzy i biegacze zobaczyli, że jego trening działa, że biegając 800m Marcin jest w stanie również znakomicie pobiec na długim dystansie podczas przełajowych mistrzostw Polski - wszystko się zmieniło. W Polsce postawiono na trening wytrzymałościowy.

Potwierdzeniem tej teorii jest fakt, że w tym roku w Polsce znacząco podniósł się poziom biegu na 1500m. Do niedawna Polacy byli tu słabi jak kociaki. Nadal nie jesteśmy potęgą, ale kilka lat temu było nie do pomyślenia, żeby w jednym biegu czterech Polaków złamało 3:40 w biegu na 1500m. W tym roku tak się zdarzyło. To nie jest przypadek. Nasi są po prostu mocniejsi wytrzymałościowo. Przy okazji lubię myśleć, że i ja mam jakiś udział w tym procesie - od kilku lat trąbię o tym, jak się trenuje na świecie, jak ważne jest przygotowanie wytrzymałościowe.

Drugi fakt związany z naszymi niespodziewanymi sukcesami na dystansie 800m: kwestia psychologiczna. Otóż często jest tak, że dobre wyniki padają seriami. Przecież wszyscy Ci zawodnicy często trenują razem, znają się, są kolegami. Kiedy ktoś widzi, że z takim Lewandowskim na treningach biega ramię w ramię, kiedy na siłowni podnosi te same ciężary, jest w stanie uwierzyć, że podobnie jak on może biegać naprawdę szybko. Sukces jednego podbudowuje drugich. To jest piekielnie ważny czynnik. Kiedy trenuje się samotnie, zawodnik wciąż jest targany wątpliwościami: czy dobrze robię, czy jestem w formie, czy to ma sens? Takie dylematy potrafią psychicznie wykończyć najlepszych. Ale kiedy widzisz, że robisz niemal to samo, co kolega z grupy, i ten kolega ma świetne wyniki, nie zastanawiasz się wiele, wierzysz w siebie. A kiedy wierzysz, wszystko jest łatwiejsze.

Biegi na 800m w Daegu

Jeśli chodzi o biegi na 800m na mistrzostwach świata, to mam kilka obserwacji. Pierwsza sprawa: być może w półfinale Adama Kszczota poniosła nieco fantazja - na ostatnim wirażu atakował jak szalony Rudishę, rekordzistę świata. Na ostatnich 50m mocno za to zapłacił - tak zmęczonego, przygarbionego, biegnącego na ugiętych nogach jeszcze go nie widziałem. To mogło mieć swoją cenę, sił nie starczyło na finał. Ale trudno to uznać za błąd - walka o wejście do finału na takiej imprezie jest zwykle bardziej zacięta niż sam finał. Wszyscy mają jeszcze zapas sił, jest kilkunastu biegaczy na podobnym poziomie. Zdarzają się kolosalne niespodzianki, np. Borżakowski na jednej z imprez nie awansował. Trudno więc mieć pretensje do Adama, że pędził z całej siły. Tym bardziej, że przed Daegu on nigdy nawet nie startował na żadnych dorosłych mistrzostwach na stadionie, nie był w stanie zrobić minimum. Doświadczenie miał jedynie z biegania w hali.

W samym finale wydaje mi się, że fantazja poniosła obu naszych zawodników. Pierwsze 200m było piekielnie szybko, dla obu był to bieg niemal na maksa. Takie tempo podyktował Rudisha, ale on ma ogromny zapas szybkości, mógł sobie na to pozwolić. Nasi być może nieco się zagotowali tym zabójczym początkiem. Klasą był tu Borżakowski - po 200m ostatni, po 300m przesunął się do przodu, dobiegł trzeci, a gdyby starczyło sił, to jego taktyka była perfekcyjna, tak można nawet wygrać. Nie jego wina, że trafił na Kakiego i Rudishę, prawdziwych tytanów biegu na 800m.

Adam taktycznie nie pobiegł w finale zbyt dobrze, robił co mógł, ale nie wystarczyło mu zapasu mocy, aby odpowiednio szybko zmieniać pozycję, przesunąć się z końca stawki na początek. Z kolei Marcin rozegrał bieg bardzo dobrze, poza początkiem. Był popychany, wypadł nawet stopą poza bieżnię, ale i sam popychał, nie dał się zepchnąć Symmondsowi, poczęstował go takim łokciem, że Amerykanin od razu stracił ochotę do walki. To wszystko zemściło się na finiszu. Na wirażu byłem pewien, że medal będzie, zastanawiałem się tylko: brąz czy srebro? Rudisha był bowiem poza zasięgiem. Skończyło się na czwartym miejscu, znakomicie, choć pozostaje nutka żalu, że tak niewiele zabrakło...


1500m


O biegu na 1500m nie będę się tak rozpisywał. Nie było nikogo z naszych, można więc ocenić całość zupełnie na chłodno. Największą niespodzianką było trzecie miejsce Amerykanina Matta Centrowitza. Nie byłem może zupełnie zaskoczony, bo obserwuję tego chłopaka od pewnego czasu, ale nie wierzyłem, że jest w stanie tak mądrze pobiec w debiucie na dużej imprezie. W Stanach znany jest z piekielnego finiszu, w tym roku na mistrzostwach USA pokonał Bernarda Lagata. Chłopak ma dobre geny, jego ojciec jest byłym rekordzistą USA w biegu na 5000m, z czasem 13:12,91.

Druga niespodzianka to Irlandczyk Ciaran O'Lionaird. To jest chłopak studiujący w USA. Jeszcze rok temu jego życiówka na 1500m była podobna do mojej, nie wiem, czy nie słabsza. W tym roku od początku sezonu bije rekordy na wszystkich dystansach, zaczynając od 10 000m. Potem niespodziewanie uzyskuje minimum na mistrzostwa świata, a tam awansuje do finału i zajmuje 10 miejsce. 10 miejsce na świecie! Wiecie więc, na co liczę w swoim bieganiu, zaraz skrobię maila do Ciarana, żeby zdradził mi parę sekretów treningowych. Całkiem możliwe, że odpisałby, chłopak zyskał bowiem w Stanach specyficzną sławę. Stwierdził, że nie chce być zawodnikiem takim, jak obecna czołówka - hodowanym niemal w laboratorium,  z wyliczonym czasem spania, odżywkami, kaloriami itd. On wzoruje się na idolach z przeszłości, pije piwo jak smok, studiuje literaturę, a minimum na mistrzostwa świata zdobył w spontanicznym starcie, po połowie nocy spędzonej w barze. Opijał tam koniec sezonu, bo miał już nie startować. W trakcie imprezki narodził się pomysł jeszcze jednego biegu - reszta jest historią. Ot, taki swojski chłopaczek.

Negatywną niespodzianką 1500m były występy Mehdiego Baali oraz Nicka Willisa. Baala w tym roku błysnął tylko strzałem z bańki w kierunku kolegi z reprezentacji, wykonanym przed milionami widzów podczas mityngu w Monaco. I Baala, i kolega są pochodzenia arabskiego, afrykańskiego, podobnie jak Zinedine Zidane, który używał mózgoczaszki w podobnym celu. Widać, że ta nacja to lubi, możliwe, że jak nie strzelą kogoś z bańki raz dziennie, to nie mogą sobie darować. W Daegu Baala wypadł słabo, podobnie jak cała reprezentacja Maroka (Baala pochodzi stamtąd, ale reprezentuje Francję). Niektórzy wiążą to z faktem wprowadzenia obowiązkowych badań krwi dla wszystkich zawodników, co w świetle dyskwalifikacji Rashida Ramzi po Igrzyskach w Pekinie ma pewne podstawy teoretyczne.

Willis szczerze oświadczył, że nie ma pojęcia, dlaczego pobiegł słabo. Przed mistrzostwami pobił rekord Nowej Zelandii na 1500m i miał trzeci wynik sezonu spośród startujących w Daegu. Jest też wicemistrzem olimpijskim. W finale na ostatnim kółku wszyscy przyspieszyli, on nie. Znam dobrze ten ból i mam nadzieję, że Willis wykoncypuje, co poszło nie tak. Widzę tu pewną zbieżność z sobą: przed mistrzostwami Polski pobiłem życiówkę na 1500m, a w finale wszyscy przyspieszyli, ja nie, dobiegłem, jeśli dobrze pamiętam, również dziesiąty. Willis wspominał o odwodnieniu, kto wie, może to była przyczyna. W każdym razie zaraz siadam i piszę do niego maila.

Aha, niespodzianką mistrzostw absolutnie nie było to, że bieg na 1500m wygrali Kenijczycy.

5000m

W biegu na 5000m również nie było niespodzianek. Osiem pierwszych miejsc zajęli zawodnicy urodzeni w Afryce, reprezentujący różne kraje. Najlepszym nie-Afrykańczykiem był Galen Rupp. Chłopak walczył dzielnie - na 600m do mety wyszedł na prowadzenie i wydawało się, że pokaże. Zniknął jednak momentalnie, gdy zaczął się sprint do mety, tuż po dzwonku na ostatnim okrążeniu. Ostatnie 400m w 52 sekundy - tak finiszowali najlepsi, szokujące. Złoty medal zasłużenie zdobył Somalijczyk z brytyjskim obywatelstwem, czyli Mohammed Farah. Ponieważ "Mohammed" źle się u Angoli kojarzy, Farah używa skrótu "Mo". Trenuje zresztą z Galenem Ruppem.

W finale było aż pięciu białych, to niezwykła sytuacja. Jeden jednak został wstawiony w drodze wyjątku, upadł w eliminacjach i w nagrodę dostał automatyczne wejście do finału. A wspominam o tych Europejczykach dlatego, że biegi długie są niestety nudne dla widza. Ciężko odróżnić Kenijczyka w barwach USA od Kenijczyka w barwach Kataru, a jak zmieszamy to z Etiopczykami, to mamy kompletne pomieszanie. Generalnie - finał nie był ciekawy, poza finiszem.

10 000m

Bieg na tym dystansie był prawdopodobnie najciekawszym biegiem długim w Daegu. Tym bardziej warto więc wspomnieć o fatalnej transmisji telewizyjnej. Było tak źle, że nawet komentatorzy Eurosportu byli załamani. Pokazano sam początek i sam koniec biegu. Okazuje się, że Koreańczycy muszą się jeszcze wiele nauczyć, jeśli chodzi o organizację dużych imprez.

Mieliśmy tu pojedynek Kenenisy Bekele, rekordzisty świata, który nigdy nie przegrał biegu na tym dystansie, z młodszym pokoleniem Afrykanów. Bekele od 2 lat praktycznie nie startuje, zmagając się (podobno) z kontuzjami. Daegu to był upadek mistrza, zszedł z bieżni w połowie biegu i chyłkiem wymknął się do szatni, przełykając łzy. Niestety, nie widzieliśmy tego w transmisji, bo jakiś koreański półgłowek z TV zafundował zamiast tego na wizji eliminacje rzutu dyskiem czy jakimś innym przedmiotem. Ze złości nawet nie sprawdzałem, czym tam rzucają.

Wydawało się, że nasz stary znajomy, Mohammed Farah, wygra ten bieg. 500m przed metą zaczął tak wściekły sprint, że omal nie dostałem oczopląsu. Za nim cichcem podążał jednak kat, Etiopczyk Ibrahim Jeilan, znany z tego, że mieszka i trenuje w Japonii. Imponując niezwykłymi jak na (podobno) 22-latka zakolami, na finiszu zdemolowal Mohammeda. Czyli Ibrahim wygrał z Mohammedem, bardzo ciekawe wydarzenie, które niewątpliwie wstrząsnęło widzami na całym świecie. Biedni biegacze z Europy byli widziani tylko podczas kolejnych dubli. Ponieważ sam byłem zdublowany w biegu na 10000m na bieżni, znam to uczucie. Otóż nie jest to wcale nic nieprzyjemnego, na ogół jest się tak zmęczonym, że i tak się tego nie rejestruje. Nie ma co więc współczuć, że Mohammed i Ibrahim sprali Europejczykom tyłki.

Ostatnią nadzieją białych był Galen Rupp, na jego wątłych barkach spoczywała ogromna odpowiedzialność. Trzymał się peletonu niemal zębami, wydawało się, że ma szanse nawet na medal, ale kiedy na dwa okrążenia do mety Afrykanie zaczęli swój rock and roll, Rupp niestety osłabł. Ostatecznie dobiegł siódmy, co w Stanach zaraz okrzykięto porażką. Spójrzmy jednak na to inaczej: chłopak z deszczowego Oregonu w tropikalnych koreańskich warunkach pobiegł znakomite 27:26,84. Trzymał się grupy niemal do końca, co dla białego jest dużym osiągnięciem. Rupp jest coraz mocniejszy, jeszcze 4 lata temu w Osace, w podobnym klimacie, pobiegł sporo ponad minutę wolniej, dostając dubla od liderów. Teraz walczy, a za kilka dni w Brukseli będzie chciał zostać najszybszym białym w historii 10 000m, atakując rekord USA, należący teraz do naszego Solińskiego. Ja tam chciałbym pobiec 27 minut na 10km, nawet kosztem oberwania dubla. Start Ruppa trzeba więc ocenić pozytywnie.

3000m z przeszkodami

Belki w Daegu były dla mnie traumatycznym przeżyciem. Po pierwsze, biegał nasz jedyny poza 800-metrowcami przedstawiciel dyscyplin wytrzymałościowych, Łukasz Parszczyński. Niestety, pobiegł słabo i był ostatni w swoim biegu eliminacyjnym.

Po drugie, Koreańczycy zbudowali rów z wodą nie w tym miejscu, co trzeba, na zewnątrz bieżni. Przepisy to dopuszczają, a cwani skośnoocy wykorzystali sytuację. Pewnie podobnie jak u nas budują drogi nie w tym miejscu, tak tam jakiś lokalny przedsiębiorca posmarował, gdzie trzeba, wygrał przetarg, a potem okazało się, że rów wykopany z drugiej strony i nie było czasu na odkręcanie. Przez cały finał zastanawiałem się więc, gdzie u diabła są kolejne międzyczasy, gdzie co się kończy, a gdzie zaczyna. Transmisja TV znowu nie ułatwiła zadania, bo kiedy na finiszu rozgrywał się arcyciekawy pojedynek o brązowy medal, na ekranie widzieliśmy zbliżenie na zwyciężającego Kenijczyka, machającego do publiczności. A ten pojedynek o 3 miejsce był znamienny: walczyli dwaj Francuzi, w tle była ta walka na pięści i mózgoczaszki z Monaco. Obaj podobno strasznie się nie lubią, cały czas próbują odebrać sobie rekordy Europy, kraju i pomniejsze zwycięstwa. Agresywny bokser Mekhisi wygrał ostatecznie ze spokojnym, flegmatycznym (przynajmniej z wyglądu) Tahrim.

Oczywiście niespodzianką nie były dwa pierwsze miejsca Kenijczyków, zdziwił raczej brak na podium trzeciego.



Mistrzostwa mamy więc ze sobą. Okazaliśmy się potęgą na glinianych nogach, poza 800m i tyczką Polska nie pokazała na tych mistrzostwach nic. Złośliwi twierdzą, że to efekt wprowadzenia tych masowych badań antydopingowych. Na zachodzie wrzucają nas bowiem do jednego worka z Czechosłowacją, Rosją, NRD, Rumunią i innymi wschodnioeuropejskimi potęgami dopingowymi. Zobaczymy, jak sytuacja się rozwinie w kolejnych latach. Generalnie dostaliśmy potężne baty, ale trzeba zwrócić uwagę na tę paskudną pogodę. Może w Londynie na Igrzyskach będzie lepiej - oby!



15:04, plathman
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 45