Blog > Komentarze do wpisu
Podsumowanie Mistrzostw Świata w Daegu
Minęło sporo czasu do koreańskich mistrzostw świata - to dobry dzień, aby na spokojnie przeprowadzić pobieżną analizę. Ponieważ w tym roku najważniejsza impreza sezonu była niemal na samym jego końcu, mamy też odpowiednią perspektywę, kontekst wynikowy, czasy z mityngów itd. Na razie zajmę się tylko biegami męskimi.

Zanim zacznę, zauważę jedno, co chyba umyka wielu osobom: w Daegu panował bardzo niesprzyjający uzyskiwaniu wyników klimat. Było wilgotno, gorąco, do tego spora różnica czasu. Z niepokojem obserwuję, że taka jest teraz tendencja, organizuje się mistrzostwa świata w egzotycznych miejscach, gdzie biega się ciężko. Wiele narzekano na pogodę podczas mistrzostw świata w Helsinkach kilka lat temu, ale panujący tam chłód zapewnił znakomite wyniki (proszę spojrzeć np. na 10 000m kobiet). Daegu, Osaka, nawet Ateny - to zupełnie inne bieganie, szczególnie dla Europejczyków.


800m w Daegu
i polskie 800m


Męskie 800m to konkurencja, która dostarczyła nam najwięcej radości w Korei. Trzeba to jasno powiedzieć: dwóch Polaków w finale biegu na 800m to niesamowite osiągnięcie. Jeszcze do niedawna wydawało się to wręcz nie do pomyślenia. Zabrakło medalu, ale proszę spojrzeć na obsadę tego biegu: rekordzista świata Rudisha, fenomen, jakiego jeszcze nie widziano, lepszy nawet od Kipketera. Dalej: Kaki, piąty zawodnik w ponad 100-letniej nowożytnej historii biegu na tym dystansie. Niesamowity Borżakowski, mistrz olimpijski, podobnie jak dwaj poprzedni życiówka poniżej 1:43. Plus cała plejada młodych, szybkich zawodników z całego globu - USA, Etiopia, Kenia... Gdyby ktoś powiedział mi 5 lat temu, że w takim gronie dwóch Polaków będzie walczyło o medale jak równi z równymi, roześmiałbym się w głos.

To prowadzi nas do szybkiego pytania: co się do cholery dzieje, że nasi biegają tak szybko? Mamy Marcina Lewandowskiego, mistrza Europy i 4 zawodnika mistrzostw świata, mamy Adama Kszczota, który kilka dni temu pobiegł niesamowity wynik w Rieti - 1:43,30. Ale to nie koniec - po mistrzostwach świata w osłupienie wprawił wszystkich Artur Ostrowski, biegnąc na mityngu w Niemczech 1.44,82 i ścinając swój rekord życiowy o prawie 3 sekundy. I to jeszcze nie koniec: jest jeszcze Szymon Krawczyk, który prawie połamał 1:47, jest paru innych zawodników, ten rok dla polskiego 800m jest wręcz nierealny.

Zwrócę uwagę na dwie kwestie, raczej niedostrzegalne dla laika. Pierwsza jest treningowa. Otóż 5 lat temu, w 2006 roku, mało znany junior Marcin Lewandowski pobił rekord Polski w swojej kategorii wiekowej, biegnąc 1:46,69, co kompletnie zszokowało wtedy całe biegowe środowisko. W kolejnych latach Marcin jeszcze mocno poprawiał ten wynik. Wtedy zaczęła też świecić trenerska gwiazda jego brata Tomka (chociaż praca pod te osiągnięcia zaczęła się kilka lat wcześniej). Tomek został trenerem kadrowym, a na ciekawie prowadzonej stronie internetowej prezentował m.in. kompletny trening Marcina. Myślę, że dzięki temu w Polsce zrozumiano, jak ważny jest trening tlenowy, wytrzymałościowy. Tomasz Lewandowski to trener z nieco innej bajki niż typowy polski ochlapus w dresie. Bywa na konferencjach na całym świecie, dogaduje się bez problemu po angielsku, może bez kompleksów stawać obok największych trenerskich gwiazd ze świata. I kiedy inni trenerzy i biegacze zobaczyli, że jego trening działa, że biegając 800m Marcin jest w stanie również znakomicie pobiec na długim dystansie podczas przełajowych mistrzostw Polski - wszystko się zmieniło. W Polsce postawiono na trening wytrzymałościowy.

Potwierdzeniem tej teorii jest fakt, że w tym roku w Polsce znacząco podniósł się poziom biegu na 1500m. Do niedawna Polacy byli tu słabi jak kociaki. Nadal nie jesteśmy potęgą, ale kilka lat temu było nie do pomyślenia, żeby w jednym biegu czterech Polaków złamało 3:40 w biegu na 1500m. W tym roku tak się zdarzyło. To nie jest przypadek. Nasi są po prostu mocniejsi wytrzymałościowo. Przy okazji lubię myśleć, że i ja mam jakiś udział w tym procesie - od kilku lat trąbię o tym, jak się trenuje na świecie, jak ważne jest przygotowanie wytrzymałościowe.

Drugi fakt związany z naszymi niespodziewanymi sukcesami na dystansie 800m: kwestia psychologiczna. Otóż często jest tak, że dobre wyniki padają seriami. Przecież wszyscy Ci zawodnicy często trenują razem, znają się, są kolegami. Kiedy ktoś widzi, że z takim Lewandowskim na treningach biega ramię w ramię, kiedy na siłowni podnosi te same ciężary, jest w stanie uwierzyć, że podobnie jak on może biegać naprawdę szybko. Sukces jednego podbudowuje drugich. To jest piekielnie ważny czynnik. Kiedy trenuje się samotnie, zawodnik wciąż jest targany wątpliwościami: czy dobrze robię, czy jestem w formie, czy to ma sens? Takie dylematy potrafią psychicznie wykończyć najlepszych. Ale kiedy widzisz, że robisz niemal to samo, co kolega z grupy, i ten kolega ma świetne wyniki, nie zastanawiasz się wiele, wierzysz w siebie. A kiedy wierzysz, wszystko jest łatwiejsze.

Biegi na 800m w Daegu

Jeśli chodzi o biegi na 800m na mistrzostwach świata, to mam kilka obserwacji. Pierwsza sprawa: być może w półfinale Adama Kszczota poniosła nieco fantazja - na ostatnim wirażu atakował jak szalony Rudishę, rekordzistę świata. Na ostatnich 50m mocno za to zapłacił - tak zmęczonego, przygarbionego, biegnącego na ugiętych nogach jeszcze go nie widziałem. To mogło mieć swoją cenę, sił nie starczyło na finał. Ale trudno to uznać za błąd - walka o wejście do finału na takiej imprezie jest zwykle bardziej zacięta niż sam finał. Wszyscy mają jeszcze zapas sił, jest kilkunastu biegaczy na podobnym poziomie. Zdarzają się kolosalne niespodzianki, np. Borżakowski na jednej z imprez nie awansował. Trudno więc mieć pretensje do Adama, że pędził z całej siły. Tym bardziej, że przed Daegu on nigdy nawet nie startował na żadnych dorosłych mistrzostwach na stadionie, nie był w stanie zrobić minimum. Doświadczenie miał jedynie z biegania w hali.

W samym finale wydaje mi się, że fantazja poniosła obu naszych zawodników. Pierwsze 200m było piekielnie szybko, dla obu był to bieg niemal na maksa. Takie tempo podyktował Rudisha, ale on ma ogromny zapas szybkości, mógł sobie na to pozwolić. Nasi być może nieco się zagotowali tym zabójczym początkiem. Klasą był tu Borżakowski - po 200m ostatni, po 300m przesunął się do przodu, dobiegł trzeci, a gdyby starczyło sił, to jego taktyka była perfekcyjna, tak można nawet wygrać. Nie jego wina, że trafił na Kakiego i Rudishę, prawdziwych tytanów biegu na 800m.

Adam taktycznie nie pobiegł w finale zbyt dobrze, robił co mógł, ale nie wystarczyło mu zapasu mocy, aby odpowiednio szybko zmieniać pozycję, przesunąć się z końca stawki na początek. Z kolei Marcin rozegrał bieg bardzo dobrze, poza początkiem. Był popychany, wypadł nawet stopą poza bieżnię, ale i sam popychał, nie dał się zepchnąć Symmondsowi, poczęstował go takim łokciem, że Amerykanin od razu stracił ochotę do walki. To wszystko zemściło się na finiszu. Na wirażu byłem pewien, że medal będzie, zastanawiałem się tylko: brąz czy srebro? Rudisha był bowiem poza zasięgiem. Skończyło się na czwartym miejscu, znakomicie, choć pozostaje nutka żalu, że tak niewiele zabrakło...


1500m


O biegu na 1500m nie będę się tak rozpisywał. Nie było nikogo z naszych, można więc ocenić całość zupełnie na chłodno. Największą niespodzianką było trzecie miejsce Amerykanina Matta Centrowitza. Nie byłem może zupełnie zaskoczony, bo obserwuję tego chłopaka od pewnego czasu, ale nie wierzyłem, że jest w stanie tak mądrze pobiec w debiucie na dużej imprezie. W Stanach znany jest z piekielnego finiszu, w tym roku na mistrzostwach USA pokonał Bernarda Lagata. Chłopak ma dobre geny, jego ojciec jest byłym rekordzistą USA w biegu na 5000m, z czasem 13:12,91.

Druga niespodzianka to Irlandczyk Ciaran O'Lionaird. To jest chłopak studiujący w USA. Jeszcze rok temu jego życiówka na 1500m była podobna do mojej, nie wiem, czy nie słabsza. W tym roku od początku sezonu bije rekordy na wszystkich dystansach, zaczynając od 10 000m. Potem niespodziewanie uzyskuje minimum na mistrzostwa świata, a tam awansuje do finału i zajmuje 10 miejsce. 10 miejsce na świecie! Wiecie więc, na co liczę w swoim bieganiu, zaraz skrobię maila do Ciarana, żeby zdradził mi parę sekretów treningowych. Całkiem możliwe, że odpisałby, chłopak zyskał bowiem w Stanach specyficzną sławę. Stwierdził, że nie chce być zawodnikiem takim, jak obecna czołówka - hodowanym niemal w laboratorium,  z wyliczonym czasem spania, odżywkami, kaloriami itd. On wzoruje się na idolach z przeszłości, pije piwo jak smok, studiuje literaturę, a minimum na mistrzostwa świata zdobył w spontanicznym starcie, po połowie nocy spędzonej w barze. Opijał tam koniec sezonu, bo miał już nie startować. W trakcie imprezki narodził się pomysł jeszcze jednego biegu - reszta jest historią. Ot, taki swojski chłopaczek.

Negatywną niespodzianką 1500m były występy Mehdiego Baali oraz Nicka Willisa. Baala w tym roku błysnął tylko strzałem z bańki w kierunku kolegi z reprezentacji, wykonanym przed milionami widzów podczas mityngu w Monaco. I Baala, i kolega są pochodzenia arabskiego, afrykańskiego, podobnie jak Zinedine Zidane, który używał mózgoczaszki w podobnym celu. Widać, że ta nacja to lubi, możliwe, że jak nie strzelą kogoś z bańki raz dziennie, to nie mogą sobie darować. W Daegu Baala wypadł słabo, podobnie jak cała reprezentacja Maroka (Baala pochodzi stamtąd, ale reprezentuje Francję). Niektórzy wiążą to z faktem wprowadzenia obowiązkowych badań krwi dla wszystkich zawodników, co w świetle dyskwalifikacji Rashida Ramzi po Igrzyskach w Pekinie ma pewne podstawy teoretyczne.

Willis szczerze oświadczył, że nie ma pojęcia, dlaczego pobiegł słabo. Przed mistrzostwami pobił rekord Nowej Zelandii na 1500m i miał trzeci wynik sezonu spośród startujących w Daegu. Jest też wicemistrzem olimpijskim. W finale na ostatnim kółku wszyscy przyspieszyli, on nie. Znam dobrze ten ból i mam nadzieję, że Willis wykoncypuje, co poszło nie tak. Widzę tu pewną zbieżność z sobą: przed mistrzostwami Polski pobiłem życiówkę na 1500m, a w finale wszyscy przyspieszyli, ja nie, dobiegłem, jeśli dobrze pamiętam, również dziesiąty. Willis wspominał o odwodnieniu, kto wie, może to była przyczyna. W każdym razie zaraz siadam i piszę do niego maila.

Aha, niespodzianką mistrzostw absolutnie nie było to, że bieg na 1500m wygrali Kenijczycy.

5000m

W biegu na 5000m również nie było niespodzianek. Osiem pierwszych miejsc zajęli zawodnicy urodzeni w Afryce, reprezentujący różne kraje. Najlepszym nie-Afrykańczykiem był Galen Rupp. Chłopak walczył dzielnie - na 600m do mety wyszedł na prowadzenie i wydawało się, że pokaże. Zniknął jednak momentalnie, gdy zaczął się sprint do mety, tuż po dzwonku na ostatnim okrążeniu. Ostatnie 400m w 52 sekundy - tak finiszowali najlepsi, szokujące. Złoty medal zasłużenie zdobył Somalijczyk z brytyjskim obywatelstwem, czyli Mohammed Farah. Ponieważ "Mohammed" źle się u Angoli kojarzy, Farah używa skrótu "Mo". Trenuje zresztą z Galenem Ruppem.

W finale było aż pięciu białych, to niezwykła sytuacja. Jeden jednak został wstawiony w drodze wyjątku, upadł w eliminacjach i w nagrodę dostał automatyczne wejście do finału. A wspominam o tych Europejczykach dlatego, że biegi długie są niestety nudne dla widza. Ciężko odróżnić Kenijczyka w barwach USA od Kenijczyka w barwach Kataru, a jak zmieszamy to z Etiopczykami, to mamy kompletne pomieszanie. Generalnie - finał nie był ciekawy, poza finiszem.

10 000m

Bieg na tym dystansie był prawdopodobnie najciekawszym biegiem długim w Daegu. Tym bardziej warto więc wspomnieć o fatalnej transmisji telewizyjnej. Było tak źle, że nawet komentatorzy Eurosportu byli załamani. Pokazano sam początek i sam koniec biegu. Okazuje się, że Koreańczycy muszą się jeszcze wiele nauczyć, jeśli chodzi o organizację dużych imprez.

Mieliśmy tu pojedynek Kenenisy Bekele, rekordzisty świata, który nigdy nie przegrał biegu na tym dystansie, z młodszym pokoleniem Afrykanów. Bekele od 2 lat praktycznie nie startuje, zmagając się (podobno) z kontuzjami. Daegu to był upadek mistrza, zszedł z bieżni w połowie biegu i chyłkiem wymknął się do szatni, przełykając łzy. Niestety, nie widzieliśmy tego w transmisji, bo jakiś koreański półgłowek z TV zafundował zamiast tego na wizji eliminacje rzutu dyskiem czy jakimś innym przedmiotem. Ze złości nawet nie sprawdzałem, czym tam rzucają.

Wydawało się, że nasz stary znajomy, Mohammed Farah, wygra ten bieg. 500m przed metą zaczął tak wściekły sprint, że omal nie dostałem oczopląsu. Za nim cichcem podążał jednak kat, Etiopczyk Ibrahim Jeilan, znany z tego, że mieszka i trenuje w Japonii. Imponując niezwykłymi jak na (podobno) 22-latka zakolami, na finiszu zdemolowal Mohammeda. Czyli Ibrahim wygrał z Mohammedem, bardzo ciekawe wydarzenie, które niewątpliwie wstrząsnęło widzami na całym świecie. Biedni biegacze z Europy byli widziani tylko podczas kolejnych dubli. Ponieważ sam byłem zdublowany w biegu na 10000m na bieżni, znam to uczucie. Otóż nie jest to wcale nic nieprzyjemnego, na ogół jest się tak zmęczonym, że i tak się tego nie rejestruje. Nie ma co więc współczuć, że Mohammed i Ibrahim sprali Europejczykom tyłki.

Ostatnią nadzieją białych był Galen Rupp, na jego wątłych barkach spoczywała ogromna odpowiedzialność. Trzymał się peletonu niemal zębami, wydawało się, że ma szanse nawet na medal, ale kiedy na dwa okrążenia do mety Afrykanie zaczęli swój rock and roll, Rupp niestety osłabł. Ostatecznie dobiegł siódmy, co w Stanach zaraz okrzykięto porażką. Spójrzmy jednak na to inaczej: chłopak z deszczowego Oregonu w tropikalnych koreańskich warunkach pobiegł znakomite 27:26,84. Trzymał się grupy niemal do końca, co dla białego jest dużym osiągnięciem. Rupp jest coraz mocniejszy, jeszcze 4 lata temu w Osace, w podobnym klimacie, pobiegł sporo ponad minutę wolniej, dostając dubla od liderów. Teraz walczy, a za kilka dni w Brukseli będzie chciał zostać najszybszym białym w historii 10 000m, atakując rekord USA, należący teraz do naszego Solińskiego. Ja tam chciałbym pobiec 27 minut na 10km, nawet kosztem oberwania dubla. Start Ruppa trzeba więc ocenić pozytywnie.

3000m z przeszkodami

Belki w Daegu były dla mnie traumatycznym przeżyciem. Po pierwsze, biegał nasz jedyny poza 800-metrowcami przedstawiciel dyscyplin wytrzymałościowych, Łukasz Parszczyński. Niestety, pobiegł słabo i był ostatni w swoim biegu eliminacyjnym.

Po drugie, Koreańczycy zbudowali rów z wodą nie w tym miejscu, co trzeba, na zewnątrz bieżni. Przepisy to dopuszczają, a cwani skośnoocy wykorzystali sytuację. Pewnie podobnie jak u nas budują drogi nie w tym miejscu, tak tam jakiś lokalny przedsiębiorca posmarował, gdzie trzeba, wygrał przetarg, a potem okazało się, że rów wykopany z drugiej strony i nie było czasu na odkręcanie. Przez cały finał zastanawiałem się więc, gdzie u diabła są kolejne międzyczasy, gdzie co się kończy, a gdzie zaczyna. Transmisja TV znowu nie ułatwiła zadania, bo kiedy na finiszu rozgrywał się arcyciekawy pojedynek o brązowy medal, na ekranie widzieliśmy zbliżenie na zwyciężającego Kenijczyka, machającego do publiczności. A ten pojedynek o 3 miejsce był znamienny: walczyli dwaj Francuzi, w tle była ta walka na pięści i mózgoczaszki z Monaco. Obaj podobno strasznie się nie lubią, cały czas próbują odebrać sobie rekordy Europy, kraju i pomniejsze zwycięstwa. Agresywny bokser Mekhisi wygrał ostatecznie ze spokojnym, flegmatycznym (przynajmniej z wyglądu) Tahrim.

Oczywiście niespodzianką nie były dwa pierwsze miejsca Kenijczyków, zdziwił raczej brak na podium trzeciego.



Mistrzostwa mamy więc ze sobą. Okazaliśmy się potęgą na glinianych nogach, poza 800m i tyczką Polska nie pokazała na tych mistrzostwach nic. Złośliwi twierdzą, że to efekt wprowadzenia tych masowych badań antydopingowych. Na zachodzie wrzucają nas bowiem do jednego worka z Czechosłowacją, Rosją, NRD, Rumunią i innymi wschodnioeuropejskimi potęgami dopingowymi. Zobaczymy, jak sytuacja się rozwinie w kolejnych latach. Generalnie dostaliśmy potężne baty, ale trzeba zwrócić uwagę na tę paskudną pogodę. Może w Londynie na Igrzyskach będzie lepiej - oby!



wtorek, 13 września 2011, plathman

Polecane wpisy

  • Nowa strona

    Tym, którzy wciąż trafiają do mojego bloga tutaj, przypominam o nowej stronie. Aktualizacje bloga robione są zwykle co najmniej raz w tygodniu.

  • Nowe wpisy

    Blog jest w nowym miejscu, ale działa. Tu link do ostatniej notki: link do ostatniej notki.

  • Nowy blog!

    Po wielu miesiącach prób i testów uroczyście otwieram wersję testową mojej nowej strony internetowej. Tak dobrego, bogatego bloga nie ma nikt - ani prezydent, a

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
Gość: tomek michałowski, *.dynamic.gprs.plus.pl
2011/09/13 20:43:46
no i tego nam było trzeba... przyznam, że także śledziłem MŚ z zapartym tchem
z tym marokanizowaniem Francuzów bym nie przesadzał, Tahri urodził się w Metz w Lotaryngii a Benabbad w Reims w Szampanii, geny marokańskie ale szkoła treningu w 100% europejska
teraz nie pozostaje CI nic innego jak żłopac piwo jak smok ;-)))
i tak na koniec to połechcę, nikt tak ciekawie nie pisze o LA jak Łukasz Panfil i Ty
a sorry, jest jeszcze jeden gentelman z pewnego portalu biegowego o inicjałach A.K ale to nie Wasza liga, to Weltklasse lub Diamond League, hahaha
nic nie napisałeś o zmaganiach maratończyków w Daegu, wrrrrr
-
Gość: tomek michałowski, *.dynamic.gprs.plus.pl
2011/09/14 06:47:29
a i jeszcze zapomniałem, że w Londynie w barwach naszej reprezentacji wystąpią: na 400m Adamiak Adam, na 800m Adamiak Alojzy, na 1500m Adamiak Tadeusz, na 3000m Adamiak Stanisław, na 5000m Adamiak Władysław no i na 10000m Adamiak Zdzisław...wszyscy będą sponsorowani przez Lidla i będą biegać w butach z Lidla, grad medali się zapowiada
-
Gość: patlak, 178.73.48.*
2011/09/14 22:10:22
a tymczasem co zrobil Ostrowski mhm... :)
-
Gość: tomek michałowski, *.dynamic.gprs.plus.pl
2011/09/16 16:53:13
mamy 3 super gości na 800m i w poczekalni jest jeszcze Krawczyk, może też w końcu się coś ruszy w długich ale na to się nie zanosi